Legion Pro Wrestling
Legion Pro Wrestling E-Fed Tygodniówki Elysium #4 - Houston, Texas - 29.08.2026r.

Elysium #4 - Houston, Texas - 29.08.2026r.

Elysium #4 - Houston, Texas - 29.08.2026r.

Strony (2): Wstecz 1 2
04.09.2026, 15:39
#11
ET

Mam wrażenie, że nie do końca nam wyszło. Ale głęboko wierzę, że na przestrzeni tego programu się z Michałem jakoś zgramy i będą te segmenty wychodzić zgrabniejsze.  Na ten moment chyba jeszcze oddają stan zgrania tag teamu xd Natomiast Brutal uważam, że spełnił swoją ideę, tj. wchodząc z buta bez pytania i generalnie tam sobie puszczając edgara mimo uszu byle mieć partnera do mordobicia, mam delikatne klimaty team hell no od tego, do czego zmierzamy? Chociaż szkoda, że nawet na kawkę się nie zgodził, by mu Dickinson jakieś szybkie irish coffe na rozluźnienie zrobił :c

A czego ten Edgar ta szuka, to zobaczymy.


Wejście watersa i niespodzianka

Jezu jaki budżet. Przyznam się, że nie do końca rozumiem motyw tych dzieci w koszulkach z filmowymi cytatami i zdawał mi się nieco niepokojący. Ale jeśli się waters do tego wszystkiego z swoich pieniędzy nie dokładał to czeka nas poważna dyskusja w dziale finansowym LPW. Generalnie (pomijając fakt, że te opisy są bardzo zgrabne ja jak wiadomo lubię duzo opisów i mało tekstu więc segment dla mnie. ) to chyba mamy tutaj pewne symboliczne przedstawienie kariery naszej gwiazdy? Której to jednak kariery za chiny nie mogę sobie przypomnieć, miałem wtedy chujowy etap w życiu i chyba wyparłem z pamięci.

Noo kurde, przede wszyskim bardzo podoba mi się wyciągnięcie takiego staroszkolnego ala Kane motywu ataku. Ale przede wszystkim to nie spodziewałem się tutaj Victora Kline i jego potwora. Jestem pozytywnie zaskoczony, że to pierwsza rywalizacja jaką napotykamy zamiast wchodzenia z butami w obrazek głównego pasa.

Lord

Z tego co widzę to na gali mamy analogiczne video promo od lorda i od kucharza. W przypadku Lorda który ostatnimi czasy potrafił wypadać lepiej od MC, to tutaj mam takie wrażenie solidnego poziomu ale bez żadnych fajerwerków. Powiedział to co trzeba, ale nie porwał. Na plus policzę, że klasizm i pogarda dla klasy pracującej wylewa się z każdego zdania. Mimo wszystko w rywalizacji odrobinę trzymam za niego kciuki bo wtedy ten w miarę ciekawy motyw da si pociągnąć. ( z mc jako jego nadwornym kucharzem ofc, może z czasem by przeszli w tag team idk)


Eli cottonwood

Co, dlaczego, kto. Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. Edgar jest gładki, znowu jakieś makaroniarze chcą go bić, chłop chyba odwoła ten urlop w dolomitach co miał zaklepany.
Nie no, nie mam pojęcia o co chodzi, ale chętnie się dowiem.

/zack vs derek/

Po raz ostatni, szkoda że showoff odjebał. Na ppv czeka juź nowy rozdzial, ten zamknięty i gratulacje dla mistrza.

będę lał tyle wody ile chcę. Cisowianka, zuber, żywiec zdrój



Surfer i `Lopez

Stanę w obronie tego efektu fali. Tutaj absolutnie mogła zagrać jakaś budka suflera, albo do rozpoczęcia wystarczyła mała grupka podstawionych fanów.

Nie przyczepiam się do tego speechu, gimmick mocno zarysowany, mamy pewność, że dostaniemy baby face i mam szczerą nadzieję, że się utrzyma - tj. ciężko się gra takmi postaciami mam wrażenie. 
Delikatne skojarzenia z Sol Ruca swoją drogą. Trzymam generalnie kciuki, chociaż widzę, że w całości sporo tych fal już wyszło, będzie potrzebny research o surferach żeby złapać więcej motywów (film z keanu reevesem polecam)

Lopez, cóż właśnie o to mi gra, że łatwo się w baby face strzela. Co też Carni z zabójczą precyzją oczywiście zrobił.  Generalnie dobra zagrywka z strony hiszpana, z wyjciem tutaj do starcia z debiutantem, przy tym jak chwilowo próbuje się stawiać ponad Blazem, który to mógłby nowego rekruta przywitać.

Lopez wygraną zgarnąć musiał, ale surfer wiele nie traci, przychylam się, że to lepszy debiut niż obicie 67, na pewno zwraca na niego więcej uwagi.

MC łowicz


EYYY
To jest naj;epszy Rob od dawna. Ryse tutaj zdecydowanie dowiózł.  Poważniejszy, z większym wyczuciem do kuchennych porównań. Dużo bardziej am wrażenie takiego przetyranego życiem i ciężką ( a wierzcie, że wiem jak ciężka to robota) pracą na kuchni niż wcześniejszej przerysowanej nieco wersji swojej postaci. Idżmy kurde w tym kierunku z Robe bo dobre to było.

Derek i Tony

No na razie Derek mi się nie nudzi i nie zapowiada się, żeby miał w najbliższym czasie zacząć. Szanuję, że temat relacji z Michałem jest cały czas ciągnięty. Ale by wyświetlenia klepały te streamy gdyby były w naszym świecie.

Tony jak tam ładnie chyba Game wspomniał, wypada absolutnie jako ten wilk w owczej skórze. Cały czas niby przymila się i stawia się jako otwarty, ale zawoalowana groźba musi być. Jak nawet wchodzi w dupę trochę mistrzowi, może jednak się okaże, że jak na prawdziwego bossa przystoi ma manię prześladowczą i też widzi spiski. 

A kurde widzę nasz champion nie jest już tak łatwowierny i w tą pułapkę nie wpada, będzie chyba częścią anty the outfit opozycji. Ale lożę p2 aż musiałem sprawdzić, bo tak głęboko nigdy moje masońskie lektury nie sięgnęły. 

Ah no od Tonego przyszedł czas właśnie na rzeczoną groźbę. Ale kurde Oni tam naprawdę w tym the Outfit coś mają do frustratów, wyczuwam jakieś skrywane kompleksy. 

Dobre podkręcenie przed walką obu panów, ciekaw jestem jak to zostanie rozwiązane, bo mistrzem powinien pozostać Derek jeszcze jakiś czas przynajmniej bo ten pas dobrze mu robi, chociaż fakt, że może powinien być jakoś bardziej w tej postaci implementowany, bo jednak gdzieś tam ginie przy tym wyrazistym gimmicku.


/Grubas i Łysy/ & Ransom

No przy tym jak się obecnie wozi Dolnick to walka mogła przebiec tylko w jeden sposób. Na samym początku tego wątku, myślałem, że jednak dostaniemy jakiś reunion panów, ale cóż nie tym razem. Dostajemy za to solidny speech od Maxwella (któryś już z resztą) który zamyka definitywnie ich wspólny rozdział (chyba że grubas wróci silniejszy kto wie). Emocje są oddane kurde, moża było z łezką wspomnieć ile panowie uśmiechu przynieśli w WCW.

Mam jednak pewną obawę, że kiedy Ransom pójdzie w dalszą solową karierę, to kiedy lekko zgra się już płyta minionej przeszłości to będziemy musieli zadać sobie pytanie, co nam właściwie zostaje i kim jest Maxwell Ransom.


/tag teamy/ & Włosi oraz Flip i Flap

Jeśli chodzi o starcie, to po ogłoszeniu rywali Mantela i Kociarza, chyba wszyscy wiedzieliśmy, że potoczy się to klasykiem. Bardziej istotne jest chyba to co się dzieje po walce.

Chłop z nazwiskiem Sacrale jest swiętojebliwy, któż by się spodziewał. 
Ależ Panowie łaskawi z tą zasadą nietykalności. Sporo miejsce poświęcone na zaznaczenie religijności (jak już wcześniej panowie wspomnieli takiej typowo mafijnej, jedna ręka w wodzie święconej a druga na spuście (kolegi hehe)) A też na szpilki celne do flipa i flapa sie znalazło miejsce. Generalnie dobre wejście.

Ten Edgar to chyba jakiś Yurii Gagarin

Dalej Enzo, dalej na poziomie, szczególnie z ciągłą nabudową linii The Outfit, że oni to nie chcą źle, w sumie to wszystkich lubią i rozumieją sytuację, ale że finalnie lepiej zejść im z drogi. Jednak lekko maska opada na sam koniec, coś go ten Edgar jednak ubódł.

Mike moim zdaniem wypada tak jak powinien. On ma być w tym wszystkim prostolinijny, publika akurat go lubi, ktoś przyszedł psuć porządek który on szanował i w którym się odnajdywał, więc ma zamiar rozwiązać ten problem klasycznym i kochanym przez tłumy mordobiciem. A do tego włoskiego też bym nie szukał dziury w całym, ja sobie bardziej wyobrażam, nie Brutala mówiącego po włosku a Butala który w kiblu na zapleczu szuka w rozmówkach włoskich tego jednego tekstu żeby im w pięty poszło (i po jego powiedzieniu wygląda na bardzo dumnego z siebie)


VIncenzo
Kurde a mógł być niemową. Nie no krótko, ale też do celu, ładnie przygotowanie pod nadchodzącą kolejną walkę. Ale widzę pewne odpowiedniki. Jezeli Enzo bardziej nadaje z Edgarem na podobnych falach to Vincenzo ma chyba rzeczywiście mówić bardziej językiem. Przemocy.

Derrick Mantel

Nie spodziewałem się takiego zakrętu rzeczywistości, w którym Slayer będzie jechał w segmencie po swojej dawnej postaci, a jednak xd
Heelowo w pełni słusznie stawia Gato, jako sprawcę wszystkich jego ostatnich niepowodzeń. Z resztą nawet się zgadzam, bo myślę, że po zakończeniu tego tematu przyjdzie okres bardziej bogaty w sukcesy dla Mantela.
Te pamiątki to niczym  u jakiegoś seryjnego mordercy, ale w sumie spoko wątek, zawsze to coś dodatkowego na czym można budować, pytanie czy starczy takich rywali żeby tam coś sensownie powypełniać, jestem ciekaw jak Slyaer się zapatruje na operowanie tym motywem gablotki.

Generalnie ponownie na plus, czekam na koniec obecnej rywalizacji i jakąś trampolinę do czegoś nowego dla Derricka.

Yoshi & 67 & gruby
Powiedzcie mi proszę, że to znaczy, że Yoshi zacznie trenować Shadowa. Honorowy japończyk bawił mnie w sumie od samego startu, Elias to dłuższa historia, ale ich połączenie może być cudną sprawą. Nie żebym wywierał presję, ale będę intensywnie śledził.
Teraz dzięki tej opcji z tłumaczeniem widzę i zapytuję czy on zawsze po japońsku bluzga i udaje, że wcale nie? Niech wytrenuje młodego w jeden księżyc.


Nie mówię żegnaj Pierre, mówię do zobaczenia.

Waters v2

Ponownie mamy tą przyjemnie filmową płynność między segmentami, ja to osobiście bardzo doceniam.  Karetka w korytarzu to jak ktoś już wspomniał, absolutny klasyk WWE. No nie spodziewałem się, że jeszcze na tej gali Waters wróci. Ale absolutnie wraca w roli prawieże bohaterskiej. Z tego co rozumiem, ma to nas jakoś odciąć od Watersa z streakiem i pieniążkami którego poznawaliśmy do tej pory?
No kurde zobaczymy, czuję, że z jednej strony ta rywalizacja może wyjść bardzo dobrze (zakładam jakiś motyw w którym doktor będzie chciał leczyć Rivera z jego ego?) albo być absolutnym flopem.  Nie wiem jeszcze co sądzić, Rivers duży wpływ na galę z pewnością miał, ale jeszcze trochę nie wiem jaki on ma właściwie finalnie być, skoro zrzucił maskę to mam nadzieję, że mnie w tej kwestii niedługo oświeci. Jeśli chodzi o doktora i potwora to w sumie cieszy mnie ten wybór, na pewno mają ciekawy obiekt do leczenia z grzechów przeszłości.

/Lord vs MC/
A więc zgodnie z przywidywaniem Lord, ale z interwencją. Któż to? Nie wiem, ale ja tam osobiście jestem zaciekawiony jak MC będzie miał się wykaraskać z tej sytuacji.



Tasiemiec zamykający

Ło skurwiwiju, trochę wiedziałem, że jebnie ale nie aż tak. Jak pierwszy raz to czytałem, wracałem z imprezy i było to wyzwanie. 

Podejdę więc bardziej całościowo. Sprowadzenie Wesa to dobra decyzja. Aldis nie wypada przez to źle, a nawet wręcz przeciwnie, nie musi wszystkiego doglądac osobiście, znalazł zaufanego człowieka z odpowiednim autorytetem do pomocy w doprowadzeniu tej sytuacji do końca. Szczególnie, że w brawlu właśnie wyrwał lepę od mistrza, i tbh. nie obrażając się jak korpo ludek, tylko przyznając, że był w tym miejscu i wie że emocje noszą tylko mu dodaje.

Axel dobrze, że się opanował jak wypłacił bombę generalnemu.
Najazdy panów (tj. Axela i Lopeza ) skutecznie kontynuują to co mamy nabudwane. Axel konsekwentnie się podkurwia, że przecież on jest tym dobrym i Lopez go wrabia, a Jose dalej bezczelnie gaslightuje mistrza  (Jezu Lopez to jest ogólnie jeden wielki Red Flag). Wyróżnić chciałbym Line lopeza, że potwora już nie musi z Blaze robić bo i tak jest zepsutą gnidą, doceniam tutaj jak konsekwentnie Lopez próbuje ciągnąć wątek bycia straight edge.
U Blaze najbardziej kupił mnie tekst o Jose zachowującym się jakby chciał kwiaty z grobu babci zajumać. Ale całościowo mam wrażenie, że wypadł słabiej w tej wymianie i chwilami się lekko gubił z tym motywem, że Lopez teraz już mu nie ucieknie. 

Show w pewnym sensie skradł Wes, kurde ale dawno temu ja go ostatni raz widziałem. Przyznaję, że on ma kurde ten potencjał na chłopa który nawet taką dwójkę w ringu usadzi. Bardzo fajnie gra, na tym, że czuć, że ma w tym momencie wiecej sympatii do mistrza, ale jednocześnie tą bardzo głęboką zażyłość z Lopezem. A tekst o tym, że Lopez jest ciągle tym samym człowiekiem użyty do odwrócenia kota ogonem, perfecto.



Kontrakt podpisany, jezu ależ będą się napierdalać, aż będzie pierze leciało.



Finalnie kurde dobra gala, mam wrażenie, że nieco się już ciągnąca pod koniec, ale zdecydowanie dobra, potężnie dużo się dzieje na Elysium i teraz widzę, że gdybyśmy dalej mieli jeden brand to ojeju albo by trzeba było bardzo iść w rywalizacje dużych stajni albo byśmy mieli gale na 6-8 stron xd
Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2026, 15:48 przez Emiel Regis.

[Obrazek: e67dc8417560f96d92a455ae27c99c58.jpg]
Odpowiedz
Cytuj
Emiel Regis
Elysium
04.09.2026, 15:39 #11
ET

Mam wrażenie, że nie do końca nam wyszło. Ale głęboko wierzę, że na przestrzeni tego programu się z Michałem jakoś zgramy i będą te segmenty wychodzić zgrabniejsze.  Na ten moment chyba jeszcze oddają stan zgrania tag teamu xd Natomiast Brutal uważam, że spełnił swoją ideę, tj. wchodząc z buta bez pytania i generalnie tam sobie puszczając edgara mimo uszu byle mieć partnera do mordobicia, mam delikatne klimaty team hell no od tego, do czego zmierzamy? Chociaż szkoda, że nawet na kawkę się nie zgodził, by mu Dickinson jakieś szybkie irish coffe na rozluźnienie zrobił :c

A czego ten Edgar ta szuka, to zobaczymy.


Wejście watersa i niespodzianka

Jezu jaki budżet. Przyznam się, że nie do końca rozumiem motyw tych dzieci w koszulkach z filmowymi cytatami i zdawał mi się nieco niepokojący. Ale jeśli się waters do tego wszystkiego z swoich pieniędzy nie dokładał to czeka nas poważna dyskusja w dziale finansowym LPW. Generalnie (pomijając fakt, że te opisy są bardzo zgrabne ja jak wiadomo lubię duzo opisów i mało tekstu więc segment dla mnie. ) to chyba mamy tutaj pewne symboliczne przedstawienie kariery naszej gwiazdy? Której to jednak kariery za chiny nie mogę sobie przypomnieć, miałem wtedy chujowy etap w życiu i chyba wyparłem z pamięci.

Noo kurde, przede wszyskim bardzo podoba mi się wyciągnięcie takiego staroszkolnego ala Kane motywu ataku. Ale przede wszystkim to nie spodziewałem się tutaj Victora Kline i jego potwora. Jestem pozytywnie zaskoczony, że to pierwsza rywalizacja jaką napotykamy zamiast wchodzenia z butami w obrazek głównego pasa.

Lord

Z tego co widzę to na gali mamy analogiczne video promo od lorda i od kucharza. W przypadku Lorda który ostatnimi czasy potrafił wypadać lepiej od MC, to tutaj mam takie wrażenie solidnego poziomu ale bez żadnych fajerwerków. Powiedział to co trzeba, ale nie porwał. Na plus policzę, że klasizm i pogarda dla klasy pracującej wylewa się z każdego zdania. Mimo wszystko w rywalizacji odrobinę trzymam za niego kciuki bo wtedy ten w miarę ciekawy motyw da si pociągnąć. ( z mc jako jego nadwornym kucharzem ofc, może z czasem by przeszli w tag team idk)


Eli cottonwood

Co, dlaczego, kto. Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. Edgar jest gładki, znowu jakieś makaroniarze chcą go bić, chłop chyba odwoła ten urlop w dolomitach co miał zaklepany.
Nie no, nie mam pojęcia o co chodzi, ale chętnie się dowiem.

/zack vs derek/

Po raz ostatni, szkoda że showoff odjebał. Na ppv czeka juź nowy rozdzial, ten zamknięty i gratulacje dla mistrza.

będę lał tyle wody ile chcę. Cisowianka, zuber, żywiec zdrój



Surfer i `Lopez

Stanę w obronie tego efektu fali. Tutaj absolutnie mogła zagrać jakaś budka suflera, albo do rozpoczęcia wystarczyła mała grupka podstawionych fanów.

Nie przyczepiam się do tego speechu, gimmick mocno zarysowany, mamy pewność, że dostaniemy baby face i mam szczerą nadzieję, że się utrzyma - tj. ciężko się gra takmi postaciami mam wrażenie. 
Delikatne skojarzenia z Sol Ruca swoją drogą. Trzymam generalnie kciuki, chociaż widzę, że w całości sporo tych fal już wyszło, będzie potrzebny research o surferach żeby złapać więcej motywów (film z keanu reevesem polecam)

Lopez, cóż właśnie o to mi gra, że łatwo się w baby face strzela. Co też Carni z zabójczą precyzją oczywiście zrobił.  Generalnie dobra zagrywka z strony hiszpana, z wyjciem tutaj do starcia z debiutantem, przy tym jak chwilowo próbuje się stawiać ponad Blazem, który to mógłby nowego rekruta przywitać.

Lopez wygraną zgarnąć musiał, ale surfer wiele nie traci, przychylam się, że to lepszy debiut niż obicie 67, na pewno zwraca na niego więcej uwagi.

MC łowicz


EYYY
To jest naj;epszy Rob od dawna. Ryse tutaj zdecydowanie dowiózł.  Poważniejszy, z większym wyczuciem do kuchennych porównań. Dużo bardziej am wrażenie takiego przetyranego życiem i ciężką ( a wierzcie, że wiem jak ciężka to robota) pracą na kuchni niż wcześniejszej przerysowanej nieco wersji swojej postaci. Idżmy kurde w tym kierunku z Robe bo dobre to było.

Derek i Tony

No na razie Derek mi się nie nudzi i nie zapowiada się, żeby miał w najbliższym czasie zacząć. Szanuję, że temat relacji z Michałem jest cały czas ciągnięty. Ale by wyświetlenia klepały te streamy gdyby były w naszym świecie.

Tony jak tam ładnie chyba Game wspomniał, wypada absolutnie jako ten wilk w owczej skórze. Cały czas niby przymila się i stawia się jako otwarty, ale zawoalowana groźba musi być. Jak nawet wchodzi w dupę trochę mistrzowi, może jednak się okaże, że jak na prawdziwego bossa przystoi ma manię prześladowczą i też widzi spiski. 

A kurde widzę nasz champion nie jest już tak łatwowierny i w tą pułapkę nie wpada, będzie chyba częścią anty the outfit opozycji. Ale lożę p2 aż musiałem sprawdzić, bo tak głęboko nigdy moje masońskie lektury nie sięgnęły. 

Ah no od Tonego przyszedł czas właśnie na rzeczoną groźbę. Ale kurde Oni tam naprawdę w tym the Outfit coś mają do frustratów, wyczuwam jakieś skrywane kompleksy. 

Dobre podkręcenie przed walką obu panów, ciekaw jestem jak to zostanie rozwiązane, bo mistrzem powinien pozostać Derek jeszcze jakiś czas przynajmniej bo ten pas dobrze mu robi, chociaż fakt, że może powinien być jakoś bardziej w tej postaci implementowany, bo jednak gdzieś tam ginie przy tym wyrazistym gimmicku.


/Grubas i Łysy/ & Ransom

No przy tym jak się obecnie wozi Dolnick to walka mogła przebiec tylko w jeden sposób. Na samym początku tego wątku, myślałem, że jednak dostaniemy jakiś reunion panów, ale cóż nie tym razem. Dostajemy za to solidny speech od Maxwella (któryś już z resztą) który zamyka definitywnie ich wspólny rozdział (chyba że grubas wróci silniejszy kto wie). Emocje są oddane kurde, moża było z łezką wspomnieć ile panowie uśmiechu przynieśli w WCW.

Mam jednak pewną obawę, że kiedy Ransom pójdzie w dalszą solową karierę, to kiedy lekko zgra się już płyta minionej przeszłości to będziemy musieli zadać sobie pytanie, co nam właściwie zostaje i kim jest Maxwell Ransom.


/tag teamy/ & Włosi oraz Flip i Flap

Jeśli chodzi o starcie, to po ogłoszeniu rywali Mantela i Kociarza, chyba wszyscy wiedzieliśmy, że potoczy się to klasykiem. Bardziej istotne jest chyba to co się dzieje po walce.

Chłop z nazwiskiem Sacrale jest swiętojebliwy, któż by się spodziewał. 
Ależ Panowie łaskawi z tą zasadą nietykalności. Sporo miejsce poświęcone na zaznaczenie religijności (jak już wcześniej panowie wspomnieli takiej typowo mafijnej, jedna ręka w wodzie święconej a druga na spuście (kolegi hehe)) A też na szpilki celne do flipa i flapa sie znalazło miejsce. Generalnie dobre wejście.

Ten Edgar to chyba jakiś Yurii Gagarin

Dalej Enzo, dalej na poziomie, szczególnie z ciągłą nabudową linii The Outfit, że oni to nie chcą źle, w sumie to wszystkich lubią i rozumieją sytuację, ale że finalnie lepiej zejść im z drogi. Jednak lekko maska opada na sam koniec, coś go ten Edgar jednak ubódł.

Mike moim zdaniem wypada tak jak powinien. On ma być w tym wszystkim prostolinijny, publika akurat go lubi, ktoś przyszedł psuć porządek który on szanował i w którym się odnajdywał, więc ma zamiar rozwiązać ten problem klasycznym i kochanym przez tłumy mordobiciem. A do tego włoskiego też bym nie szukał dziury w całym, ja sobie bardziej wyobrażam, nie Brutala mówiącego po włosku a Butala który w kiblu na zapleczu szuka w rozmówkach włoskich tego jednego tekstu żeby im w pięty poszło (i po jego powiedzieniu wygląda na bardzo dumnego z siebie)


VIncenzo
Kurde a mógł być niemową. Nie no krótko, ale też do celu, ładnie przygotowanie pod nadchodzącą kolejną walkę. Ale widzę pewne odpowiedniki. Jezeli Enzo bardziej nadaje z Edgarem na podobnych falach to Vincenzo ma chyba rzeczywiście mówić bardziej językiem. Przemocy.

Derrick Mantel

Nie spodziewałem się takiego zakrętu rzeczywistości, w którym Slayer będzie jechał w segmencie po swojej dawnej postaci, a jednak xd
Heelowo w pełni słusznie stawia Gato, jako sprawcę wszystkich jego ostatnich niepowodzeń. Z resztą nawet się zgadzam, bo myślę, że po zakończeniu tego tematu przyjdzie okres bardziej bogaty w sukcesy dla Mantela.
Te pamiątki to niczym  u jakiegoś seryjnego mordercy, ale w sumie spoko wątek, zawsze to coś dodatkowego na czym można budować, pytanie czy starczy takich rywali żeby tam coś sensownie powypełniać, jestem ciekaw jak Slyaer się zapatruje na operowanie tym motywem gablotki.

Generalnie ponownie na plus, czekam na koniec obecnej rywalizacji i jakąś trampolinę do czegoś nowego dla Derricka.

Yoshi & 67 & gruby
Powiedzcie mi proszę, że to znaczy, że Yoshi zacznie trenować Shadowa. Honorowy japończyk bawił mnie w sumie od samego startu, Elias to dłuższa historia, ale ich połączenie może być cudną sprawą. Nie żebym wywierał presję, ale będę intensywnie śledził.
Teraz dzięki tej opcji z tłumaczeniem widzę i zapytuję czy on zawsze po japońsku bluzga i udaje, że wcale nie? Niech wytrenuje młodego w jeden księżyc.


