Earlier today...
Obraz z kamery przenosi nas do Scissortail Park w Oklahoma City. Widzimy, że został tutaj przygotowany event Make A Wish, w kadrze widoczne są przygotowane stoiska z logiem, wszędzie kręcą się wolontariusze w charakterystycznych niebieskich koszulkach. W kadr w końcu wchodzą Axel Blaze oraz Jose Lopez. Obaj zawodnicy ubrani są elegancko, garnitury, koszule, Blaze ma swój pas na ramieniu. Pełna kultura. Lopez zdaje się być niezwykle rozluźniony, zachowuje się bardzo swobodnie, czego nie można powiedzieć o Axelu. Ten wyraźnie się stresuje, bardziej spostrzegawczy widzowie mogą dostrzec krople potu pojawiające się na jego czole. Jest napięty, stara się utrzymywać dystans dwóch kroków od Hiszpana.
Axel Blaze: Dzisiaj odbywa się nabór na wolontariuszy fundacji. Rekruci dobiorą się w dwójki lub trójki i zostaną wprowadzeni w model działania fundacji. Będzie też kilka dzieciaków. Nasz plan jest taki, żeby popracować chwilę z tymi dwójkami, które będą już pracować z dziećmi, chcemy im pomóc pokazać, że marzenia naprawdę mogą się spełnić. Twierdziłeś, że jesteśmy tacy sami i gramy w jednej drużynie, prawda? *Lopez kiwa głową na potwierdzenie, Blaze wyraźnie się rozluźnia i klepie Lopeza w bark* Chodź, przekonajmy się, czy faktycznie miałeś rację.
Zawodnicy na przyspieszonym tempie podchodzą do głównego stoiska, gdzie ustalają plan z organizatorami. Następnie widzimy time lapsa, jak witają się z wolontariuszami i nowymi kandydatami na nich. W końcu pojawiają się dzieciaki, zawodnicy rozmawiają z nimi oraz z kandydatami, robią sobie zdjęcia. Blaze pozwala pozować dzieciakom z pasem, pożycza im swoje okulary. Nagle mamy cięcie, kamera przenosi nas do przyczepy, w której zorganizowano coś na wzór garderoby dla gwiazd. Blaze siedzi zadowolony w krześle, jest uśmiechnięty od ucha do ucha i widać, że jest już zrelaksowany. Lopez stoi oparty o ścianę przyczepy.
Axel Blaze: Dobra robota, Jose. Odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Widziałeś uśmiech tych dzieciaków? Ależ musiało Ci tego brakować przez tyle czasu. Przepraszam, że tak długo mi zajęło zauważenie Twojego wołania o pomoc. Ale teraz rozdamy karty od nowa. *Blaze rozgląda się po przyczepie* Cholera, zjadłbym coś. Idziemy na stołówkę? Potem możemy jeszcze chwilę pogadać z Organizatorami i trzeba się będzie zbierać na halę. Ring sam się nie skręci.
W tym momencie Lopez wyciąga z wewnętrznej kieszeni marynarki idealnie czerwone jabłko i pociera je o marynarkę, a następnie rzuca je Blaze'owi Ten pewnie chwyta jabłko, dziękuje skinieniem głowy i wgryza się w soczyste jabłko. Po przełknięciu pierwszego gryza uśmiech powoli schodzi mu z twarzy, a obraz z kamery gaśnie...
![[Obrazek: cNDyCwA.png]](https://i.imgur.com/cNDyCwA.png)
Na arenie zamiast standardowego już "Heavy is the Crown" od razu rozbrzmiewa "I Cunfirenti", a na rampie pojawia się brodaty jegomość, odpowiedzialny za wydarzenia z zakończenia ostatniego Elysium. Mężczyzna ubrany jest w elegancki czarny garnitur, do klapy garnituru przypiętą ma czerwoną różę, a pod szyją perfekcyjnie zawiązany krawat w tym samym kolorze. Uśmiechnięty brodacz powoli rusza w stronę ringu, a tuż za nim wyłania się dwójka wyższych mężczyzn. Ten średni również ubrany jest w garnitur, pod krawatem, natomiast najwyższy z nich ma na sobie strój do walki oraz długi, elegancki płaszcz - udaje mu się zachować styl i klasę, ale jednocześnie przygotowany jest do akcji w każdej chwili. Dwójka z tyłu idzie równo, ramię w ramię, trzymając się za swoim przywódcą. Wspólnie powolnym krokiem wędrują do ringu. Na arenie panuje absolutna cisza, nikt nie buczy, nikt nie bije brawo. Nawet komentatorzy milczą, stoją teraz na baczność, trzymając w rękach swoje notatki, gotowi do ucieczki w każdej chwili. Przerażenie na ich twarzach widocznie jest gołym okiem. Lider wchodzi do ringu po schodkach, natomiast dwójka jego ludzi podchodzi do strefy technicznej odebrać mikrofon. Pracownik techniczny dosłownie się trzęsie, jednak natychmiast sięga po mikrofon i podaje go drżącą rękę, po czym odsuwa się maksymalnie pod barierki, jakby zwiększenie dystansu miało zapewnić mu bezpieczeństwo. Brodaty jegomość ustawia się na środku ringu i powoli poprawia mankiety garnituru, ukazując złote spinki koszuli, a w tym czasie dołącza do niego pozostała dwójka. Lider wyciąga otwartą rękę w bok, a średni zawodnik ze czcią układa mikrofon w jego dłoni.
Tony Leone: Dobry wieczór, Oklahomo, widzowie. *grzeczny ukłon głową w stronę widowni, potem w stronę kamery, długa pauza, absolutna cisza* Jestem Wam winien wyjaśnienia. Absolutnym nietaktem z mojej strony byłoby pozostawienie wydarzeń sprzed dwóch tygodni bez komentarza, tym bardziej, że przez ten czas nasłuchałem się wiele plotek na nasz temat. Wiele krzywdzących, nieprawdziwych plotek, które napełniają moje serce goryczą. To nie był żaden atak. To nie było ostrzeżenie. Nie było to również wypowiedzenie wojny. Nie... *pauza* To była jedynie demonstracja. Zaledwie próbka naszych możliwości. Chciałem, żeby każdy w tej szatni... każdy pracownik... każdy ochroniarz... i przede wszystkim nasz Generalny Manager, Nick Aldis... zrozumiał jedną rzecz. *pauza* Kiedy THE OUTFIT czegoś chce - zawsze znajduje sposób. Dokładnie tak. Nazywam się Tony Leone, zapamiętajcie to dobrze. Moja prawa ręka i osobisty doradca *wskazują głową na średniego zawodnika* - Vincenzo Vizzini. Oraz człowiek, nazwijmy to, zajmujący się HR w naszej Organizacji *wskazują głową na najwyższego zawodnika* - Enzo Sacrale. Teraz, skoro już się poznaliśmy, mam nadzieję na owocną współpracę oraz na liczne wspólne interesy. Bo z The Outfit można załatwić dosłownie wszystko. Oczywiście za odpowiednią cenę. *pauza* Aldis, posłuchaj mnie uważnie. Nie przyszliśmy tutaj odebrać Ci pracy. Nie przyszliśmy przejąć Twojego biura. Nie przyszliśmy też mówić Ci, jak masz zarządzać Elysium. *Tony spokojnie poprawia krawat* Wręcz przeciwnie. Zależy nam, żebyś jak najlepiej wykonywał swoje zadanie. Dobrze prowadzony biznes przynosi zyski wszystkim. I widzimy w tym obopólną korzyść. Nie musisz się mnie obawiać. Nie musisz obawiać się The Outfit. Tak długo, jak będziemy grali do jednej bramki. *Tony gładzi ręką różę przy klapie marynarki* Widzisz tę różę? Na Sycylii *Tony unosi dłoń i całuje swój własny sygnet, na którym znajduje się kontur wspomnianej wyspy* róża jest symbolem odrodzenia. W Legion Pro Wrestling jest naszym podpisem. Niech to będzie dobra wróżba na przyszłość.
W tym momencie na arenie pojawia się Nick Aldis, w towarzystwie około 20 ochroniarzy. Generalny Manager z mikrofonem w ręku przystaje przez chwilę na stage'u, mówi coś do zebranych dookoła niego mężczyzn, po czym razem z nimi zmierza do ringu. Gdy do niego dociera, ochroniarze rozstawiają się dookoła ringu, a Nick wchodzi do środka po schodkach. Utrzymuje cały czas kontakt wzrokowy z Leone, na przeciwko którego staje i podnosi mikrofon do ust... i w tym momencie Mike F'N Brutal pojawia się na stage'u. Nie wychodzi przy swojej muzyce, nie ma żadnej efektownej prezentacji. Po prostu wychodzi zza kulis, z wyraźnie wkurwioną miną, i od razu rusza w stronę ringu. W dłoni trzyma mikrofon. Kiedy jednak zbliża się do okolicy ringu - kilku ochroniarzy natychmiast wychodzi mu naprzeciw. Dwóch staje przed nim, a kolejni ustawiają się za nimi, blokując mu drogę. Brutal zatrzymuje się, patrzy na nich przez chwilę, po czym powoli unosi mikrofon do ust.
