ET: Dobra skupię się tu bardziej na Edgarze, nie będę powielał błędu sprzed tygodnia, że więcej o Brutalu pisałem. Tym bardziej będzie to tutaj łatwiejsze, że Brutal miał tu proste zadanie i je spełnił, bez większej filozofii. Dickinson jak dla mnie dostaje tutaj więcej rzeczy, które w przyszłości bankowo zaprocentują. Edgar mógłby niby próbować się dopasować do Brutala w jakiś sposób, gdzieś tam miałoby to sens, na pewno bardziej niż Brutal dopasowujący się do Dickinsona, ale kontrast lepiej niech będzie zachowany. Przywitanie Edgara po tym jak Brutal prawie wchodzi z buta do tego pomieszczenia jest zajebiste xD, uśmiałem się jak czytałem to pisząc sega. Poczęstowanie kolegi napojem bardzo dobrze pokazuje jego taką, hm... dziwaczną elegancję i manierę, którą w nim lubię. On nie reaguje agresją na Brutala, tylko traktuje go jak trochę nieokrzesanego gościa, którego mimo wszystko należy przyjąć. Edgar przy Zacku robi coś ważnego, przyznaje się do tego że pilnuje swojego interesu, co do Zacka miał pewien plan, ale się nie udał. Czyli Edgar nie jest jak Arek Głowacki i zanim zagłówkuje to jednak kalkuluje. No i z tym wątkiem też pokazuje różnice między partnerem. Brutal się wkurwia i tyle, a Edgar wyrzuca wątek do kosza xdd. Końcówka jest dla mnie najciekawsza, Wszystko wskazuje na to, że wraca do swojego świata, jednak zaczyna przeszukiwać kuferek w poszukiwaniu czegoś. Tylko czego? Przyjął nadzieję Brutala na to, że może na niego polegać na siebie, nie potwierdził, nie zaprzeczył, dobrze. Rozmowa z Brutalem ewidentnie coś w nim uruchomiła, bo kiedy został sam zaczął czegoś szukać. I to jest zajebiste. Bo Dickinson to jest jedna z wielu postaci, ale jednak nie każda tak ma - przy której my czytelnicy i widzowie praktycznie ciągle nie powinni wiedzieć co mu siedzi w głowie. Ale z jednej strony skoro jesteśmy tacy tajemniczy, to ja bym też tej kwestii Zacka aż tak dobitnie nie wyjaśniał, bo jeżeli Edgar ma być enigmatyczny, można zostawić więcej niedopowiedzenia. Zwłaszcza że późniejsza scena z kufrem już świetnie sugeruje, że jego działania mają jakieś drugie dno, ale to może drobna kosmetyka której się czepiam. Ale potrzebne mu to było, bo zrobił się z losowo przydzielonego Brutalowi gościa (tak samo zresztą jest Brutal przydzielony Edgarowi) - zrobił się gościem który ma własny plan i dla mnie to jest najlepsza rzecz którą tu zrobiono. Brutal wychodzi z garderoby z poczuciem, że właśnie ustalił zasady współpracy. Edgar zostaje sam i prawdopodobnie zaczyna robić coś, o czym Brutal nie ma pojęcia - no i fajno xD.
JRW/Crowe/Kline: No mocne otwarcie. Nie tylko zrobiono mocny powrót JRW do ringu, tudzież jego debiut w LPW. Jeszcze bardziej podbudowano Crowe'a i jego doktorka, fajnie że w sumie tyle jest już wprowadzana ta postać i nadal się nie nudzi to wprowadzenie. Szczerze? To jak został wprowadzony tutaj JRW pokazuje jak powinien zostać wprowadzony weteran? Legenda? Coś co powinno zostać zrobione być może z kimś takim jak Dowson. Jemu by też takie coś podobne siadło. To jest wejście człowieka, który nie wraca/debiutuje jak zwykły wrestler. Wraca ktoś, kto ma określoną historię i status. Ten cytat z koszulki widziałem w Rodzinie Soprano, jakieś powiązania z Outfit? To praktycznie streszcza jego powrót bez potrzeby dodatkowego tłumaczenia. Motyw ze łzą siedzi, bo Waters nie zostaje pokazany jako „twardy stary wyjadacz, który wrócił i teraz wszystkim wpierdoli”. On autentycznie jest wzruszony reakcją publiczności. To sprawia, że jego powrót staje się emocjonalny. Po tylu latach były mistrz świata wraca i widzi, że ludzie nadal pamiętają. No panie i panowie, na ten moment mamy najlepszy powrót/debiut w federacji zrobiony, mimo tego że nie zdążył powiedzieć ani jednego słowa, piękne xdd. Od razu odebrano mu możliwość wygłoszenia klasycznego powrotnego promo i to, że jego powrót nie będzie pod jego dyktando, w sumie spoko, lepsze to niż zwykłe pociągnięcie powrotu do końca i elo, nara, pora na CSa. Crowe dosłownie skradł Watersowi moment i... tego sega. Zajebiste wejście szczerze, lepsze to niż jakieś wbiegnięcie, to jest zdecydowanie bardziej niepokojące niż gdyby Crowe po prostu wyszedł z rampy. Nie chcę napisać tego tak dosłownie żeby to źle nie zabrzmiało, ale fajnie wykorzystano te dzieci w takim sensie, że zbudowano dzięki nim taką atmosferę nawet nie lokalnego herosa, ale po prostu bohatera ludzi. A potem te dzieciaki muszą być ewakuowane z ringu, bo pod nim zaczyna się coś dziać. To robi z Crowe'a nie tylko wrestlera, ale zagrożenie dla całego widowiska, choć on tym wrestlerem jako wrestlerem to od samego debiutu się nie wydawał i to też jest jego zajebista zaleta, tak samo jak to że nie musi nic mówić, doktorek też się za bardzo nie wysila przy tych sekwencjach jeśli chodzi o słowo pisane. Wydaje mi się że Silas i Kline postrzegają LPW ogólnie jako jedną wielką chorobę i chcą kurwa wszystkich leczyć, tylko kiedyś się przeliczy, przyjdzie taki dzień. Mam paru kandydatów do tego, aby równać się z Crowem, ale są na Colosseum, więc na razie zachowam ich dla siebie. Choć swoją drogą program Crowe'a i doktorka z kimś z Elysium tez byłby... ciekawy xD. A co do Kline'a też się wypowiem, w końcu jest też pisany przez Ryśka i jest nieodłącznym na razie elementem Crowe'a. Największym plusem w tym wszystkim jest w sumie jego zachowanie, czasem jest tak że druga postać kurwa jest albo niepotrzebna, albo nawet przeszkadza tej głównej. Tu jest to stonowane i w sumie - do tego też potrzeba pewnych umiejętności, serio xdd. On po prostu stoi, trzyma mikrofon, jakimś dyktafonem macha i to kurwa działa, terapia rozpoczęta i narciarz. Ten duet doktorek i obiekt, kurwa, nie wiem pacjent, narzedzie terapii naprawde działa. Mnie bardziej zaczyna już zastanawiać jaka jest relacja między nimi. Zostawia ona naprawdę mase możliwości i wierzę, że Rysiek wybierze jedną z tych lepszych. Takie powroty po których pozostaje pytanie WTF - zawsze działają. Klasa panowie, ekstraklasa.