Nie mówię żegnaj Pierre, mówię do zobaczenia.

Waters v2

Ponownie mamy tą przyjemnie filmową płynność między segmentami, ja to osobiście bardzo doceniam.  Karetka w korytarzu to jak ktoś już wspomniał, absolutny klasyk WWE. No nie spodziewałem się, że jeszcze na tej gali Waters wróci. Ale absolutnie wraca w roli prawieże bohaterskiej. Z tego co rozumiem, ma to nas jakoś odciąć od Watersa z streakiem i pieniążkami którego poznawaliśmy do tej pory?
No kurde zobaczymy, czuję, że z jednej strony ta rywalizacja może wyjść bardzo dobrze (zakładam jakiś motyw w którym doktor będzie chciał leczyć Rivera z jego ego?) albo być absolutnym flopem.  Nie wiem jeszcze co sądzić, Rivers duży wpływ na galę z pewnością miał, ale jeszcze trochę nie wiem jaki on ma właściwie finalnie być, skoro zrzucił maskę to mam nadzieję, że mnie w tej kwestii niedługo oświeci. Jeśli chodzi o doktora i potwora to w sumie cieszy mnie ten wybór, na pewno mają ciekawy obiekt do leczenia z grzechów przeszłości.

/Lord vs MC/
A więc zgodnie z przywidywaniem Lord, ale z interwencją. Któż to? Nie wiem, ale ja tam osobiście jestem zaciekawiony jak MC będzie miał się wykaraskać z tej sytuacji.



Tasiemiec zamykający

Ło skurwiwiju, trochę wiedziałem, że jebnie ale nie aż tak. Jak pierwszy raz to czytałem, wracałem z imprezy i było to wyzwanie. 

Podejdę więc bardziej całościowo. Sprowadzenie Wesa to dobra decyzja. Aldis nie wypada przez to źle, a nawet wręcz przeciwnie, nie musi wszystkiego doglądac osobiście, znalazł zaufanego człowieka z odpowiednim autorytetem do pomocy w doprowadzeniu tej sytuacji do końca. Szczególnie, że w brawlu właśnie wyrwał lepę od mistrza, i tbh. nie obrażając się jak korpo ludek, tylko przyznając, że był w tym miejscu i wie że emocje noszą tylko mu dodaje.

Axel dobrze, że się opanował jak wypłacił bombę generalnemu.
Najazdy panów (tj. Axela i Lopeza ) skutecznie kontynuują to co mamy nabudwane. Axel konsekwentnie się podkurwia, że przecież on jest tym dobrym i Lopez go wrabia, a Jose dalej bezczelnie gaslightuje mistrza  (Jezu Lopez to jest ogólnie jeden wielki Red Flag). Wyróżnić chciałbym Line lopeza, że potwora już nie musi z Blaze robić bo i tak jest zepsutą gnidą, doceniam tutaj jak konsekwentnie Lopez próbuje ciągnąć wątek bycia straight edge.
U Blaze najbardziej kupił mnie tekst o Jose zachowującym się jakby chciał kwiaty z grobu babci zajumać. Ale całościowo mam wrażenie, że wypadł słabiej w tej wymianie i chwilami się lekko gubił z tym motywem, że Lopez teraz już mu nie ucieknie. 

Show w pewnym sensie skradł Wes, kurde ale dawno temu ja go ostatni raz widziałem. Przyznaję, że on ma kurde ten potencjał na chłopa który nawet taką dwójkę w ringu usadzi. Bardzo fajnie gra, na tym, że czuć, że ma w tym momencie wiecej sympatii do mistrza, ale jednocześnie tą bardzo głęboką zażyłość z Lopezem. A tekst o tym, że Lopez jest ciągle tym samym człowiekiem użyty do odwrócenia kota ogonem, perfecto.



Kontrakt podpisany, jezu ależ będą się napierdalać, aż będzie pierze leciało.



Finalnie kurde dobra gala, mam wrażenie, że nieco się już ciągnąca pod koniec, ale zdecydowanie dobra, potężnie dużo się dzieje na Elysium i teraz widzę, że gdybyśmy dalej mieli jeden brand to ojeju albo by trzeba było bardzo iść w rywalizacje dużych stajni albo byśmy mieli gale na 6-8 stron xd
Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2026, 15:48 przez Emiel Regis.

[Obrazek: e67dc8417560f96d92a455ae27c99c58.jpg]
Odpowiedz
Cytuj
05.09.2026, 13:12
#12
ET: Podoba mi się, że jest zaznaczone tutaj duża bezpośredniość Brutala w stosunku do Edgara. Ładnie to pokazuje kontrast między tą dwójką. Z jednej strony Mike bez pukania i bardzo bezpośredni. Przy tej pierwszej wypowiedzi mam takie wrażenie, jak gdyby Brutal się gdzieś spieszył. Fajnie, że przemilcza przeszłości Edgara i dopytuje się o Sabre`a , z którym mu nie po drodze. Edgar zaczął i już od razu widać, że będzie kontrast między tą dwójką. To on raczej będzie intelektualistą w tym duecie. Trochę średnio mi tu siadają tłumaczenia Edgara co do Zacka. Skoro ma gimmick pisarza, który pisze rozdziały własnej opowieści to chyba powinien z góry wiedzieć jak zakończy się jego historia. Dobrze, że Brutal załatwia im walkę na testa. Pokazuje to, że obaj do końca sobie jeszcze nie ufają i będą musieli to zaufanie wypracować. Dla mnie Brutal trochę za łatwo kupuje to tłumaczenie Edgara. Jako weteran powinien domyślać się, że gdzieś tam mogą czaić się spiski przeciwko niemu. Może niekoniecznie, że na pewno tutaj się czai, ale czujność powinien zachować. No i częściowo opis Outfit od Mike`a pasuje do niego samego z przeszłości. Sam zresztą to przyznaje. Brutal sam przecież kiedyś można powiedzieć, że zabiegał o bałagan na galach - mam na myśli wszystkie jego hardcorowe walki związane z gimmickiem. A Outfit to w sumie też ryzykuje swoje zdrowie wychodząc do ringu. Trochę mniej, bo są w grupie i tak dalej, ale jednak.

River: nie kojarze postaci James z czasów WCW. On serio była taką gwiazdą, że takie wejście dostaje. Bo tutaj to te wejście jest nawet nie jak wrestler tylko jak jakaś hollywodzka gwiazda wręcz. I chuj tyle było z czasu antenowego Jamesa. Mogli mu dać chociaż się przywitać. Fajnie rozpisana ta interwencja “z wnętrza ringu”, taka w stylu Kane`a czy Undertakera. I dla odmiany tym razem nie mamy terapii zakończonej tylko rozpoczętą. James od razu na wejściu dostaje jakiś program, a i Silas w końcu porobi coś ciekawszego, bo do tej pory w większości tylko obijał jobberów.

Eli Cottonwood: o kurwa, pamiętam go jeszcze z czasów pierwszych sezonów NXT. On coś w ogóle robił po WWE. Trochę daje od niego vibe takiego creepa, ale to dobrze nawet. Pasuje to do chłopa, który wygląda jak on. No i ten motyw wąsów kojarzy mi się trochę z Ransom kiedyś i jego przywiązaniem do wilgotnych włosów.

Finnegan/Lopez: Nie kojarzę, Chris był już w jakimś efedzie? Bo jeżeli tak to git. A jeżeli nie to dziwnie, że fani od razu tak pozytywnie na niego reagują fani. Ładnie przedstawił się surfer. Klimatyczne wejście, potem konsekwentnie trzymanie się gimmicku w promie. To porównanie fali i jej nieprzewidywalności pasuje do wrestlingu. Trochę tu z dupu pojawią się ten Lopez. Zaraz chłop ma walkę na PPV o główny pas, a ten wychodzi sobie przywitać debiutanta zamiast skupić się na nadchodzącej robocie. Ten początek z oceanem nawet pasuje, można powiedzieć, że chłopaki mają ze sobą coś wspólnego. Ładnie wypunktował tutaj Finnegana Jose, nawet i Jorge dostało się rykoszetem. Coś przeczuwam, że Axel długo na tej policji nie będzie i zobaczymy go jeszcze dzisiaj, być może nawet interweniującego w tej walce. Walka bardzo szybka i dynamiczna, ale czego innego spodziewać się pod takich dwóch zawodnikach. Trochę szkoda, że Finnegan przegrywa w swoim debiucie, ale też porażka z pretendentem do głównego tytułu nie boli mocno, zwłaszcza, że miał też swoje momenty w walce.

McŁowicz: jest stawka w walce więc i Rob zrobił się bardziej poważny, ale też przy tym nie porzucił swojego gimmicku. Dobrze wjeżdża tam na koniec tekst ze smakiem pychy. Krótkie to, ale zwięźle przedstawił wszystko co chciałby powiedzieć.

Halloway/Leone: ale piękne nawiązanie Halloway`a do odpalonych komentarzy Michała na temat Wisły na chatboxie, podoba mi się to. Jeszcze i Scifun się pojawił skoro mowa o płaskiej ziemi. Oglądałem wszystkie jego filmy o tym. Chyba nie poszło z farszem xD U Halloway`a stabilnie wysoka forma. No i pojawia się pretendent, zaraz zrobi się bardziej poważnie. Czuć lekką grozę z tego uśmiechu Leone. Tak jakby się nie uśmiechał, ale nie wiadomo, czy zaraz nie będzie chciał Tobie zrobić krzywdy. Fajnie też pasuje tutaj do Tony`ego to sycylijskie powiedzenie. Dziwne trochę, że twierdzi, że nie chce z tego robić sprawy osobistej. Sam przecież z resztą grupy atakował go w przeszłości, a teraz mówi, że to nic osobistego. No i Derek jako ten oświecony mu nie ufa, naturalnie dla niego. Zresztą kto normalny po ataku na siebie by zaufał takiemu chłopu. Ciekawe i pasujące nawiązanie z tą lożą P2 u Dereka. Zgodzę się, że Tony pokazał poniekąd prawdziwą twarz stwierdzeniem, że jemu chodzi tylko o pas. Ale, że zaczyna tracić kontrolę to się nie zgodzę. Cały czas ma swoją grupę. Co prawda będą zajęci na Heatwave Brutalem i Edgarem, ale cały czas jednak są. Początek drugiej wypowiedzi Leone prawie jak ojciec chrzestny. Skoro jest brak szacunku do mafiozy to są też i groźby. Fajnie, że nie są one takie bezpośrednie. Takie w stylu boss mafijnego, który czasem lubi zasiać niepokój takim niedopowiedzeniem. Ładnie nam segment podbudował walkę przed PPV. Mamy nieufność z obu stron. Może nie mam nienawiści, ale nie musi być ona w każdej walce.

Dolnick vs. Ransom: Ale Grubas został tutaj zezłomowany. Czego w sumie innego się spodziewać. Dolnick pozostaje komediowy, a Max będzie teraz bardziej poważny, więc to musiało się tak skończyć. Max po walce wjeżdża i tak w zasadzie pluje faktami. Miał rację w zasadzie we wszystkim co powiedział. Tylko pozostawiło to trochę pytań. Na początku jak wjechał na Dolnicka to myślałem, że to znaczy dla niego heel turn, ale całościowo nie jestem pewien czy tak będzie. No i myślałem też, że to będzie koniec historii pomiędzy tą dwójką po walce, ale po słowach Ransoma mam wrażenie, że być może i Jean trochę spoważnieje i weźmie się za siebie. Dla Maxa po takim dobrym i poważnym odbudowaniu przydałby się teraz program z kimś z kim mógłby pokazać coś więcej niż z Dolnickiem. W sensie, że na poważnie coś pokazać, bo wiadomo, że komediowo to by potrafił się pokazać.

Tag Team: No mamy tutaj przeciwieństwa. Edgar z Brutalem trochę z przymusu, ale jednak wzorowo ze sobą współpracują. U Kociarza i Mantela nie ma za to szans na to. W walce zabrakło mi tylko trochę, żeby wjechali w nich Sacrale i Vizzini, bo aż się o to prosiło, kiedy mieli ich obydwu w ringu. Przychodzą po walce, więc można trochę na spokojnie porozmawiać. Zawsze się zastanawiałem jak starzy, włoscy mafiozi mogli łączyć swoją działalność mafijną z wiarą w Boga i tutaj dostajemy taki klasyczny przykład w osobie Sacrale. Fajne to nawiązanie do zapamiętywania imienia, pokazuje to jaki szacunek innych do niego jest ważny wśród włoskich mafiozów. Z jednej strony mają jakiś sens tłumaczenia, że atak na Brutala Edgara był po to, bo chcieli coś zaprezentować. Z drugiej za to ciężko oczekiwać, że wybierasz sobie jakiegoś chłopa jako cel i atakujesz, a on tak po prostu będzie udawał, że pada deszcz jak na niego plują. Dobrze wypada tutaj to, że Edgar traci nad sobą panowanie. Zawsze był taki spokojny i ułożony, a teraz koniec z tym. Dobrze wpasował też tą wypowiedź w gimmick swojej postaci. W drugiej wypowiedzi Enzo są podobne motywy jakie zauważyłem u Tony`ego. Proponowanie przyjaźni, ale jak jej nie przyjmiesz to czekają Ciebie nieokreślone bezpośrednio konsekwencje. No i fajnie, że na końcu wypowiedzi pokazał, że nie będzie puszczał płazem bluźnierstw przeciwko Bogu. Trochę ten początek Brutal nietrafiony. Atmosfera między nimi jakby mieli się zaraz pobić w ringu przed PPV i fani w tym momencie będą wychodzili na siku? Trochę mi to nie pasuje. Dalej mi się to podoba. Wcześniej dostaliśmy Sacrale oraz Edgara, którzy mają jakieś tam swoje powody, dla których są teraz w miejscu, w którym są. Brutal dla odmiany to prosty chłop. Spuściliście mi wpierdol, więc teraz ja chce go spuścić wam. No i dobrze też zauważył, że Vizzini na razie jest tym, który ani razu się nie odezwał. Najkrócej tutaj Mike, ale wypada dobrze. Vizzini ładnie zaczyna z tym kruchym ego Brutala. Fajnie tutaj wypada w swojej wypowiedzi, jak taki chłodny wykonawca wyroku mafii. Widać, że w tej walce zarysowują nam się trochę dwie pary. Edgar i Enzo jako tacy intelektualiści, a Vincenzo i Mike jako tacy goście od dobrej bitki. Dobrze podbudował ten segment walkę na PPV.

Vizzini vs. Shadow: drugi już squash na tej gali, ale co innego mogliśmy tutaj dostać. Shadow komediowa postać, a Vincenzo jest zaraz przed walką na PPV. Spełnił swoje zapowiedzi i dał małą próbkę swoich możliwości przed walką drużynową.

Mantel: Czuć bardzo złość u Derricka za wynik walki i ewidentnie wylewa swoją złość na biednego Paddy`ego. Tylko pytanie, czy powinno mu w ogóle tak zależeć na wyniku dzisiejszej walki? Chyba bardziej powinien interesować się swoją walką na PPV. Taka gablota na pamiątki po swoich rywalach to fajny pomysł. Pasuje to do Derricka i jego krucjaty po wszystkich, których uważa za dziwadła. Czuć od niego, że ma już dość Kociarza  i będzie chciał go wykończyć na Heatwave. Już jest nawet na tyle pewny siebie, że spogląda już w przyszłość za kogo następnego będzie mógł się zabrać. Trochę szkoda, że nie pojawił się tutaj Kociarz, aby mu się trochę odgryźć.

Yoshi/Elias: Podoba mi się strasznie ten zamysł honorowego Yoshiego. Może i jest to trochę głupie, ale ja się śmieję, jak czytam, że honorowo się uśmiechnął. Ładny mamy tutaj kontrast honorowego Tatsu i małolacika Shadowa co w sumie to niczego specjalnie nie szanuje. Dziękuję za tłumaczenie z japońskiego, ostatnio nawet nie chciało mi się sprawdzić co tam powiedział xD No dobry komediowy duet może być z tej dwójki. I na koniec jeszcze bomba, której się nie spodziewałem. Dolnick odchodzi, wychodzi na to, że jednak koniec historii jego i Maxa.

JRW: No chłop ma prawo być wkurwionym. Wynegocjował sobie powrót oraz czas antenowy, a Silas i Victor tak po prostu mu go zabrali. Nawet w sumie nie wiadomo do końca dlaczego to jego właśnie wybrali. Ma rację z tym, że zwrócił uwagę wszystkich tym atakiem. Do tego momentu obijał praktycznie samych jobberów, a tu tak trochę z dupy wpada w powracającego zawodnika, byłego mistrza. Ewidentnie pobudzili tym atakiem Jamesa do działania. Ciekawie zapowiada się ich rywalizacja.

Main Event: Fajnie rozpisana walka, od Lorda czuć nawet w walce, że mamy do czynienia z roszczeniowym gościem. Trochę mało dostaliśmy akcji tutaj, ale ważniejsza była tutaj sama interwencja jak i wynik walki. Zwycięstwo Lorda tutaj było najlepsze dla fabuły, a i interwencja powoduje, że nie ucierpiał tutaj za bardzo na tej porażce Rob.

Podpisanie kontraktu: Fajną niespodziankę dostajemy na koniec od Aldisa. Chłopaki trochę już zdążyli znienawidzić siebie w drodze do Heatwave więc stypulacja jak najbardziej brzmi fajnie tutaj. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem gdzieś Falls Count Anywhere, więc fajnie będzie zobaczyć walkę, która nie wiadomo gdzie się skończy. Liczę na jakieś fajne spoty na arenie. No i to się musiało w końcu tak skończyć. Jestem tylko trochę zaskoczony, że to się stało jeszcze przed podpisaniem kontraktu. Spodziewałem się bardziej klasycznej wrestlingowej bitki po podpisaniu. Z jednej strony fajny smaczek ze sprowadzeniem Wesa na tą okazję. Z drugiej trochę naplucie w ryj ochronie xD Paru ochroniarzy nie jest w stanie zadbać o porządek, a sam Wallace już sobie poradzi? Pluje faktami tutaj na początku Axel. Jose był przez cały ten program taką dwulicową kurwą, która na każdy możliwy sposób próbowała uprzykrzyć życie mistrzowi. Jose też ma tutaj swoje argumenty i też są one słuszne. Co prawda do swoich ataków agresji został sprowokowany przez Jose, ale mimo wszystko jednak ma trochę racji w tym co mówi. No widać tutaj między nimi gigantyczną różnicę w myśleniu i motywacji i to jest głównym źródłem tego konfliktu. Widać, że chłopaki już siebie znieść nie mogą nawzajem. Mam wrażenie, że Wes nie jest do końca tutaj neutralny. Trochę jakby brał stronę Lopeza. Wszyscy wiemy, jak te dwa miesiące wyglądały. Jose na każdej gali prowokował Axela, a ten miał spokojnie się przyglądać temu? Jak przystało na porywczego chłopa uległ prowokacji i dał się ponieść emocjom, a Wes trochę wychodzi jakby miał o to pretensje do Axela. Sam zresztą pewnie w przeszłości bywał w podobnych sytuacjach w trakcie kariery. Axel widzę zauważył to samo co ja. Fajnie mimo wszystko oddał Wesowi szacunek za to, że powiedział mu to co myśli. No i bardzo pasuje tutaj analogia lustrem w stosunku do Lopeza. I znowu Jose ma w zanadrzu argumenty odpowiadające na te Axela i mogą one pasować. Co prawda ja wolę bardziej rozmowę faktów a nie psychologiczne gadki o wchodzeniu komuś do głowy. Ale rozumiem, jeżeli ktoś bardziej kupi to co mówi tutaj Jose, bo ma to też swój sens. I dostajemy jeszcze ładne podsumowanie wszystkiego co usłyszeliśmy od Wesa. Nawet udało mu się wyprowadzić z równowagi trochę Jose. Bardzo dobry segment, zamykający wszystko co działo się w drodze do walki główny pas.
Odpowiedz
Cytuj
Cavazos
Zawodowiec
05.09.2026, 13:12 #12
ET: Podoba mi się, że jest zaznaczone tutaj duża bezpośredniość Brutala w stosunku do Edgara. Ładnie to pokazuje kontrast między tą dwójką. Z jednej strony Mike bez pukania i bardzo bezpośredni. Przy tej pierwszej wypowiedzi mam takie wrażenie, jak gdyby Brutal się gdzieś spieszył. Fajnie, że przemilcza przeszłości Edgara i dopytuje się o Sabre`a , z którym mu nie po drodze. Edgar zaczął i już od razu widać, że będzie kontrast między tą dwójką. To on raczej będzie intelektualistą w tym duecie. Trochę średnio mi tu siadają tłumaczenia Edgara co do Zacka. Skoro ma gimmick pisarza, który pisze rozdziały własnej opowieści to chyba powinien z góry wiedzieć jak zakończy się jego historia. Dobrze, że Brutal załatwia im walkę na testa. Pokazuje to, że obaj do końca sobie jeszcze nie ufają i będą musieli to zaufanie wypracować. Dla mnie Brutal trochę za łatwo kupuje to tłumaczenie Edgara. Jako weteran powinien domyślać się, że gdzieś tam mogą czaić się spiski przeciwko niemu. Może niekoniecznie, że na pewno tutaj się czai, ale czujność powinien zachować. No i częściowo opis Outfit od Mike`a pasuje do niego samego z przeszłości. Sam zresztą to przyznaje. Brutal sam przecież kiedyś można powiedzieć, że zabiegał o bałagan na galach - mam na myśli wszystkie jego hardcorowe walki związane z gimmickiem. A Outfit to w sumie też ryzykuje swoje zdrowie wychodząc do ringu. Trochę mniej, bo są w grupie i tak dalej, ale jednak.

River: nie kojarze postaci James z czasów WCW. On serio była taką gwiazdą, że takie wejście dostaje. Bo tutaj to te wejście jest nawet nie jak wrestler tylko jak jakaś hollywodzka gwiazda wręcz. I chuj tyle było z czasu antenowego Jamesa. Mogli mu dać chociaż się przywitać. Fajnie rozpisana ta interwencja “z wnętrza ringu”, taka w stylu Kane`a czy Undertakera. I dla odmiany tym razem nie mamy terapii zakończonej tylko rozpoczętą. James od razu na wejściu dostaje jakiś program, a i Silas w końcu porobi coś ciekawszego, bo do tej pory w większości tylko obijał jobberów.

Eli Cottonwood: o kurwa, pamiętam go jeszcze z czasów pierwszych sezonów NXT. On coś w ogóle robił po WWE. Trochę daje od niego vibe takiego creepa, ale to dobrze nawet. Pasuje to do chłopa, który wygląda jak on. No i ten motyw wąsów kojarzy mi się trochę z Ransom kiedyś i jego przywiązaniem do wilgotnych włosów.

Finnegan/Lopez: Nie kojarzę, Chris był już w jakimś efedzie? Bo jeżeli tak to git. A jeżeli nie to dziwnie, że fani od razu tak pozytywnie na niego reagują fani. Ładnie przedstawił się surfer. Klimatyczne wejście, potem konsekwentnie trzymanie się gimmicku w promie. To porównanie fali i jej nieprzewidywalności pasuje do wrestlingu. Trochę tu z dupu pojawią się ten Lopez. Zaraz chłop ma walkę na PPV o główny pas, a ten wychodzi sobie przywitać debiutanta zamiast skupić się na nadchodzącej robocie. Ten początek z oceanem nawet pasuje, można powiedzieć, że chłopaki mają ze sobą coś wspólnego. Ładnie wypunktował tutaj Finnegana Jose, nawet i Jorge dostało się rykoszetem. Coś przeczuwam, że Axel długo na tej policji nie będzie i zobaczymy go jeszcze dzisiaj, być może nawet interweniującego w tej walce. Walka bardzo szybka i dynamiczna, ale czego innego spodziewać się pod takich dwóch zawodnikach. Trochę szkoda, że Finnegan przegrywa w swoim debiucie, ale też porażka z pretendentem do głównego tytułu nie boli mocno, zwłaszcza, że miał też swoje momenty w walce.

McŁowicz: jest stawka w walce więc i Rob zrobił się bardziej poważny, ale też przy tym nie porzucił swojego gimmicku. Dobrze wjeżdża tam na koniec tekst ze smakiem pychy. Krótkie to, ale zwięźle przedstawił wszystko co chciałby powiedzieć.

Halloway/Leone: ale piękne nawiązanie Halloway`a do odpalonych komentarzy Michała na temat Wisły na chatboxie, podoba mi się to. Jeszcze i Scifun się pojawił skoro mowa o płaskiej ziemi. Oglądałem wszystkie jego filmy o tym. Chyba nie poszło z farszem xD U Halloway`a stabilnie wysoka forma. No i pojawia się pretendent, zaraz zrobi się bardziej poważnie. Czuć lekką grozę z tego uśmiechu Leone. Tak jakby się nie uśmiechał, ale nie wiadomo, czy zaraz nie będzie chciał Tobie zrobić krzywdy. Fajnie też pasuje tutaj do Tony`ego to sycylijskie powiedzenie. Dziwne trochę, że twierdzi, że nie chce z tego robić sprawy osobistej. Sam przecież z resztą grupy atakował go w przeszłości, a teraz mówi, że to nic osobistego. No i Derek jako ten oświecony mu nie ufa, naturalnie dla niego. Zresztą kto normalny po ataku na siebie by zaufał takiemu chłopu. Ciekawe i pasujące nawiązanie z tą lożą P2 u Dereka. Zgodzę się, że Tony pokazał poniekąd prawdziwą twarz stwierdzeniem, że jemu chodzi tylko o pas. Ale, że zaczyna tracić kontrolę to się nie zgodzę. Cały czas ma swoją grupę. Co prawda będą zajęci na Heatwave Brutalem i Edgarem, ale cały czas jednak są. Początek drugiej wypowiedzi Leone prawie jak ojciec chrzestny. Skoro jest brak szacunku do mafiozy to są też i groźby. Fajnie, że nie są one takie bezpośrednie. Takie w stylu boss mafijnego, który czasem lubi zasiać niepokój takim niedopowiedzeniem. Ładnie nam segment podbudował walkę przed PPV. Mamy nieufność z obu stron. Może nie mam nienawiści, ale nie musi być ona w każdej walce.