Mike F'N Brutal: Co jest kurwa?
Jeden z ochroniarzy coś tłumaczy, wskazując najpierw na ring, a następnie na samego Brutala. King of Hardcore przez kilka sekund patrzy na niego z niedowierzaniem, po czym prycha pod nosem.
Mike F'N Brutal: Czyli tak to teraz ma wyglądać? Nie wpuścicie mnie nawet do ringu?
Brutal robi krok do przodu, ale ochroniarze ponownie go zatrzymują. Extremely Mad Dog zaciska szczękę, wyraźnie tracąc cierpliwość. W końcu w ringu do mikrofonu odchrząkuje Nick Aldis. Generalny Manager przez chwilę obserwuje całą sytuację, po czym macha ręką w stronę patrzących na niego ochroniarzy, nakazując im przepuścić Brutala. Ci niechętnie odsuwają się na bok. Mike przez chwilę patrzy na Aldisa, kiwa mu głową, po czym rusza dalej. Wchodząc po schodkach, nie spuszcza wzroku z Tony'ego Leone i jego ludzi. W końcu przechodzi przez liny i staje naprzeciwko The Outfit.
Mike F'N Brutal: No nareszcie. Nadeszła ta wiekopomna chwila. Słuchałem sobie wasze bzdurne gadanie o interesach, organizacjach, różach, Sycylii i całej reszcie tego gówna... I wiecie co? Chyba nawet trochę was rozumiem. Jeszcze niedawno sam byłem po drugiej stronie barykady. Sam miałem swoje powody, żeby wejść tutaj i zrobić komuś naprawdę wielką krzywdę. Sam nie zawsze przejmowałem się tym czy ktoś po wszystkim będzie jeszcze w stanie się podnieść i normalnie funkcjonować.
South Philly Scumbag robi dwa kroki w stronę Leone, na co automatycznie reaguje Sacrale, wysuwający się przed szereg. Tony jednak zagradza mu drogę ręką i nawet na niego nie patrząc kręci lekko głową, dając do zrozumienia, że ma wrócić na swoje miejsce.
Mike F'N Brutal: Więc tak. Rozumiem, że mieliście coś do załatwienia. Rozumiem, że chcieliście pokazać wszystkim, kim jesteście. Rozumiem nawet tę całą waszą demonstrację. Ale jest jeden mały problem. Weszliście za bardzo w moje interesy, lub jak to się tam u was mówi - w moją dzielnicę. *publika zaczyna lekko ożywać, a Brutal zaciska pięść* A ja miałem wtedy naprawdę zajebiście ważną robotę do wykonania. Najważniejszą rzecz jaką człowiek może zrobić w swoim życiu. Spuszczałem komuś wpierdol. I wy mi to kurwa przerwaliście. Więc teraz mam dla was propozycję nie do odrzucenia. Bardzo prostą zresztą. Nie potrzeba mi waszych pieniędzy, interesów, czy tej taniej i zawszonej róży. Chcę was wszystkich. Całą pieprzoną trójkę. Jednocześnie. *publika zaczyna reagować trochę głośniej, nakręca przez Mike'a.* Może mnie zwalcujecie, nie powiem że nie. Może we trzech zrobicie ze mnie worek treningowy. Może po pięciu minutach będę leżał i rzygał krwią. Ale zanim mnie położycie... porządnie przyłożę każdemu z was. A skoro tak bardzo lubicie swoje zasady, swoje interesy i swoje demonstracje... To załatwmy to w walce bez dyskwalifikacji. *Publika po raz pierwszy dzisiejszego wieczora wybucha mocnym cheerem. Brutal nie spuszcza jednak wzroku z The Outfit.* Żadnego sędziego, który będzie nam mówił kiedy przestać. Żadnych zasad za którymi możecie się schować. Tylko ja... wy.. i wszystko co znajdzie się pod tym ringiem. Chcieliście makaroniarze, żebym odpokutował za swoje winy? Ekstremalnie świetnie się składa. Bo teraz nadeszła chwila, abyście wy odpokutowali za swoje.
Brutal rzuca mikrofon na matę, nie spuszczając wzroku z The Outfit. Zanim jednak dochodzi do jakichkolwiek rękoczynów, głos zabiera Aldis.
Nick Aldis: Czy wy wszyscy myślicie, że możecie tu robić co wam się żywnie podoba? To moje show, to ja tutaj podejmuję decyzję. Po pierwsze *obraca się w kierunku Leone* nie wierzę w ani jedno Twoje słowo. Zniszczyliście walkę wieczoru ostatniej gali, wysłaliście Edgara Dickinsona do szpitala, bez żadnych skrupułów zaatakowaliście również naszego mistrza Dereka Halloway'a, oraz tu obecnego Mike'a Brutala... Którego, szczerze? W pełni rozumiem. A teraz próbujesz mi wmówić, że chcesz dla Elysium jak najlepiej? Nie ufam niczemu co wyszło z Twoich ust. Ale skoro już tu jesteście i twierdzicie, że chcecie współpracować... To świetnie! Bo dzięki temu przechodzimy do punktu drugiego. W ramach pierwszego kroku ku owocnej współpracy Tony, wybierz kto zawalczy z Brutalem w Main Evencie dzisiejszej gali. I zanim ktokolwiek zacznie zadawać pytania - tak uważam, że walka bez dyskwalifikacji to idealny pomysł.
Na propozycję walki ponownie od razu reaguje Sacrale, napinając się za plecami swojego szefa. Zaczyna nawet coś mówić pod nosem i wskazuje na siebie palcem, jednak ma w głowie poprzednie ostrzeżenie od Dona, dlatego to jedyne na co sobie pozwala. Sam Tony spogląda zaś na Aldisa ze szczerym, ciepłym uśmiechem.
Tony Leone: Świetny garnitur, Nick. Pasuje do Ciebie idealnie. Będę musiał później wziąć od Ciebie namiary na krawca, myślę, że może przydać się i nam. *pauza, Tony poprawia mankiety* Wierzę w przyjaźń i jestem skłonny okazać ją pierwszy. Dlatego osobiście stanę do ustalonej przez Ciebie walki. Potraktuj to jako prezent powitalny na Elysium. To zaledwie drobna uprzejmość, na znak naszej owocnej współpracy. Chcę, żebyś wiedział, Nick, że jeżeli będziesz nas potrzebować, to zawsze będziemy do Twojej dyspozycji.
Aldis kiwa głową, akceptując wybór Leone.
Nick Aldis: Dobrze więc, w takim razie dzisiejszą walką wieczoru będzie starcie Mike'a Brutala z Tonym Leone w NO DQ Matchu! *Aldis opuszcza mikrofon i prosi Brutala, by zszedł na zaplecze. Ten niezbyt słucha, jednak w momencie w którym Nick "grozi" mu ochroną, Mike w końcu daje za wygraną i wychodzi z ringu, odgrażając się jeszcze Włochom pod drodze. GM Elysium również przechodzi pomiędzy linami, ale w ostatniej chwili zatrzymuje się i spogląda jeszcze na Enzo.* Ej Ty tam, przypomnij jak się nazywasz? *Enzo z wyraźnym zdenerwowaniem reaguje na te słowa* Skoro tak wyrywasz się do walki, to dla Ciebie też coś mam. Ktoś tu dzisiaj ma urodziny. Ktoś bardzo lubiany. I prosił mnie wcześniej o walkę. Cóż... *uśmiech* nie mogę mu odmówić...
W tym momencie wybrzmiewa Inhale! Na rampie pojawia się Maxwell Ransom, gotowy do walki! Powoli zmierza do ringu, obserwując swojego rywala. Ten zostaje poklepany po plecach przez Leone oraz Vizziniego, którzy schodzą na zaplecze, stając na drodze Maxwella. Panowie stają naprzeciwko siebie, Tony zagląda głęboko w oczy Maxwella, a ten wytrzymuje spojrzenie. Leone nagle uśmiecha się serdecznie i wyciąga rękę do solenizanta i życzy wszystkiego dobrego z okazji urodzin. Ransom przyjmuje życzenia i pewnym krokiem zmierza do ringu. Kiedy już się w nim znajduje jego muzyka wyłącza się, a publiczność zaczyna śpiewać "Happy Birthday" coraz głośniej.