LS: Czuć bogactwo XDDDD Czuć piniądz kurłaaa! Dobra, wracając na ziemię. Wiecie co lubię w gimmicku Lorda? Że nie jest on ozdobnikiem, on tak naprawdę napędzą tę postać i mogłoby się wydawać, że co ty gadasz Michał, przecież każda postać tak ma. No... chciałbym, żeby tak było. Czym się różni Sebastien od innych ,,bogaczy" w fedzie? A właściwie jednego? To, że on jest w tym wszystkim autentyczny, naprawdę wypowiada się jak francuski arystokrata, a nie ktoś kogo wsadzili w tę rolę żeby był chociaż trochę wiarygodny, to spora różnica, no bo tak naprawdę dzięki tym opisom Sebastien nie musi podkreślać jak zajebiście jest bogaty, to widać zanim powie słowo. No przyznam szczerze, że jeśli chodzi o tę postać to Ostaszewska daje radę, siedzi mi. Ta pogarda w stronę McŁowicza podana tak na spokojnie, z odpowiednią klasą, jak na niego przystało. Sebastien nie wrzeszczy na McŁowicza. Nie próbuje go zastraszyć w typowo wrestlingowy sposób. On go analizuje z pozycji człowieka, który uważa, że stoi kilka szczebli wyżej, bo w sumie stoi. Fajnie, że Lordzik pokazał troszkę więcej swojego backgroundu, już nie widzę typa który mówi że jest bogaty, tylko typa który pokazuje, że cała ta jego wartość wynika z systemu, który istniał przed nim, a on się w niego idealnie wpasował. On nie uważa, że McŁowicz jest gorszy dlatego, że on sam ma więcej pieniędzy. On uważa, że McŁowicz jest gorszy, bo pochodzi z niewłaściwego świata, a to już jest właściwie jawny klasizm. No jak miałbym wybierać postać do której to pasuje najbardziej w LPW - to byłby to właśnie Lord. No McŁowicz troszkę w tym wszystkim dla mnie upokorzony jest, to już nie była sportowa przegrana, to jest w zasadzie.. nie wiem, spuszczenie w kiblu to co McŁowicz robił wcześniej to może za mocne słowo, ale dobra, puszczę to płazem, bo widac że Ryszardowa skupiła się bardziej na terapeucie Silasie. Lordowi ta odmowa kucharza siedzi w bani do dziś, bo problemem nie jest nawet sama odmowa. Problemem jest to, że ktoś uznał, iż ma prawo mu odmówić. No ale żeby nie było za wesoło, to do jednego się muszę przyczepić. Momentami Sebastien za długo tłumaczy swój klasizm. Szczególnie fragment o przodkach jest dobry, ale gdybyś chciał zrobić z niego naprawdę wybitnego arystokratycznego heela, można byłoby miejscami zostawić trochę więcej między wierszami, utrzymać coś w tajemnicy, nie podawać na tacy tyle na raz. Bo dla mnie Sebastien jest najciekawszy wtedy, kiedy nie musi udowadniać, że jest wyżej. Fajnie, że po takim czasie, stosunkowo krótkim Sebastien ma wyrobioną zajebistą tożsamość. W jakim sensie? Ano w takim, że jakbyście zamiast Lord Sebastien przed kwestiami jego dali trzy pytajniki, to raczej każdy z nas by wiedział czyje to promo. Niewiele postaci w LPW może się tym pochwalić, myślę że z 3-4 bym takie wymienił, nie za wiele patrząc na to jaki mamy roster, ale to kwestia tego że sporo osób jest stosunkowo nowych, przynajmniej tak napiszę żeby dymu nie rozkręcać i żeby się ktoś nie uraził. I mam nadzieję Arek, że choć raz odniesiesz się tak szeroko do jakiegoś proma mojej postaci jak ja robię to z twoimi postaciami w ostatnim czasie, zamiast je chamsko omijać albo komentować od niechcenia.
Cottonwood: Prosty segment, ale ta prostota tutaj zadziałała. Lepiej czasem krótko, a zwięźle przedstawić taką zajawkę niż się rozlewać na dziesięć różnych sposobów. Jego prezencja mi się podoba. Nie wiem czy tylko ja, ale ja go pamiętam z pierwszej albo drugiej edycji NXT (chyba drugiej) jak to jeszcze było takim teleturniejem na zasadzie Pro i Rookie, krótko rzecz ujmując. Ja tam w tym wielkoludzie widziałem jakiś potencjał wtedy, cieszę się że ktoś z niego tutaj korzysta, mam nadzieję że chociaż trochę na serio, a nie jest to kolejna fanaberyczna postać zrobiona dla jaj, żeby później się podłożyć głównej postaci czyjejś. Cały klimat tego sega pokazuje, że ten gość jest niby absurdalny, trochę creepy, ale przy tym wszystkim potrafiący zagrozić, takie postacie się sprawdzają, jak już jesteśmy przy NXT to pamięta ktoś Leo Krugera aka Adam Rose? Taki troszkę vibe mi zaleciał z tego krótkiego proma, a ja bardzo sobie ceniłem postać Krugera, więc jest to komplement. Okej, z tymi wąsami takie nietypowe, ale przynajmniej wiadomo, że nie jest on chyba sam. Nietypowe, głupie - na tyle głupie że aż dobre xdd. Jest to jakiś tam pomysł na gimmick. Wychodzi na to, że mamy czterech nowych gigantów na Elysium, dużo tego w LPW się namnożyło ostatnio, inni to będą liliputy za chwile. Z tą rodziną to trochę zaleciało klimatem Outfitowskim, ale w sumie nie wiemy czy Eli mówi naprawde o rodzinie, czy takiej przybranej. Tylko ja bym tu dodał coś, żeby dodać więcej grozy do tego segmentu, zwłaszcza jak polecieliano z tymi wąsami groteskowymi jak dla mnie - troszeczkę. Jeśli chodziło o zrobienia z Cottonwooda gościa który jest w połowie dziwny i groźny, no to się udało, ale ja bym wolał widzieć go ze wskazaniem na groźny, mam nadzieję że w przyszłości tak będzie, jeśli chciano to wyrównać, to jest to wszystko na swoim miejscu i trafne. Co do tej trójki to wiadomo, nie jestem fanem zbyt szybkiego ujawniania tajemnic w wrestlingu. Dlatego stopniowo bym ich ujawniał, może jakieś elementy nie wiem, tatuaże, cechy charakterystyczne (zwłaszcza jeśli planujecie tutaj dać kogoś, kto istnieje, a nie wymyśloną postać), zróbcie z tej tajemnicy coś dobrego. Tylko czy nie za dużo tych tajemnic ostatnio? Nie, zajebiście je lubię, bo jest to robione w większości ze smakiem. Raczej nie było tu zamiaru zachwycenia treścią, bardziej był zamiar zrobienia dobrego teaseru, no i się udało. Bo jak ktoś nie wiedział kim jest Eli Cottonwood, to po tym segmencie z pewnością się dowiedział, fajnie że akurat po Watersowym powrocie to umiesciliście, chyba nie było lepszego miejsca na to na gali, no bo najpierw wraca wielki bohater, a potem jest promo wąsatego giganta który zapowiada grupę wąsatych gigantów.