Dolnick vs. Ransom: Ale Grubas został tutaj zezłomowany. Czego w sumie innego się spodziewać. Dolnick pozostaje komediowy, a Max będzie teraz bardziej poważny, więc to musiało się tak skończyć. Max po walce wjeżdża i tak w zasadzie pluje faktami. Miał rację w zasadzie we wszystkim co powiedział. Tylko pozostawiło to trochę pytań. Na początku jak wjechał na Dolnicka to myślałem, że to znaczy dla niego heel turn, ale całościowo nie jestem pewien czy tak będzie. No i myślałem też, że to będzie koniec historii pomiędzy tą dwójką po walce, ale po słowach Ransoma mam wrażenie, że być może i Jean trochę spoważnieje i weźmie się za siebie. Dla Maxa po takim dobrym i poważnym odbudowaniu przydałby się teraz program z kimś z kim mógłby pokazać coś więcej niż z Dolnickiem. W sensie, że na poważnie coś pokazać, bo wiadomo, że komediowo to by potrafił się pokazać.

Tag Team: No mamy tutaj przeciwieństwa. Edgar z Brutalem trochę z przymusu, ale jednak wzorowo ze sobą współpracują. U Kociarza i Mantela nie ma za to szans na to. W walce zabrakło mi tylko trochę, żeby wjechali w nich Sacrale i Vizzini, bo aż się o to prosiło, kiedy mieli ich obydwu w ringu. Przychodzą po walce, więc można trochę na spokojnie porozmawiać. Zawsze się zastanawiałem jak starzy, włoscy mafiozi mogli łączyć swoją działalność mafijną z wiarą w Boga i tutaj dostajemy taki klasyczny przykład w osobie Sacrale. Fajne to nawiązanie do zapamiętywania imienia, pokazuje to jaki szacunek innych do niego jest ważny wśród włoskich mafiozów. Z jednej strony mają jakiś sens tłumaczenia, że atak na Brutala Edgara był po to, bo chcieli coś zaprezentować. Z drugiej za to ciężko oczekiwać, że wybierasz sobie jakiegoś chłopa jako cel i atakujesz, a on tak po prostu będzie udawał, że pada deszcz jak na niego plują. Dobrze wypada tutaj to, że Edgar traci nad sobą panowanie. Zawsze był taki spokojny i ułożony, a teraz koniec z tym. Dobrze wpasował też tą wypowiedź w gimmick swojej postaci. W drugiej wypowiedzi Enzo są podobne motywy jakie zauważyłem u Tony`ego. Proponowanie przyjaźni, ale jak jej nie przyjmiesz to czekają Ciebie nieokreślone bezpośrednio konsekwencje. No i fajnie, że na końcu wypowiedzi pokazał, że nie będzie puszczał płazem bluźnierstw przeciwko Bogu. Trochę ten początek Brutal nietrafiony. Atmosfera między nimi jakby mieli się zaraz pobić w ringu przed PPV i fani w tym momencie będą wychodzili na siku? Trochę mi to nie pasuje. Dalej mi się to podoba. Wcześniej dostaliśmy Sacrale oraz Edgara, którzy mają jakieś tam swoje powody, dla których są teraz w miejscu, w którym są. Brutal dla odmiany to prosty chłop. Spuściliście mi wpierdol, więc teraz ja chce go spuścić wam. No i dobrze też zauważył, że Vizzini na razie jest tym, który ani razu się nie odezwał. Najkrócej tutaj Mike, ale wypada dobrze. Vizzini ładnie zaczyna z tym kruchym ego Brutala. Fajnie tutaj wypada w swojej wypowiedzi, jak taki chłodny wykonawca wyroku mafii. Widać, że w tej walce zarysowują nam się trochę dwie pary. Edgar i Enzo jako tacy intelektualiści, a Vincenzo i Mike jako tacy goście od dobrej bitki. Dobrze podbudował ten segment walkę na PPV.

Vizzini vs. Shadow: drugi już squash na tej gali, ale co innego mogliśmy tutaj dostać. Shadow komediowa postać, a Vincenzo jest zaraz przed walką na PPV. Spełnił swoje zapowiedzi i dał małą próbkę swoich możliwości przed walką drużynową.

Mantel: Czuć bardzo złość u Derricka za wynik walki i ewidentnie wylewa swoją złość na biednego Paddy`ego. Tylko pytanie, czy powinno mu w ogóle tak zależeć na wyniku dzisiejszej walki? Chyba bardziej powinien interesować się swoją walką na PPV. Taka gablota na pamiątki po swoich rywalach to fajny pomysł. Pasuje to do Derricka i jego krucjaty po wszystkich, których uważa za dziwadła. Czuć od niego, że ma już dość Kociarza  i będzie chciał go wykończyć na Heatwave. Już jest nawet na tyle pewny siebie, że spogląda już w przyszłość za kogo następnego będzie mógł się zabrać. Trochę szkoda, że nie pojawił się tutaj Kociarz, aby mu się trochę odgryźć.

Yoshi/Elias: Podoba mi się strasznie ten zamysł honorowego Yoshiego. Może i jest to trochę głupie, ale ja się śmieję, jak czytam, że honorowo się uśmiechnął. Ładny mamy tutaj kontrast honorowego Tatsu i małolacika Shadowa co w sumie to niczego specjalnie nie szanuje. Dziękuję za tłumaczenie z japońskiego, ostatnio nawet nie chciało mi się sprawdzić co tam powiedział xD No dobry komediowy duet może być z tej dwójki. I na koniec jeszcze bomba, której się nie spodziewałem. Dolnick odchodzi, wychodzi na to, że jednak koniec historii jego i Maxa.

JRW: No chłop ma prawo być wkurwionym. Wynegocjował sobie powrót oraz czas antenowy, a Silas i Victor tak po prostu mu go zabrali. Nawet w sumie nie wiadomo do końca dlaczego to jego właśnie wybrali. Ma rację z tym, że zwrócił uwagę wszystkich tym atakiem. Do tego momentu obijał praktycznie samych jobberów, a tu tak trochę z dupy wpada w powracającego zawodnika, byłego mistrza. Ewidentnie pobudzili tym atakiem Jamesa do działania. Ciekawie zapowiada się ich rywalizacja.

Main Event: Fajnie rozpisana walka, od Lorda czuć nawet w walce, że mamy do czynienia z roszczeniowym gościem. Trochę mało dostaliśmy akcji tutaj, ale ważniejsza była tutaj sama interwencja jak i wynik walki. Zwycięstwo Lorda tutaj było najlepsze dla fabuły, a i interwencja powoduje, że nie ucierpiał tutaj za bardzo na tej porażce Rob.

Podpisanie kontraktu: Fajną niespodziankę dostajemy na koniec od Aldisa. Chłopaki trochę już zdążyli znienawidzić siebie w drodze do Heatwave więc stypulacja jak najbardziej brzmi fajnie tutaj. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem gdzieś Falls Count Anywhere, więc fajnie będzie zobaczyć walkę, która nie wiadomo gdzie się skończy. Liczę na jakieś fajne spoty na arenie. No i to się musiało w końcu tak skończyć. Jestem tylko trochę zaskoczony, że to się stało jeszcze przed podpisaniem kontraktu. Spodziewałem się bardziej klasycznej wrestlingowej bitki po podpisaniu. Z jednej strony fajny smaczek ze sprowadzeniem Wesa na tą okazję. Z drugiej trochę naplucie w ryj ochronie xD Paru ochroniarzy nie jest w stanie zadbać o porządek, a sam Wallace już sobie poradzi? Pluje faktami tutaj na początku Axel. Jose był przez cały ten program taką dwulicową kurwą, która na każdy możliwy sposób próbowała uprzykrzyć życie mistrzowi. Jose też ma tutaj swoje argumenty i też są one słuszne. Co prawda do swoich ataków agresji został sprowokowany przez Jose, ale mimo wszystko jednak ma trochę racji w tym co mówi. No widać tutaj między nimi gigantyczną różnicę w myśleniu i motywacji i to jest głównym źródłem tego konfliktu. Widać, że chłopaki już siebie znieść nie mogą nawzajem. Mam wrażenie, że Wes nie jest do końca tutaj neutralny. Trochę jakby brał stronę Lopeza. Wszyscy wiemy, jak te dwa miesiące wyglądały. Jose na każdej gali prowokował Axela, a ten miał spokojnie się przyglądać temu? Jak przystało na porywczego chłopa uległ prowokacji i dał się ponieść emocjom, a Wes trochę wychodzi jakby miał o to pretensje do Axela. Sam zresztą pewnie w przeszłości bywał w podobnych sytuacjach w trakcie kariery. Axel widzę zauważył to samo co ja. Fajnie mimo wszystko oddał Wesowi szacunek za to, że powiedział mu to co myśli. No i bardzo pasuje tutaj analogia lustrem w stosunku do Lopeza. I znowu Jose ma w zanadrzu argumenty odpowiadające na te Axela i mogą one pasować. Co prawda ja wolę bardziej rozmowę faktów a nie psychologiczne gadki o wchodzeniu komuś do głowy. Ale rozumiem, jeżeli ktoś bardziej kupi to co mówi tutaj Jose, bo ma to też swój sens. I dostajemy jeszcze ładne podsumowanie wszystkiego co usłyszeliśmy od Wesa. Nawet udało mu się wyprowadzić z równowagi trochę Jose. Bardzo dobry segment, zamykający wszystko co działo się w drodze do walki główny pas.
Odpowiedz
Cytuj
08.09.2026, 16:36
#13
et: dysonans między Brutalem a Dickinsonem jest tak kurewsko wielki, że to może fajnie wypalić. nie podchodzi mi aż tak bardzo postać Edgara w tym segmencie, ale jest akceptowalnie jakaś, natomiast pociągnął to wszystko Mike swoją charyzmą i trafnymi wypowiedziami, czytało się to z wielką przyjemnością. nie widzę innej możliwości niż ich wygrana z Koteckiem i Mantelem, bo muszą tutaj współpracować.

początek gali: ale ktoś sobie z pompą próbuje wejść, na początku miałem totalny mindfuck, już myślałem, że to ten surfer Chris, bo dzieciaki, ale potem okazuję się, że to - też zresztą związany z wodą - River Waters. wszelkie ekonomiczne hamulce puszczone, wielka impreza na start.. i piękne przerwanie przez Silasa Crowe, pojawienie się w taki sposób - przepiękne, majstersztyk. nie trzeba było wiele, a i tak enjoyowałem ten moment. terapia rozpoczęta, program(?) też, czekam na kolejne wspaniałe momenty.

video promo lordzika: nie wiem czy jest tu dużo do opisania, podobało mi się ogólnie. fajne podpromowanie nadchodzącego starcia, mam nadzieję, że McŁowicz też dostanie swoją chwilę, bo to dość ważna dla niego walka. bardzo dobry segment, idealny pod kątem gimmickowym.

video promo cottonowooda: co to kurwa jest? no spoko, zawsze to dodatkowy smaczek, ale no.. ja pierdolę.

sabre jr vs halloway: walka i wynik raczej bez historii, aczkolwiek dobrze się czytało, mimo tego, że rezultat znany.

surfer i.. lopez: wchodzi chris surfer i się przedstawia - w dobrym stylu, fajnie na start. ingerujący w debiut Lopez? tego nie było w bingo. no i Jose trochę zmasakrował nam pływaka na mikrofonie, szkoda, bo ciężko się po łomocie mikrofonowym podnieść. zobaczymy w przyszłości.

lopez vs finnegan: o dziwo bardzo wyrównana walka, Chris pokazał nam się z bardzo dobrej strony, ale nie mógł tego wygrać. Jose w ostatniej chwili zgarniający victorię, bez Blaze'a w pobliżu nawet? trochę dziwne, szczególnie, że między nimi jest giga kosa. zobaczymy co ten rezultat i to co pokazał przyniesie nam dla naszego Surfera w przyszłości.

rob mcłowicz video: jest i promo McŁowicza, ale trochę mi brakło.. jedna ostra przyprawa lub dwie by mogły się przydać, bo skrót programu i krótki "dojazd" Lorda od niego to nie był wystarczający posiłek tutaj. w walce tych promo ewidentnie Lord górą, w ringu oby też, bo otwiera nam to możliwości.

halloway i leone: nie jestem zaznajomiony z tymi wszystkimi teoriami spiskowymi, ale jakoś Derek mnie bawi mimo wszystko. wyszło fajnie. Leone się pojawił i go nie najebał z bomby tylko postanowił zrobić to lirycznie. i podobał mi się o niebo bardziej, ogólnie bardzo fajnie Tony wypada w segmentach mówionych, za każdym razem czuć jego gimmick. Derek w odpowiedzi z lekką odgryzką, ale zbyt standardową, a następnie Tony jak lew lekko bawiący się ze swoją ofiarą. Leone zyskał tutaj dużo punktów za ten segment, Derek trochę w tyle i to tydzień przed ich walką na Heatwave. i tutaj pewnie bym chciał żeby pas przejął Don jednak..

ransom vs dolnick: newsy zaspoilerowały, Dolnick dołuje, walka spoko. speech Ransoma po walce.. o kurwości, rybie ości.. nie jest to poziom pipebombu, ale niesamowicie dobre to było, poczułem tę pasję w tym segmencie. Maxwell wziął, najpierw opierdolił Dolnicka w walce, a potem wypluł i wyjebał do śmieci po prostu. piękne, nie wiem czy nie najlepsze co tu do tej pory czytałem.

tag team match: wynik raczej do przewidzenia, przebieg w sumie też w miarę. Mantel niestety potraktowany w sposób średni, głównie przez Kociarza, którego autor jest niezbyt aktywny.. w każdym razie tag ładnie posłużył do promocji tag matchu na ppv, Mantel i Gato i tak podpromowani wystarczająco. choć emocji z wiadomych względów. co do segmentu po samej walce z uczestnikami tag team matchu na Heatwave.. no.. podobało mi się, każdy wypadł dobrze w swoim czasie antenowym, postać Edgara jest.. świetna? zajebiście się go czyta, jest bardzo elokwentny co nie zdarza się często (XD), podoba mi się. Mike Brutal natomiast.. damn, jest prosty, czasem prostacki wręcz, ale to działa, bo czuć jego postać w każdym zdaniu. Vizzini i Sacrale odegrali tutaj swoją rolę, nie można ich oceniać oddzielnie, bardziej jako kolektyw i tutaj było równie dobrze. segment świetny, walka dobra.

vizzini vs shadow: Elias skasowany jak maluch w wypadku z tirem, nie mogło być inaczej. trzeba było pokazać Vincenzo z dobrej strony - i to wyszło.

mantel: Derrick wkurwiony, w sumie się nie dziwię. bardzo to wszystko jednostronne, mnie by też to lekko wnerwiło. w każdym razie - bardzo fajnie wypadł tutaj w tym monologu. najpierw emocje w kierunku "wywiadziarza", chłop go zroastował tak, że no aż się smutno Paddy'emu musiało zrobić. monolog w szatni - super, poczułem to co mówił, nawet zacząłem mu mocniej kibicować.

yoshi/shadow/dolnick(?): honorowy segment, nawet śmiechłem, nie powiem. choć Yoshi dalej u mnie nieodczarowany to ten segment zaczął wylewać fundament pod ewentualne nawrócenie. to rozumiem jakiś mini-programik.. nawet spoko jako przerywnik. Elias już ma kopać Tatsu, a tu Dolnick.. wypierdala. i tyle. w taki bardzo smutny sposób w sumie.. papa Jean-Pierre, nie znałem Cię, ale mi smutno.

kontynuacja z aldisem i watersem: o kurwica, on wrócił! rozjebany, ale wrócił. nie powiem, zaimponował mi facet, chociaż.. no z Silasem Crowe nie wróżę mu dobrej przyszłości. nawet po tym wszystkim co mówił, jak groził i co obiecał. zemsta? będzie ciężko. ale nawet mu przykibicuję, underdog story pełną gębą, ciekawe czy coś uszczknie tutaj.

lord vs mcłowicz: walka nawet fajna, młodzieżowa, ale zakończenie.. trochę antyklimatyczne, choć gimmickowe, więc akceptuję. ciekawe co Lord z McŁowiczem nam ugotują podczas następnych Elysium, bo coś czuję, że można będzie tu przyjebać gwiazdkę Michelin - oby nie ludzika.

segment main eventowy: Jose Lopez to jest taki jebany ragebaiter i gaslighter, że ło kurwości. ale to dobrze, takich ludzi nam trzeba. sam segment, przyznam, świetnie się czytało, bo znowu.. emocje. było czuć tę nienawiść Blaze'a w stosunku do Lopeza, ale też to, że Jose nic sobie praktycznie z tego nie robił, bo wiedział, że to on jest na wygranej pozycji tutaj na ten moment. Colosseum dowiodło, że jest sprytnym graczem, a tutaj pozostało tylko się lirycznie poznęcać nad Axelem, który próbował się odbić. i to się udało. Wallace w tym segmencie.. też dorzucił solidną cegiełkę do tego wszystkiego, chciał dorzucić swoje 3 grosze tutaj i uwolnić tę bestię w Blaze'ie jeszcze bardziej. trochę Wes tutaj wyrównał stan rywalizacji i podgrzał emocje. segment.. wow, świetny, naprawdę, szapoba dla wszystkich zaangażowanych w tworzenie tego dzieła.

bardzo dobre, o ile nie świetne Elysium, czytało się fajnie i lekko. oby tak dalej.

Fenrir (Colosseum): 4/0/1
(ostatnio: pokonał Thora w Holmgang Nordic War Match)
---
"Rocks" Xebec (Elysium): 2/0/1
(ostatnio: wyeliminowany z Battle Royalu przez duo Sacrale/Vizzini)
---
Kontakt na Discordzie pod nickiem: levandowski
Odpowiedz
Cytuj
Dziadek
Zawodowiec
08.09.2026, 16:36 #13
et: dysonans między Brutalem a Dickinsonem jest tak kurewsko wielki, że to może fajnie wypalić. nie podchodzi mi aż tak bardzo postać Edgara w tym segmencie, ale jest akceptowalnie jakaś, natomiast pociągnął to wszystko Mike swoją charyzmą i trafnymi wypowiedziami, czytało się to z wielką przyjemnością. nie widzę innej możliwości niż ich wygrana z Koteckiem i Mantelem, bo muszą tutaj współpracować.

początek gali: ale ktoś sobie z pompą próbuje wejść, na początku miałem totalny mindfuck, już myślałem, że to ten surfer Chris, bo dzieciaki, ale potem okazuję się, że to - też zresztą związany z wodą - River Waters. wszelkie ekonomiczne hamulce puszczone, wielka impreza na start.. i piękne przerwanie przez Silasa Crowe, pojawienie się w taki sposób - przepiękne, majstersztyk. nie trzeba było wiele, a i tak enjoyowałem ten moment. terapia rozpoczęta, program(?) też, czekam na kolejne wspaniałe momenty.

video promo lordzika: nie wiem czy jest tu dużo do opisania, podobało mi się ogólnie. fajne podpromowanie nadchodzącego starcia, mam nadzieję, że McŁowicz też dostanie swoją chwilę, bo to dość ważna dla niego walka. bardzo dobry segment, idealny pod kątem gimmickowym.

video promo cottonowooda: co to kurwa jest? no spoko, zawsze to dodatkowy smaczek, ale no.. ja pierdolę.

sabre jr vs halloway: walka i wynik raczej bez historii, aczkolwiek dobrze się czytało, mimo tego, że rezultat znany.

surfer i.. lopez: wchodzi chris surfer i się przedstawia - w dobrym stylu, fajnie na start. ingerujący w debiut Lopez? tego nie było w bingo. no i Jose trochę zmasakrował nam pływaka na mikrofonie, szkoda, bo ciężko się po łomocie mikrofonowym podnieść. zobaczymy w przyszłości.

lopez vs finnegan: o dziwo bardzo wyrównana walka, Chris pokazał nam się z bardzo dobrej strony, ale nie mógł tego wygrać. Jose w ostatniej chwili zgarniający victorię, bez Blaze'a w pobliżu nawet? trochę dziwne, szczególnie, że między nimi jest giga kosa. zobaczymy co ten rezultat i to co pokazał przyniesie nam dla naszego Surfera w przyszłości.

rob mcłowicz video: jest i promo McŁowicza, ale trochę mi brakło.. jedna ostra przyprawa lub dwie by mogły się przydać, bo skrót programu i krótki "dojazd" Lorda od niego to nie był wystarczający posiłek tutaj. w walce tych promo ewidentnie Lord górą, w ringu oby też, bo otwiera nam to możliwości.

halloway i leone: nie jestem zaznajomiony z tymi wszystkimi teoriami spiskowymi, ale jakoś Derek mnie bawi mimo wszystko. wyszło fajnie. Leone się pojawił i go nie najebał z bomby tylko postanowił zrobić to lirycznie. i podobał mi się o niebo bardziej, ogólnie bardzo fajnie Tony wypada w segmentach mówionych, za każdym razem czuć jego gimmick. Derek w odpowiedzi z lekką odgryzką, ale zbyt standardową, a następnie Tony jak lew lekko bawiący się ze swoją ofiarą. Leone zyskał tutaj dużo punktów za ten segment, Derek trochę w tyle i to tydzień przed ich walką na Heatwave. i tutaj pewnie bym chciał żeby pas przejął Don jednak..

ransom vs dolnick: newsy zaspoilerowały, Dolnick dołuje, walka spoko. speech Ransoma po walce.. o kurwości, rybie ości.. nie jest to poziom pipebombu, ale niesamowicie dobre to było, poczułem tę pasję w tym segmencie. Maxwell wziął, najpierw opierdolił Dolnicka w walce, a potem wypluł i wyjebał do śmieci po prostu. piękne, nie wiem czy nie najlepsze co tu do tej pory czytałem.

tag team match: wynik raczej do przewidzenia, przebieg w sumie też w miarę. Mantel niestety potraktowany w sposób średni, głównie przez Kociarza, którego autor jest niezbyt aktywny.. w każdym razie tag ładnie posłużył do promocji tag matchu na ppv, Mantel i Gato i tak podpromowani wystarczająco. choć emocji z wiadomych względów. co do segmentu po samej walce z uczestnikami tag team matchu na Heatwave.. no.. podobało mi się, każdy wypadł dobrze w swoim czasie antenowym, postać Edgara jest.. świetna? zajebiście się go czyta, jest bardzo elokwentny co nie zdarza się często (XD), podoba mi się. Mike Brutal natomiast.. damn, jest prosty, czasem prostacki wręcz, ale to działa, bo czuć jego postać w każdym zdaniu. Vizzini i Sacrale odegrali tutaj swoją rolę, nie można ich oceniać oddzielnie, bardziej jako kolektyw i tutaj było równie dobrze. segment świetny, walka dobra.

vizzini vs shadow: Elias skasowany jak maluch w wypadku z tirem, nie mogło być inaczej. trzeba było pokazać Vincenzo z dobrej strony - i to wyszło.

mantel: Derrick wkurwiony, w sumie się nie dziwię. bardzo to wszystko jednostronne, mnie by też to lekko wnerwiło. w każdym razie - bardzo fajnie wypadł tutaj w tym monologu. najpierw emocje w kierunku "wywiadziarza", chłop go zroastował tak, że no aż się smutno Paddy'emu musiało zrobić. monolog w szatni - super, poczułem to co mówił, nawet zacząłem mu mocniej kibicować.

yoshi/shadow/dolnick(?): honorowy segment, nawet śmiechłem, nie powiem. choć Yoshi dalej u mnie nieodczarowany to ten segment zaczął wylewać fundament pod ewentualne nawrócenie. to rozumiem jakiś mini-programik.. nawet spoko jako przerywnik. Elias już ma kopać Tatsu, a tu Dolnick.. wypierdala. i tyle. w taki bardzo smutny sposób w sumie.. papa Jean-Pierre, nie znałem Cię, ale mi smutno.

kontynuacja z aldisem i watersem: o kurwica, on wrócił! rozjebany, ale wrócił. nie powiem, zaimponował mi facet, chociaż.. no z Silasem Crowe nie wróżę mu dobrej przyszłości. nawet po tym wszystkim co mówił, jak groził i co obiecał. zemsta? będzie ciężko. ale nawet mu przykibicuję, underdog story pełną gębą, ciekawe czy coś uszczknie tutaj.

lord vs mcłowicz: walka nawet fajna, młodzieżowa, ale zakończenie.. trochę antyklimatyczne, choć gimmickowe, więc akceptuję. ciekawe co Lord z McŁowiczem nam ugotują podczas następnych Elysium, bo coś czuję, że można będzie tu przyjebać gwiazdkę Michelin - oby nie ludzika.

segment main eventowy: Jose Lopez to jest taki jebany ragebaiter i gaslighter, że ło kurwości. ale to dobrze, takich ludzi nam trzeba. sam segment, przyznam, świetnie się czytało, bo znowu.. emocje. było czuć tę nienawiść Blaze'a w stosunku do Lopeza, ale też to, że Jose nic sobie praktycznie z tego nie robił, bo wiedział, że to on jest na wygranej pozycji tutaj na ten moment. Colosseum dowiodło, że jest sprytnym graczem, a tutaj pozostało tylko się lirycznie poznęcać nad Axelem, który próbował się odbić. i to się udało. Wallace w tym segmencie.. też dorzucił solidną cegiełkę do tego wszystkiego, chciał dorzucić swoje 3 grosze tutaj i uwolnić tę bestię w Blaze'ie jeszcze bardziej. trochę Wes tutaj wyrównał stan rywalizacji i podgrzał emocje. segment.. wow, świetny, naprawdę, szapoba dla wszystkich zaangażowanych w tworzenie tego dzieła.

bardzo dobre, o ile nie świetne Elysium, czytało się fajnie i lekko. oby tak dalej.