Singles Match
Enzo Sacrale vs Maxwell Ransom
Wracamy do ringu po reklamach, gdzie już jakiś czas trwa opener dzisiejszego wieczoru. Obecnie w narożniku Sacrale obija pięściami Ransoma, który próbuje się bronić, jednak ofensywa Włocha jest zbyt silna. Włoch po chwili oddala się od kornera, bierze rozbieg... I mamy unik! Messina odbija się od poduszek, a Ex-Wilgotniak wyprowadza trzymającemu się za bok rywalowi Enzuigiri! I Reverse STO! 1... 2... I kickout. Maxwell nie zamierza się załamywać, w miarę szybko stara się podnieść swojego przeciwnika... Jednak otrzymuje mocny Elbow Smash! Ransom jest lekko zamroczony, co Capo wykorzystuje dorzucając ponownie tą samą akcję. Mamy teraz całą serię Elbow Smashy, która momentalnie doprowadza byłego przyjaciela Dolnicka prosto do narożnika. Akcja trwa tam jednak za długo i w końcu sędzia musi ruszyć z interwencją. Zadowolonego z siebie Sacrale jednak to nie martwi, bierze rozbieg... Running Corner Elbow! Back Elbow! I jeszcze jeden Back Elbow! Big Handsome Man odchodzi od kornera i pada na matę, a Enzo przypina. 1... 2... Nie! Ku uciesze fanów dzisiejszy solenizant jest dalej w grze! Messina wydaje się być zaskoczony, ale nie ma czasu na stracenie. Dorzuca jeszcze kilka Elbow Smashy w głowę przeciwnika, a następnie wstaje i zerka na widownię. Towarzyszy temu spore buczenie, z czego Włoch nic sobie nie robi. Z lekką pogardą obserwuje z trudem podnoszącego się Ransoma, po czym bierze rozbieg... I trafia na mocny Lariat! Enzo z dużą siłą uderza w matę i wstaje teraz przy pomocy narożnika... Corner Splash! Maxwell cofa się do środka ringu i ku uciesze publiki wydaje z siebie bojowy okrzyk, zaś Sacrale resztkami sił również Lariatem próbuje zaatakować przeciwnika... Jednak mamy unik! Messina siłą rozpędu odbija się od lin i mamy Spinning Spinebuster! 1... 2... Nie! Ransom tylko kręci głową, jednak nadal jest nabuzowany. Wstaje i pokazuje widowni, że czas przypieczętować urodziny zwycięstwem. Enzo powoli się podnosi... Il Rosario! Spinning Kneeling Uranage z zaskoczenia wbija Maxwella prosto w matę! 1... 2... Nie! Sacrale pozostaje po akcji chwilę w pozycji klęczącej i z zamkniętymi oczami bierze głębszy oddech, wyraźnie potrzebuje chwili na odpoczynek. Enzo w końcu wstaje na nogi obserwując Ex-Wilgotniaka, a ten zdołał doturlać się do narożnika, przy pomocy którego się podnosi. Il Santo nie czekając dłużej ponownie przechodzi do ofensywy wyprowadzając kolejną serię Elbow Smashy w głowę Ransoma... Ten jednak niespodziewanie odpowiada sporą ilością punchy! Widownia szaleje, bo teraz to Maxwell jest w ofensywie! Amerykanin przy pomocy rąk wskakuje na linę, siada na narożniku i od góry dorzuca następne ciosy... Jednak zostaje złapany za gardło pod Chokeslam! Big Handsome Man krzywi się z bólu i próbuje zerwać uścisk poprzez uderzenia w rękę Sacrale, co ostatecznie kończy się sukcesem. Ransom dodaje do tego solidne kopnięcie w twarz Capo, przez co ten robi kilka kroków w tył. Maxwell nie chce na tym poprzestać, staje na drugiej linie od wewnętrznej strony ringu oglądając się po wiwatującej widowni, skacze... Lupara! Ransom w locie nadziewa się na piekielnie mocny Discus Elbow, po którym znokautowany pada na matę! Messina wydaje z siebie głośny okrzyk jednocześnie uderzając się w łokieć, po czym przypina 1... 2... 3! Enzo Sacrale w swoim debiucie pokonuje Maxwella Ransoma!
A więc koniec! Maxwell Ransom odnosi porażkę i ewidentnie nie zapamięta najlepiej tegorocznych urodzin! Enzo tymczasem świętuje swoje zwycięstwo ku sporemu rozczarowaniu zebranej widowni, a wszystkiemu towarzyszy "Ghost Love Score" zespołu Nightwish. Do Sacrale po chwili dołączają Tony Leone oraz Vincenzo Vizzini. The Sicillian Don z uznaniem mówi coś w kierunku Sacrale, a następnie układa wyciągniętą z marynarki różę na wciąż leżącym Ransomie. Messina dorzuca jeszcze w kierunku Maxwella "wszystkiego najlepszego", jednak Leone ostatecznie tonuje jego iście bojowy nastrój, a wszystkiemu ze stoickim spokojem przygląda się Vizzini. Obraz z kamery gaśnie...
Kamera pokazuje Zacka Sabre Jr., który stoi oparty o ścianę. Ma typowy dla siebie wyraz twarzy, który za chwilę przeradza się w zdenerwowanie gdy patrzy w jedną stronę. Z kadru wyłania się Derek Halloway uśmiechnięty od ucha do ucha.
Derek Halloway: No proszę, proszę, kogo my tutaj mamy. Czy to nie nasz nadworny purysta wrestlingowy? Uważasz się tutaj za Boga, a ostatnimi czasy nie potrafisz wygrać. Według tego co mówisz, powinieneś tutaj co najmniej dominować, a na razie zawodzisz niczym Diana zawiodła Karola, przez co spotkał ją straszliwy los z rąk MI6.
Zack Sabre Jr: Jaka Diana, jakie MI6? Z choinki się urwałeś, karykaturo wrestlera? Dawaj mi moje mistrzostwo! *Sabre wzdycha* Zawsze coś! Nie dość, że się z Tobą męczę od kilku tygodni, pieprzysz mi tu o jakichś dyrdymałach, to jeszcze te włoskie pipy mi wchodzą w paradę. Daj mi już tą walkę o pas, pokonam Cię, zostanę prawdziwym mistrzem, a Ty będziesz się mógł babrać w tych swoich idiotycznych teoriach spiskowych!
Derek Halloway: Tak, tak! MI6, nie zakłamiesz tej historii. Wiem, że prawda Cię w oczy kole. Ale abstrahując od tego, to w tym jest właśnie cały szkopuł. Ty się męczysz. Przecież to jest zabawne jak sam to mówię na głos. Ty się męczysz z takimi papierowymi mistrzami, wrestlerami. Skoro Ty męczysz się z nami, to co z Ciebie za wrestler? Do Blaze’a nawet się nie dostałeś na krok, a męczysz się z, w Twoim mniemaniu, byle wrestlerami!
Zack Sabre Jr: Ty teraz tak na poważnie? Poważnie mówisz? Ty, ty, ty... Ty chory jakiś jesteś! Męczę się bo mi wszyscy na złość tu robią, co nie jestem blisko wygranej, to zawsze się jakiś pokemon pojawi i potem się cieszy, że mi pranka zrobił. W dupie te wasze pranki mam, w dupie te wasze głupie zabawy. Przeliteruję Ci to półgłówku! W-A-L-K-A! 1v1! Na Heatwave! Już, teraz! Dawaj mi to!
Derek Halloway: Już, już, ogarnij swoje angielskie dupsko. Nie widzę z Twojej strony żadnego zagrożenia. Żyjesz w swojej bańce doskonałości, którą dawno powinna pęknąć, nieudaczniku. Twoje porażki są jedynie Twoim problemem. Ale spokojnie, naprostuję Cię, jeśli tylko dasz mi szansę. Pokażę Ci świat prawdy, świat świadomy. Nawet jeśli będzie to oznaczało walkę z Tobą, mogę się zgodzić, jednakże na walkę o to złoto musiałbyś sobie zasłużyć, a to już nie będzie takie łatwe, bo papierowi zawodnicy staną Ci na drodze i znów nie dasz rady do mnie dotrzeć. Poza tym, ta ekipa z poprzedniego Elysium bardziej mi teraz zaprząta głowę, niż Twoje niekończące się jojczenie o walkę.