ZSJ vs. Derek: Przyzwoicie napisana walka, wynik jak najbardziej sensowny i na miejscu, Halloway potrzebuje zwycięstw, a w szczególności zwycięstw z kimś z ponad przeciętnej półki. Natomiast mam jedną uwagę do bookera, skoro się tak skupiasz na ręce na początku to weź pociągnij ten motyw przez resztę walki, a nie zostawiaj go tak bez niczego potem. Wystarczyło na końcu coś o tym wspomnieć i by wystarczyło, chyba że pisałes walkę na dwie raty, to wybaczam xdd. Wystarczyło napisać po odliczeniu Hallowaya, że wstając po zwycięstwie trzyma się za rękę, przy kimś takim jak Zack musiało to być jakoś zwieńczone, ale tak poza tym jest okej. Dobrze, że Derek go pojechał czysto, a nie przez jakieś fikołkowate gówna, bo taki rodzaj zwycięstwa jest potrzebny mistrzowi nawet midcardowemu jak tlen.
Finnegan/Lopez: Finnegan troszkę rzucony na głęboką wodę hehe, bo wiecie on surfuje. Ale tak serio to jara mnie cały ten gimmick surfera w stylu słońce, ocean, pozytywna energia, słoneczny patrol i tak dalej, takie coś ma prawo wypalić w wrestlingu, a jednocześnie jara mnie Lopez który wychodzi i w kilku zdaniach pokazuje mu swoje miejsce. Chris bardzo fajnie sprzedaje cały ten swój wyraźny już gimmick, nie ogranicza się do prostoty w tym wszystkim, choć mógłby - samo jego wejście już robi masę roboty, a to się rzadko zdarza na tygodniówkach, takie to charakterystyczne mimo że to debiutant, pełne koloru, polotu i finezji, lubię takie gimmicki. Ciekawy sposób na debiut, bo on nie wychodzi z nastawieniem , że jest zajebisty i w ogóle reszta niech się chowa bo was wszystkich rozjebę. On autentycznie jest zaskoczony tym, że publiczność go zaakceptowała, taki skromniacha z niego nietypowy, jak na surfera, ale kupuję to. Tekst o fali adekwatny, widac że chłop poprawnie definiuje pojęcie wrestlingu - wie co go tu czeka i zamiast się bać to bierze to na klatę i to jeszcze z uśmiechem. Dokładnie tego bym od niego oczekiwał. Dawid Podsiadło kiedyś śpiewał, że nie ma fal. A dla mnie mimo całej sympatii tych fal jest troszkę za dużo. I właśnie dlatego cweLopez miał eleganckie okazje do odpowiedzi. Żart z laniem wody zasłużony, to wisiało w powietrzu xD. Ale z tymi falami to nie traktowałbym w sumie tego jako wady, to jest właśnie wartość dodana, że dajesz komuś okazję do pocisku (ja to tak widzę, połowa z was myśli że jak ktoś jest jechany, to jest hooyowy i został zezłomowany - każdy ma swoje zdanie). Poza tym to jest jego pierwsze promo z tego co kojarzę, niech publiczność się go trochę nauczy, my się go trochę nauczmy i myślę, że się sprawdzi na dłuższą metę, jak nie zostanie olany. Hiszpan kradnie ewidentnie ten segment tuż od wejścia. I bardzo dobrze. Bo jeśli Chris ma być sympatycznym debiutantem, to potrzebuje kogoś, kto natychmiast pokaże mu, że LPW nie jest wakacjami na plaży - a Lopezzo jest do tego idealny. Na poczatku sprawiał wrażenie przyjaznego, a potem jak to on ma w zwyczaju ośmiesza - i dobrze. Zawsze jest to odmiana od kogoś kto ciągle grozi, ośmieszać też trzeba umieć, a on umie, bo robi to praktycznie cały czas antenowy. Nawet mi podeszła ta próba zrobienia z Finnegana klauna pokroju Uszczelki, zamiast traktować go jak realnego przeciwnika. Natomiast z ośmieszania szybko przeszedł do gróźb odnośnie postrzegania tego biznesu i czego ten ma się spodziewać, to też było dobre przejście. Taki Lopez z wyjebanym ego to chyba najlepsza możliwa wersja Lopeza. On to w ogóle jest chyba postacią, która najbardziej żyje otoczeniem, tym co się dzieje wokół w LPW. Nie wiem czy jestem jedyny, ale było widać jakąś chemię między Finneganem a Lopezem, a to jest zajebisty komplement dla surfera. Takie to wszystko naturalne - oczywiście spora w tym zasługa cweLopeza, ale z byle kim też nie byłoby tak mocnego Lopeza w tym segu. I bardzo dobrze, że Chris nie wdaje się w słowną wojnę. Skinienie głową i zgoda na walkę jest odpowiednie. On jest nowy, pozytywny, pewny siebie, a więc nie musi nagle stać się mistrzem ciętej riposty. Lopez traktuje debiutanta jak ćwiczenie przed większym celem, czyli wiadomo przed Blazem na Heatwave. Ten segment nie musiał nie wiadomo czego spełniać, nie wiadomo czego robić. Miał przedstawić Finnegana i przypomnieć, że Lopez jest wysoko w hierarchii, dać surferowi pierwszego przeciwnika i jednocześnie pokazać różnicę między nimi. Wszystko zostało spełnione.