Fenrir (Colosseum): 4/0/1
(ostatnio: pokonał Thora w Holmgang Nordic War Match)
---
"Rocks" Xebec (Elysium): 2/0/1
(ostatnio: wyeliminowany z Battle Royalu przez duo Sacrale/Vizzini)
---
Kontakt na Discordzie pod nickiem: levandowski
Odpowiedz
Cytuj
09.09.2026, 19:41
#14
ET: Dobra skupię się tu bardziej na Edgarze, nie będę powielał błędu sprzed tygodnia, że więcej o Brutalu pisałem. Tym bardziej będzie to tutaj łatwiejsze, że Brutal miał tu proste zadanie i je spełnił, bez większej filozofii. Dickinson jak dla mnie dostaje tutaj więcej rzeczy, które w przyszłości bankowo zaprocentują. Edgar mógłby niby próbować się dopasować do Brutala w jakiś sposób, gdzieś tam miałoby to sens, na pewno bardziej niż Brutal dopasowujący się do Dickinsona, ale kontrast lepiej niech będzie zachowany. Przywitanie Edgara po tym jak Brutal prawie wchodzi z buta do tego pomieszczenia jest zajebiste xD, uśmiałem się jak czytałem to pisząc sega. Poczęstowanie kolegi napojem bardzo dobrze pokazuje jego taką, hm... dziwaczną elegancję i manierę, którą w nim lubię. On nie reaguje agresją na Brutala, tylko traktuje go jak trochę nieokrzesanego gościa, którego mimo wszystko należy przyjąć. Edgar przy Zacku robi coś ważnego, przyznaje się do tego że pilnuje swojego interesu, co do Zacka miał pewien plan, ale się nie udał. Czyli Edgar nie jest jak Arek Głowacki i zanim zagłówkuje to jednak kalkuluje. No i z tym wątkiem też pokazuje różnice między partnerem. Brutal się wkurwia i tyle, a Edgar wyrzuca wątek do kosza xdd. Końcówka jest dla mnie najciekawsza, Wszystko wskazuje na to, że wraca do swojego świata, jednak zaczyna przeszukiwać kuferek w poszukiwaniu czegoś. Tylko czego? Przyjął nadzieję Brutala na to, że może na niego polegać na siebie, nie potwierdził, nie zaprzeczył, dobrze. Rozmowa z Brutalem ewidentnie coś w nim uruchomiła, bo kiedy został sam zaczął czegoś szukać. I to jest zajebiste. Bo Dickinson to jest jedna z wielu postaci, ale jednak nie każda tak ma - przy której my czytelnicy i widzowie praktycznie ciągle nie powinni wiedzieć co mu siedzi w głowie. Ale z jednej strony skoro jesteśmy tacy tajemniczy, to ja bym też tej kwestii Zacka aż tak dobitnie nie wyjaśniał, bo jeżeli Edgar ma być enigmatyczny, można zostawić więcej niedopowiedzenia. Zwłaszcza że późniejsza scena z kufrem już świetnie sugeruje, że jego działania mają jakieś drugie dno, ale to może drobna kosmetyka której się czepiam. Ale potrzebne mu to było, bo zrobił się z losowo przydzielonego Brutalowi gościa (tak samo zresztą jest Brutal przydzielony Edgarowi) - zrobił się gościem który ma własny plan i dla mnie to jest najlepsza rzecz którą tu zrobiono. Brutal wychodzi z garderoby z poczuciem, że właśnie ustalił zasady współpracy. Edgar zostaje sam i prawdopodobnie zaczyna robić coś, o czym Brutal nie ma pojęcia - no i fajno xD.
 
JRW/Crowe/Kline: No mocne otwarcie. Nie tylko zrobiono mocny powrót JRW do ringu, tudzież jego debiut w LPW. Jeszcze bardziej podbudowano Crowe'a i jego doktorka, fajnie że w sumie tyle jest już wprowadzana ta postać i nadal się nie nudzi to wprowadzenie. Szczerze? To jak został wprowadzony tutaj JRW pokazuje jak powinien zostać wprowadzony weteran? Legenda? Coś co powinno zostać zrobione być może z kimś takim jak Dowson. Jemu by też takie coś podobne siadło.  To jest wejście człowieka, który nie wraca/debiutuje jak zwykły wrestler. Wraca ktoś, kto ma określoną historię i status. Ten cytat z koszulki widziałem w Rodzinie Soprano, jakieś powiązania z Outfit? To praktycznie streszcza jego powrót bez potrzeby dodatkowego tłumaczenia. Motyw ze łzą siedzi, bo Waters nie zostaje pokazany jako „twardy stary wyjadacz, który wrócił i teraz wszystkim wpierdoli”. On autentycznie jest wzruszony reakcją publiczności. To sprawia, że jego powrót staje się emocjonalny. Po tylu latach były mistrz świata wraca i widzi, że ludzie nadal pamiętają. No panie i panowie, na ten moment mamy najlepszy powrót/debiut w federacji zrobiony, mimo tego że nie zdążył powiedzieć ani jednego słowa, piękne xdd. Od razu odebrano mu możliwość wygłoszenia klasycznego powrotnego promo i to, że jego powrót nie będzie pod jego dyktando, w sumie spoko, lepsze to niż zwykłe pociągnięcie powrotu do końca i elo, nara, pora na CSa. Crowe dosłownie skradł Watersowi moment i... tego sega. Zajebiste wejście szczerze, lepsze to niż jakieś wbiegnięcie, to jest zdecydowanie bardziej niepokojące niż gdyby Crowe po prostu wyszedł z rampy. Nie chcę napisać tego tak dosłownie żeby to źle nie zabrzmiało, ale fajnie wykorzystano te dzieci w takim sensie, że zbudowano dzięki nim taką atmosferę nawet nie lokalnego herosa, ale po prostu bohatera ludzi. A potem te dzieciaki muszą być ewakuowane z ringu, bo pod nim zaczyna się coś dziać. To robi z Crowe'a nie tylko wrestlera, ale zagrożenie dla całego widowiska, choć on tym wrestlerem jako wrestlerem to od samego debiutu się nie wydawał i to też jest jego zajebista zaleta, tak samo jak to że nie musi nic mówić, doktorek też się za bardzo nie wysila przy tych sekwencjach jeśli chodzi o słowo pisane. Wydaje mi się że Silas i Kline postrzegają LPW ogólnie jako jedną wielką chorobę i chcą kurwa wszystkich leczyć, tylko kiedyś się przeliczy, przyjdzie taki dzień. Mam paru kandydatów do tego, aby równać się z Crowem, ale są na Colosseum, więc na razie zachowam ich dla siebie. Choć swoją drogą program Crowe'a i doktorka z kimś z Elysium tez byłby... ciekawy xD. A co do Kline'a też się wypowiem, w końcu jest też pisany przez Ryśka i jest nieodłącznym na razie elementem Crowe'a. Największym plusem w tym wszystkim jest w sumie jego zachowanie, czasem jest tak że druga postać kurwa jest albo niepotrzebna, albo nawet przeszkadza tej głównej. Tu jest to stonowane i w sumie - do tego też potrzeba pewnych umiejętności, serio xdd. On po prostu stoi, trzyma mikrofon, jakimś dyktafonem macha i to kurwa działa, terapia rozpoczęta i narciarz. Ten duet doktorek i obiekt, kurwa, nie wiem pacjent, narzedzie terapii naprawde działa. Mnie bardziej zaczyna już zastanawiać jaka jest relacja między nimi. Zostawia ona naprawdę mase możliwości i wierzę, że Rysiek wybierze jedną z tych lepszych. Takie powroty po których pozostaje pytanie WTF - zawsze działają. Klasa panowie, ekstraklasa.
 
LS: Czuć bogactwo XDDDD Czuć piniądz kurłaaa! Dobra, wracając na ziemię. Wiecie co lubię w gimmicku Lorda? Że nie jest on ozdobnikiem, on tak naprawdę napędzą tę postać i mogłoby się wydawać, że co ty gadasz Michał, przecież każda postać tak ma. No... chciałbym, żeby tak było. Czym się różni Sebastien od innych ,,bogaczy" w fedzie? A właściwie jednego? To, że on jest w tym wszystkim autentyczny, naprawdę wypowiada się jak francuski arystokrata, a nie ktoś kogo wsadzili w tę rolę żeby był chociaż trochę wiarygodny, to spora różnica, no bo tak naprawdę dzięki tym opisom Sebastien nie musi podkreślać jak zajebiście jest bogaty, to widać zanim powie słowo. No przyznam szczerze, że jeśli chodzi o tę postać to Ostaszewska daje radę, siedzi mi. Ta pogarda w stronę McŁowicza podana tak na spokojnie, z odpowiednią klasą, jak na niego przystało. Sebastien nie wrzeszczy na McŁowicza. Nie próbuje go zastraszyć w typowo wrestlingowy sposób. On go analizuje z pozycji człowieka, który uważa, że stoi kilka szczebli wyżej, bo w sumie stoi. Fajnie, że Lordzik pokazał troszkę więcej swojego backgroundu, już nie widzę typa który mówi że jest bogaty, tylko typa który pokazuje, że cała ta jego wartość wynika z systemu, który istniał przed nim, a on się w niego idealnie wpasował. On nie uważa, że McŁowicz jest gorszy dlatego, że on sam ma więcej pieniędzy. On uważa, że McŁowicz jest gorszy, bo pochodzi z niewłaściwego świata, a to już jest właściwie jawny klasizm. No jak miałbym wybierać postać do której to pasuje najbardziej w LPW - to byłby to właśnie Lord. No McŁowicz troszkę w tym wszystkim dla mnie upokorzony jest, to już nie była sportowa przegrana, to jest w zasadzie.. nie wiem, spuszczenie w kiblu to co McŁowicz robił wcześniej to może za mocne słowo, ale dobra, puszczę to płazem, bo widac że Ryszardowa skupiła się bardziej na terapeucie Silasie. Lordowi ta odmowa kucharza siedzi w bani do dziś, bo problemem nie jest nawet sama odmowa. Problemem jest to, że ktoś uznał, iż ma prawo mu odmówić. No ale żeby nie było za wesoło, to do jednego się muszę przyczepić. Momentami Sebastien za długo tłumaczy swój klasizm. Szczególnie fragment o przodkach jest dobry, ale gdybyś chciał zrobić z niego naprawdę wybitnego arystokratycznego heela, można byłoby miejscami zostawić trochę więcej między wierszami, utrzymać coś w tajemnicy, nie podawać na tacy tyle na raz. Bo dla mnie Sebastien jest najciekawszy wtedy, kiedy nie musi udowadniać, że jest wyżej. Fajnie, że po takim czasie, stosunkowo krótkim Sebastien ma wyrobioną zajebistą tożsamość. W jakim sensie? Ano w takim, że jakbyście zamiast Lord Sebastien przed kwestiami jego dali trzy pytajniki, to raczej każdy z nas by wiedział czyje to promo. Niewiele postaci w LPW może się tym pochwalić, myślę że z 3-4 bym takie wymienił, nie za wiele patrząc na to jaki mamy roster, ale to kwestia tego że sporo osób jest stosunkowo nowych, przynajmniej tak napiszę żeby dymu nie rozkręcać i żeby się ktoś nie uraził. I mam nadzieję Arek, że choć raz odniesiesz się tak szeroko do jakiegoś proma mojej postaci jak ja robię to z twoimi postaciami w ostatnim czasie, zamiast je chamsko omijać albo komentować od niechcenia.
 
Cottonwood: Prosty segment, ale ta prostota tutaj zadziałała. Lepiej czasem krótko, a zwięźle przedstawić taką zajawkę niż się rozlewać na dziesięć różnych sposobów. Jego prezencja mi się podoba. Nie wiem czy tylko ja, ale ja go pamiętam z pierwszej albo drugiej edycji NXT (chyba drugiej) jak to jeszcze było takim teleturniejem na zasadzie Pro i Rookie, krótko rzecz ujmując. Ja tam w tym wielkoludzie widziałem jakiś potencjał wtedy, cieszę się że ktoś z niego tutaj korzysta, mam nadzieję że chociaż trochę na serio, a nie jest to kolejna fanaberyczna postać zrobiona dla jaj, żeby później się podłożyć głównej postaci czyjejś. Cały klimat tego sega pokazuje, że ten gość jest niby absurdalny, trochę creepy, ale przy tym wszystkim potrafiący zagrozić, takie postacie się sprawdzają, jak już jesteśmy przy NXT to pamięta ktoś Leo Krugera aka Adam Rose? Taki troszkę vibe mi zaleciał z tego krótkiego proma, a ja bardzo sobie ceniłem postać Krugera, więc jest to komplement. Okej, z tymi wąsami takie nietypowe, ale przynajmniej wiadomo, że nie jest on chyba sam. Nietypowe, głupie - na tyle głupie że aż dobre xdd. Jest to jakiś tam pomysł na gimmick. Wychodzi na to, że mamy czterech nowych gigantów na Elysium, dużo tego w LPW się namnożyło ostatnio, inni to będą liliputy za chwile. Z tą rodziną to trochę zaleciało klimatem Outfitowskim, ale w sumie nie wiemy czy Eli mówi naprawde o rodzinie, czy takiej przybranej. Tylko ja bym tu dodał coś, żeby dodać więcej grozy do tego segmentu, zwłaszcza jak polecieliano z tymi wąsami groteskowymi jak dla mnie - troszeczkę. Jeśli chodziło o zrobienia z Cottonwooda gościa który jest w połowie dziwny i groźny, no to się udało, ale ja bym wolał widzieć go ze wskazaniem na groźny, mam nadzieję że w przyszłości tak będzie, jeśli chciano to wyrównać, to jest to wszystko na swoim miejscu i trafne. Co do tej trójki to wiadomo, nie jestem fanem zbyt szybkiego ujawniania tajemnic w wrestlingu. Dlatego stopniowo bym ich ujawniał, może jakieś elementy nie wiem, tatuaże, cechy charakterystyczne (zwłaszcza jeśli planujecie tutaj dać kogoś, kto istnieje, a nie wymyśloną postać), zróbcie z tej tajemnicy coś dobrego. Tylko czy nie za dużo tych tajemnic ostatnio? Nie, zajebiście je lubię, bo jest to robione w większości ze smakiem. Raczej nie było tu zamiaru zachwycenia treścią, bardziej był zamiar zrobienia dobrego teaseru, no i się udało. Bo jak ktoś nie wiedział kim jest Eli Cottonwood, to po tym segmencie z pewnością się dowiedział, fajnie że akurat po Watersowym powrocie to umiesciliście, chyba nie było lepszego miejsca na to na gali, no bo najpierw wraca wielki bohater, a potem jest promo wąsatego giganta który zapowiada grupę wąsatych gigantów.
 
ZSJ vs. Derek: Przyzwoicie napisana walka, wynik jak najbardziej sensowny i na miejscu, Halloway potrzebuje zwycięstw, a w szczególności zwycięstw z kimś z ponad przeciętnej półki. Natomiast mam jedną uwagę do bookera, skoro się tak skupiasz na ręce na początku to weź pociągnij ten motyw przez resztę walki, a nie zostawiaj go tak bez niczego potem. Wystarczyło na końcu coś o tym wspomnieć i by wystarczyło, chyba że pisałes walkę na dwie raty, to wybaczam xdd. Wystarczyło napisać po odliczeniu Hallowaya, że wstając po zwycięstwie trzyma się za rękę, przy kimś takim jak Zack musiało to być jakoś zwieńczone, ale tak poza tym jest okej. Dobrze, że Derek go pojechał czysto, a nie przez jakieś fikołkowate gówna, bo taki rodzaj zwycięstwa jest potrzebny mistrzowi nawet midcardowemu jak tlen.
 
Finnegan/Lopez: Finnegan troszkę rzucony na głęboką wodę hehe, bo wiecie on surfuje. Ale tak serio to jara mnie cały ten gimmick surfera w stylu słońce, ocean, pozytywna energia, słoneczny patrol i tak dalej, takie coś ma prawo wypalić w wrestlingu, a jednocześnie jara mnie Lopez który wychodzi i w kilku zdaniach pokazuje mu swoje miejsce. Chris bardzo fajnie sprzedaje cały ten swój wyraźny już gimmick, nie ogranicza się do prostoty w tym wszystkim, choć mógłby - samo jego wejście już robi masę roboty, a to się rzadko zdarza na tygodniówkach, takie to charakterystyczne mimo że to debiutant, pełne koloru, polotu i finezji, lubię takie gimmicki. Ciekawy sposób na debiut, bo on  nie wychodzi z nastawieniem , że jest zajebisty i w ogóle reszta niech się chowa bo was wszystkich rozjebę. On autentycznie jest zaskoczony tym, że publiczność go zaakceptowała, taki skromniacha z niego nietypowy, jak na surfera, ale kupuję to. Tekst o fali adekwatny, widac że chłop poprawnie definiuje pojęcie wrestlingu - wie co go tu czeka i zamiast się bać to bierze to na klatę i to jeszcze z uśmiechem. Dokładnie tego bym od niego oczekiwał. Dawid Podsiadło kiedyś śpiewał, że nie ma fal. A dla mnie mimo całej sympatii tych fal jest troszkę za dużo. I właśnie dlatego cweLopez miał eleganckie okazje do odpowiedzi. Żart z laniem wody zasłużony, to wisiało w powietrzu xD. Ale z tymi falami to nie traktowałbym w sumie tego jako wady, to jest właśnie wartość dodana, że dajesz komuś okazję do pocisku (ja to tak widzę, połowa z was myśli że jak ktoś jest jechany, to jest hooyowy i został zezłomowany - każdy ma swoje zdanie). Poza tym to jest jego pierwsze promo z tego co kojarzę, niech publiczność się go trochę nauczy, my się go trochę nauczmy i myślę, że się sprawdzi na dłuższą metę, jak nie zostanie olany. Hiszpan kradnie ewidentnie ten segment tuż od wejścia. I bardzo dobrze. Bo jeśli Chris ma być sympatycznym debiutantem, to potrzebuje kogoś, kto natychmiast pokaże mu, że LPW nie jest wakacjami na plaży - a Lopezzo jest do tego idealny. Na poczatku sprawiał wrażenie przyjaznego, a potem jak to on ma w zwyczaju ośmiesza - i dobrze. Zawsze jest to odmiana od kogoś kto ciągle grozi, ośmieszać też trzeba umieć, a on umie, bo robi to praktycznie cały czas antenowy. Nawet mi podeszła ta próba zrobienia z Finnegana klauna pokroju Uszczelki, zamiast traktować go jak realnego przeciwnika. Natomiast z ośmieszania szybko przeszedł do gróźb odnośnie postrzegania tego biznesu i czego ten ma się spodziewać, to też było dobre przejście. Taki Lopez z wyjebanym ego to chyba najlepsza możliwa wersja Lopeza. On to w ogóle jest chyba postacią, która najbardziej żyje otoczeniem, tym co się dzieje wokół w LPW. Nie wiem czy jestem jedyny, ale było widać jakąś chemię między Finneganem a Lopezem, a to jest zajebisty komplement dla surfera. Takie to wszystko naturalne - oczywiście spora w tym zasługa cweLopeza, ale z byle kim też nie byłoby tak mocnego Lopeza w tym segu.  I bardzo dobrze, że Chris nie wdaje się w słowną wojnę. Skinienie głową i zgoda na walkę jest odpowiednie. On jest nowy, pozytywny, pewny siebie, a więc nie musi nagle stać się mistrzem ciętej riposty. Lopez traktuje debiutanta jak ćwiczenie przed większym celem, czyli wiadomo przed Blazem na Heatwave. Ten segment nie musiał nie wiadomo czego spełniać, nie wiadomo czego robić. Miał przedstawić Finnegana i przypomnieć, że Lopez jest wysoko w hierarchii, dać surferowi pierwszego przeciwnika i jednocześnie pokazać różnicę między nimi. Wszystko zostało spełnione.
 
Lopez vs. Finnegan: Ja praktycznie co walkę mogę napisać że osoba x wygrała, a osoba y nie została zeszmacona. Jest sens, żebym tutaj to powtarzał? Na pewno dzięki temu każda ze stron powinna być zadowolona. Pretendent nie wygrywa przez przypadek, nie przez roll-up, nie przez interwencję. Przez większość walki próbuje narzucić swoje tempo, a kiedy Chris zaczyna się rozkręcać, Jose znajduje moment i zabija jego ofensywę jednym ruchem i tak naprawdę dlatego dobrą robotę wykonał booker. Finnegan wyszedł dobrze i w segmencie i w tej walce, bo on nie został pokonany tylko przez Lopeza. On został pokonany przez jakby nie było przyszłego mistrza, nie tak dalekiego jak się okazuje, ale to było do przewidzenia, zresztą to nie temat na to. Jednak ten unik przed La Patada de Las Palmas drugi raz zrobiony w ten sam sposób nie może przejść przeze mnie niezauważony - drugą kontrę można by było zrobić inaczej, siadłoby bardziej, zwłaszcza że Finnegan to skoczny chłop.  Jose wychodzi mocniejszy, Chris wychodzi zbudowany. I to jest tutaj najważniejsze. 
 
McŁowicz: To było dobre, głównie dlatego, że Rob pozostał sobą jako człowiek kuchni, który został wciągnięty w konflikt przez aroganckiego arystokratę, ale tym razem było widać, że go to wszystko ruszyło. Z tym fartuchem też dobry motyw, bo on tutaj nie grał roli narzędzia pracy, tylko rolę wizualnego storytellingu na zasadzie, że fartuch stał się symbolem tego, co LS chce mu odebrać. Polecenia Sebastiana dobitnie punktują jego problem. Sebastien nie chce po prostu wygrać walki. On chce ustawić Roba w hierarchii, którą sam sobie wymyślił. I Rob dokładnie to rozumie. O smaku pychy chyba mi siadło najbardziej. Bo bierze motyw kuchni Sebastiena i obraca go przeciwko niemu. W ogóle fajnie, że ten feud nie sprowadza się tylko do tego, że jeden jest bogaty, a drugi jest kucharzem. Tutaj mamy konflikt charakterów i przede wszystkim podejścia do człowieka, no bo Sebastien uważa, że przez nazwisko, pieniądze i pozycję może decydować za innych, a Rob pokazuje mu, że nie będzie się nikomu podporządkowywał dla zasady. Moim zdaniem bardzo dobra odpowiedź na promo Sebastiena, dobrze rozwija McŁowicza i sprawia, że na samą ewentualną walkę naprawdę chce się czekać.
 
Leone/Halloway: Znowu mocny segment przede wszystkim dlatego, że obaj są tutaj bardzo dobrze napisani, ale każdy gra zupełnie inną kartą. Derek zaczyna oczywiście od swojego klasycznego odklejenia – płaska Ziemia, banowanie ludzi na czacie, grawitacja nie istnieje, gęstość, a do tego jeszcze bąk i tekst o farszu – i to wszystko idealnie pasuje do jego postaci. Co ważne, nie robi się z niego przez to tylko komediowego freaka, bo kiedy pojawia się Tony, Derek bardzo szybko przechodzi na poważniejszy ton i pokazuje, że płaskoziemiec jako mistrz potrafi być wciąż czujny. Fajnie wychodzi jego nieufność wobec Leone, szczególnie kiedy mówi o brutalności pod płaszczykiem elegancji i przypomina, że Tony wcześniej nasyłał swoich ludzi na niego, Brutala i Edgara. No i to siedzi, bo Derek nie zapomina o wcześniejszych wydarzeniach tylko dlatego, że Tony przyszedł teraz w garniturze i mówi spokojnym głosem. Podoba mi się też moment, w którym Tony próbuje zbudować między nimi jakąś wspólnotę ludzi, którzy patrzą za kulisy, a Derek odpowiada mu na zasadzie, żeby nie wrzucał go do jednego worka z nim. No i najważniejsze. Derek ani przez chwilę nie wygląda tutaj jak mistrz, który boi się swojego pretendenta, a to jest sztuka przy kimś takim jak Leone. Natomiast Tony Leone moim zdaniem wręcz kradnie ten segment jak Lopez powyżej, bo jego największą bronią jest tutaj właśnie spokój. On cały czas mówi jak człowiek niezwykle kulturalny, opanowany i wręcz zatroskany o Dereka, ale im dłużej gada, tym bardziej czujesz, że za tym wszystkim kryje się coś bardzo nieprzyjemnego. Najlepsze jest to, że Tony nie musi powiedzieć wprost komuś o krzywdzie, bo jego teksty robią to za niego. I właśnie taki Tony jest dużo ciekawszy niż zwykły mafijny heel, który po prostu wychodzi i mówi, że wszystkich zabije, pobije i hooy wie co jeszcze. On próbuje wejść Derekowi do głowy, przedstawia się jako przyjaciel, który tylko chciał wyciągnąć rękę, a jednocześnie cały czas subtelnie sugeruje, że może zrobić Derekowi coś bardzo złego. Podoba mi się również motyw partnera biznesowego, bo pasuje do jego eleganckiego, sycylijskiego charakteru i jednocześnie pozwala mu mówić o mistrzostwie jak o interesie. Pas jest dla niego czymś, co chce przejąć, a niekoniecznie czymś, o co musi się emocjonalnie napinać. I wtedy dostajemy końcówkę z farszem, która jest zajebista xdd. Przez cały segment Tony jest poważny, dostojny, niemal teatralny, a na sam koniec przechodzi za plecami Dereka, zerka w dół i rzuca spokojnie, że teoria dotycząca farszu może jednak wymagać ponownego rozważenia. To jest świetne właśnie dlatego, że nie niszczy jego postaci, bo Tony nadal zachowuje ten swój spokojny, elegancki sposób bycia, tylko wykorzystuje sytuację, żeby kompletnie zbić Dereka z tropu. I reakcja Hallowaya, który gwałtownie łapie się za dupę, jest idealnym tego zwieńczeniem. Całościowo powiedziałbym, że Derek wypada tutaj dość mocno, bo jest bardzo konsekwentny, zabawny, ale jednocześnie wiarygodny jako mistrz, natomiast Tony naprawdę świetnie działa jako ten uprzejmy, elegancki facet, Don przy którym cały czas ma się poczucie, że coś jest nie tak.  Najbardziej podoba mi się to, że ten feud wygląda jak konflikt dwóch ludzi, którzy twierdzą, że widzą więcej niż reszta świata, ale kompletnie inaczej wykorzystują tę wiedzę. Derek robi z tego swoje teorie i próbuje demaskować innych, a Tony wykorzystuje właśnie tę podejrzliwość Dereka przeciwko niemu. No i po takim zakończeniu naprawdę chce się zobaczyć, co Tony zrobi dalej, bo teraz już wiadomo, że ten partner biznesowy raczej nie będzie miał zamiaru zachowywać się jak partner.
 