Zack Sabre Jr: Zasłużyć? *prychnięcie* A co Ty zrobiłeś niby takiego, żeby sobie w ogóle zasłużyć, żeby ten pas mieć? W walce z drabinami go zdobyłeś! Z drabinami! Wszyscy wiedzą, że nienawidzę drabin! To przeciwko mnie tutaj cały czas jakieś spiski są! Ja mam oczy otwarte, o zobacz! *Zack przybliża twarz do Halloway'a i pociąga za powiekę do góry* A Ci makaroniarze mi też nadepnęli na odcisk i jakbym tylko mógł, to poskładałbym jak origami każdego po kolei! *Zack łapie się za głowę i wydaje z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk, po czym spogląda z powrotem na Dereka* Zresztą dobra, co Ty możesz wiedzieć, jak ten bebzon przegania Twoje myśli! Idę do Aldisa, on na pewno mnie zrozumie!
Zack obraca się na pięcie i... widzi właśnie zbliżającego się w ich kierunku GM'a. Od razu do niego podbiega.
Zack Sabre Jr: Nick, Nickuś! Mój ulubiony Generalny Manager Elysium! Jakże się cieszę, że Cię widzę! *Aldis odrywa wzrok od telefonu i podnosi do góry brew* Weź wytłumacz tutaj temu foliarzowi-sroliarzowi, że żadnym mistrzem to on nie jest, tylko pas mój przetrzymuje chwilowo. I no ten, no... Walkę na Heatwave bym chciał w końcu, tą obiecaną. To co, da się coś z tym zrobić?
Nick Aldis: Nie bardzo rozumiem o czym mówisz, ale słyszę walka i Heatwave... I mam pewien pomysł. I tak miałem z wami o tym porozmawiać. Skoro macie dzisiaj obaj walki, zrobimy więc z tego Beat the Clock Challenge. Jeśli Zack pokona swojego przeciwnika szybciej niż Derek, to dostanie to czego chce - walkę o pas Eternal na Heatwave. Życzę obu powodzenia.
Aldis wymija zawodników, którzy patrzą na siebie przez chwilę, Sabre jest wyraźnie zadowolony. Obraz z kamery gaśnie...
Spokojny wieczór na Bondi Beach w Australii. Pośród rozpalonego ogniska zebrała się grupka ludzi. W tle słychać delikatne struny gitary akustycznej i strzelanie płomieni. Jeden z siedzących przy ognisku pociąga łyk z butelki. Obok niego siedzi dziewczyna o czarnych, kręconych włosach wtulona w jego pierś i spoglądająca w sam środek ogniska. Błękit jej oczu przeradza się w ostrą czerwień pod wpływem odbijających się płomieni.
Chloe: Podziwiam to, że chce Ci się narażać własne życie dla ratowania cudzego.
Chris: Bo kiedy widzisz kogoś walczącego o każdy oddech, nie myślisz o sobie. Myślisz tylko o tym, żeby zdążyć. Na Bondi Beach nauczyłem się, że bohaterem nie jest ten, kto się nie boi. Bohaterem jest ten, kto mimo strachu wskakuje do wody.
Chris uśmiecha się delikatnie i obejmuje Chloe mocniej.
Chris: Jasne, bywało niebezpiecznie. Silne prądy, wysokie fale, rekiny gdzieś na horyzoncie... Ale każdy uratowany człowiek przypomina mi, dlaczego wybrałem tę drogę.
Chris na chwilę spogląda w płomienie ogniska.
Chris: Życie to najcenniejszy dar, jaki możemy dostać. Nie da się go niczym zastąpić i nie można go tak po prostu odebrać. Dlatego, dopóki mam siłę oddychać, zrobię wszystko, żeby dać komuś jeszcze jedną szansę. To uczucie... świadomość, że wrócił do swojej rodziny, do przyjaciół, do swoich marzeń... jest warte każdego ryzyka. Chloe..
Chris zauważa, że Chloe zasnęła wtulona w jego ramię. Z delikatnym uśmiechem okrywa ją kocem i jeszcze przez chwilę wpatruje się w tańczące płomienie. Kamera powoli oddala się od obojga. Szum fal miesza się z cichym brzmieniem gitary, a ostatnim kadrem pozostaje migoczące ognisko na tle rozgwieżdżonego nieba nad Bondi Beach.
Przenosimy się na zaplecze, gdzie widzimy rozgrzewającego się... Yoshiego Tatsu! 名誉ある戦士 wykonuje w powietrzu kopnięcia i ciosy łokciami, a towarzyszą temu wydawane odgłosy - no takie jak robi w filmach każdy Japończyk podczas walki, wiadomo o co chodzi. Nowy nabytek Elysium nie orientuje się, że jest w ujęciu kamery, a jego uwagę przykuwa dopiero nadchodzący Paddy Jackson.
Paddy Jackson: Yoshi! Miło Cię widzieć na Elysium! serdeczny przytulas Widzę, że jesteś w totalnie bojowym nastroju przed debiutem. Jakie inne emocje Ci towarzyszą?
Yoshi Tatsu: やあ、パディ! 本当にワクワクしてて…… O rany! Wybacz! Pomylił mi się język, haha! Jestem tak podekscytowany powrotem do Stanów, że zapomniałem, iż muszę się przestawić! *śmieje się* Niesamowite uczucia mi towarzyszą! Jestem bardzo zadowolony, że mogę pomóc tej federacji wybić się, a jednocześnie samemu pokazać, że wiek to żadna przeszkoda. Do tego odczuwam ogromny szacunek do władz, że tak łatwo było się z nimi dogadać i widzę tu wiele młodych, utalentowanych adeptów, co też napawa mnie jeszcze większym szacunkiem i nadzieją na honorowe pojedynki.
Paddy Jackson: Myślisz, że twoje doświadczenie będzie wystarczające podczas pojedynków z młodymi, wygłodniałymi wilkami? Nie da się ukryć, masz za sobą wiele lat spędzonych w boju. Co więcej, w tym czasie zwiedziłeś największe światowe federację, gdzie osiągałeś różne sukcesy. Przede wszystkim, jesteś wielokrotnym uczestnikiem walk typu Battle Royal. *uśmiech*
Yoshi Tatsu: Widzę, że jesteś świetnie przygotowany. *dumnie klepie go honorowo po ramieniu* Battle Royal to zdecydowanie mój konik i zjadłem zęby na tego typu walkach. Prawdopodobnie mój wrodzony spokój i instynkt pozwalają mi idealnie odnaleźć się w tym chaosie. *uśmiecha się honorowo* Wracając do twojego pytania Paddy-san. Wierzę, że dam radę. Dawne atuty zastąpiłem nowymi atutami. Tak działa zdobywanie doświadczenia i przystosowywanie się. Topowy zawodnik zawsze sobie poradzi.
Paddy Jackson: Powiesz nam coś więcej o tych atutach, czy ich namiastkę zobaczymy dopiero podczas walki z Eliasem?
Yoshi Tatsu: Chcę was trochę zaskoczyć. *honorowo puszcza oczko* Prawdziwy samuraj.. nie zdradza takich rzeczy, on... *myśli dłuższy czas* chce was zaskoczyć. Wiedzcie, że jestem w formie życia i Elias przekona się o tym, ale w bardzo honorowy sposób. Wy również. Już dzisiaj! LPW robi wielki krok do przodu. Wraz ze mną ta federacja jest w stanie nawet na rynku azjatyckim być numerem jeden.
Paddy Jackson: Chcesz coś jeszcze powiedzieć fanom, jak i swojemu rywalowi tuż przed pojedynkiem?
Yoshi Tatsu: Paddy - San.. znasz zasadę, którą wyznaje się w górach Japonii? Brzmi ona - ring zweryfikuje. To mogę powiedzieć. Po prostu poczekajmy.
Yoshi kłania się honorowo przed Paddym, czym oddaje mu dużo szacunku. Paddy - san nie chce być gorszy i robi to samo. Zadowolony Yoshi idzie w sobie bliżej znanym kierunku, wydając jeszcze jakieś okrzyki bojowe. Obraz z kamery znika...