Lopez vs. Finnegan: Ja praktycznie co walkę mogę napisać że osoba x wygrała, a osoba y nie została zeszmacona. Jest sens, żebym tutaj to powtarzał? Na pewno dzięki temu każda ze stron powinna być zadowolona. Pretendent nie wygrywa przez przypadek, nie przez roll-up, nie przez interwencję. Przez większość walki próbuje narzucić swoje tempo, a kiedy Chris zaczyna się rozkręcać, Jose znajduje moment i zabija jego ofensywę jednym ruchem i tak naprawdę dlatego dobrą robotę wykonał booker. Finnegan wyszedł dobrze i w segmencie i w tej walce, bo on nie został pokonany tylko przez Lopeza. On został pokonany przez jakby nie było przyszłego mistrza, nie tak dalekiego jak się okazuje, ale to było do przewidzenia, zresztą to nie temat na to. Jednak ten unik przed La Patada de Las Palmas drugi raz zrobiony w ten sam sposób nie może przejść przeze mnie niezauważony - drugą kontrę można by było zrobić inaczej, siadłoby bardziej, zwłaszcza że Finnegan to skoczny chłop. Jose wychodzi mocniejszy, Chris wychodzi zbudowany. I to jest tutaj najważniejsze.
McŁowicz: To było dobre, głównie dlatego, że Rob pozostał sobą jako człowiek kuchni, który został wciągnięty w konflikt przez aroganckiego arystokratę, ale tym razem było widać, że go to wszystko ruszyło. Z tym fartuchem też dobry motyw, bo on tutaj nie grał roli narzędzia pracy, tylko rolę wizualnego storytellingu na zasadzie, że fartuch stał się symbolem tego, co LS chce mu odebrać. Polecenia Sebastiana dobitnie punktują jego problem. Sebastien nie chce po prostu wygrać walki. On chce ustawić Roba w hierarchii, którą sam sobie wymyślił. I Rob dokładnie to rozumie. O smaku pychy chyba mi siadło najbardziej. Bo bierze motyw kuchni Sebastiena i obraca go przeciwko niemu. W ogóle fajnie, że ten feud nie sprowadza się tylko do tego, że jeden jest bogaty, a drugi jest kucharzem. Tutaj mamy konflikt charakterów i przede wszystkim podejścia do człowieka, no bo Sebastien uważa, że przez nazwisko, pieniądze i pozycję może decydować za innych, a Rob pokazuje mu, że nie będzie się nikomu podporządkowywał dla zasady. Moim zdaniem bardzo dobra odpowiedź na promo Sebastiena, dobrze rozwija McŁowicza i sprawia, że na samą ewentualną walkę naprawdę chce się czekać.
Leone/Halloway: Znowu mocny segment przede wszystkim dlatego, że obaj są tutaj bardzo dobrze napisani, ale każdy gra zupełnie inną kartą. Derek zaczyna oczywiście od swojego klasycznego odklejenia – płaska Ziemia, banowanie ludzi na czacie, grawitacja nie istnieje, gęstość, a do tego jeszcze bąk i tekst o farszu – i to wszystko idealnie pasuje do jego postaci. Co ważne, nie robi się z niego przez to tylko komediowego freaka, bo kiedy pojawia się Tony, Derek bardzo szybko przechodzi na poważniejszy ton i pokazuje, że płaskoziemiec jako mistrz potrafi być wciąż czujny. Fajnie wychodzi jego nieufność wobec Leone, szczególnie kiedy mówi o brutalności pod płaszczykiem elegancji i przypomina, że Tony wcześniej nasyłał swoich ludzi na niego, Brutala i Edgara. No i to siedzi, bo Derek nie zapomina o wcześniejszych wydarzeniach tylko dlatego, że Tony przyszedł teraz w garniturze i mówi spokojnym głosem. Podoba mi się też moment, w którym Tony próbuje zbudować między nimi jakąś wspólnotę ludzi, którzy patrzą za kulisy, a Derek odpowiada mu na zasadzie, żeby nie wrzucał go do jednego worka z nim. No i najważniejsze. Derek ani przez chwilę nie wygląda tutaj jak mistrz, który boi się swojego pretendenta, a to jest sztuka przy kimś takim jak Leone. Natomiast Tony Leone moim zdaniem wręcz kradnie ten segment jak Lopez powyżej, bo jego największą bronią jest tutaj właśnie spokój. On cały czas mówi jak człowiek niezwykle kulturalny, opanowany i wręcz zatroskany o Dereka, ale im dłużej gada, tym bardziej czujesz, że za tym wszystkim kryje się coś bardzo nieprzyjemnego. Najlepsze jest to, że Tony nie musi powiedzieć wprost komuś o krzywdzie, bo jego teksty robią to za niego. I właśnie taki Tony jest dużo ciekawszy niż zwykły mafijny heel, który po prostu wychodzi i mówi, że wszystkich zabije, pobije i hooy wie co jeszcze. On próbuje wejść Derekowi do głowy, przedstawia się jako przyjaciel, który tylko chciał wyciągnąć rękę, a jednocześnie cały czas subtelnie sugeruje, że może zrobić Derekowi coś bardzo złego. Podoba mi się również motyw partnera biznesowego, bo pasuje do jego eleganckiego, sycylijskiego charakteru i jednocześnie pozwala mu mówić o mistrzostwie jak o interesie. Pas jest dla niego czymś, co chce przejąć, a niekoniecznie czymś, o co musi się emocjonalnie napinać. I wtedy dostajemy końcówkę z farszem, która jest zajebista xdd. Przez cały segment Tony jest poważny, dostojny, niemal teatralny, a na sam koniec przechodzi za plecami Dereka, zerka w dół i rzuca spokojnie, że teoria dotycząca farszu może jednak wymagać ponownego rozważenia. To jest świetne właśnie dlatego, że nie niszczy jego postaci, bo Tony nadal zachowuje ten swój spokojny, elegancki sposób bycia, tylko wykorzystuje sytuację, żeby kompletnie zbić Dereka z tropu. I reakcja Hallowaya, który gwałtownie łapie się za dupę, jest idealnym tego zwieńczeniem. Całościowo powiedziałbym, że Derek wypada tutaj dość mocno, bo jest bardzo konsekwentny, zabawny, ale jednocześnie wiarygodny jako mistrz, natomiast Tony naprawdę świetnie działa jako ten uprzejmy, elegancki facet, Don przy którym cały czas ma się poczucie, że coś jest nie tak. Najbardziej podoba mi się to, że ten feud wygląda jak konflikt dwóch ludzi, którzy twierdzą, że widzą więcej niż reszta świata, ale kompletnie inaczej wykorzystują tę wiedzę. Derek robi z tego swoje teorie i próbuje demaskować innych, a Tony wykorzystuje właśnie tę podejrzliwość Dereka przeciwko niemu. No i po takim zakończeniu naprawdę chce się zobaczyć, co Tony zrobi dalej, bo teraz już wiadomo, że ten partner biznesowy raczej nie będzie miał zamiaru zachowywać się jak partner.