Dolnick vs. Ransom: Segment w sumie był tu o wiele ważniejszy niż walka. Dolnick od początku próbuje gadać, proponuje nawet, żeby sobie odpuścili i poszli na obiad, a Maxwell odpowiada mu czynami i dobrze. Walka miała na celu pokazanie dysproporcji między nimi i przygotowanie nas do tego, co się wydarzy po niej. Natomiast promo po walce to już jest moim zdaniem coś na czym wypadałoby się bardziej skupić niż na walce. I tutaj przede wszystkim Maxwell robi ten segment, bo zaczyna od bardzo zimnego, wręcz pogardliwego tonu.
Maxwell wykorzystuje zwycięstwo, żeby w końcu powiedzieć Dolnickowi wszystko, co najwyraźniej od dawna w nim siedziało. I bardzo dobrze, że nie ogranicza się do wyśmiewania jego wyglądu czy obecnego stylu życia. Owszem, jedzie po jego obżarstwie, streamowaniu, szwendaniu się i pogoni za popularnością, ale z czasem robi się jasne, że tak naprawdę chodzi mu o coś zupełnie innego. Maxwell tęskni za dawnym Jeanem. Za człowiekiem, z którym razem robili coś ważnego, mieli pasję i potrafili dawać ludziom rozrywkę. I właśnie dlatego jego frustracja jest zajebiście wiarygodna. To nie jest zwykły heel wychodzący po walce i obrażający przeciwnika. To jest ktoś, kto patrzy na swojego byłego przyjaciela i uważa, że ten kompletnie się pogubił. Bardzo dobrze siedzi też to, że Maxwell sam przyznaje, że nie zawsze jest idealnie opanowany. Dzięki temu nie wychodzi na sztucznie wykreowanego świętoszka, który poucza wszystkich z pozycji moralnej wyższości. On również ma emocje i również potrafi stracić nad nimi kontrolę, tylko tym razem powodem jest właśnie Dolnick i jego zachowanie. Najmocniejsza jest jednak końcówka, bo Maxwell nie kończy na klasycznym wyzwaniu do kolejnej walki. On właściwie podważa sens dalszej obecności Dolnicka w federacji, a do tego mówi mu, że nie jest już tym człowiekiem, którym kiedyś był i że powinien odejść. To jest dla Jeana znacznie bardziej dotkliwe niż zwykła porażka. Szczególnie dobrze wypada reakcja Dolnicka, który po wszystkim nie próbuje robić żadnego komediowego numeru ani odgrywać twardziela. Po prostu siedzi w narożniku i wygląda, jakby naprawdę został złamany. I to jest świetne, bo nagle cały jego komediowy gimmick schodzi na drugi plan i widzimy człowieka, który właśnie usłyszał bardzo brutalną prawdę od osoby, na której opinii prawdopodobnie nadal mu zależy. Podoba mi się również to, że Ransom po wszystkim sam nie wygląda na człowieka, który czuje się świetnie. Wyrzuca mikrofon i odchodzi, ale widać po nim emocje. To sugeruje, że powiedzenie tych wszystkich rzeczy również nie było dla niego łatwe. Dzięki temu relacja między nimi nadal pozostaje skomplikowana. Nie mamy prostego podziału na dobrego Maxwella i złego Jeana, tylko dwóch ludzi, którzy kiedyś byli blisko, a teraz są po dwóch stronach barykady i obaj mają swoje żale do siebie, przyznaję że nie czułem tego feudu na początku, ale naprawdę się w niego wkręciłem.
 
Mantel & EGDG vs. Edgar & Brutal: Każdy z nich w sumie coś pokazał. Mantel i Garra nie wyszli na typowych ogórków, a Brutal przewagą i siłą do kupy ze sprytem Edgara pokazali że są lepsi, po prostu. Szczególnie Mantel fajnie tu wypadł. Było tam jakieś niezrozumienie i irytacje na partnera, więc było widać który team się bardziej (nie)dogaduje. Z drugiej strony bardzo dobrze wypada współpraca Brutala i Edgara. Ich zmiany są szybkie, nie przeszkadzają sobie i pod koniec wyraźnie widać, że zaczynają działać jak prawdziwy tag team. Sam finisz jest dzięki temu logiczny, bo El Garra zostaje najpierw mocno osłabiony, Brutal dokłada swoją akcję, Edgar kończy wszystko z narożnika. Nie ma kombinowania z przypadkowym roll-upem czy kontrowersją, tylko wygrywa team, który tego dnia był po prostu lepiej zorganizowany. Jednocześnie walka nie jest przesadnie długa, co jest plusem, bo jej głównym zadaniem było przygotowanie gruntu pod późniejszą konfrontację z mafiozami. Jedyne czego trochę mi brakuje, to może większego zaakcentowania współpracy Mantela i El Garry na początku, bo później ich problemy z komunikacją stają się ważniejsze niż sama współpraca, ale może o to chodziło. 
 
Outfit/Edgar/Brutal: Outfit po raz kolejny pokazuje, że ich największą bronią nie musi być od razu przemoc, tylko sposób, w jaki potrafią mówić i manipulować sytuacją. Sacrale wypada bardzo dobrze jako ten spokojniejszy, kulturalny człowiek, który przedstawia swoje groźby niemal jak rozsądną propozycję. Najciekawsze jest to, że próbuje wmówić Brutalowi i Edgarowi, że cała sytuacja jest właściwie ich winą, bo przecież oni chcieli zakończyć konflikt. Dzięki temu Sacrale nie brzmi jak ktoś, kto po prostu szuka bójki. On naprawdę próbuje narzucić własną narrację. Bardzo dobrze działa też religijny charakter jego wypowiedzi, bo motyw Boga, wyroku i egzekucji pasuje do medalika i całej jego prezencji. Edgar jest natomiast kompletnie inną energią. Jego reakcja jest bardzo teatralna, poetycka i megalomańska, ale właśnie tego oczekujemy od Dickinsona. Podoba mi się szczególnie kontynuowanie motywu, że Outfit wtargnęło do jego historii i zniszczyło coś, co Edgar wcześniej planował. Dzięki temu jego wrogość wobec nich nadal wynika z konkretnego powodu. Najlepsza jest jednak odpowiedź Sacrale, bo on nie próbuje przebić Edgara krzykiem. Wchodzi w jego artystyczny sposób myślenia i wykorzystuje go przeciwko niemu. To tworzy bardzo fajną słowną przepychankę dwóch postaci, które są teatralne, ale na zupełnie różne sposoby. Dzięki temu co powiedział Brutal Vincenzo dostaje naturalny moment na wejście do rozmowy. Wreszcie dostajemy wyraźny sygnał, że nie jest tylko partnerem Sacrale stojącym obok. Jest spokojny, arogancki i przede wszystkim groźny. Jego zachowanie pod koniec, kiedy odkłada eleganckie dodatki, podwija rękawy i szykuje się do walki, jest dużo mocniejsze niż kolejna długa groźba. Czyli podsumowując Sacrale jest spokojnym ideologiem, Vizzini bardziej milczącym egzekutorem, Edgar artystycznym megalomanem, a Brutal brutalnym i bezpośrednim prostakiem jak to on, który ma dosyć całej tej filozofii. Podoba mi się jak Outfit ewoluuje z grupy która rozpierdala tygodniówkę do grupy, która ma zajebiście określoną tożsamość. 
 
Vizzini vs. Shadow: Krótko, ale przy takim zestawieniu nie było innej opcji. Vizzini zostaje pokazany jako ktoś zupełnie innego kalibru niż Elias i to właściwie od pierwszej sekundy. Bardzo podoba mi się też wykorzystanie Enzo. To, że Sacrale nie krzyczy na niego ani nie próbuje go powstrzymywać, tylko pokazuje mu zegarek, jest świetnym drobiazgiem. Przez to wygląda, jakby Vizzini naprawdę odpłynął w tym momencie, a Enzo musiał przypomnieć mu, że mają jeszcze swoje plany. Jedyna rzecz, którą można by ewentualnie rozważyć, to jeszcze mocniejsze zaakcentowanie momentu, w którym Elias orientuje się, że trafił na kogoś zupełnie innego niż oczekiwał. Sama walka jest tak krótka, że jeden taki moment mógłby jeszcze bardziej sprzedać różnicę poziomów. Ale to już kosmetyka. Końcówka z różą bardzo outfitowa, to nie jest zwykłe świętowanie zwycięstwa. Jest w tym coś niemal rytualnego, teatralnego i trochę makabrycznego. Pasuje do ich eleganckiego mafijnego wizerunku. Właśnie takie małe gesty mogą sprawić, że The Outfit zacznie mieć bardzo rozpoznawalny styl. Sacrale jest głosem i mózgiem, a Vizzini jest człowiekiem, którego najlepiej nie zmuszać do działania i właśnie taki podział w tym outfitowym duecie chciałbym na razie widzieć.
 
Mantel/Shadow/Tatsu/Dolnick/JRW: Ależ tych postaci nawaliło w można powiedzieć jednym segu. Najpierw Mantel. Bardzo dobrze, że jego reakcja po porażce nie jest klasycznym smutkiem czy szukaniem wymówki, tylko wkurwieniem przeniesionym bezpośrednio na Kociarza. I tutaj gablotka robi naprawdę dobrą robotę, bo nagle dostajemy wizualne potwierdzenie tego, kim on jest. Mantel nie chce po prostu wygrywać, on chce zbierać ludzi jak trofea (pozdro Marvin Jones) i budować sobie dziedzictwo poprzez pokonywanie kolejnych przeciwników. Maska El Garry jest więc czymś więcej niż rekwizytem. To symbol tego, że Mantel już traktuje go jak zdobycz, zanim jeszcze go pokonał. Podoba mi się również, że porażka z Brutalem i Edgarem nie zostaje całkowicie zignorowana. Mantel uważa, że był blisko wykończenia Edgara i że El Garra odebrał mu zwycięstwo. Dzięki temu jego frustracja ma konkretną przyczynę. Bardzo dobrze wypada też końcówka z grożeniem kolejnym potencjalnym ofiarom. To naturalne rozszerzenie gimmicku Souvenir Collectora, który naprawdę działa, na pewno lepiej niż Normal Guy. Skoro ma gablotę i uważa swoich przeciwników za kolejne przedmioty do kolekcji, to El Garra jest tylko aktualnym celem. Nie jest on zamykany wyłącznie w jednym feudzie, tylko pokazywane jest to, że po Heatwave może ruszyć dalej. I to jest ważne dla Mantela, jest on jednym z LPW Originals, w przeciwieństwie do Kociarza, więc zasługuje na to. Potem przechodzimy do Eliasa i Yoshiego i tutaj następuje kompletny lekki odjazd ale w dobrym sensie. To jest ewidentnie komediowy segment i jego siłą jest to, że Yoshi jest tak absurdalnie honorowy, że aż przestaje być normalny xdd. Już wiem o co chodziło ze śmieszkami na temat Yoshiego i jego honorowością na lajwie przy Heatwave. Elias natomiast pozostaje Eliasem, siedzi z lodem na karku, scrolluje TikToka, ma kompletnie gdzieś przemowę Yoshiego, a potem jeszcze odpala się po rozwaleniu telefonu.  A potem... Dolnick. Najlepsze jest to, że Jean kompletnie ignoruje wszystko, co dzieje się obok. Elias i Yoshi praktycznie zaraz zaczną się bić, a Dolnick przechodzi obok z kartką, jak człowiek mający w głowie wyłącznie jedną rzecz. To jest bardzo dobre po tym, co wydarzyło się wcześniej między nim a Ransomem. Właśnie dlatego jego jedno słowo w gabinecie Aldisa ma taką wagę. Nie robi przemowy. Nie tłumaczy się. Nie płacze. Nie próbuje przekonywać GM-a. Przynosi kartkę, rzuca ją na biurko i oznajmia, że odchodzi. I najlepsze jest to, że Aldis nawet nie zdąży zareagować. To daje poczucie, że Jean podjął decyzję już wcześniej i nie przyszedł po zgodę. On tylko ją zakomunikował. Zniknięcie Dolnicka jest natomiast bardzo w jego stylu. Trochę absurdalne, trochę komediowe, ale dzięki temu nie robi się z niego nagle całkowicie innej postaci. I właśnie wtedy następuje gwałtowne przejście do karetki. No i tutaj zaczynamy fajerweki, Halina sylwester się zaczął xdd. Powrót Watersa jest świetny właśnie dlatego, że jest kompletnym przeciwieństwem jego poprzedniego pojawienia się. Wtedy mieliśmy helikopter, jakiś dojebany motyw podróżnika, wielką scenografię, gargulca, emocjonalny powrót legendy. Teraz dostajemy karetkę, zakrwawionego, poobijanego człowieka, który ledwo chodzi. I najważniejsze, że nie zrobiono z niego ofiary. On jest pobity, ledwo stoi, ma rozcięcie na głowie, bandaż, obolałe żebra, ale psychicznie jest bardziej niebezpieczny niż wcześniej, co jak najbardziej kupuję. To jest chyba najważniejsza rzecz w całym jego występie. W pierwszym powrocie mieliśmy Watersa jako legendę wracającą na własnych warunkach. Teraz mamy Watersa, któremu ktoś odebrał kontrolę nad własnym wielkim momentem i właśnie dlatego jego reakcją jest wściekłość. Bardzo dobrze działa też motyw z jego dawnym wcieleniem w WCW które jest mi totalnie obce, ale powiedzmy że się wkręciłem. Nie chodzi wyłącznie o to, że Waters wspomina przeszłość. On odcina się od własnego starego obrazu. Helikopter, czerwone dywany, wielkie wejście, gwiazdorstwo, no to wszystko było pewnego rodzaju fasadą. Crowe swoim atakiem zmusił go do pokazania czegoś, czego Waters sam wcześniej nie planował pokazać. I właśnie dlatego końcówka z maską jest dla mnie najmocniejszą częścią całego promo. Waters nie mówi po prostu, że chce zemsty. On sugeruje, że Crowe i Kline sami uruchomili coś, czego nie powinni byli ruszać. To jest bardzo dobry kierunek dla tej postaci, bo nagle nie wiadomo, czy Waters stanie się większym szaleńcem, brutalem, czy po prostu wróci do swojej najbardziej autentycznej wersji. Podoba mi się również, że Crowe nadal nie musi tutaj występować. To bardzo ważne. Waters mówi o nim, ale Crowe nie potrzebuje odpowiadać. Po tym, co zrobił pod ringiem, jego nieobecność działa na jego korzyść. Teraz to Waters musi go szukać. Jedyna rzecz, którą bym pilnował, to długość końcowego promo. Ono jest dobre i ma sens, ale miejscami Waters kilka razy wraca do tej samej myśli, to znaczy że wielki powrót został zniszczony, dawna wersja Watersa umarła, teraz liczy się zemsta. Ja bym tego już dalej nie rozbudowywał. To, co jest teraz wystarczy, żeby rozpocząć nowy etap postaci. Teraz najlepiej pozwolić Watersowi udowadniać tę przemianę czynami. I jeszcze jedna rzecz - bardzo podoba mi się konstrukcja całego ciągu. Mantel pokazuje, że chce kolekcjonować kolejne ofiary. Elias i Yoshi dają chwilę oddechu i komedii. Dolnick nagle podejmuje bardzo poważną decyzję. Potem powró zakrwawionego Watersa, no cholernie dobra telewizja została tu odegrana, ale znam już trochę styl prowadzenia gali Jakuba, przyzwyczaił nas raczej do tego, że fajnie łączy wątki. No i Waters wychodzi z tego segmentu jako ktoś, na kogo naprawdę chce się teraz czekać. Nie dlatego, że jest legendą WCW, tylko dlatego, że Crowe właśnie obudził w nim wersję Watersa, której wcześniej nie znaliśmy - czyli jesteśmy wszyscy w tym samym miejscu jeśli chodzi o Watersa, można powiedzieć, że zaległości już nie mam xdd. Kurwa taki generyczny trochę ten komentarz mi wychodzi, ale stosuję się do poleceń użytników, zdaję sobie sprawę że za mało pisałem o samych postaciach, więc od ostatniego Colosseum troszkę zmieniłem format komentarza i chyba naprawdę jest okej.
 
McŁowicz vs. LS: Tutaj mamy bardzo fajnie rozpisaną walkę, bo wynik jest korzystny dla Sebastiena, ale Rob absolutnie nie wychodzi z niej na frajera. Czyli jak na moje - klasyczna walka w LPW xdd. Choć nie do końca. Pojawia się jakiś elegancki facet. To jest moim zdaniem najlepszy element konstrukcji walki. Nie dlatego, że mamy klasyczną interwencję, ale dlatego, że nieznajomy jest ubrany praktycznie jak część świata Sebastiena. Garnitur, drogi wygląd, kolorystyczne dopasowanie do Lorda. I co ważne, Rob nie daje się zastraszyć. Zamiast stać i patrzeć, co się wydarzy, wali go kolanem. To jest bardzo zgodne z McŁowiczem: może być kucharzem, może być outsiderem w tym świecie arystokracji, ale jak ktoś próbuje wejść mu w drogę, dostaje po ryju - i bardzo qrwa dobrze xd. I właśnie przez to interwencja nie odbiera mu całkowicie wiarygodności. Rob sam był o krok od zwycięstwa, a Sebastien wykorzystał zamieszanie. To jest różnica między dobrym heelowym zakończeniem a sytuacją, w której ktoś potrzebuje pięciu osób, żeby wygrać. I teraz pytanie numer jeden, co to za typ? Bo samo jego pojawienie się w takim stroju i dopasowanie do Sebastiena sugeruje, że to nie jest przypadkowy ochroniarz wyciągnięty z kapelusza. Jeżeli to ktoś ważny dla Lorda, to ta walka może być początkiem szerszego świata jego postaci. Sebastien przestaje być tylko bogatym arystokratą, który sam sobie uważa się za lepszego od innych. Wygląda na człowieka, który może mieć całe zaplecze ludzi, wpływów i znajomości. Sebastien wygrywa, więc dostaje ważne zwycięstwo przed Heatwave, ale Rob zostaje odpowiednio zabezpieczony. Mamy też pierwszy konkretny dowód, że Lord może mieć kogoś po swojej stronie, a jego zwycięstwo nie było do końca czyste. 
 
Blaze/Wallace/Lopez: Żaden z was nie ma upoważnienia do płakania o długości segmentów innych osób, po prostu. Mi zarzucacie hipokryzje a sami odjebaliście 20% gali jednym segmentem, na oko. Jeszcze kurwa na koniec kiedy totalnie nie myślę już tylko chcę to wysłać i iść ogarniać xD. Ale postaram się. Bardzo mocne zamknięcie ostatniego Elysium przed Heatwave. Domknięto tu kilka rzeczy na raz, ale po kolei. Najpierw Aldis. Bardzo dobrze, że jego rola nie ogranicza się do przeczytania stypulacji i zapowiedzi zawodników. On tutaj próbuje kontrolować sytuację, a potem wszystko momentalnie wymyka mu się spod kontroli. Czterech ochroniarzy, później posiłki, a mimo tego Blaze i Lopez praktycznie nie dają się rozdzielić. I świetny jest moment, kiedy Blaze przypadkowo trafia Aldisa. To jest ważne, bo pokazuje, że konflikt przestał być czymś, co GM może po prostu zarządzić zza biurka. Aldis dostaje rykoszetem od wojny, którą próbuje zabezpieczyć. Jednocześnie jego późniejsza reakcja jest bardzo dobra, no bo nie robi z siebie obrażonego szefa, tylko rozumie, że był wrestlerem i wie, jak to działa. Dzięki temu zachowuje autorytet, jakiś tam. Blaze jako mistrz LPW jest tutaj chyba najciekawszy pod względem rozwoju postaci. Na początku jest kompletnie nakręcony i rzuca się na Lopeza jeszcze zanim kontrakt został podpisany. To jest właściwie materializacja tego, co później mówi Walec, że Axel przez ostatnie tygodnie przestał myśleć, a zaczął reagować. I bardzo dobrze, że Wallace nie przychodzi go po prostu poklepać po plecach jako mistrza. Wręcz przeciwnie, on mówi mu prawdę i Axel ją przyjmuje. To jest dla mnie kluczowy moment tego segmentu. Blaze nie zostaje nagle wybielony. Przyznaje, że przesadził, że stracił kontrolę i że nie jest z tego dumny. Dzięki temu jego późniejsze zachowanie wobec Lopeza ma większą wagę, bo nie jest już tylko wściekłym gościem chcącym się zemścić. On zaczyna rozumieć, dlaczego Lopez tak skutecznie wszedł mu do głowy. Lopez natomiast jest chyba najlepszy w całym segmencie pod względem samej psychologii, jak zawsze zresztą. I bardzo podoba mi się, że nie pozwolono mu nagle przyznać Wesowi racji tylko dlatego, że Wallace jest popularnym autorytetem. Jose wręcz przeciwnie mówi, że nie zgadza się z nim i że uważa siebie za zupełnie inną osobę niż sześć lat temu. To jest świetne, bo jego największym problemem nie jest już to, że jest zły. Problemem jest to, że naprawdę wierzy w swoją własną wersję wydarzeń. On nie udaje przed wszystkimi, że się zmienił. On autentycznie uważa, że wyeliminował swoje słabości. I właśnie dlatego słowa Wesa tak mocno go trafiają. To jest zresztą bardzo dobry moment dla Wesa. Wallace nie próbuje kraść walki dla siebie. Nie robi z siebie trzeciego zawodnika Main Eventu, bo w sumie nim nie jest, stąd taka opinia. Jest tutaj kimś w rodzaju człowieka, który zna obu (ale skąd zna Axela w sumie?) i potrafi powiedzieć każdemu z nich coś, czego nie chcą usłyszeć. Axelowi mówi, że się zagubił. Lopezowi mówi, że nadal jest tym samym człowiekiem. I właśnie dlatego jego obecność jest tak cenna. Najlepszy moment Wesa to dla mnie jednak końcówka z odwróceniem uwagi Lopeza. Jose zaczyna być coraz bardziej skupiony na Walcu, więc Axel chwyta go za bark i przypomina mu, kto jest jego przeciwnikiem. Wes tylko mówi, że to ich moment i wychodzi. To jest cholernie dobre, bo Wallace rozumie, że jego zadaniem nie jest rozwiązanie ich konfliktu. On tylko doprowadził ich do punktu, w którym muszą już sami to rozstrzygnąć. I świetnie, że po jego wyjściu nie ma kolejnej bójki. To byłoby już za dużo. Zamiast tego mamy czoła praktycznie stykające się ze sobą, niewyraźną wymianę zdań i Blaze'a podnoszącego pas. To jest bardzo dobry ostatni obrazek przed ich walką na Fali Cieplnej. No i Falls Count Anywhere jest tutaj idealnym wyborem. Przy tej historii zwykły singles match byłby wręcz zbyt ograniczony. Ci dwaj przez cały czas wyrywają się spod kontroli, atakują się poza ringiem, wykorzystują otoczenie, nie potrafią zostawić siebie nawzajem w spokoju. Stypulacja właściwie wynika z ich historii, a nie została wrzucona tylko po to, żeby zrobić widowisko. Axel wyszedł z tego jako bardziej ludzki mistrz. Nie jest nieskazitelnym bohaterem, ale właśnie dlatego można mu kibicować. Przyznał się do błędów i dostał od Wesa zasłużony kubeł zimnej wody. Jose wyszedł jako świetny antagonista, bo jest absolutnie przekonany, że to on przejrzał wszystkich. I paradoksalnie im mocniej próbuje udowodnić, że się zmienił, tym bardziej Wallace sugeruje, że nadal nosi w sobie stare problemy. To jest dużo ciekawsze niż zwykły heel, który wie, że jest zły. Wes wyszedł jak absolutna gwiazda. I to jest bardzo ważne, ta reakcja publiki, jego ogromny cheer nie został wykorzystany do zrobienia z niego protagonisty historii. On pojawił się, powiedział swoje, pomógł obu, dostał wielki moment i odszedł. Dzięki temu nie przyćmił Main Eventu, tylko go podbił, no przyznam że fajnie to zrobiono, czasem trzecią osobą dodaną do sceny ME łatwo jest coś zepsuć, przerzucić na kogoś na kogo się nie powinno. Tutaj tak nie zrobiono i dobrze. Aldis wyszedł jako wiarygodny GM, który próbował przygotować wszystko profesjonalnie, ale doskonale rozumiał, że tych dwóch może nie być w stanie utrzymać nawet czterech ochroniarzy. Nie mogę się doczekać Heatwave (XDDDDD).
Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.09.2026, 19:42 przez Michał.