Singles Match
Yoshi Tatsu vs Elias Shadow
Obaj zawodnicy w ringu, sędzia też... Zaraz zaraz! Czy to Jack Anderson?! Tak to on! Wygląda na to, że on również dostał angaż na Elysium! Jack daje znak pracownikowi technicznemu i mamy gong, a to oznacza start walki! Yoshi pierwsze co robi, to podchodzi na środek ringu i kłania się nisko, a następnie wyciąga do Eliasa rękę. Cóż za honorowe zachowanie. Ten jednak jest w szoku, chyba pierwszy raz to on został zaskoczony przez zachowanie przeciwnika. No i oczywiście, co robi? Zaczyna machać tymi swoimi krzywymi łapami i drzeć się "Six Seven! Six Seven!". No to akurat było bardzo niehonorowe zachowanie. Tatsu jednak tylko się uśmiecha i dalej trzyma rękę w powietrzu. To już porządnie podkurwiło Lone Wolfa, który bez żadnego szacunku (jak tak w ogóle można?!) odkopuje wyciągniętą kończynę 名誉ある戦士. I od razu rzuca się na Japończyka! Ten jednak zgrabnie uchyla się przed ciosem, po czym wyprowadza... Klepnięcie w potylicę??? O co tu w ogóle chodzi? Battle Royal Specialist teraz tylko kręci przecząco głową i pierdoli coś po japońsku o szacunku i honorze. No oczywiście, wszyscy Cię zrozumieli. Legenda chyba chce dać szansę na zreflektowanie się Shadowowi, ponieważ od razu wyciąga do niego rękę po raz drugi, a na jego ustach znowu pojawia się uśmiech. Noo, teraz to już tak porządnie wkurzył Młodziaka, który znowu się na niego rzuca, lecz sytuacja się powtarza - Yoshi unika ciosu i za plecami rywala podnosi rękę do góry. Ten jednak przytomnie zasłania potylicę... Tylko po to, by zostać poklepanym lekko po czubku głowy. Elias wzdycha tylko i spogląda w górę, prosząc Boga o siły... Następnie obraca się powoli do wciąż uśmiechniętego Staruszka i momentalnie wyprowadza Gut Kicka! Jego noga zostaje jednak złapana, a on sam ląduje na macie po podcięciu ze strony World Famous Strikera, czemu towarzyszyło głośne "Hiaaaaaaaa!". No na szczęście ta niehonorowa zagrywka ze strony Beta Wolfa została w bardzo honorowy sposób powstrzymana. Tatsu momentalnie rusza na liny, Shadow rzuca mu się pod nogi, lecz Japończyk zgrabnie nad nim przeskakuje, ponownie odbija się od lin, widzi przed sobą stojącego już rywala. Teraz z kolei to on przeskakuje nad biegnącym Yoshim, który ponownie odbija się od lin i nadziewa się na Hip Toss! A jednak nie, w ostatniej chwili zapiera się, lekko uderza w brzuch Eliasa, po czym zmienia chwyt i sam wykonuje Hip Tossa! Publiczność nagradza to gromkimi brawami, na co The World Famous wykonuje piękny ukłon. No i to jest iście honorowy występ! Młody wytacza się z ringu i zaczyna kląć do siedzących najbliżej fanów, a Ci jeszcze robią mu na złość, wykonując gest 8-9. Shadow kopie mocno w barierkę, ale robi to tak niefortunnie, że obija sobie dość mocno wielki paluch u stopy i zaczyna z bólu podskakiwać, cofając się z powrotem do ringu. Legenda pojawia się już na apronie, ale zanim jest w stanie cokolwiek zrobić, zostaje pociągnięta za kostki i ściągnięta na ziemię, a następnie wrzucona w barierki! Zero szacunku do starszego od siebie ma ten Elias. Gnojek teraz podnosi szybko przeciwnika i wrzuca go do ringu, samemu również się do niego wślizgując. I od razu wpada na leżącego rywala z Running Sentonem i pinuje! 1... Kick out! Zdenerwowany Beta Wolf zaczyna stompować leżącego przeciwnika, po czym podnosi go i wykonuje mu Suplexa! Znowu pin. 1...2. Kick Out! Elias teraz wchodzi na narożnik i wyskakuje w powietrze, jednak nadziewa się na Dropkick, któremu towarzyszy bardzo głośne "Łaaaaaaahaaaaa!". 名誉ある戦士 bardzo ładnie to skontrował, jednak zamiast pinować to rusza na liny. Shadow w międzyczasie zmienia pozycję na siedzącą, przez co otrzymuje Leg Lariat, oczywiście połączony z bardzo głośnym "Hajaaaaaaaaaa!"! I kolejna próba pinu! 1...2. Kick Out! Yoshi od razu przechodzi do dalszej inicjatywy, wchodząc samemu na narożnik... I mamy Missile Dropkick! Coraz poważniejsze rzeczy wyciąga z arsenału ten Tatsu! Tym razem jednak nie pinuje, tylko czeka chwilę za plecami oponenta aż ten całkowicie się podniesie... Roundhouse Kick! 1...2..! Kick Out! No chyba zbliżamy się do końca walki, bowiem Legenda wspina się na narożnik i chyba zamierza wykonać swój finisher! Tak jest, Diving Spinning Wheel Kick! Jednak nietrafiony! Shadow w ostatniej chwili upada na matę, dzięki czemu unika marnego losu! Gdy tylko poobijany Tatsu się podnosi otrzymuje Torta Killer! NIE MOŻE BYĆ! SHADOW wspina się na narożnik, Yoshi dalej nie reaguje... 67 Splash! CONNECTED! 1...2...3...! Koniec walki! ELIAS SHADOW POKONUJE DEBIUTUJĄCEGO YOSHIEGO!
Znajdujemy się teraz w biurze Generalnego Managera Elysium, gdzie w towarzystwie czterech ochroniarzy siedzą Derrick Mantel, oraz El Garra de Gato. Obaj patrzą w zupełnie inne strony. Wielkim niedopowiedzeniem byłoby rzec iż wyglądają, jakby chcieli się pozabijać, jednak obecność ochroniarzy skutecznie im to uniemożliwia. Po chwili do pomieszczenia wchodzi Aldis, zamyka za sobą drzwi oraz zasiada za swoim biurkiem.
Nick Aldis: Dobrze panowie. Nie będę ukrywał, że nie mam niestety dzisiaj zbyt dużo czasu, więc chciałbym to załatwić szybko, w cywilizowany sposób. Nie da się was raczej cofnąć z tej wojennej ścieżki... Zresztą, myślę, że nikt by tego nie chciał. A tutaj, na Elysium, najważniejsze jest jedno. SHOW. Dlatego pozwoliłem wam dwa tygodnie temu na trochę wolności i danie upustu swoim emocjom. Teraz jednak mam nadzieję, iż będziemy teraz w stanie porozmawiać na spokojnie, bez targających wami emocji. Mam dla was pewne informacje, które na pewno ucieszą obu, jednak zanim to nastąpi - proszę o waszą perspektywę. Derrick *wskazuje ręką na zawodnika* Ty zacznij proszę.
Derrick Mantel: Nick, nie widzę sensu, byśmy rozmawiali na temat mojej perspektywy. Opowiadałem o tym wielokrotnie i swojej opinii nie zmienię. Widząc Garrą i wszystko z nim związane, odczuwam nic innego, jak pogardę ukierunkowaną na jego osobę. Jego durna maska, zgrywanie groźnego na pokaz. Tego nie da się traktować poważnie. Ring powinien być miejscem dla ludzi, którzy nie bawią się w bycie postaciami rodem z bajek. Ten ring jest miejscem, gdzie powinno się przelewać krew, pot i łzy. Tymczasem spoglądając na niego, *wskazuje palcem na Gato* nie odczuwam niczego innego, jak bycia oszukanym. On jest...
El Garra De Gato: Señor Nick, *agresywne wskazuje rękoma na Derricka* sam słyszysz z kim i z czym mam doczynienia! Odkąd tutaj jestem słyszę od Mantela ciągłe i niepotrzebne komentarze co do maski i tego co nią reprezentuję! Lunático! Ten człowiek nie ma pojęcia o dziedzictwie przekazywanym z pokolenia na pokolenie! Mam dość jego bredni! Nie zamierzam spędzać ani chwili dłużej w pobliżu tego szaleńca. Jeżeli chce Pan znać moją perspektywę, señor Nick, uważam że...
Derrick Mantel: Nikogo nie interesuje to, co sobie uważasz. *wrednie śmieje się prosto w twarz Garry* Momentami odnoszę wrażenie, że żyjesz w swoim świecie i nie wiesz nawet, co właściwie się wokół Ciebie dzieje. Biedny Garra pogubił się w całej swojej obłudzie i szuka winnych wszędzie dookoła, zapominając o tym, że największym winnym jego sytuacji, jest on sam. Widzisz, Nick. Możesz słuchać tego szaleńca, który ukrywa prawdziwą twarz pod swoją maską, ale nie możesz dać mu się zwieść. On chce Ci mydlić oczy, abyś zlitował się nad nim, jak każda inna osoba, którą udawało mu się skutecznie manipulować. Ten wariat nie zasługuje na choćby gram uwagi i może darujmy sobie dalszą pogawędkę, bo ten gość...