Dolnick vs. Ransom: Segment w sumie był tu o wiele ważniejszy niż walka. Dolnick od początku próbuje gadać, proponuje nawet, żeby sobie odpuścili i poszli na obiad, a Maxwell odpowiada mu czynami i dobrze. Walka miała na celu pokazanie dysproporcji między nimi i przygotowanie nas do tego, co się wydarzy po niej. Natomiast promo po walce to już jest moim zdaniem coś na czym wypadałoby się bardziej skupić niż na walce. I tutaj przede wszystkim Maxwell robi ten segment, bo zaczyna od bardzo zimnego, wręcz pogardliwego tonu.
Maxwell wykorzystuje zwycięstwo, żeby w końcu powiedzieć Dolnickowi wszystko, co najwyraźniej od dawna w nim siedziało. I bardzo dobrze, że nie ogranicza się do wyśmiewania jego wyglądu czy obecnego stylu życia. Owszem, jedzie po jego obżarstwie, streamowaniu, szwendaniu się i pogoni za popularnością, ale z czasem robi się jasne, że tak naprawdę chodzi mu o coś zupełnie innego. Maxwell tęskni za dawnym Jeanem. Za człowiekiem, z którym razem robili coś ważnego, mieli pasję i potrafili dawać ludziom rozrywkę. I właśnie dlatego jego frustracja jest zajebiście wiarygodna. To nie jest zwykły heel wychodzący po walce i obrażający przeciwnika. To jest ktoś, kto patrzy na swojego byłego przyjaciela i uważa, że ten kompletnie się pogubił. Bardzo dobrze siedzi też to, że Maxwell sam przyznaje, że nie zawsze jest idealnie opanowany. Dzięki temu nie wychodzi na sztucznie wykreowanego świętoszka, który poucza wszystkich z pozycji moralnej wyższości. On również ma emocje i również potrafi stracić nad nimi kontrolę, tylko tym razem powodem jest właśnie Dolnick i jego zachowanie. Najmocniejsza jest jednak końcówka, bo Maxwell nie kończy na klasycznym wyzwaniu do kolejnej walki. On właściwie podważa sens dalszej obecności Dolnicka w federacji, a do tego mówi mu, że nie jest już tym człowiekiem, którym kiedyś był i że powinien odejść. To jest dla Jeana znacznie bardziej dotkliwe niż zwykła porażka. Szczególnie dobrze wypada reakcja Dolnicka, który po wszystkim nie próbuje robić żadnego komediowego numeru ani odgrywać twardziela. Po prostu siedzi w narożniku i wygląda, jakby naprawdę został złamany. I to jest świetne, bo nagle cały jego komediowy gimmick schodzi na drugi plan i widzimy człowieka, który właśnie usłyszał bardzo brutalną prawdę od osoby, na której opinii prawdopodobnie nadal mu zależy. Podoba mi się również to, że Ransom po wszystkim sam nie wygląda na człowieka, który czuje się świetnie. Wyrzuca mikrofon i odchodzi, ale widać po nim emocje. To sugeruje, że powiedzenie tych wszystkich rzeczy również nie było dla niego łatwe. Dzięki temu relacja między nimi nadal pozostaje skomplikowana. Nie mamy prostego podziału na dobrego Maxwella i złego Jeana, tylko dwóch ludzi, którzy kiedyś byli blisko, a teraz są po dwóch stronach barykady i obaj mają swoje żale do siebie, przyznaję że nie czułem tego feudu na początku, ale naprawdę się w niego wkręciłem.
Mantel & EGDG vs. Edgar & Brutal: Każdy z nich w sumie coś pokazał. Mantel i Garra nie wyszli na typowych ogórków, a Brutal przewagą i siłą do kupy ze sprytem Edgara pokazali że są lepsi, po prostu. Szczególnie Mantel fajnie tu wypadł. Było tam jakieś niezrozumienie i irytacje na partnera, więc było widać który team się bardziej (nie)dogaduje. Z drugiej strony bardzo dobrze wypada współpraca Brutala i Edgara. Ich zmiany są szybkie, nie przeszkadzają sobie i pod koniec wyraźnie widać, że zaczynają działać jak prawdziwy tag team. Sam finisz jest dzięki temu logiczny, bo El Garra zostaje najpierw mocno osłabiony, Brutal dokłada swoją akcję, Edgar kończy wszystko z narożnika. Nie ma kombinowania z przypadkowym roll-upem czy kontrowersją, tylko wygrywa team, który tego dnia był po prostu lepiej zorganizowany. Jednocześnie walka nie jest przesadnie długa, co jest plusem, bo jej głównym zadaniem było przygotowanie gruntu pod późniejszą konfrontację z mafiozami. Jedyne czego trochę mi brakuje, to może większego zaakcentowania współpracy Mantela i El Garry na początku, bo później ich problemy z komunikacją stają się ważniejsze niż sama współpraca, ale może o to chodziło.