[Obrazek: wrestlers-on-the-road.jpg]
Odpowiedz
Cytuj
Michał
Zawodowiec
09.09.2026, 19:41 #14
ET: Dobra skupię się tu bardziej na Edgarze, nie będę powielał błędu sprzed tygodnia, że więcej o Brutalu pisałem. Tym bardziej będzie to tutaj łatwiejsze, że Brutal miał tu proste zadanie i je spełnił, bez większej filozofii. Dickinson jak dla mnie dostaje tutaj więcej rzeczy, które w przyszłości bankowo zaprocentują. Edgar mógłby niby próbować się dopasować do Brutala w jakiś sposób, gdzieś tam miałoby to sens, na pewno bardziej niż Brutal dopasowujący się do Dickinsona, ale kontrast lepiej niech będzie zachowany. Przywitanie Edgara po tym jak Brutal prawie wchodzi z buta do tego pomieszczenia jest zajebiste xD, uśmiałem się jak czytałem to pisząc sega. Poczęstowanie kolegi napojem bardzo dobrze pokazuje jego taką, hm... dziwaczną elegancję i manierę, którą w nim lubię. On nie reaguje agresją na Brutala, tylko traktuje go jak trochę nieokrzesanego gościa, którego mimo wszystko należy przyjąć. Edgar przy Zacku robi coś ważnego, przyznaje się do tego że pilnuje swojego interesu, co do Zacka miał pewien plan, ale się nie udał. Czyli Edgar nie jest jak Arek Głowacki i zanim zagłówkuje to jednak kalkuluje. No i z tym wątkiem też pokazuje różnice między partnerem. Brutal się wkurwia i tyle, a Edgar wyrzuca wątek do kosza xdd. Końcówka jest dla mnie najciekawsza, Wszystko wskazuje na to, że wraca do swojego świata, jednak zaczyna przeszukiwać kuferek w poszukiwaniu czegoś. Tylko czego? Przyjął nadzieję Brutala na to, że może na niego polegać na siebie, nie potwierdził, nie zaprzeczył, dobrze. Rozmowa z Brutalem ewidentnie coś w nim uruchomiła, bo kiedy został sam zaczął czegoś szukać. I to jest zajebiste. Bo Dickinson to jest jedna z wielu postaci, ale jednak nie każda tak ma - przy której my czytelnicy i widzowie praktycznie ciągle nie powinni wiedzieć co mu siedzi w głowie. Ale z jednej strony skoro jesteśmy tacy tajemniczy, to ja bym też tej kwestii Zacka aż tak dobitnie nie wyjaśniał, bo jeżeli Edgar ma być enigmatyczny, można zostawić więcej niedopowiedzenia. Zwłaszcza że późniejsza scena z kufrem już świetnie sugeruje, że jego działania mają jakieś drugie dno, ale to może drobna kosmetyka której się czepiam. Ale potrzebne mu to było, bo zrobił się z losowo przydzielonego Brutalowi gościa (tak samo zresztą jest Brutal przydzielony Edgarowi) - zrobił się gościem który ma własny plan i dla mnie to jest najlepsza rzecz którą tu zrobiono. Brutal wychodzi z garderoby z poczuciem, że właśnie ustalił zasady współpracy. Edgar zostaje sam i prawdopodobnie zaczyna robić coś, o czym Brutal nie ma pojęcia - no i fajno xD.
 
JRW/Crowe/Kline: No mocne otwarcie. Nie tylko zrobiono mocny powrót JRW do ringu, tudzież jego debiut w LPW. Jeszcze bardziej podbudowano Crowe'a i jego doktorka, fajnie że w sumie tyle jest już wprowadzana ta postać i nadal się nie nudzi to wprowadzenie. Szczerze? To jak został wprowadzony tutaj JRW pokazuje jak powinien zostać wprowadzony weteran? Legenda? Coś co powinno zostać zrobione być może z kimś takim jak Dowson. Jemu by też takie coś podobne siadło.  To jest wejście człowieka, który nie wraca/debiutuje jak zwykły wrestler. Wraca ktoś, kto ma określoną historię i status. Ten cytat z koszulki widziałem w Rodzinie Soprano, jakieś powiązania z Outfit? To praktycznie streszcza jego powrót bez potrzeby dodatkowego tłumaczenia. Motyw ze łzą siedzi, bo Waters nie zostaje pokazany jako „twardy stary wyjadacz, który wrócił i teraz wszystkim wpierdoli”. On autentycznie jest wzruszony reakcją publiczności. To sprawia, że jego powrót staje się emocjonalny. Po tylu latach były mistrz świata wraca i widzi, że ludzie nadal pamiętają. No panie i panowie, na ten moment mamy najlepszy powrót/debiut w federacji zrobiony, mimo tego że nie zdążył powiedzieć ani jednego słowa, piękne xdd. Od razu odebrano mu możliwość wygłoszenia klasycznego powrotnego promo i to, że jego powrót nie będzie pod jego dyktando, w sumie spoko, lepsze to niż zwykłe pociągnięcie powrotu do końca i elo, nara, pora na CSa. Crowe dosłownie skradł Watersowi moment i... tego sega. Zajebiste wejście szczerze, lepsze to niż jakieś wbiegnięcie, to jest zdecydowanie bardziej niepokojące niż gdyby Crowe po prostu wyszedł z rampy. Nie chcę napisać tego tak dosłownie żeby to źle nie zabrzmiało, ale fajnie wykorzystano te dzieci w takim sensie, że zbudowano dzięki nim taką atmosferę nawet nie lokalnego herosa, ale po prostu bohatera ludzi. A potem te dzieciaki muszą być ewakuowane z ringu, bo pod nim zaczyna się coś dziać. To robi z Crowe'a nie tylko wrestlera, ale zagrożenie dla całego widowiska, choć on tym wrestlerem jako wrestlerem to od samego debiutu się nie wydawał i to też jest jego zajebista zaleta, tak samo jak to że nie musi nic mówić, doktorek też się za bardzo nie wysila przy tych sekwencjach jeśli chodzi o słowo pisane. Wydaje mi się że Silas i Kline postrzegają LPW ogólnie jako jedną wielką chorobę i chcą kurwa wszystkich leczyć, tylko kiedyś się przeliczy, przyjdzie taki dzień. Mam paru kandydatów do tego, aby równać się z Crowem, ale są na Colosseum, więc na razie zachowam ich dla siebie. Choć swoją drogą program Crowe'a i doktorka z kimś z Elysium tez byłby... ciekawy xD. A co do Kline'a też się wypowiem, w końcu jest też pisany przez Ryśka i jest nieodłącznym na razie elementem Crowe'a. Największym plusem w tym wszystkim jest w sumie jego zachowanie, czasem jest tak że druga postać kurwa jest albo niepotrzebna, albo nawet przeszkadza tej głównej. Tu jest to stonowane i w sumie - do tego też potrzeba pewnych umiejętności, serio xdd. On po prostu stoi, trzyma mikrofon, jakimś dyktafonem macha i to kurwa działa, terapia rozpoczęta i narciarz. Ten duet doktorek i obiekt, kurwa, nie wiem pacjent, narzedzie terapii naprawde działa. Mnie bardziej zaczyna już zastanawiać jaka jest relacja między nimi. Zostawia ona naprawdę mase możliwości i wierzę, że Rysiek wybierze jedną z tych lepszych. Takie powroty po których pozostaje pytanie WTF - zawsze działają. Klasa panowie, ekstraklasa.
 
LS: Czuć bogactwo XDDDD Czuć piniądz kurłaaa! Dobra, wracając na ziemię. Wiecie co lubię w gimmicku Lorda? Że nie jest on ozdobnikiem, on tak naprawdę napędzą tę postać i mogłoby się wydawać, że co ty gadasz Michał, przecież każda postać tak ma. No... chciałbym, żeby tak było. Czym się różni Sebastien od innych ,,bogaczy" w fedzie? A właściwie jednego? To, że on jest w tym wszystkim autentyczny, naprawdę wypowiada się jak francuski arystokrata, a nie ktoś kogo wsadzili w tę rolę żeby był chociaż trochę wiarygodny, to spora różnica, no bo tak naprawdę dzięki tym opisom Sebastien nie musi podkreślać jak zajebiście jest bogaty, to widać zanim powie słowo. No przyznam szczerze, że jeśli chodzi o tę postać to Ostaszewska daje radę, siedzi mi. Ta pogarda w stronę McŁowicza podana tak na spokojnie, z odpowiednią klasą, jak na niego przystało. Sebastien nie wrzeszczy na McŁowicza. Nie próbuje go zastraszyć w typowo wrestlingowy sposób. On go analizuje z pozycji człowieka, który uważa, że stoi kilka szczebli wyżej, bo w sumie stoi. Fajnie, że Lordzik pokazał troszkę więcej swojego backgroundu, już nie widzę typa który mówi że jest bogaty, tylko typa który pokazuje, że cała ta jego wartość wynika z systemu, który istniał przed nim, a on się w niego idealnie wpasował. On nie uważa, że McŁowicz jest gorszy dlatego, że on sam ma więcej pieniędzy. On uważa, że McŁowicz jest gorszy, bo pochodzi z niewłaściwego świata, a to już jest właściwie jawny klasizm. No jak miałbym wybierać postać do której to pasuje najbardziej w LPW - to byłby to właśnie Lord. No McŁowicz troszkę w tym wszystkim dla mnie upokorzony jest, to już nie była sportowa przegrana, to jest w zasadzie.. nie wiem, spuszczenie w kiblu to co McŁowicz robił wcześniej to może za mocne słowo, ale dobra, puszczę to płazem, bo widac że Ryszardowa skupiła się bardziej na terapeucie Silasie. Lordowi ta odmowa kucharza siedzi w bani do dziś, bo problemem nie jest nawet sama odmowa. Problemem jest to, że ktoś uznał, iż ma prawo mu odmówić. No ale żeby nie było za wesoło, to do jednego się muszę przyczepić. Momentami Sebastien za długo tłumaczy swój klasizm. Szczególnie fragment o przodkach jest dobry, ale gdybyś chciał zrobić z niego naprawdę wybitnego arystokratycznego heela, można byłoby miejscami zostawić trochę więcej między wierszami, utrzymać coś w tajemnicy, nie podawać na tacy tyle na raz. Bo dla mnie Sebastien jest najciekawszy wtedy, kiedy nie musi udowadniać, że jest wyżej. Fajnie, że po takim czasie, stosunkowo krótkim Sebastien ma wyrobioną zajebistą tożsamość. W jakim sensie? Ano w takim, że jakbyście zamiast Lord Sebastien przed kwestiami jego dali trzy pytajniki, to raczej każdy z nas by wiedział czyje to promo. Niewiele postaci w LPW może się tym pochwalić, myślę że z 3-4 bym takie wymienił, nie za wiele patrząc na to jaki mamy roster, ale to kwestia tego że sporo osób jest stosunkowo nowych, przynajmniej tak napiszę żeby dymu nie rozkręcać i żeby się ktoś nie uraził. I mam nadzieję Arek, że choć raz odniesiesz się tak szeroko do jakiegoś proma mojej postaci jak ja robię to z twoimi postaciami w ostatnim czasie, zamiast je chamsko omijać albo komentować od niechcenia.
 
Cottonwood: Prosty segment, ale ta prostota tutaj zadziałała. Lepiej czasem krótko, a zwięźle przedstawić taką zajawkę niż się rozlewać na dziesięć różnych sposobów. Jego prezencja mi się podoba. Nie wiem czy tylko ja, ale ja go pamiętam z pierwszej albo drugiej edycji NXT (chyba drugiej) jak to jeszcze było takim teleturniejem na zasadzie Pro i Rookie, krótko rzecz ujmując. Ja tam w tym wielkoludzie widziałem jakiś potencjał wtedy, cieszę się że ktoś z niego tutaj korzysta, mam nadzieję że chociaż trochę na serio, a nie jest to kolejna fanaberyczna postać zrobiona dla jaj, żeby później się podłożyć głównej postaci czyjejś. Cały klimat tego sega pokazuje, że ten gość jest niby absurdalny, trochę creepy, ale przy tym wszystkim potrafiący zagrozić, takie postacie się sprawdzają, jak już jesteśmy przy NXT to pamięta ktoś Leo Krugera aka Adam Rose? Taki troszkę vibe mi zaleciał z tego krótkiego proma, a ja bardzo sobie ceniłem postać Krugera, więc jest to komplement. Okej, z tymi wąsami takie nietypowe, ale przynajmniej wiadomo, że nie jest on chyba sam. Nietypowe, głupie - na tyle głupie że aż dobre xdd. Jest to jakiś tam pomysł na gimmick. Wychodzi na to, że mamy czterech nowych gigantów na Elysium, dużo tego w LPW się namnożyło ostatnio, inni to będą liliputy za chwile. Z tą rodziną to trochę zaleciało klimatem Outfitowskim, ale w sumie nie wiemy czy Eli mówi naprawde o rodzinie, czy takiej przybranej. Tylko ja bym tu dodał coś, żeby dodać więcej grozy do tego segmentu, zwłaszcza jak polecieliano z tymi wąsami groteskowymi jak dla mnie - troszeczkę. Jeśli chodziło o zrobienia z Cottonwooda gościa który jest w połowie dziwny i groźny, no to się udało, ale ja bym wolał widzieć go ze wskazaniem na groźny, mam nadzieję że w przyszłości tak będzie, jeśli chciano to wyrównać, to jest to wszystko na swoim miejscu i trafne. Co do tej trójki to wiadomo, nie jestem fanem zbyt szybkiego ujawniania tajemnic w wrestlingu. Dlatego stopniowo bym ich ujawniał, może jakieś elementy nie wiem, tatuaże, cechy charakterystyczne (zwłaszcza jeśli planujecie tutaj dać kogoś, kto istnieje, a nie wymyśloną postać), zróbcie z tej tajemnicy coś dobrego. Tylko czy nie za dużo tych tajemnic ostatnio? Nie, zajebiście je lubię, bo jest to robione w większości ze smakiem. Raczej nie było tu zamiaru zachwycenia treścią, bardziej był zamiar zrobienia dobrego teaseru, no i się udało. Bo jak ktoś nie wiedział kim jest Eli Cottonwood, to po tym segmencie z pewnością się dowiedział, fajnie że akurat po Watersowym powrocie to umiesciliście, chyba nie było lepszego miejsca na to na gali, no bo najpierw wraca wielki bohater, a potem jest promo wąsatego giganta który zapowiada grupę wąsatych gigantów.
 
ZSJ vs. Derek: Przyzwoicie napisana walka, wynik jak najbardziej sensowny i na miejscu, Halloway potrzebuje zwycięstw, a w szczególności zwycięstw z kimś z ponad przeciętnej półki. Natomiast mam jedną uwagę do bookera, skoro się tak skupiasz na ręce na początku to weź pociągnij ten motyw przez resztę walki, a nie zostawiaj go tak bez niczego potem. Wystarczyło na końcu coś o tym wspomnieć i by wystarczyło, chyba że pisałes walkę na dwie raty, to wybaczam xdd. Wystarczyło napisać po odliczeniu Hallowaya, że wstając po zwycięstwie trzyma się za rękę, przy kimś takim jak Zack musiało to być jakoś zwieńczone, ale tak poza tym jest okej. Dobrze, że Derek go pojechał czysto, a nie przez jakieś fikołkowate gówna, bo taki rodzaj zwycięstwa jest potrzebny mistrzowi nawet midcardowemu jak tlen.
 
Finnegan/Lopez: Finnegan troszkę rzucony na głęboką wodę hehe, bo wiecie on surfuje. Ale tak serio to jara mnie cały ten gimmick surfera w stylu słońce, ocean, pozytywna energia, słoneczny patrol i tak dalej, takie coś ma prawo wypalić w wrestlingu, a jednocześnie jara mnie Lopez który wychodzi i w kilku zdaniach pokazuje mu swoje miejsce. Chris bardzo fajnie sprzedaje cały ten swój wyraźny już gimmick, nie ogranicza się do prostoty w tym wszystkim, choć mógłby - samo jego wejście już robi masę roboty, a to się rzadko zdarza na tygodniówkach, takie to charakterystyczne mimo że to debiutant, pełne koloru, polotu i finezji, lubię takie gimmicki. Ciekawy sposób na debiut, bo on  nie wychodzi z nastawieniem , że jest zajebisty i w ogóle reszta niech się chowa bo was wszystkich rozjebę. On autentycznie jest zaskoczony tym, że publiczność go zaakceptowała, taki skromniacha z niego nietypowy, jak na surfera, ale kupuję to. Tekst o fali adekwatny, widac że chłop poprawnie definiuje pojęcie wrestlingu - wie co go tu czeka i zamiast się bać to bierze to na klatę i to jeszcze z uśmiechem. Dokładnie tego bym od niego oczekiwał. Dawid Podsiadło kiedyś śpiewał, że nie ma fal. A dla mnie mimo całej sympatii tych fal jest troszkę za dużo. I właśnie dlatego cweLopez miał eleganckie okazje do odpowiedzi. Żart z laniem wody zasłużony, to wisiało w powietrzu xD. Ale z tymi falami to nie traktowałbym w sumie tego jako wady, to jest właśnie wartość dodana, że dajesz komuś okazję do pocisku (ja to tak widzę, połowa z was myśli że jak ktoś jest jechany, to jest hooyowy i został zezłomowany - każdy ma swoje zdanie). Poza tym to jest jego pierwsze promo z tego co kojarzę, niech publiczność się go trochę nauczy, my się go trochę nauczmy i myślę, że się sprawdzi na dłuższą metę, jak nie zostanie olany. Hiszpan kradnie ewidentnie ten segment tuż od wejścia. I bardzo dobrze. Bo jeśli Chris ma być sympatycznym debiutantem, to potrzebuje kogoś, kto natychmiast pokaże mu, że LPW nie jest wakacjami na plaży - a Lopezzo jest do tego idealny. Na poczatku sprawiał wrażenie przyjaznego, a potem jak to on ma w zwyczaju ośmiesza - i dobrze. Zawsze jest to odmiana od kogoś kto ciągle grozi, ośmieszać też trzeba umieć, a on umie, bo robi to praktycznie cały czas antenowy. Nawet mi podeszła ta próba zrobienia z Finnegana klauna pokroju Uszczelki, zamiast traktować go jak realnego przeciwnika. Natomiast z ośmieszania szybko przeszedł do gróźb odnośnie postrzegania tego biznesu i czego ten ma się spodziewać, to też było dobre przejście. Taki Lopez z wyjebanym ego to chyba najlepsza możliwa wersja Lopeza. On to w ogóle jest chyba postacią, która najbardziej żyje otoczeniem, tym co się dzieje wokół w LPW. Nie wiem czy jestem jedyny, ale było widać jakąś chemię między Finneganem a Lopezem, a to jest zajebisty komplement dla surfera. Takie to wszystko naturalne - oczywiście spora w tym zasługa cweLopeza, ale z byle kim też nie byłoby tak mocnego Lopeza w tym segu.  I bardzo dobrze, że Chris nie wdaje się w słowną wojnę. Skinienie głową i zgoda na walkę jest odpowiednie. On jest nowy, pozytywny, pewny siebie, a więc nie musi nagle stać się mistrzem ciętej riposty. Lopez traktuje debiutanta jak ćwiczenie przed większym celem, czyli wiadomo przed Blazem na Heatwave. Ten segment nie musiał nie wiadomo czego spełniać, nie wiadomo czego robić. Miał przedstawić Finnegana i przypomnieć, że Lopez jest wysoko w hierarchii, dać surferowi pierwszego przeciwnika i jednocześnie pokazać różnicę między nimi. Wszystko zostało spełnione.
 
Lopez vs. Finnegan: Ja praktycznie co walkę mogę napisać że osoba x wygrała, a osoba y nie została zeszmacona. Jest sens, żebym tutaj to powtarzał? Na pewno dzięki temu każda ze stron powinna być zadowolona. Pretendent nie wygrywa przez przypadek, nie przez roll-up, nie przez interwencję. Przez większość walki próbuje narzucić swoje tempo, a kiedy Chris zaczyna się rozkręcać, Jose znajduje moment i zabija jego ofensywę jednym ruchem i tak naprawdę dlatego dobrą robotę wykonał booker. Finnegan wyszedł dobrze i w segmencie i w tej walce, bo on nie został pokonany tylko przez Lopeza. On został pokonany przez jakby nie było przyszłego mistrza, nie tak dalekiego jak się okazuje, ale to było do przewidzenia, zresztą to nie temat na to. Jednak ten unik przed La Patada de Las Palmas drugi raz zrobiony w ten sam sposób nie może przejść przeze mnie niezauważony - drugą kontrę można by było zrobić inaczej, siadłoby bardziej, zwłaszcza że Finnegan to skoczny chłop.  Jose wychodzi mocniejszy, Chris wychodzi zbudowany. I to jest tutaj najważniejsze. 
 
McŁowicz: To było dobre, głównie dlatego, że Rob pozostał sobą jako człowiek kuchni, który został wciągnięty w konflikt przez aroganckiego arystokratę, ale tym razem było widać, że go to wszystko ruszyło. Z tym fartuchem też dobry motyw, bo on tutaj nie grał roli narzędzia pracy, tylko rolę wizualnego storytellingu na zasadzie, że fartuch stał się symbolem tego, co LS chce mu odebrać. Polecenia Sebastiana dobitnie punktują jego problem. Sebastien nie chce po prostu wygrać walki. On chce ustawić Roba w hierarchii, którą sam sobie wymyślił. I Rob dokładnie to rozumie. O smaku pychy chyba mi siadło najbardziej. Bo bierze motyw kuchni Sebastiena i obraca go przeciwko niemu. W ogóle fajnie, że ten feud nie sprowadza się tylko do tego, że jeden jest bogaty, a drugi jest kucharzem. Tutaj mamy konflikt charakterów i przede wszystkim podejścia do człowieka, no bo Sebastien uważa, że przez nazwisko, pieniądze i pozycję może decydować za innych, a Rob pokazuje mu, że nie będzie się nikomu podporządkowywał dla zasady. Moim zdaniem bardzo dobra odpowiedź na promo Sebastiena, dobrze rozwija McŁowicza i sprawia, że na samą ewentualną walkę naprawdę chce się czekać.
 
Leone/Halloway: Znowu mocny segment przede wszystkim dlatego, że obaj są tutaj bardzo dobrze napisani, ale każdy gra zupełnie inną kartą. Derek zaczyna oczywiście od swojego klasycznego odklejenia – płaska Ziemia, banowanie ludzi na czacie, grawitacja nie istnieje, gęstość, a do tego jeszcze bąk i tekst o farszu – i to wszystko idealnie pasuje do jego postaci. Co ważne, nie robi się z niego przez to tylko komediowego freaka, bo kiedy pojawia się Tony, Derek bardzo szybko przechodzi na poważniejszy ton i pokazuje, że płaskoziemiec jako mistrz potrafi być wciąż czujny. Fajnie wychodzi jego nieufność wobec Leone, szczególnie kiedy mówi o brutalności pod płaszczykiem elegancji i przypomina, że Tony wcześniej nasyłał swoich ludzi na niego, Brutala i Edgara. No i to siedzi, bo Derek nie zapomina o wcześniejszych wydarzeniach tylko dlatego, że Tony przyszedł teraz w garniturze i mówi spokojnym głosem. Podoba mi się też moment, w którym Tony próbuje zbudować między nimi jakąś wspólnotę ludzi, którzy patrzą za kulisy, a Derek odpowiada mu na zasadzie, żeby nie wrzucał go do jednego worka z nim. No i najważniejsze. Derek ani przez chwilę nie wygląda tutaj jak mistrz, który boi się swojego pretendenta, a to jest sztuka przy kimś takim jak Leone. Natomiast Tony Leone moim zdaniem wręcz kradnie ten segment jak Lopez powyżej, bo jego największą bronią jest tutaj właśnie spokój. On cały czas mówi jak człowiek niezwykle kulturalny, opanowany i wręcz zatroskany o Dereka, ale im dłużej gada, tym bardziej czujesz, że za tym wszystkim kryje się coś bardzo nieprzyjemnego. Najlepsze jest to, że Tony nie musi powiedzieć wprost komuś o krzywdzie, bo jego teksty robią to za niego. I właśnie taki Tony jest dużo ciekawszy niż zwykły mafijny heel, który po prostu wychodzi i mówi, że wszystkich zabije, pobije i hooy wie co jeszcze. On próbuje wejść Derekowi do głowy, przedstawia się jako przyjaciel, który tylko chciał wyciągnąć rękę, a jednocześnie cały czas subtelnie sugeruje, że może zrobić Derekowi coś bardzo złego. Podoba mi się również motyw partnera biznesowego, bo pasuje do jego eleganckiego, sycylijskiego charakteru i jednocześnie pozwala mu mówić o mistrzostwie jak o interesie. Pas jest dla niego czymś, co chce przejąć, a niekoniecznie czymś, o co musi się emocjonalnie napinać. I wtedy dostajemy końcówkę z farszem, która jest zajebista xdd. Przez cały segment Tony jest poważny, dostojny, niemal teatralny, a na sam koniec przechodzi za plecami Dereka, zerka w dół i rzuca spokojnie, że teoria dotycząca farszu może jednak wymagać ponownego rozważenia. To jest świetne właśnie dlatego, że nie niszczy jego postaci, bo Tony nadal zachowuje ten swój spokojny, elegancki sposób bycia, tylko wykorzystuje sytuację, żeby kompletnie zbić Dereka z tropu. I reakcja Hallowaya, który gwałtownie łapie się za dupę, jest idealnym tego zwieńczeniem. Całościowo powiedziałbym, że Derek wypada tutaj dość mocno, bo jest bardzo konsekwentny, zabawny, ale jednocześnie wiarygodny jako mistrz, natomiast Tony naprawdę świetnie działa jako ten uprzejmy, elegancki facet, Don przy którym cały czas ma się poczucie, że coś jest nie tak.  Najbardziej podoba mi się to, że ten feud wygląda jak konflikt dwóch ludzi, którzy twierdzą, że widzą więcej niż reszta świata, ale kompletnie inaczej wykorzystują tę wiedzę. Derek robi z tego swoje teorie i próbuje demaskować innych, a Tony wykorzystuje właśnie tę podejrzliwość Dereka przeciwko niemu. No i po takim zakończeniu naprawdę chce się zobaczyć, co Tony zrobi dalej, bo teraz już wiadomo, że ten partner biznesowy raczej nie będzie miał zamiaru zachowywać się jak partner.
 