El Garra De Gato: Manipulować..? Czy Tobie już doszczędnie rozum odjęło? Twoje pomylenie sięga poziomu Hallowaya! Ludzie stoją po mojej stronie, bo jako jedyny wyznaję wartości ważniejsze od czubka własnego nosa... albo co gorsze, ważniejsze od fałszywego pojęcia tego co zasługuje na miano pro wrestlingu, a co nie! A jeśli według Ciebie, moja maska służy mi do ukrywania się, ya es hora... To jest najwyższa pora, żebyś spojrzał na siebie imbécilo *zaczyna agresywnie wytykać na Mantela*, bo to Tobie przydałaby się maska, idiota feo! Señor Nick, jeśli to ja jestem szaleńcem, to spójrz posłuchaj jego, tego człowieka tym bardziej trzeba zamknąć w zakładzie! Przecież to jest...
Derrick Mantel: Możesz okłamywać wszystkich dookoła, wciskając tani kit. Ja jednak jestem inny niż oni. *na jego twarzy pojawia się delikatny, wredny uśmieszek* Twoja maska nie jest kontynuacją waszej durnej tradycji. Mówisz coś o tym, że pod twoją maską nic się nie ukrywa, odnoszę zupełnie inne wrażenie. Możesz być mieszanką gościa, który udaje, że jest groźny. Możesz być osobą, która bardzo chętnie manipuluje wszystkimi i dzięki temu ma przychylnych nędznej publiczności. Mimo wszystko nie widzę pod twoją maską nikogo innego, jak przetraszonego gościa, który obawia się konsekwencji, które na niego czyhają na każdym kroku. Co więcej, boisz się przyjrzeć własnemu odbiciu w lustrze, wiedząc, że jesteś tanią kopią swoich przodków, którzy rozsławili lucha libre. Możesz wciskać ludziom gówno owinięte w papierek, licząc na same pozytywne recenzje. Jednak nie każdy jest tak naiwny, by łykać bajeczki o bohaterskim obrońcy braci mniejszych. *spogląda prosto w oczy Garry* I co najważniejsze, twoja maska oraz kultywowanie dziedzictwa lucha libre w twoim przypadku nie przedstawia większej wartości, bo jako człowiek jesteś po prostu żałosną imitacją ludzi, na których postanowiłeś się wzorować. Zatem Nick, nie sądzę, żeby nasza dalsza rozmowa miała większy sens, skoro Garra dalej brnie w swoje brednie.
El Garra De Gatto: Mam dość Twojego pieprzenia Derrick *wstaje tak agresywnie, że krzesło za nim upada*! Nie mogę znieść Twoich chorych teorii, Twojego zakłamanego tonu... plujesz swoimi złotymi myślami i szczerzysz się jak opętany... *wystawia rękę przed siebie z zaciśniętą pięścią*, ale to mój pazur wyznaczy tutaj prawdę, entonces... więc zanim postanowisz kontynuować swoją durną krucjatę przeciwko mnie, perdedor engañoso, zastanów się czy jesteś gotowy lizać rany, cabron!
Nick Aldis: SPOKÓJ! *zawodnicy momentalnie się zatrzymują, a Aldis zaczyna masować skronie* Za dużo dzisiaj tego wszystkiego... *mówi pod nosem* Wiecie co, nie ma problemu. Chcecie się bić? Macie to jak w banku. Heatwave. Derrick Mantel kontra El Garra de Gato. Jeden na jednego. Ale, żeby nie było wam zbyt wesoło... Do Heatwave macie zakaz bójek i przepychanek, w innym wypadku wasza walka zostanie odwołana, a wy zawieszeni. Zrozumiano? *niechętnie, ale obaj kiwają głowami* Świetnie. A żebyście za dwa tygodnie się nie nudzili... To wystąpicie w jednej walce. *Aldis podnosi wzrok* Jako drużyna. D-R-U-Ż-Y-N-A. Zrozumiano? Wasi przeciwnicy... Cóż, nie mam jeszcze na to odpowiedzi, ale na pewno kogoś znajdę. Jednak o tym kto to będzie, przekonacie się dopiero na samej gali. A teraz żegnam, mam jeszcze dużo roboty w dniu dzisiejszym. A wy swoje walki do odbycia.
Mantel wstaje odpychając ze zgrzytem krzesło i szturmem wychodzi z biura. De Gato natomiast powoli wstaje i skinięciem głowy pozdrawia Aldisa, wychodząc za Derrickiem...
Kamera ukazuje nam szpitalne łóżko, oddzielone od reszty pomieszczenia zielonkawymi parawanami. Leży w nim postać której można w pierwszej chwili nie rozpoznać, jednak fani LPW szybko zauważą, że to Edgar Dickinson tylko pozbawiony charakterystycznego makijażu i ubioru. Poeta jest blady i wygląda jakby spał, w jego rękę wpięty jest wenflon, poza kroplówką nie jest jednak podpięty do żadnej aparatury. Przez chwilę oglądamy ten statyczny obraz, dostając tylko powolne zbliżenie na twarz artysty. Finalnie, oczy pisarza gwałtownie się otworzyły i ten poderwał się gwałtownie na łóżku biorąc gwałtowny haust powietrza w płuca. Dickinson chwilę bierze szybkie oddechy, rozglądając się panicznie wokół siebie. W końcu jednak odrobinę się uspokaja, i obmacując swoją poobijaną szyję zaczyna mamrotać do siebie, co świetne mikrofony LPW oczywiście wyłapują.
Edgar Dickinson: Gdzie jestem, gdzie jestem, gdzie jestem. *zerka na wenflon* Szpital, jestem w szpitalu, dlaczego jestem w szpitalu. *chwila konsternacji* Elysium, ktoś mnie zaatakował w trakcie walki, mnie, Pana Mike i Pana Dereka ale kto… Tam nikogo nie powinno być, nikogo nie miało być, coś jest nie tak. To musi być jakieś zaburzenie, ale kto mógł je wprowadzić, przecież to niemożliwe. Jaki mamy dzień, muszę wiedzieć jaki mamy dzień.
Artysta zaczął rozglądać się dookoła i ku swojemu zadowoleniu, w szufladzie szafki nocnej znalazł trochę swoich rzeczy, zegarek i przede wszystkim telefon.
Edgar Dickinson: Szlag piętnasty sierpnia. Elysium, co się miało zdarzyć, muszę sobie przypomnieć. Sabre… nie na to nie mam już czasu, co jest potem. *Nagle na twarz Poety wpływa jednocześnie olśnienie i strach* Na piersi Świętej Agaty, Mike. Muszę się tam dostać i go wyciągnąć. Potrzebuję go, żeby to wszystko przepisać.
Edgar bez większego namysłu wyrwał wenflon, zabrał swoje rzeczy i w samej szpitalnej koszuli, delikatnie utykając, wymknął się spomiędzy parawanów i zniknął w głębi szpitala.
Beat the Clock Challenge
El Garra de Gato vs Derek Halloway
Kamera przenosi nas do ringu, w którym Derek Halloway znęca się nad El Garrą De Gato. Foliarz okopuje w narożniku leżącego Kociarza. Sędzia wkracza i zaczyna odliczać. 1… 2… Derek odpuszcza i wycofuje się parę kroków łapiąc oddech po swojej ofensywie. Teraz bierze rozbieg i rusza na Kociego Luchadora, który stoi już w narożniku. Running Corner Clothesline? Nie, Meksykanina nie ma już w narożniku. Halloway odwraca się i inkasuje Sitting Jawbreaker. Derek chwilę się chwieje na nogach, ale ostatecznie przegrywa z grawitacją, a zawodnik z Meksyku nie marnuje czasu i wspina się na narożnik. Diving Elbow Drop? Connected! Pin! 1… 2… Kickout! Kociarz pyta sędziego czy na pewno było tylko dwa, ale sędzia jest pewny swego. El Garra rusza ponownie na oponenta, ale Derek wykorzystuje sytuację i Meksykanin uderza mocno twarzą o matę po Flapjacku. The Truth Seeker nie odpuszcza, odbija się od liny i dokłada Running Senton! Zawodnik z Denver sygnalizuje, że będzie chciał teraz przejść do kluczowego momentu starcia. Czeka aż rywal podniesie się na równe nogi. Piledriver! Nie! Zamaskowany zawodnik w ostatniej chwili wymyka się spod akcji i wyprowadza szybki Atomic Drop. Derek aż łapie się za swoje plecy, a Gato Oscuro odbija się od liny i dokłada Running Crossbody! Udane! Pin! 1… 2… Kickout! Derek powoli zbiera się na równe nogi, a zawodnik z Rosarito łapie oddech po wykonanej ofensywie. Halloway wstał, El Garra odbił się od lin, ale tylko po to, żeby zaliczyć STO, którym ścina Mistrz Eternal swojego przeciwnika. Koci Luchador wyturlał się z ringu, a Derek rusza za nim. Zamaskowany zawodnik robi okrążenie dookoła ringu, a mistrz za nim podąża. Kociarz wturlał się do ringu, Derek za nim, ale inkasuje tylko Spinebuster od Kociego Wojownika. Widać, że Meksykanina trochę kosztowała ta akcja, pada bezwładnie na przeciwnika, a sędzia liczy. 1… 2… Kickout! Obaj leżą na macie, a sędzia zaczyna liczyć. 1… 2… 3… Przy trójce mamy już pierwsze oznaki życia zawodników, więc wiemy, że nie będzie tutaj wyliczenia. Przy 7 obaj są już na nogach. Gato Oscuro wyprowadza puncha na głowę Dereka, a ten nie jest dłużny i odpowiada tym samym. Wymiana trwa dobre kilka sekund, Foliarz zdobywa wyraźną przewagę i dokłada Headbutt. Koci Wojownik aż przyklęknął na jedno kolano. Czy to będzie Awakening?! Nie, El Garra szarpie się i wyrywa mistrzowi z uchwytu. Od razu odbija się od liny, ponowne Runinng Crossbody?! Mistrz schyla się pod rywalem, odwraca się i od razu wypłaca rywalowi Belly to Belly Overhead Suplex! Kociarz wylądował po drugiej stronie ringu! Derek nie odpuszcza! Sygnalizuje, że będzie chciał zakończyć walkę, a Kociarz wstaje! Third Eye! Connected! Pin! 1… 2… 3! Zegar zatrzymuje się na 10:57 i to Mistrz Eternal zostaje zwycięzcą tego pojedynku!