Outfit/Edgar/Brutal: Outfit po raz kolejny pokazuje, że ich największą bronią nie musi być od razu przemoc, tylko sposób, w jaki potrafią mówić i manipulować sytuacją. Sacrale wypada bardzo dobrze jako ten spokojniejszy, kulturalny człowiek, który przedstawia swoje groźby niemal jak rozsądną propozycję. Najciekawsze jest to, że próbuje wmówić Brutalowi i Edgarowi, że cała sytuacja jest właściwie ich winą, bo przecież oni chcieli zakończyć konflikt. Dzięki temu Sacrale nie brzmi jak ktoś, kto po prostu szuka bójki. On naprawdę próbuje narzucić własną narrację. Bardzo dobrze działa też religijny charakter jego wypowiedzi, bo motyw Boga, wyroku i egzekucji pasuje do medalika i całej jego prezencji. Edgar jest natomiast kompletnie inną energią. Jego reakcja jest bardzo teatralna, poetycka i megalomańska, ale właśnie tego oczekujemy od Dickinsona. Podoba mi się szczególnie kontynuowanie motywu, że Outfit wtargnęło do jego historii i zniszczyło coś, co Edgar wcześniej planował. Dzięki temu jego wrogość wobec nich nadal wynika z konkretnego powodu. Najlepsza jest jednak odpowiedź Sacrale, bo on nie próbuje przebić Edgara krzykiem. Wchodzi w jego artystyczny sposób myślenia i wykorzystuje go przeciwko niemu. To tworzy bardzo fajną słowną przepychankę dwóch postaci, które są teatralne, ale na zupełnie różne sposoby. Dzięki temu co powiedział Brutal Vincenzo dostaje naturalny moment na wejście do rozmowy. Wreszcie dostajemy wyraźny sygnał, że nie jest tylko partnerem Sacrale stojącym obok. Jest spokojny, arogancki i przede wszystkim groźny. Jego zachowanie pod koniec, kiedy odkłada eleganckie dodatki, podwija rękawy i szykuje się do walki, jest dużo mocniejsze niż kolejna długa groźba. Czyli podsumowując Sacrale jest spokojnym ideologiem, Vizzini bardziej milczącym egzekutorem, Edgar artystycznym megalomanem, a Brutal brutalnym i bezpośrednim prostakiem jak to on, który ma dosyć całej tej filozofii. Podoba mi się jak Outfit ewoluuje z grupy która rozpierdala tygodniówkę do grupy, która ma zajebiście określoną tożsamość.
Vizzini vs. Shadow: Krótko, ale przy takim zestawieniu nie było innej opcji. Vizzini zostaje pokazany jako ktoś zupełnie innego kalibru niż Elias i to właściwie od pierwszej sekundy. Bardzo podoba mi się też wykorzystanie Enzo. To, że Sacrale nie krzyczy na niego ani nie próbuje go powstrzymywać, tylko pokazuje mu zegarek, jest świetnym drobiazgiem. Przez to wygląda, jakby Vizzini naprawdę odpłynął w tym momencie, a Enzo musiał przypomnieć mu, że mają jeszcze swoje plany. Jedyna rzecz, którą można by ewentualnie rozważyć, to jeszcze mocniejsze zaakcentowanie momentu, w którym Elias orientuje się, że trafił na kogoś zupełnie innego niż oczekiwał. Sama walka jest tak krótka, że jeden taki moment mógłby jeszcze bardziej sprzedać różnicę poziomów. Ale to już kosmetyka. Końcówka z różą bardzo outfitowa, to nie jest zwykłe świętowanie zwycięstwa. Jest w tym coś niemal rytualnego, teatralnego i trochę makabrycznego. Pasuje do ich eleganckiego mafijnego wizerunku. Właśnie takie małe gesty mogą sprawić, że The Outfit zacznie mieć bardzo rozpoznawalny styl. Sacrale jest głosem i mózgiem, a Vizzini jest człowiekiem, którego najlepiej nie zmuszać do działania i właśnie taki podział w tym outfitowym duecie chciałbym na razie widzieć.
Mantel/Shadow/Tatsu/Dolnick/JRW: Ależ tych postaci nawaliło w można powiedzieć jednym segu. Najpierw Mantel. Bardzo dobrze, że jego reakcja po porażce nie jest klasycznym smutkiem czy szukaniem wymówki, tylko wkurwieniem przeniesionym bezpośrednio na Kociarza. I tutaj gablotka robi naprawdę dobrą robotę, bo nagle dostajemy wizualne potwierdzenie tego, kim on jest. Mantel nie chce po prostu wygrywać, on chce zbierać ludzi jak trofea (pozdro Marvin Jones) i budować sobie dziedzictwo poprzez pokonywanie kolejnych przeciwników. Maska El Garry jest więc czymś więcej niż rekwizytem. To symbol tego, że Mantel już traktuje go jak zdobycz, zanim jeszcze go pokonał. Podoba mi się również, że porażka z Brutalem i Edgarem nie zostaje całkowicie zignorowana. Mantel uważa, że był blisko wykończenia Edgara i że El Garra odebrał mu zwycięstwo. Dzięki temu jego frustracja ma konkretną przyczynę. Bardzo dobrze wypada też końcówka z grożeniem kolejnym potencjalnym ofiarom. To naturalne rozszerzenie gimmicku Souvenir Collectora, który naprawdę działa, na pewno lepiej niż Normal Guy. Skoro ma gablotę i uważa swoich przeciwników za kolejne przedmioty do kolekcji, to El Garra jest tylko aktualnym celem. Nie jest on zamykany wyłącznie w jednym feudzie, tylko pokazywane jest to, że po Heatwave może ruszyć dalej. I to jest ważne dla Mantela, jest on jednym z LPW Originals, w przeciwieństwie do Kociarza, więc zasługuje na to. Potem przechodzimy do Eliasa i Yoshiego i tutaj następuje kompletny lekki odjazd ale w dobrym sensie. To jest ewidentnie komediowy segment i jego siłą jest to, że Yoshi jest tak absurdalnie honorowy, że aż przestaje być normalny xdd. Już wiem o co chodziło ze śmieszkami na temat Yoshiego i jego honorowością na lajwie przy Heatwave. Elias natomiast pozostaje Eliasem, siedzi z lodem na karku, scrolluje TikToka, ma kompletnie gdzieś przemowę Yoshiego, a potem jeszcze odpala się po rozwaleniu telefonu. A potem... Dolnick. Najlepsze jest to, że Jean kompletnie ignoruje wszystko, co dzieje się obok. Elias i Yoshi praktycznie zaraz zaczną się bić, a Dolnick przechodzi obok z kartką, jak człowiek mający w głowie wyłącznie jedną rzecz. To jest bardzo dobre po tym, co wydarzyło się wcześniej między nim a Ransomem. Właśnie dlatego jego jedno słowo w gabinecie Aldisa ma taką