Dolnick vs. Ransom: Segment w sumie był tu o wiele ważniejszy niż walka. Dolnick od początku próbuje gadać, proponuje nawet, żeby sobie odpuścili i poszli na obiad, a Maxwell odpowiada mu czynami i dobrze. Walka miała na celu pokazanie dysproporcji między nimi i przygotowanie nas do tego, co się wydarzy po niej. Natomiast promo po walce to już jest moim zdaniem coś na czym wypadałoby się bardziej skupić niż na walce. I tutaj przede wszystkim Maxwell robi ten segment, bo zaczyna od bardzo zimnego, wręcz pogardliwego tonu.
Maxwell wykorzystuje zwycięstwo, żeby w końcu powiedzieć Dolnickowi wszystko, co najwyraźniej od dawna w nim siedziało. I bardzo dobrze, że nie ogranicza się do wyśmiewania jego wyglądu czy obecnego stylu życia. Owszem, jedzie po jego obżarstwie, streamowaniu, szwendaniu się i pogoni za popularnością, ale z czasem robi się jasne, że tak naprawdę chodzi mu o coś zupełnie innego. Maxwell tęskni za dawnym Jeanem. Za człowiekiem, z którym razem robili coś ważnego, mieli pasję i potrafili dawać ludziom rozrywkę. I właśnie dlatego jego frustracja jest zajebiście wiarygodna. To nie jest zwykły heel wychodzący po walce i obrażający przeciwnika. To jest ktoś, kto patrzy na swojego byłego przyjaciela i uważa, że ten kompletnie się pogubił. Bardzo dobrze siedzi też to, że Maxwell sam przyznaje, że nie zawsze jest idealnie opanowany. Dzięki temu nie wychodzi na sztucznie wykreowanego świętoszka, który poucza wszystkich z pozycji moralnej wyższości. On również ma emocje i również potrafi stracić nad nimi kontrolę, tylko tym razem powodem jest właśnie Dolnick i jego zachowanie. Najmocniejsza jest jednak końcówka, bo Maxwell nie kończy na klasycznym wyzwaniu do kolejnej walki. On właściwie podważa sens dalszej obecności Dolnicka w federacji, a do tego mówi mu, że nie jest już tym człowiekiem, którym kiedyś był i że powinien odejść. To jest dla Jeana znacznie bardziej dotkliwe niż zwykła porażka. Szczególnie dobrze wypada reakcja Dolnicka, który po wszystkim nie próbuje robić żadnego komediowego numeru ani odgrywać twardziela. Po prostu siedzi w narożniku i wygląda, jakby naprawdę został złamany. I to jest świetne, bo nagle cały jego komediowy gimmick schodzi na drugi plan i widzimy człowieka, który właśnie usłyszał bardzo brutalną prawdę od osoby, na której opinii prawdopodobnie nadal mu zależy. Podoba mi się również to, że Ransom po wszystkim sam nie wygląda na człowieka, który czuje się świetnie. Wyrzuca mikrofon i odchodzi, ale widać po nim emocje. To sugeruje, że powiedzenie tych wszystkich rzeczy również nie było dla niego łatwe. Dzięki temu relacja między nimi nadal pozostaje skomplikowana. Nie mamy prostego podziału na dobrego Maxwella i złego Jeana, tylko dwóch ludzi, którzy kiedyś byli blisko, a teraz są po dwóch stronach barykady i obaj mają swoje żale do siebie, przyznaję że nie czułem tego feudu na początku, ale naprawdę się w niego wkręciłem.
 
Mantel & EGDG vs. Edgar & Brutal: Każdy z nich w sumie coś pokazał. Mantel i Garra nie wyszli na typowych ogórków, a Brutal przewagą i siłą do kupy ze sprytem Edgara pokazali że są lepsi, po prostu. Szczególnie Mantel fajnie tu wypadł. Było tam jakieś niezrozumienie i irytacje na partnera, więc było widać który team się bardziej (nie)dogaduje. Z drugiej strony bardzo dobrze wypada współpraca Brutala i Edgara. Ich zmiany są szybkie, nie przeszkadzają sobie i pod koniec wyraźnie widać, że zaczynają działać jak prawdziwy tag team. Sam finisz jest dzięki temu logiczny, bo El Garra zostaje najpierw mocno osłabiony, Brutal dokłada swoją akcję, Edgar kończy wszystko z narożnika. Nie ma kombinowania z przypadkowym roll-upem czy kontrowersją, tylko wygrywa team, który tego dnia był po prostu lepiej zorganizowany. Jednocześnie walka nie jest przesadnie długa, co jest plusem, bo jej głównym zadaniem było przygotowanie gruntu pod późniejszą konfrontację z mafiozami. Jedyne czego trochę mi brakuje, to może większego zaakcentowania współpracy Mantela i El Garry na początku, bo później ich problemy z komunikacją stają się ważniejsze niż sama współpraca, ale może o to chodziło. 
 
Outfit/Edgar/Brutal: Outfit po raz kolejny pokazuje, że ich największą bronią nie musi być od razu przemoc, tylko sposób, w jaki potrafią mówić i manipulować sytuacją. Sacrale wypada bardzo dobrze jako ten spokojniejszy, kulturalny człowiek, który przedstawia swoje groźby niemal jak rozsądną propozycję. Najciekawsze jest to, że próbuje wmówić Brutalowi i Edgarowi, że cała sytuacja jest właściwie ich winą, bo przecież oni chcieli zakończyć konflikt. Dzięki temu Sacrale nie brzmi jak ktoś, kto po prostu szuka bójki. On naprawdę próbuje narzucić własną narrację. Bardzo dobrze działa też religijny charakter jego wypowiedzi, bo motyw Boga, wyroku i egzekucji pasuje do medalika i całej jego prezencji. Edgar jest natomiast kompletnie inną energią. Jego reakcja jest bardzo teatralna, poetycka i megalomańska, ale właśnie tego oczekujemy od Dickinsona. Podoba mi się szczególnie kontynuowanie motywu, że Outfit wtargnęło do jego historii i zniszczyło coś, co Edgar wcześniej planował. Dzięki temu jego wrogość wobec nich nadal wynika z konkretnego powodu. Najlepsza jest jednak odpowiedź Sacrale, bo on nie próbuje przebić Edgara krzykiem. Wchodzi w jego artystyczny sposób myślenia i wykorzystuje go przeciwko niemu. To tworzy bardzo fajną słowną przepychankę dwóch postaci, które są teatralne, ale na zupełnie różne sposoby. Dzięki temu co powiedział Brutal Vincenzo dostaje naturalny moment na wejście do rozmowy. Wreszcie dostajemy wyraźny sygnał, że nie jest tylko partnerem Sacrale stojącym obok. Jest spokojny, arogancki i przede wszystkim groźny. Jego zachowanie pod koniec, kiedy odkłada eleganckie dodatki, podwija rękawy i szykuje się do walki, jest dużo mocniejsze niż kolejna długa groźba. Czyli podsumowując Sacrale jest spokojnym ideologiem, Vizzini bardziej milczącym egzekutorem, Edgar artystycznym megalomanem, a Brutal brutalnym i bezpośrednim prostakiem jak to on, który ma dosyć całej tej filozofii. Podoba mi się jak Outfit ewoluuje z grupy która rozpierdala tygodniówkę do grupy, która ma zajebiście określoną tożsamość. 
 
Vizzini vs. Shadow: Krótko, ale przy takim zestawieniu nie było innej opcji. Vizzini zostaje pokazany jako ktoś zupełnie innego kalibru niż Elias i to właściwie od pierwszej sekundy. Bardzo podoba mi się też wykorzystanie Enzo. To, że Sacrale nie krzyczy na niego ani nie próbuje go powstrzymywać, tylko pokazuje mu zegarek, jest świetnym drobiazgiem. Przez to wygląda, jakby Vizzini naprawdę odpłynął w tym momencie, a Enzo musiał przypomnieć mu, że mają jeszcze swoje plany. Jedyna rzecz, którą można by ewentualnie rozważyć, to jeszcze mocniejsze zaakcentowanie momentu, w którym Elias orientuje się, że trafił na kogoś zupełnie innego niż oczekiwał. Sama walka jest tak krótka, że jeden taki moment mógłby jeszcze bardziej sprzedać różnicę poziomów. Ale to już kosmetyka. Końcówka z różą bardzo outfitowa, to nie jest zwykłe świętowanie zwycięstwa. Jest w tym coś niemal rytualnego, teatralnego i trochę makabrycznego. Pasuje do ich eleganckiego mafijnego wizerunku. Właśnie takie małe gesty mogą sprawić, że The Outfit zacznie mieć bardzo rozpoznawalny styl. Sacrale jest głosem i mózgiem, a Vizzini jest człowiekiem, którego najlepiej nie zmuszać do działania i właśnie taki podział w tym outfitowym duecie chciałbym na razie widzieć.
 
Mantel/Shadow/Tatsu/Dolnick/JRW: Ależ tych postaci nawaliło w można powiedzieć jednym segu. Najpierw Mantel. Bardzo dobrze, że jego reakcja po porażce nie jest klasycznym smutkiem czy szukaniem wymówki, tylko wkurwieniem przeniesionym bezpośrednio na Kociarza. I tutaj gablotka robi naprawdę dobrą robotę, bo nagle dostajemy wizualne potwierdzenie tego, kim on jest. Mantel nie chce po prostu wygrywać, on chce zbierać ludzi jak trofea (pozdro Marvin Jones) i budować sobie dziedzictwo poprzez pokonywanie kolejnych przeciwników. Maska El Garry jest więc czymś więcej niż rekwizytem. To symbol tego, że Mantel już traktuje go jak zdobycz, zanim jeszcze go pokonał. Podoba mi się również, że porażka z Brutalem i Edgarem nie zostaje całkowicie zignorowana. Mantel uważa, że był blisko wykończenia Edgara i że El Garra odebrał mu zwycięstwo. Dzięki temu jego frustracja ma konkretną przyczynę. Bardzo dobrze wypada też końcówka z grożeniem kolejnym potencjalnym ofiarom. To naturalne rozszerzenie gimmicku Souvenir Collectora, który naprawdę działa, na pewno lepiej niż Normal Guy. Skoro ma gablotę i uważa swoich przeciwników za kolejne przedmioty do kolekcji, to El Garra jest tylko aktualnym celem. Nie jest on zamykany wyłącznie w jednym feudzie, tylko pokazywane jest to, że po Heatwave może ruszyć dalej. I to jest ważne dla Mantela, jest on jednym z LPW Originals, w przeciwieństwie do Kociarza, więc zasługuje na to. Potem przechodzimy do Eliasa i Yoshiego i tutaj następuje kompletny lekki odjazd ale w dobrym sensie. To jest ewidentnie komediowy segment i jego siłą jest to, że Yoshi jest tak absurdalnie honorowy, że aż przestaje być normalny xdd. Już wiem o co chodziło ze śmieszkami na temat Yoshiego i jego honorowością na lajwie przy Heatwave. Elias natomiast pozostaje Eliasem, siedzi z lodem na karku, scrolluje TikToka, ma kompletnie gdzieś przemowę Yoshiego, a potem jeszcze odpala się po rozwaleniu telefonu.  A potem... Dolnick. Najlepsze jest to, że Jean kompletnie ignoruje wszystko, co dzieje się obok. Elias i Yoshi praktycznie zaraz zaczną się bić, a Dolnick przechodzi obok z kartką, jak człowiek mający w głowie wyłącznie jedną rzecz. To jest bardzo dobre po tym, co wydarzyło się wcześniej między nim a Ransomem. Właśnie dlatego jego jedno słowo w gabinecie Aldisa ma taką wagę. Nie robi przemowy. Nie tłumaczy się. Nie płacze. Nie próbuje przekonywać GM-a. Przynosi kartkę, rzuca ją na biurko i oznajmia, że odchodzi. I najlepsze jest to, że Aldis nawet nie zdąży zareagować. To daje poczucie, że Jean podjął decyzję już wcześniej i nie przyszedł po zgodę. On tylko ją zakomunikował. Zniknięcie Dolnicka jest natomiast bardzo w jego stylu. Trochę absurdalne, trochę komediowe, ale dzięki temu nie robi się z niego nagle całkowicie innej postaci. I właśnie wtedy następuje gwałtowne przejście do karetki. No i tutaj zaczynamy fajerweki, Halina sylwester się zaczął xdd. Powrót Watersa jest świetny właśnie dlatego, że jest kompletnym przeciwieństwem jego poprzedniego pojawienia się. Wtedy mieliśmy helikopter, jakiś dojebany motyw podróżnika, wielką scenografię, gargulca, emocjonalny powrót legendy. Teraz dostajemy karetkę, zakrwawionego, poobijanego człowieka, który ledwo chodzi. I najważniejsze, że nie zrobiono z niego ofiary. On jest pobity, ledwo stoi, ma rozcięcie na głowie, bandaż, obolałe żebra, ale psychicznie jest bardziej niebezpieczny niż wcześniej, co jak najbardziej kupuję. To jest chyba najważniejsza rzecz w całym jego występie. W pierwszym powrocie mieliśmy Watersa jako legendę wracającą na własnych warunkach. Teraz mamy Watersa, któremu ktoś odebrał kontrolę nad własnym wielkim momentem i właśnie dlatego jego reakcją jest wściekłość. Bardzo dobrze działa też motyw z jego dawnym wcieleniem w WCW które jest mi totalnie obce, ale powiedzmy że się wkręciłem. Nie chodzi wyłącznie o to, że Waters wspomina przeszłość. On odcina się od własnego starego obrazu. Helikopter, czerwone dywany, wielkie wejście, gwiazdorstwo, no to wszystko było pewnego rodzaju fasadą. Crowe swoim atakiem zmusił go do pokazania czegoś, czego Waters sam wcześniej nie planował pokazać. I właśnie dlatego końcówka z maską jest dla mnie najmocniejszą częścią całego promo. Waters nie mówi po prostu, że chce zemsty. On sugeruje, że Crowe i Kline sami uruchomili coś, czego nie powinni byli ruszać. To jest bardzo dobry kierunek dla tej postaci, bo nagle nie wiadomo, czy Waters stanie się większym szaleńcem, brutalem, czy po prostu wróci do swojej najbardziej autentycznej wersji. Podoba mi się również, że Crowe nadal nie musi tutaj występować. To bardzo ważne. Waters mówi o nim, ale Crowe nie potrzebuje odpowiadać. Po tym, co zrobił pod ringiem, jego nieobecność działa na jego korzyść. Teraz to Waters musi go szukać. Jedyna rzecz, którą bym pilnował, to długość końcowego promo. Ono jest dobre i ma sens, ale miejscami Waters kilka razy wraca do tej samej myśli, to znaczy że wielki powrót został zniszczony, dawna wersja Watersa umarła, teraz liczy się zemsta. Ja bym tego już dalej nie rozbudowywał. To, co jest teraz wystarczy, żeby rozpocząć nowy etap postaci. Teraz najlepiej pozwolić Watersowi udowadniać tę przemianę czynami. I jeszcze jedna rzecz - bardzo podoba mi się konstrukcja całego ciągu. Mantel pokazuje, że chce kolekcjonować kolejne ofiary. Elias i Yoshi dają chwilę oddechu i komedii. Dolnick nagle podejmuje bardzo poważną decyzję. Potem powró zakrwawionego Watersa, no cholernie dobra telewizja została tu odegrana, ale znam już trochę styl prowadzenia gali Jakuba, przyzwyczaił nas raczej do tego, że fajnie łączy wątki. No i Waters wychodzi z tego segmentu jako ktoś, na kogo naprawdę chce się teraz czekać. Nie dlatego, że jest legendą WCW, tylko dlatego, że Crowe właśnie obudził w nim wersję Watersa, której wcześniej nie znaliśmy - czyli jesteśmy wszyscy w tym samym miejscu jeśli chodzi o Watersa, można powiedzieć, że zaległości już nie mam xdd. Kurwa taki generyczny trochę ten komentarz mi wychodzi, ale stosuję się do poleceń użytników, zdaję sobie sprawę że za mało pisałem o samych postaciach, więc od ostatniego Colosseum troszkę zmieniłem format komentarza i chyba naprawdę jest okej.
 
McŁowicz vs. LS: Tutaj mamy bardzo fajnie rozpisaną walkę, bo wynik jest korzystny dla Sebastiena, ale Rob absolutnie nie wychodzi z niej na frajera. Czyli jak na moje - klasyczna walka w LPW xdd. Choć nie do końca. Pojawia się jakiś elegancki facet. To jest moim zdaniem najlepszy element konstrukcji walki. Nie dlatego, że mamy klasyczną interwencję, ale dlatego, że nieznajomy jest ubrany praktycznie jak część świata Sebastiena. Garnitur, drogi wygląd, kolorystyczne dopasowanie do Lorda. I co ważne, Rob nie daje się zastraszyć. Zamiast stać i patrzeć, co się wydarzy, wali go kolanem. To jest bardzo zgodne z McŁowiczem: może być kucharzem, może być outsiderem w tym świecie arystokracji, ale jak ktoś próbuje wejść mu w drogę, dostaje po ryju - i bardzo qrwa dobrze xd. I właśnie przez to interwencja nie odbiera mu całkowicie wiarygodności. Rob sam był o krok od zwycięstwa, a Sebastien wykorzystał zamieszanie. To jest różnica między dobrym heelowym zakończeniem a sytuacją, w której ktoś potrzebuje pięciu osób, żeby wygrać. I teraz pytanie numer jeden, co to za typ? Bo samo jego pojawienie się w takim stroju i dopasowanie do Sebastiena sugeruje, że to nie jest przypadkowy ochroniarz wyciągnięty z kapelusza. Jeżeli to ktoś ważny dla Lorda, to ta walka może być początkiem szerszego świata jego postaci. Sebastien przestaje być tylko bogatym arystokratą, który sam sobie uważa się za lepszego od innych. Wygląda na człowieka, który może mieć całe zaplecze ludzi, wpływów i znajomości. Sebastien wygrywa, więc dostaje ważne zwycięstwo przed Heatwave, ale Rob zostaje odpowiednio zabezpieczony. Mamy też pierwszy konkretny dowód, że Lord może mieć kogoś po swojej stronie, a jego zwycięstwo nie było do końca czyste. 
 
Blaze/Wallace/Lopez: Żaden z was nie ma upoważnienia do płakania o długości segmentów innych osób, po prostu. Mi zarzucacie hipokryzje a sami odjebaliście 20% gali jednym segmentem, na oko. Jeszcze kurwa na koniec kiedy totalnie nie myślę już tylko chcę to wysłać i iść ogarniać xD. Ale postaram się. Bardzo mocne zamknięcie ostatniego Elysium przed Heatwave. Domknięto tu kilka rzeczy na raz, ale po kolei. Najpierw Aldis. Bardzo dobrze, że jego rola nie ogranicza się do przeczytania stypulacji i zapowiedzi zawodników. On tutaj próbuje kontrolować sytuację, a potem wszystko momentalnie wymyka mu się spod kontroli. Czterech ochroniarzy, później posiłki, a mimo tego Blaze i Lopez praktycznie nie dają się rozdzielić. I świetny jest moment, kiedy Blaze przypadkowo trafia Aldisa. To jest ważne, bo pokazuje, że konflikt przestał być czymś, co GM może po prostu zarządzić zza biurka. Aldis dostaje rykoszetem od wojny, którą próbuje zabezpieczyć. Jednocześnie jego późniejsza reakcja jest bardzo dobra, no bo nie robi z siebie obrażonego szefa, tylko rozumie, że był wrestlerem i wie, jak to działa. Dzięki temu zachowuje autorytet, jakiś tam. Blaze jako mistrz LPW jest tutaj chyba najciekawszy pod względem rozwoju postaci. Na początku jest kompletnie nakręcony i rzuca się na Lopeza jeszcze zanim kontrakt został podpisany. To jest właściwie materializacja tego, co później mówi Walec, że Axel przez ostatnie tygodnie przestał myśleć, a zaczął reagować. I bardzo dobrze, że Wallace nie przychodzi go po prostu poklepać po plecach jako mistrza. Wręcz przeciwnie, on mówi mu prawdę i Axel ją przyjmuje. To jest dla mnie kluczowy moment tego segmentu. Blaze nie zostaje nagle wybielony. Przyznaje, że przesadził, że stracił kontrolę i że nie jest z tego dumny. Dzięki temu jego późniejsze zachowanie wobec Lopeza ma większą wagę, bo nie jest już tylko wściekłym gościem chcącym się zemścić. On zaczyna rozumieć, dlaczego Lopez tak skutecznie wszedł mu do głowy. Lopez natomiast jest chyba najlepszy w całym segmencie pod względem samej psychologii, jak zawsze zresztą. I bardzo podoba mi się, że nie pozwolono mu nagle przyznać Wesowi racji tylko dlatego, że Wallace jest popularnym autorytetem. Jose wręcz przeciwnie mówi, że nie zgadza się z nim i że uważa siebie za zupełnie inną osobę niż sześć lat temu. To jest świetne, bo jego największym problemem nie jest już to, że jest zły. Problemem jest to, że naprawdę wierzy w swoją własną wersję wydarzeń. On nie udaje przed wszystkimi, że się zmienił. On autentycznie uważa, że wyeliminował swoje słabości. I właśnie dlatego słowa Wesa tak mocno go trafiają. To jest zresztą bardzo dobry moment dla Wesa. Wallace nie próbuje kraść walki dla siebie. Nie robi z siebie trzeciego zawodnika Main Eventu, bo w sumie nim nie jest, stąd taka opinia. Jest tutaj kimś w rodzaju człowieka, który zna obu (ale skąd zna Axela w sumie?) i potrafi powiedzieć każdemu z nich coś, czego nie chcą usłyszeć. Axelowi mówi, że się zagubił. Lopezowi mówi, że nadal jest tym samym człowiekiem. I właśnie dlatego jego obecność jest tak cenna. Najlepszy moment Wesa to dla mnie jednak końcówka z odwróceniem uwagi Lopeza. Jose zaczyna być coraz bardziej skupiony na Walcu, więc Axel chwyta go za bark i przypomina mu, kto jest jego przeciwnikiem. Wes tylko mówi, że to ich moment i wychodzi. To jest cholernie dobre, bo Wallace rozumie, że jego zadaniem nie jest rozwiązanie ich konfliktu. On tylko doprowadził ich do punktu, w którym muszą już sami to rozstrzygnąć. I świetnie, że po jego wyjściu nie ma kolejnej bójki. To byłoby już za dużo. Zamiast tego mamy czoła praktycznie stykające się ze sobą, niewyraźną wymianę zdań i Blaze'a podnoszącego pas. To jest bardzo dobry ostatni obrazek przed ich walką na Fali Cieplnej. No i Falls Count Anywhere jest tutaj idealnym wyborem. Przy tej historii zwykły singles match byłby wręcz zbyt ograniczony. Ci dwaj przez cały czas wyrywają się spod kontroli, atakują się poza ringiem, wykorzystują otoczenie, nie potrafią zostawić siebie nawzajem w spokoju. Stypulacja właściwie wynika z ich historii, a nie została wrzucona tylko po to, żeby zrobić widowisko. Axel wyszedł z tego jako bardziej ludzki mistrz. Nie jest nieskazitelnym bohaterem, ale właśnie dlatego można mu kibicować. Przyznał się do błędów i dostał od Wesa zasłużony kubeł zimnej wody. Jose wyszedł jako świetny antagonista, bo jest absolutnie przekonany, że to on przejrzał wszystkich. I paradoksalnie im mocniej próbuje udowodnić, że się zmienił, tym bardziej Wallace sugeruje, że nadal nosi w sobie stare problemy. To jest dużo ciekawsze niż zwykły heel, który wie, że jest zły. Wes wyszedł jak absolutna gwiazda. I to jest bardzo ważne, ta reakcja publiki, jego ogromny cheer nie został wykorzystany do zrobienia z niego protagonisty historii. On pojawił się, powiedział swoje, pomógł obu, dostał wielki moment i odszedł. Dzięki temu nie przyćmił Main Eventu, tylko go podbił, no przyznam że fajnie to zrobiono, czasem trzecią osobą dodaną do sceny ME łatwo jest coś zepsuć, przerzucić na kogoś na kogo się nie powinno. Tutaj tak nie zrobiono i dobrze. Aldis wyszedł jako wiarygodny GM, który próbował przygotować wszystko profesjonalnie, ale doskonale rozumiał, że tych dwóch może nie być w stanie utrzymać nawet czterech ochroniarzy. Nie mogę się doczekać Heatwave (XDDDDD).
Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.09.2026, 19:42 przez Michał.

[Obrazek: wrestlers-on-the-road.jpg]
Odpowiedz
Cytuj
19.09.2026, 23:42
#15
Może coś nadrobię w końcu

Ech, no i jak tu nadrabiać, jak już na dzień dobry człowiek dostaje Brutala na mordę XD to już tak dawno było, że ja słabo pamiętam, co działo się wcześniej. Taki segment raczej mało wnoszący jak dla mnie. Może podkreślający kontrast między jednym a drugim. Niby współpracują, ale widać, że bardziej z konieczności niż dobrowolnie. Ogólnie jest to poprawne, ale bez szału.

Powiedzieć, że to było gwiazdorskie wejście, to jak nic nie powiedzieć. No ale skoro chłop ma miliard na koncie, to może sobie na to pozwolić. "Były MISTRZ ŚWIATA WAGI CIĘŻKIEJ" - nice try, ale ja się przyjebałem do tego, jak sam zawodnik określał mistrzostwo, które zdobył. Ale to zostało zajebiście przemyślane. Debiut z taką pompą jak to tylko możliwe, tylko po to żeby jakiś psychopata to zrujnował. Wrestling w najlepszym wydaniu. Jakoś nie myślałem wcześniej w ogóle o tym, że Crowe zostanie skierowany akurat na Watersa. Bardzo fajne rzeczy można z tego skleić. Ale to "James'a" to byście mogli poprawić.

Teraz Lord i to chyba będzie jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio od niego czytałem. W sensie, no dalej to nie jest taki szlachcic, jakiego chciałbym tutaj przeczytać, ale jest już lepiej, niż w tych poprzednich segmentach, gdzie totalnie nie czułem charakteru tej postaci. Polecam może popracować nad językiem przy pisaniu speechów, bo on brzmi mocno zwyczajnie, a taki arystokrata powinien jednak wykazywać się dopasowanym słownictwem. Przy okazji docenić chcę ten pomysł na stypulację jego walki z Robciem.

Cottonwood - iks de. No ja wiem co nieco więcej, niż tu (i na kolejnej gali) zostało podane. Czekam z niecierpliwością na rozwój tego wątku.