Kamera przenosi nas teraz do szatni, a tam widzimy siedzącego na ławce Maxwella Ransoma, który przy uchu trzyma telefon. Ex-Wilgotniak doszedł już do siebie po dzisiejszej walce i widać, że jest przygotowany do opuszczenia areny. Zanim to jednak nastąpi możemy przypuszczać, że chce wcześniej zakończyć rozmowę...
Maxwell Ransom: *słucha* Ach, cały Pan Terry. *lekki śmiech* Podziękuj mu za życzenia, miło mi. *słucha* Tobie również. I pamiętaj, że jak będę w pobliżu to na pewno zadz...
Rozmowę przerywa pukanie do drzwi i natychmiastowe ich otwarcie. Do pomieszczenia wchodzi.. nie, tylko nie to.. to Jean-Pierre Dolnick! Grubas z zacieszem na twarzy wprasza się do szatni i ma ze sobą.. klauna. Chryste panie, to się nie dzieje. Maxwell patrzy i po prostu nie dowierza. Myśli, że zmysły go okłamują. Dolnick jest bardzo zadowolony z towarzysza, którego sprowadził ze sobą. Obaj mają w rękach trąbki. Jean klika w nos panu podobnemu do Ronalda McDonalda i to jest najwidoczniej znak, bo obaj zaczynają grać na wyżej wymienionych instrumentach. Nie ma tu za grosz synchronizacji i idzie ogłuchnąć. Do szatni włazi żongler, który zaczyna żonglować. Jakby co innego miał robić? Skrada się również mim! Ten po cichu idzie, ale Maksio nie zwraca już nawet uwagi na to, tego wszystkiego i tak jest za wiele.
Jean-Pierre Dolnick: Niespodziankaaa! *zaciesz* Ostatnio jakiś smutny jesteś i teraz przegrałeś, więc chciałem cię poci...
Maxwell Ransom: Czekaj! Stop, Jean! *odkłada telefon do kieszeni* Możesz mi powiedzieć, co to jest?
Jean-Pierre Dolnick: No jak to co? No niespodzianka - przegrywanka to jest, mówiłem przed chwilą! *ponownie ściska piszczący nos klauna* I to nie byle jaka! Przygotowałem wiele atrakcji! Patrz na tego minima! *mim zarumienił się*
Maxwell Ransom: *strapionym głosem* Jean, widzę co ty chciałeś zrobić, ale...
Jean-Pierre Dolnick: Wiedziałem! Po prostu wiedziałem! Wypierdalać! *patrzy na klauna i tego żonglera* Won! Raz!
Smutny klaun przed opuszczeniem pomieszczenia wydał jeszcze żałosny dźwięk trąbką, a żonglerowi powypadały jego przedmioty i musiał je zbierać. Zły Grubas pogania ich. Mim schował się w rogu i Jean totalnie o nim zapomniał. Maxwell dalej wygląda, jakby nie mógł dobudzić się ze złego snu.
Jean-Pierre Dolnick: Tak żem czuł, że nie tego potrzebujesz... dlatego mam plan B! Chooodźcie! *zaciesz na ryju*
Do szatni wchodzą... nie no, błagam.. do szatni wchodzą... Ben Zamora, Jon Moxley, Wes Wallace oraz Jose Lopez... w wersji karłów. Wszyscy w buzi mają rozwijane trąbko - gwizdki No to cancel Elysium jest coraz bliżej. Cała czwórka jest idealnie ubrana tak samo, jak wcześniej wymienieni wrestlerzy. Grubas jest zachwycony widokiem tych panów. Maxwella sami możecie sobie wyobrazić, ta scena jest tak żałosna. Niskorośli idą na krzesła, które są w tym pomieszczeniu. Ten, który jest Jose Lopezem ma schowaną pod koszulką poduszke pierdziuszkę, którą właśnie wyjął i wrednie się uśmiecha, po czym kładzie ją na krzesło, na którym siada mini - Wes Wallace.. no i mamy pierda. Tak jest. Peak komedia. Grubas zaraz posra się z tego żartu. Mim przerażony widząc to, zamyka się w niewidzialnej klatce.
Jean-Pierre Dolnick: Hahaha! Widzisz? Pamiętasz tych kutasów, ile nam złego zrobili, a teraz tacy malutcy przy nas!
Maxwell Ransom: *zszokowany i zażenowany* Jean, nie teraz proszę, skońc...
Dolnick niezbyt słucha Maxwella, bo jest zaabsorbowany tym, że mini - Moxley podchodzi i podaje mu rękę. Grubas przystaje na to i... zostaje porażony prądem. Tego żartu również tutaj brakowało. Karły są bardzo rozbawione, mim patrzy na swoją dłoń, jakby się bał, że ktoś również mu to zrobi. Dolnick zaczyna gonić mini - Moxleya za ten żart, krzycząc ''pierdol się Moxley!''. Groteskowa gonitwa ma miejsce wokół krzeseł. Klaun zza progu wystaje i zaczyna grać na trąbce coś w stylu muzyki Benny Hilla.
Maxwell Ransom: Stop! *brak reakcji* Proszę, skończcie to! *żałosna zabawa trwa w najlepsze* STOP!
Po tym wyraźnie głośniejszym okrzyku wszyscy w końcu zatrzymali się i zamilkli, a Maxwell całkowicie załamany zaistniałą sytuacją skrywa twarz w dłoniach. Cóż więcej rzec - najlepszy prezent urodzinowy to nie był, nie był nawet średni. Ransom po chwili zbiera się w sobie i odsłania głowę, po czym odwraca się w stronę Dolnicka.
Maxwell Ransom: *zrezygnowany* Czy ty mógłbyś kiedykolwiek potraktować coś co mówię POWAŻNIE? Czy to dla Ciebie za dużo? Co to jest? *wskazuje na ekipę Dolnicka* Nie, nic już nie mów, Jean... Nie, jestem przebodźcowany, nie mam na to siły...
Wszyscy patrzą w osłupieniu na Ransoma, który właśnie kieruje się do wyjścia ze spuszczoną głową. Gdy jest już przy drzwiach obraca się jeszcze w stronę Dolnicka...
Maxwell Ransom: *stłamszonym głosem* Idę do domu, ale zanim to... Zajdę jeszcze do Aldisa i zgłoszę mu pewną propozycję. Powiedziałbym, że chętnie zobaczę, czy z tych wszystkich rzeczy, które olałeś poważnie potraktowałeś chociaż TĄ jedną... Tylko że obaj znamy odpowiedź na to pytanie... W końcu widziałem Cię w akcji.
Ransom opuszcza pomieszczenie zostawiając pozostałych w dużym szoku (jakby to było jakieś zaskoczenie, że tak się ta niespodzianka skończy). Jedna osoba jednak żyje w innym świecie - mim dalej siedzi w klatce nie mogąc się uwolnić i "woła" o pomoc. Kamerzysta lituje się i podchodzi do niego otwierając niewidzialną klatkę, a zadowolony artysta z uśmiechem podaje mu rękę dziękując. Obraz z kamery gaśnie...
MAMA RYSZARDA BAWI SIĘ NA KARNAWALE
Kamera przenosi się na zaplecze, gdzie Paddy Jackson rozmawia z Nickiem Aldisem.