wagę. Nie robi przemowy. Nie tłumaczy się. Nie płacze. Nie próbuje przekonywać GM-a. Przynosi kartkę, rzuca ją na biurko i oznajmia, że odchodzi. I najlepsze jest to, że Aldis nawet nie zdąży zareagować. To daje poczucie, że Jean podjął decyzję już wcześniej i nie przyszedł po zgodę. On tylko ją zakomunikował. Zniknięcie Dolnicka jest natomiast bardzo w jego stylu. Trochę absurdalne, trochę komediowe, ale dzięki temu nie robi się z niego nagle całkowicie innej postaci. I właśnie wtedy następuje gwałtowne przejście do karetki. No i tutaj zaczynamy fajerweki, Halina sylwester się zaczął xdd. Powrót Watersa jest świetny właśnie dlatego, że jest kompletnym przeciwieństwem jego poprzedniego pojawienia się. Wtedy mieliśmy helikopter, jakiś dojebany motyw podróżnika, wielką scenografię, gargulca, emocjonalny powrót legendy. Teraz dostajemy karetkę, zakrwawionego, poobijanego człowieka, który ledwo chodzi. I najważniejsze, że nie zrobiono z niego ofiary. On jest pobity, ledwo stoi, ma rozcięcie na głowie, bandaż, obolałe żebra, ale psychicznie jest bardziej niebezpieczny niż wcześniej, co jak najbardziej kupuję. To jest chyba najważniejsza rzecz w całym jego występie. W pierwszym powrocie mieliśmy Watersa jako legendę wracającą na własnych warunkach. Teraz mamy Watersa, któremu ktoś odebrał kontrolę nad własnym wielkim momentem i właśnie dlatego jego reakcją jest wściekłość. Bardzo dobrze działa też motyw z jego dawnym wcieleniem w WCW które jest mi totalnie obce, ale powiedzmy że się wkręciłem. Nie chodzi wyłącznie o to, że Waters wspomina przeszłość. On odcina się od własnego starego obrazu. Helikopter, czerwone dywany, wielkie wejście, gwiazdorstwo, no to wszystko było pewnego rodzaju fasadą. Crowe swoim atakiem zmusił go do pokazania czegoś, czego Waters sam wcześniej nie planował pokazać. I właśnie dlatego końcówka z maską jest dla mnie najmocniejszą częścią całego promo. Waters nie mówi po prostu, że chce zemsty. On sugeruje, że Crowe i Kline sami uruchomili coś, czego nie powinni byli ruszać. To jest bardzo dobry kierunek dla tej postaci, bo nagle nie wiadomo, czy Waters stanie się większym szaleńcem, brutalem, czy po prostu wróci do swojej najbardziej autentycznej wersji. Podoba mi się również, że Crowe nadal nie musi tutaj występować. To bardzo ważne. Waters mówi o nim, ale Crowe nie potrzebuje odpowiadać. Po tym, co zrobił pod ringiem, jego nieobecność działa na jego korzyść. Teraz to Waters musi go szukać. Jedyna rzecz, którą bym pilnował, to długość końcowego promo. Ono jest dobre i ma sens, ale miejscami Waters kilka razy wraca do tej samej myśli, to znaczy że wielki powrót został zniszczony, dawna wersja Watersa umarła, teraz liczy się zemsta. Ja bym tego już dalej nie rozbudowywał. To, co jest teraz wystarczy, żeby rozpocząć nowy etap postaci. Teraz najlepiej pozwolić Watersowi udowadniać tę przemianę czynami. I jeszcze jedna rzecz - bardzo podoba mi się konstrukcja całego ciągu. Mantel pokazuje, że chce kolekcjonować kolejne ofiary. Elias i Yoshi dają chwilę oddechu i komedii. Dolnick nagle podejmuje bardzo poważną decyzję. Potem powró zakrwawionego Watersa, no cholernie dobra telewizja została tu odegrana, ale znam już trochę styl prowadzenia gali Jakuba, przyzwyczaił nas raczej do tego, że fajnie łączy wątki. No i Waters wychodzi z tego segmentu jako ktoś, na kogo naprawdę chce się teraz czekać. Nie dlatego, że jest legendą WCW, tylko dlatego, że Crowe właśnie obudził w nim wersję Watersa, której wcześniej nie znaliśmy - czyli jesteśmy wszyscy w tym samym miejscu jeśli chodzi o Watersa, można powiedzieć, że zaległości już nie mam xdd. Kurwa taki generyczny trochę ten komentarz mi wychodzi, ale stosuję się do poleceń użytników, zdaję sobie sprawę że za mało pisałem o samych postaciach, więc od ostatniego Colosseum troszkę zmieniłem format komentarza i chyba naprawdę jest okej.
McŁowicz vs. LS: Tutaj mamy bardzo fajnie rozpisaną walkę, bo wynik jest korzystny dla Sebastiena, ale Rob absolutnie nie wychodzi z niej na frajera. Czyli jak na moje - klasyczna walka w LPW xdd. Choć nie do końca. Pojawia się jakiś elegancki facet. To jest moim zdaniem najlepszy element konstrukcji walki. Nie dlatego, że mamy klasyczną interwencję, ale dlatego, że nieznajomy jest ubrany praktycznie jak część świata Sebastiena. Garnitur, drogi wygląd, kolorystyczne dopasowanie do Lorda. I co ważne, Rob nie daje się zastraszyć. Zamiast stać i patrzeć, co się wydarzy, wali go kolanem. To jest bardzo zgodne z McŁowiczem: może być kucharzem, może być outsiderem w tym świecie arystokracji, ale jak ktoś próbuje wejść mu w drogę, dostaje po ryju - i bardzo qrwa dobrze xd. I właśnie przez to interwencja nie odbiera mu całkowicie wiarygodności. Rob sam był o krok od zwycięstwa, a Sebastien wykorzystał zamieszanie. To jest różnica między dobrym heelowym zakończeniem a sytuacją, w której ktoś potrzebuje pięciu osób, żeby wygrać. I teraz pytanie numer jeden, co to za typ? Bo samo jego pojawienie się w takim stroju i dopasowanie do Sebastiena sugeruje, że to nie jest przypadkowy ochroniarz wyciągnięty z kapelusza. Jeżeli to ktoś ważny dla Lorda, to ta walka może być początkiem szerszego świata jego postaci. Sebastien przestaje być tylko bogatym arystokratą, który sam sobie uważa się za lepszego od innych. Wygląda na człowieka, który może mieć całe zaplecze ludzi, wpływów i znajomości. Sebastien wygrywa, więc dostaje ważne zwycięstwo przed Heatwave, ale Rob zostaje odpowiednio zabezpieczony. Mamy też pierwszy konkretny dowód, że Lord może mieć kogoś po swojej stronie, a jego zwycięstwo nie było do końca czyste.