Tu chyba lekka przesada nastąpiła z tym wejściem. To jest debiutant, dlaczego nagle miałby dostać tak żywiołową reakcję? Kolejny raz się zwracam do pana Varosta - proszę pisać pełny ringname na początku speechu. Ja już samemu to poprawiam, kiedy kleję. Przemowa dość krótka jak na debiutanta. Myślałem, że będzie tu zawarte coś więcej niż tylko uwielbienie dla plaży i surfowania. Odpowiada mu Lopez, czemu akurat on, cholera wie. Zdaje mi się, że on ma ważniejsze sprawy na głowie niż odpowiadanie jakiemuś świeżakowi. Jeszcze jakby ten Chris coś powiedział, żeby go wywołać, ale on to się tylko zachwycał tymi falami. Szpileczki muszą być, nie ma Lopeza bez tego. Dobra, ale tego przemycania wspólnego "właściciela" przy danych postaciach to ja akurat osobiście nigdy nie byłem fanem. Dobrze, że pojawił się wątek Blaze'a, czyli tego na czym powinna koncentrować się w tym momencie uwaga Lopeza. Speech generalnie ok, chociaż to zestawienie jest jak dla mnie z dupy. Może jakby Lopez wyszedł pierwszy i debiutant mu się wtrącił, to więcej sensu by to miało. Wynik walki oczywisty, nie przeszkadza mi porażka debiutanta, skoro przyszło mu rywalizować z main eventerem.

"Obraz pokazuje nam kuchnie" - a ile tych kuchni? Okej, czyli Rob w swoim starter packu ma jeszcze jakieś inne cechy osobowości niż tylko chodząca reklama żarcia. To dobrze, może się przydać. No takie w porządku to było. Jeden i drugi dostali po video promo przed walką. Dobre i to, chociaż odnoszę wrażenie, że przy poprzedniej okazji z lekka wyczerpał się materiał do rzeźbienia i dlatego tu mamy jedynie takie coś. Tak jak u Lorda, tak i tu nic tu odkrywczego nie widzę, no ale dobrze, że chociaż coś takiego się pojawiło.

Dobra, gdzie ten Halloway się znajduje? Brakuje mi tu informacji. Skoro ma jakąś tablicę do bazgrania, to chyba nie stoi po prostu na zapleczu. "Dobra, Michał, dostajesz bana i nie będziesz mógł komentować na czacie przez 24 godziny" <3 i jeszcze te nawiązanie do SciFuna, szanuję bardzo. Podobało mi się. Leone się nagle pojawia, to my jednak jesteśmy po prostu na backstage? Najwyraźniej tak. Ten znowu czaruje. Lubię w tej postaci to, że mimo oczywistych intencji potrafi podać nieoczywisty segment. Pasuje mi to, że próbuje zyskać zaufanie Hallowaya, chociaż wiadomo, że to się nie uda. Końcówka piękna, bardzo w mafijnym stylu. Musiałem zerknąć o co chodzi z lożą P2, o tym jeszcze nie słyszałem. No i Derek zrobił z tego sprawę osobistą, co za zaskoczenie. Miło było cię znać, foliarzu. Fajny segment.

Biedny Grubas. Naprawdę mocny ten speech Ransoma, no i co tu dużo mówić, ma rację. W końcu było czuć ogień w jego wypowiedzi, a nie obojętność. Czyli jednak mu zależy na Dolnicku. Ja jestem naprawdę pod wrażeniem, że z postaci, które w założeniu miały być czysto komediowe, udało wam się wymyślić tak zajebistą historię, która ciągnie się już od WCW. Świetne to było.

O, Sacrale jednak umie mówić. W sumie myślałem, że to prędzej Vizzini będzie sięgał po mikrofon, a Enzo będzie od bicia po mordzie. Ten też ma dojebany theme song. W sumie to, że Vizzini jeszcze nic nie gadał, też nadaje mu pewnej tajemniczości. Jest to fajnie podane, niby widać ten Panterowy styl, ale nadal jest to w gimmicku. Bardzo fajna ta odpowiedź Edgara. Są tu emocje, jest kontynuacja narracji, którą wcześniej przyjął. Najlepsze zostawił na właściwą część gali. Umniejsza ich rolę jak tylko może, tamci pewnie już by go chcieli najebać, no ale dali słowo. Lekko stęchły zapach, no cóż, Brutal jest w ringu, to pewnie stąd ten zapach. Podoba mi się to, jak Enzo walczy sam ze sobą, żeby nie złamać danego słowa. Próbuje tu odbijać słowa poety, co raczej nie należy do łatwych, ale myślę, że całkiem nieźle sobie poradził. Da się kupić tę argumentację, bo z perspektywy Outfit faktycznie jest tak, jak mówi Sacrale. Jestem jednak przekonany, że Edgar jeszcze niejeden raz tym słowom zaprzeczy. Ten Brutal to tam tak pasuje jak kwiatek do kożucha XD trudno mi to jednoznacznie ocenić, bo z jednej strony wiadomo że jest to wypowiedź pasująca do tej postaci, tego nie odbieram, no a z drugiej jednak odbiera to pewną aurę temu segmentowi. Mamy nagły przeskok z filharmonii na stream z Ishowspeedem, a nie każdemu taka nagła zmiana się spodoba. coś czuję, że będę fanem postaci Vizziniego. Ringname ma fajny, theme song też, a w speechach zimny jak lód. Kolejna postać z mega aurą. Fajnie ukazany kontrast względem Brutala, gdzie mimo wskazania przez niego tak wielu podobieństw jednocześnie wypowiada się w tak skrajnie różny sposób. Generalnie bardzo dobra robota została wykonana przy tym segmencie. Brutal trochę namieszał, ale nie mogę powiedzieć, żeby popsuł. Już bodajże trzecia rzecz na tej gali, która naprawdę robi wrażenie. Aż sobie walkę przeczytam, bo nie trawię tego Eliasa i czytanie jak dostaje wpierdol sprawia mi przyjemność. No i frajer odklepał, jestem zadowolony.

Paddy i Mantel, widzę że to running joke. Ciekawe w sumie jak Mantel chciałby się zabrać za zdzieranie tożsamości z Paddy'ego, bo Paddy to sobie streszczał kariery. Tu już by nie było tak łatwo jak z maską. "hwyta"? Matko jedyna. Mam nadzieję, że po prostu ktoś zjadł literkę. Cieszę się, że po "Normal Guyu" nie ma już śladu. Ta wersja Mantela o wiele bardziej do mnie przemawia. Z Kociarzem wyszło jak wyszło, ciekaw jestem jaki będzie kolejny krok w karierze tej postaci.

Ale płynne przejścia. No ale to jest już nowy wątek, także u mnie tak płynnie nie będzie. "honorowo zabiera mu telefon i kładzie obok" no ja pierdole XD dalej mnie bawią te wstawki. Ten Elias jest strasznie wkurwiający. Nie będę tu cytował każdej honorowej czynności, zbiorczo propsuję wszystkie. No durnowaty jest ten segment, ale spoko się czyta. Szanuję za rozjebanie telefonu tego gówniaka, to było bardzo honorowe zachowanie.

Dolnick, będziemy tęsknić. Prawidłowa reakcja Aldisa, wie kto tu naprawdę jest gwiazdą.

O, karetką ktoś jedzie. Nie chce mi się zastanawiać, czy by się zmieściła w korytarzu. Waters jednak chce trochę spotlightu. Już można sobie darować to ciągłe wspominanie o tym, że kiedyś był mistrzem WHC. Jakby taki Riddle miał przytoczyć każdy pas, jaki zdobył w innych e-fedach, to połowa opisu jego wejścia by się tylko z tego składała. No jest to twardy sukinkot, że po tym wpierdolu jednak postanowił wrócić. Mocny jest ten speech. Świetnie oddane emocje, jakie musiały nim targać w tamtym momencie. Bardzo ładnie się zaczyna ten program. Ja mam tylko jeden problem z Watersem. On cały czas jest narcystyczny. Ja nie wiem, czy będąc widzem byłbym w stanie mu kibicować, nawet po tym wpierdolu od Silasa i heroicznym powrocie. Od niego wciąż da się wyczuć tę mentalność "ja > inni". Zobaczymy, jak to się rozwinie. Zakłada, że doktorek jeszcze zadba o to, żeby z Watersa faktycznie zrobić ulubieńca publiczności.

No i Lord wygrywa. Smakuje.

No, skurwysyńsko długi jest ten segment. Mam nadzieję, że dam radę bez robienia sobie przerwy do następnego dnia. Kulminacyjny moment, podpisanie kontraktu, obecność Aldisa nie dziwi. Jest i jabłko, to już znak rozpoznawczy tego programu. O, czyli jednak od brawlu zaczynamy. Nie spodziewałem się. Okej, czyli podgrzewamy atmosferę od samego startu, fajnie. Nawet Aldis dostał w ryja xd no i pan Wes. Nie będę tu udawał zaskoczenia, no bo wiedziałem że będzie. "może poza kilkoma osobami przy barierkach co wyglądają jakby ubrali się na karnawał i wyczekiwali pojawienia Pillesa Tautllace'a" - kurwa, nie dość że szpileczka w Carniego, to jeszcze daliście mi vibe tych typów przebranych za Hulka Hogana i resztę podczas jednego z segmentów Rocky'ego w Miami XD Blaze wyrywa się do przodu i zaczyna mocno. Bardzo z sensem zostało to podane. Świetnie zaprezentowany człowiek, którego potwornie przeorano psychicznie w ostatnim czasie. Lopez dalej swoje, prawidłowo. Ma czym strzelać w Blaze'a, co zresztą sam sobie zapewnił, więc musi korzystać. Wiadomo, że bije od niego hipokryzja i de facto racji nie ma, no ale z perspektywy heela wszystko robi tak, jak należy. Bardzo ładnie użyty argument o moralności. No Wes też tu dobrze dopierdala do pieca. Najważniejszy feud w federacji, oni tam się chcą pozabijać, ale w sumie to fani mają was w piździe, bo lokalny się liczy XD no jest tu potężna dawka flexu. Nie hejtuję, żeby nie było, bo to zasłużona postać w naszym uniwersum. O kurwa, świetna kwestia z jego strony. Zajebiście wypunktował Blaze'a. Widzę, że Panter nie stracił nic ze swojej dawnej jakości. No i podziałało, bo jest wyraźna zmiana tonu u mistrza. Bardzo się tu przydał pan Wes. Drugie promo Axela mocno fejsowe, ale wg mnie nie stracił na jakości. Jest tu pokazana refleksja po słowach Wesa. No i Lopezowi też namieszał. Ten niby dalej pewny siebie, ale w jego wypowiedzi też da się zauważyć pewne pęknięcia. Czuć tu pewną desperację. Dużo wysiłku włożył w tę grę psychologiczną, a teraz pojawienie się Wesa wiele tu zmieniło. Są emocje u Lopeza. No i na koniec Wes mówi to, co sam chciałbym tu powiedzieć. Martwiłem się o obecność Wesa. Teraz widzę, że niepotrzebnie, wniósł bardzo wiele, wypaqdł kapitalnie i nawet nie ukradł spotlightu. Co ja wam będę gadał, zajebisty segment. Dość powiedzieć, że dochodzi północ, ja komentarz piszę mniej więcej od momentu wydania tego następnego Elysium (z przerwami), ten segment ma pierdolone 3 tysiące słów, a ja w ogóle się na nim nie zmęczyłem. Dodam tylko, że ja totalnie nie jestem czytelnikiem i ściany tekstu mnie przytłaczają. Tak dobre to było.

Cztery bangery naliczyłem. Wejście Watersa z Silasem, Ransom, pogadanka Vizziniego i pozostałych, no i creme de la creme w postaci zakończenia. Kilka innych rzeczy na wysokim poziomie. Kilka średnich, ale raczej nic słabego. Duży był hype na tę galę w CT i powiem szczerze, spełniliście oczekiwania. Chciałbym kiedyś zrobić Colosseum na zbliżonym poziomie. I znowu tylko 3 gale w plecy, oł je.
Odpowiedz
Cytuj
Raptor
Moderatorzy
19.09.2026, 23:42 #15
Może coś nadrobię w końcu

Ech, no i jak tu nadrabiać, jak już na dzień dobry człowiek dostaje Brutala na mordę XD to już tak dawno było, że ja słabo pamiętam, co działo się wcześniej. Taki segment raczej mało wnoszący jak dla mnie. Może podkreślający kontrast między jednym a drugim. Niby współpracują, ale widać, że bardziej z konieczności niż dobrowolnie. Ogólnie jest to poprawne, ale bez szału.

Powiedzieć, że to było gwiazdorskie wejście, to jak nic nie powiedzieć. No ale skoro chłop ma miliard na koncie, to może sobie na to pozwolić. "Były MISTRZ ŚWIATA WAGI CIĘŻKIEJ" - nice try, ale ja się przyjebałem do tego, jak sam zawodnik określał mistrzostwo, które zdobył. Ale to zostało zajebiście przemyślane. Debiut z taką pompą jak to tylko możliwe, tylko po to żeby jakiś psychopata to zrujnował. Wrestling w najlepszym wydaniu. Jakoś nie myślałem wcześniej w ogóle o tym, że Crowe zostanie skierowany akurat na Watersa. Bardzo fajne rzeczy można z tego skleić. Ale to "James'a" to byście mogli poprawić.

Teraz Lord i to chyba będzie jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio od niego czytałem. W sensie, no dalej to nie jest taki szlachcic, jakiego chciałbym tutaj przeczytać, ale jest już lepiej, niż w tych poprzednich segmentach, gdzie totalnie nie czułem charakteru tej postaci. Polecam może popracować nad językiem przy pisaniu speechów, bo on brzmi mocno zwyczajnie, a taki arystokrata powinien jednak wykazywać się dopasowanym słownictwem. Przy okazji docenić chcę ten pomysł na stypulację jego walki z Robciem.

Cottonwood - iks de. No ja wiem co nieco więcej, niż tu (i na kolejnej gali) zostało podane. Czekam z niecierpliwością na rozwój tego wątku.

Tu chyba lekka przesada nastąpiła z tym wejściem. To jest debiutant, dlaczego nagle miałby dostać tak żywiołową reakcję? Kolejny raz się zwracam do pana Varosta - proszę pisać pełny ringname na początku speechu. Ja już samemu to poprawiam, kiedy kleję. Przemowa dość krótka jak na debiutanta. Myślałem, że będzie tu zawarte coś więcej niż tylko uwielbienie dla plaży i surfowania. Odpowiada mu Lopez, czemu akurat on, cholera wie. Zdaje mi się, że on ma ważniejsze sprawy na głowie niż odpowiadanie jakiemuś świeżakowi. Jeszcze jakby ten Chris coś powiedział, żeby go wywołać, ale on to się tylko zachwycał tymi falami. Szpileczki muszą być, nie ma Lopeza bez tego. Dobra, ale tego przemycania wspólnego "właściciela" przy danych postaciach to ja akurat osobiście nigdy nie byłem fanem. Dobrze, że pojawił się wątek Blaze'a, czyli tego na czym powinna koncentrować się w tym momencie uwaga Lopeza. Speech generalnie ok, chociaż to zestawienie jest jak dla mnie z dupy. Może jakby Lopez wyszedł pierwszy i debiutant mu się wtrącił, to więcej sensu by to miało. Wynik walki oczywisty, nie przeszkadza mi porażka debiutanta, skoro przyszło mu rywalizować z main eventerem.

"Obraz pokazuje nam kuchnie" - a ile tych kuchni? Okej, czyli Rob w swoim starter packu ma jeszcze jakieś inne cechy osobowości niż tylko chodząca reklama żarcia. To dobrze, może się przydać. No takie w porządku to było. Jeden i drugi dostali po video promo przed walką. Dobre i to, chociaż odnoszę wrażenie, że przy poprzedniej okazji z lekka wyczerpał się materiał do rzeźbienia i dlatego tu mamy jedynie takie coś. Tak jak u Lorda, tak i tu nic tu odkrywczego nie widzę, no ale dobrze, że chociaż coś takiego się pojawiło.

Dobra, gdzie ten Halloway się znajduje? Brakuje mi tu informacji. Skoro ma jakąś tablicę do bazgrania, to chyba nie stoi po prostu na zapleczu. "Dobra, Michał, dostajesz bana i nie będziesz mógł komentować na czacie przez 24 godziny" <3 i jeszcze te nawiązanie do SciFuna, szanuję bardzo. Podobało mi się. Leone się nagle pojawia, to my jednak jesteśmy po prostu na backstage? Najwyraźniej tak. Ten znowu czaruje. Lubię w tej postaci to, że mimo oczywistych intencji potrafi podać nieoczywisty segment. Pasuje mi to, że próbuje zyskać zaufanie Hallowaya, chociaż wiadomo, że to się nie uda. Końcówka piękna, bardzo w mafijnym stylu. Musiałem zerknąć o co chodzi z lożą P2, o tym jeszcze nie słyszałem. No i Derek zrobił z tego sprawę osobistą, co za zaskoczenie. Miło było cię znać, foliarzu. Fajny segment.

Biedny Grubas. Naprawdę mocny ten speech Ransoma, no i co tu dużo mówić, ma rację. W końcu było czuć ogień w jego wypowiedzi, a nie obojętność. Czyli jednak mu zależy na Dolnicku. Ja jestem naprawdę pod wrażeniem, że z postaci, które w założeniu miały być czysto komediowe, udało wam się wymyślić tak zajebistą historię, która ciągnie się już od WCW. Świetne to było.

O, Sacrale jednak umie mówić. W sumie myślałem, że to prędzej Vizzini będzie sięgał po mikrofon, a Enzo będzie od bicia po mordzie. Ten też ma dojebany theme song. W sumie to, że Vizzini jeszcze nic nie gadał, też nadaje mu pewnej tajemniczości. Jest to fajnie podane, niby widać ten Panterowy styl, ale nadal jest to w gimmicku. Bardzo fajna ta odpowiedź Edgara. Są tu emocje, jest kontynuacja narracji, którą wcześniej przyjął. Najlepsze zostawił na właściwą część gali. Umniejsza ich rolę jak tylko może, tamci pewnie już by go chcieli najebać, no ale dali słowo. Lekko stęchły zapach, no cóż, Brutal jest w ringu, to pewnie stąd ten zapach. Podoba mi się to, jak Enzo walczy sam ze sobą, żeby nie złamać danego słowa. Próbuje tu odbijać słowa poety, co raczej nie należy do łatwych, ale myślę, że całkiem nieźle sobie poradził. Da się kupić tę argumentację, bo z perspektywy Outfit faktycznie jest tak, jak mówi Sacrale. Jestem jednak przekonany, że Edgar jeszcze niejeden raz tym słowom zaprzeczy. Ten Brutal to tam tak pasuje jak kwiatek do kożucha XD trudno mi to jednoznacznie ocenić, bo z jednej strony wiadomo że jest to wypowiedź pasująca do tej postaci, tego nie odbieram, no a z drugiej jednak odbiera to pewną aurę temu segmentowi. Mamy nagły przeskok z filharmonii na stream z Ishowspeedem, a nie każdemu taka nagła zmiana się spodoba. coś czuję, że będę fanem postaci Vizziniego. Ringname ma fajny, theme song też, a w speechach zimny jak lód. Kolejna postać z mega aurą. Fajnie ukazany kontrast względem Brutala, gdzie mimo wskazania przez niego tak wielu podobieństw jednocześnie wypowiada się w tak skrajnie różny sposób. Generalnie bardzo dobra robota została wykonana przy tym segmencie. Brutal trochę namieszał, ale nie mogę powiedzieć, żeby popsuł. Już bodajże trzecia rzecz na tej gali, która naprawdę robi wrażenie. Aż sobie walkę przeczytam, bo nie trawię tego Eliasa i czytanie jak dostaje wpierdol sprawia mi przyjemność. No i frajer odklepał, jestem zadowolony.

Paddy i Mantel, widzę że to running joke. Ciekawe w sumie jak Mantel chciałby się zabrać za zdzieranie tożsamości z Paddy'ego, bo Paddy to sobie streszczał kariery. Tu już by nie było tak łatwo jak z maską. "hwyta"? Matko jedyna. Mam nadzieję, że po prostu ktoś zjadł literkę. Cieszę się, że po "Normal Guyu" nie ma już śladu. Ta wersja Mantela o wiele bardziej do mnie przemawia. Z Kociarzem wyszło jak wyszło, ciekaw jestem jaki będzie kolejny krok w karierze tej postaci.

Ale płynne przejścia. No ale to jest już nowy wątek, także u mnie tak płynnie nie będzie. "honorowo zabiera mu telefon i kładzie obok" no ja pierdole XD dalej mnie bawią te wstawki. Ten Elias jest strasznie wkurwiający. Nie będę tu cytował każdej honorowej czynności, zbiorczo propsuję wszystkie. No durnowaty jest ten segment, ale spoko się czyta. Szanuję za rozjebanie telefonu tego gówniaka, to było bardzo honorowe zachowanie.

Dolnick, będziemy tęsknić. Prawidłowa reakcja Aldisa, wie kto tu naprawdę jest gwiazdą.

O, karetką ktoś jedzie. Nie chce mi się zastanawiać, czy by się zmieściła w korytarzu. Waters jednak chce trochę spotlightu. Już można sobie darować to ciągłe wspominanie o tym, że kiedyś był mistrzem WHC. Jakby taki Riddle miał przytoczyć każdy pas, jaki zdobył w innych e-fedach, to połowa opisu jego wejścia by się tylko z tego składała. No jest to twardy sukinkot, że po tym wpierdolu jednak postanowił wrócić. Mocny jest ten speech. Świetnie oddane emocje, jakie musiały nim targać w tamtym momencie. Bardzo ładnie się zaczyna ten program. Ja mam tylko jeden problem z Watersem. On cały czas jest narcystyczny. Ja nie wiem, czy będąc widzem byłbym w stanie mu kibicować, nawet po tym wpierdolu od Silasa i heroicznym powrocie. Od niego wciąż da się wyczuć tę mentalność "ja > inni". Zobaczymy, jak to się rozwinie. Zakłada, że doktorek jeszcze zadba o to, żeby z Watersa faktycznie zrobić ulubieńca publiczności.

No i Lord wygrywa. Smakuje.

No, skurwysyńsko długi jest ten segment. Mam nadzieję, że dam radę bez robienia sobie przerwy do następnego dnia. Kulminacyjny moment, podpisanie kontraktu, obecność Aldisa nie dziwi. Jest i jabłko, to już znak rozpoznawczy tego programu. O, czyli jednak od brawlu zaczynamy. Nie spodziewałem się. Okej, czyli podgrzewamy atmosferę od samego startu, fajnie. Nawet Aldis dostał w ryja xd no i pan Wes. Nie będę tu udawał zaskoczenia, no bo wiedziałem że będzie. "może poza kilkoma osobami przy barierkach co wyglądają jakby ubrali się na karnawał i wyczekiwali pojawienia Pillesa Tautllace'a" - kurwa, nie dość że szpileczka w Carniego, to jeszcze daliście mi vibe tych typów przebranych za Hulka Hogana i resztę podczas jednego z segmentów Rocky'ego w Miami XD Blaze wyrywa się do przodu i zaczyna mocno. Bardzo z sensem zostało to podane. Świetnie zaprezentowany człowiek, którego potwornie przeorano psychicznie w ostatnim czasie. Lopez dalej swoje, prawidłowo. Ma czym strzelać w Blaze'a, co zresztą sam sobie zapewnił, więc musi korzystać. Wiadomo, że bije od niego hipokryzja i de facto racji nie ma, no ale z perspektywy heela wszystko robi tak, jak należy. Bardzo ładnie użyty argument o moralności. No Wes też tu dobrze dopierdala do pieca. Najważniejszy feud w federacji, oni tam się chcą pozabijać, ale w sumie to fani mają was w piździe, bo lokalny się liczy XD no jest tu potężna dawka flexu. Nie hejtuję, żeby nie było, bo to zasłużona postać w naszym uniwersum. O kurwa, świetna kwestia z jego strony. Zajebiście wypunktował Blaze'a. Widzę, że Panter nie stracił nic ze swojej dawnej jakości. No i podziałało, bo jest wyraźna zmiana tonu u mistrza. Bardzo się tu przydał pan Wes. Drugie promo Axela mocno fejsowe, ale wg mnie nie stracił na jakości. Jest tu pokazana refleksja po słowach Wesa. No i Lopezowi też namieszał. Ten niby dalej pewny siebie, ale w jego wypowiedzi też da się zauważyć pewne pęknięcia. Czuć tu pewną desperację. Dużo wysiłku włożył w tę grę psychologiczną, a teraz pojawienie się Wesa wiele tu zmieniło. Są emocje u Lopeza. No i na koniec Wes mówi to, co sam chciałbym tu powiedzieć. Martwiłem się o obecność Wesa. Teraz widzę, że niepotrzebnie, wniósł bardzo wiele, wypaqdł kapitalnie i nawet nie ukradł spotlightu. Co ja wam będę gadał, zajebisty segment. Dość powiedzieć, że dochodzi północ, ja komentarz piszę mniej więcej od momentu wydania tego następnego Elysium (z przerwami), ten segment ma pierdolone 3 tysiące słów, a ja w ogóle się na nim nie zmęczyłem. Dodam tylko, że ja totalnie nie jestem czytelnikiem i ściany tekstu mnie przytłaczają. Tak dobre to było.

Cztery bangery naliczyłem. Wejście Watersa z Silasem, Ransom, pogadanka Vizziniego i pozostałych, no i creme de la creme w postaci zakończenia. Kilka innych rzeczy na wysokim poziomie. Kilka średnich, ale raczej nic słabego. Duży był hype na tę galę w CT i powiem szczerze, spełniliście oczekiwania. Chciałbym kiedyś zrobić Colosseum na zbliżonym poziomie. I znowu tylko 3 gale w plecy, oł je.
Odpowiedz
Cytuj
Strony (2): Wstecz 1 2
Użytkownicy przeglądający ten wątek:
 1 gości
Użytkownicy przeglądający ten wątek:
 1 gości