Blaze/Wallace/Lopez: Żaden z was nie ma upoważnienia do płakania o długości segmentów innych osób, po prostu. Mi zarzucacie hipokryzje a sami odjebaliście 20% gali jednym segmentem, na oko. Jeszcze kurwa na koniec kiedy totalnie nie myślę już tylko chcę to wysłać i iść ogarniać xD. Ale postaram się. Bardzo mocne zamknięcie ostatniego Elysium przed Heatwave. Domknięto tu kilka rzeczy na raz, ale po kolei. Najpierw Aldis. Bardzo dobrze, że jego rola nie ogranicza się do przeczytania stypulacji i zapowiedzi zawodników. On tutaj próbuje kontrolować sytuację, a potem wszystko momentalnie wymyka mu się spod kontroli. Czterech ochroniarzy, później posiłki, a mimo tego Blaze i Lopez praktycznie nie dają się rozdzielić. I świetny jest moment, kiedy Blaze przypadkowo trafia Aldisa. To jest ważne, bo pokazuje, że konflikt przestał być czymś, co GM może po prostu zarządzić zza biurka. Aldis dostaje rykoszetem od wojny, którą próbuje zabezpieczyć. Jednocześnie jego późniejsza reakcja jest bardzo dobra, no bo nie robi z siebie obrażonego szefa, tylko rozumie, że był wrestlerem i wie, jak to działa. Dzięki temu zachowuje autorytet, jakiś tam. Blaze jako mistrz LPW jest tutaj chyba najciekawszy pod względem rozwoju postaci. Na początku jest kompletnie nakręcony i rzuca się na Lopeza jeszcze zanim kontrakt został podpisany. To jest właściwie materializacja tego, co później mówi Walec, że Axel przez ostatnie tygodnie przestał myśleć, a zaczął reagować. I bardzo dobrze, że Wallace nie przychodzi go po prostu poklepać po plecach jako mistrza. Wręcz przeciwnie, on mówi mu prawdę i Axel ją przyjmuje. To jest dla mnie kluczowy moment tego segmentu. Blaze nie zostaje nagle wybielony. Przyznaje, że przesadził, że stracił kontrolę i że nie jest z tego dumny. Dzięki temu jego późniejsze zachowanie wobec Lopeza ma większą wagę, bo nie jest już tylko wściekłym gościem chcącym się zemścić. On zaczyna rozumieć, dlaczego Lopez tak skutecznie wszedł mu do głowy. Lopez natomiast jest chyba najlepszy w całym segmencie pod względem samej psychologii, jak zawsze zresztą. I bardzo podoba mi się, że nie pozwolono mu nagle przyznać Wesowi racji tylko dlatego, że Wallace jest popularnym autorytetem. Jose wręcz przeciwnie mówi, że nie zgadza się z nim i że uważa siebie za zupełnie inną osobę niż sześć lat temu. To jest świetne, bo jego największym problemem nie jest już to, że jest zły. Problemem jest to, że naprawdę wierzy w swoją własną wersję wydarzeń. On nie udaje przed wszystkimi, że się zmienił. On autentycznie uważa, że wyeliminował swoje słabości. I właśnie dlatego słowa Wesa tak mocno go trafiają. To jest zresztą bardzo dobry moment dla Wesa. Wallace nie próbuje kraść walki dla siebie. Nie robi z siebie trzeciego zawodnika Main Eventu, bo w sumie nim nie jest, stąd taka opinia. Jest tutaj kimś w rodzaju człowieka, który zna obu (ale skąd zna Axela w sumie?) i potrafi powiedzieć każdemu z nich coś, czego nie chcą usłyszeć. Axelowi mówi, że się zagubił. Lopezowi mówi, że nadal jest tym samym człowiekiem. I właśnie dlatego jego obecność jest tak cenna. Najlepszy moment Wesa to dla mnie jednak końcówka z odwróceniem uwagi Lopeza. Jose zaczyna być coraz bardziej skupiony na Walcu, więc Axel chwyta go za bark i przypomina mu, kto jest jego przeciwnikiem. Wes tylko mówi, że to ich moment i wychodzi. To jest cholernie dobre, bo Wallace rozumie, że jego zadaniem nie jest rozwiązanie ich konfliktu. On tylko doprowadził ich do punktu, w którym muszą już sami to rozstrzygnąć. I świetnie, że po jego wyjściu nie ma kolejnej bójki. To byłoby już za dużo. Zamiast tego mamy czoła praktycznie stykające się ze sobą, niewyraźną wymianę zdań i Blaze'a podnoszącego pas. To jest bardzo dobry ostatni obrazek przed ich walką na Fali Cieplnej. No i Falls Count Anywhere jest tutaj idealnym wyborem. Przy tej historii zwykły singles match byłby wręcz zbyt ograniczony. Ci dwaj przez cały czas wyrywają się spod kontroli, atakują się poza ringiem, wykorzystują otoczenie, nie potrafią zostawić siebie nawzajem w spokoju. Stypulacja właściwie wynika z ich historii, a nie została wrzucona tylko po to, żeby zrobić widowisko. Axel wyszedł z tego jako bardziej ludzki mistrz. Nie jest nieskazitelnym bohaterem, ale właśnie dlatego można mu kibicować. Przyznał się do błędów i dostał od Wesa zasłużony kubeł zimnej wody. Jose wyszedł jako świetny antagonista, bo jest absolutnie przekonany, że to on przejrzał wszystkich. I paradoksalnie im mocniej próbuje udowodnić, że się zmienił, tym bardziej Wallace sugeruje, że nadal nosi w sobie stare problemy. To jest dużo ciekawsze niż zwykły heel, który wie, że jest zły. Wes wyszedł jak absolutna gwiazda. I to jest bardzo ważne, ta reakcja publiki, jego ogromny cheer nie został wykorzystany do zrobienia z niego protagonisty historii. On pojawił się, powiedział swoje, pomógł obu, dostał wielki moment i odszedł. Dzięki temu nie przyćmił Main Eventu, tylko go podbił, no przyznam że fajnie to zrobiono, czasem trzecią osobą dodaną do sceny ME łatwo jest coś zepsuć, przerzucić na kogoś na kogo się nie powinno. Tutaj tak nie zrobiono i dobrze. Aldis wyszedł jako wiarygodny GM, który próbował przygotować wszystko profesjonalnie, ale doskonale rozumiał, że tych dwóch może nie być w stanie utrzymać nawet czterech ochroniarzy. Nie mogę się doczekać Heatwave (XDDDDD).