Nick Aldis: Super Ci idzie, naprawdę. Jestem pod wrażeniem, jak walczysz o każdy wywiad. Cathy nie ma szans Cię prześcignąć. *śmiech*
Paddy Jackson: Pewnie, że nie ma. Jestem szybki jak puma, zwinny jak sarna. *klepie Aldisa po plecach* Dziękuję za te miłe słowa Nick, jesteś super szefem!
Nagle w kadrze za plecami GM'a zupełnym przypadkiem pojawia się uśmiechnięty Tony Leone, bez swoich podopiecznych. Paddy'ego momentalnie paraliżuję strach i aż sztywnieje, a Aldis obraca się do niego, zupełnie zapominając o Paddym.
Tony Leone: Panowie... Nick. *Tony wskazuje palcem bezpośrednio na Paddy'ego, jednak nawet na niego nie patrzy* Paddy, masz już dzisiaj wolne.
Paddy Jackson: A-ale...
Tony Leone: Baw się dobrze i pozdrów ode mnie żonę.
Paddy początkowo wycofuje się powoli, krocząc w tył, jakby nie chciał tracić Tony'ego z widoku, jednak w końcu nagle odwraca się i zwiewa ile sił w nogach. Nick uśmiecha się dość krzywo do przybyłego zawodnika i pytająco na niego spogląda.
Nick Aldis: W czymś mogę pomóc? Myślałem, że wszelkie kwestie poruszyliśmy już wcześniej w ringu?
Tony Leone: Jak ja się cieszę, że Cię widzę, Nick. *przyjaźnie poklepuje Nicka po ramieniu* Chciałem z Tobą porozmawiać, podzielić się pewną ciekawostką. *Tony wyciąga z wewnętrznej kieszeni marynarki elegancka papierośnicę i częstuje papierosem Nicka, ten jednak odmawia, więc Tony również rezygnuje i chowa papierośnicę* Bardzo nie lubię frustratów. Frustraci mają specyficzny zapach. *Tony podchodzi bardzo blisko Nicka, wącha powietrze blisko niego* Gorzki, lekko kwaśny, *szeptem do ucha Nicka* odrobinę stęchły. *Tony cofa się na normalna odległość i mówi normalnie* Tego Brutala wywąchałbym nawet, gdybyś zawiązał mi oczy i zagralibyśmy ciuciubabkę. *szczere rozbawienie, nagła zmiana na pełną powagę* Dużo szczeka. Wiesz, że ten kto dużo szczeka lubi sprowadzać na siebie kłopoty? Frustraci lubią robić głupie rzeczy, lepiej się trzymać od takich z daleka. A chyba nie chcielibyśmy, żeby przed tak ważną walką, jak ta nasza, kogoś musiała spotkać drobna nieprzyjemność, prawda? Chyba dasz radę utrzymać go na smyczy do samej walki, prawda? Mogę na Ciebie liczyć, Nick?
Tony wyciąga dłoń do Aldisa... Której ten nie ściska, tylko patrzy w oczy Leone.
Nick Aldis: Niestety, Mike nie jest moim pieskiem. Ale postaram się z nim porozmawiać. Zresztą... Myślę, że jest on ostatnią osobą, która mogłaby zrobić cokolwiek przed walką. Słyszałeś go wcześniej - był gotów walczyć z całą waszą trójką. Mogę więc chyba z czystym sumieniem powiedzieć, że poczeka do walki wieczoru. Jeśli jednak nadal się tym martwisz, Tony, to mogę Ci przydzielić kilku ochroniarzy... Myślałem jednak, że jesteś w stanie samodzielnie zadbać o swoje interesy. *uśmiech, w końcu również ściska rękę Leone, po czym gestem ręki przywołuje dwóch ochroniarzy* Mark, James... Pan Leone potrzebuje waszej ochrony.
Tony Leone: Obawiam się, że zaszło drobne nieporozumienie, ale doceniam tę drobną uprzejmość z Twojej strony Nick. Oczywiście masz rację, sam potrafię zadbać o swoje interesy. Bardziej martwiłem się o Mike'a i jego występ w dzisiejszej walce wieczoru. Skoro jednak jesteś przekonany, że grzecznie zaczeka... to bardzo sympatycznie, po koleżeńsku. *uśmiech* Najważniejsze, żeby show nie ucierpiało.
Po tych słowach Tony odwraca się i odchodzi, zostawiając obu ochroniarzy w tyle. Obraz z kamery gaśnie...
Singles Match
Rob McŁowicz vs Silas Crowe
Wracamy po przerwie reklamowej i jesteśmy już w okolicach połowy pojedynku. Podczas reklam Silas Crowe konsekwentnie wykorzystywał przewagę warunków fizycznych, obijając plecy i żebra Roba McŁowicza. Zawodnik z Krakowa próbował odpowiadać przede wszystkim szybkością oraz atakami na nogi, ale każde dłuższe zwarcie kończyło się na korzyść Patienta Zero. Mimo tego The Culinary Butcher nadal stoi na nogach i próbuje znaleźć sposób na znacznie większego przeciwnika. The Uncured rusza z Discus Clothesline'em, lecz McŁowicz schyla się pod ramieniem! Crowe obraca się, a Rob natychmiast trafia Dropkickiem prosto w kolano. Potwór cofa nogę. Drugi Dropkick! Tym razem potężny zawodnik z Blackridge zostaje zmuszony do zejścia na jedno kolano. The Culinary Butcher chce pójść za ciosem, ale Silas podnosi się i rusza w jego stronę. McŁowicz czeka do ostatniej chwili. Kitchen Sink! Kolano wbija się w brzuch nadbiegającego Crowe'a. Olbrzym pochyla się, a Rob odbija się od lin. Gulasz-line! Patient Zero chwieje się, ale nadal stoi. Zawodnik z Krakowa ponownie nabiera rozpędu. Drugi Gulasz-line! Tym razem oponent pada na plecy. McŁowicz nie traci okazji. Wchodzi na narożnik, przeciąga charakterystyczne „EEEEEEEEEEEE...”, po czym skacze. Eeee-mak-łowicz-bow! Elbow Drop trafia w klatkę piersiową Crowe'a! The Culinary Butcher od razu pinuje. 1... 2... NIE! Subject 00 wyrzuca Roba z siebie z ogromną siłą. McŁowicz szybko podnosi się, ale Blackridge Patient również wraca na nogi. Rob próbuje jeszcze Dropkicku, jednak Silas odsuwa się i zawodnik z Krakowa ląduje na macie. Crowe natychmiast chwyta go za kark. Biel Throw! The Culinary Butcher przelatuje przez ring i zatrzymuje się dopiero przy narożniku. Patient Zero rusza za nim. ISOLATION! Całe 157 kilogramów wbija McŁowicza w poduszki. Rob osuwa się, ale Crowe łapie go pod ramiona, stawia z powrotem na nogach i zaciska dłonie na jego gardle. BLACKRIDGE DROP! wbija The Culinary Butchera w matę! Silas nie przypina. Powoli klęka obok przeciwnika i przykłada dwa palce do jego szyi. Przez kilka sekund nieruchomo sprawdza puls McŁowicza. Rob porusza ręką i próbuje odsunąć dłoń Crowe'a. Subject 00 przechyla głowę. Następnie spogląda w stronę Dr. Victora Kline'a i czeka. Doktor obserwuje zawodnika z Krakowa jeszcze przez chwilę.
Dr Victor Kline: Reakcja zachowana. Pacjent nadal odpowiada na bodźce. Kontynuować leczenie.
Patient Zero natychmiast podnosi przeciwnika i umieszcza go na plecach pod Failed Procedure. McŁowicz znajduje się w Backbreaker Racku, ale zaczyna uderzać łokciem w bok głowy Crowe'a. Raz! Drugi! Trzeci! The Uncured w końcu puszcza. Rob zsuwa się za jego plecy, szybko obchodzi większego rywala z boku, przechwytuje go za głowę i rusza. Running Bulldog! Crowe uderza twarzą o matę! The Culinary Butcher podnosi się i widzi, że Subject 00 zaczyna wracać na kolana. Natychmiast cofa się o kilka kroków. Smakuje?! DEGUSTACJA GORYCZY! NIE! Patient Zero prostuje się w odpowiednim momencie. McŁowicz przebiega obok niego, zatrzymuje się przy linach i odwraca. DISCUS CLOTHESLINE! Rob zostaje niemal obrócony w powietrzu! Blackridge Patient spokojnie podnosi przeciwnika. FAILED PROCEDURE! The Culinary Butcher z ogromną siłą uderza o matę. Crowe ponownie klęka obok niego. Dwa palce trafiają na szyję McŁowicza. Tym razem Rob prawie się nie porusza. The Uncured sprawdza jego puls dłużej niż poprzednio, po czym powoli podnosi głowę i spogląda na Kline'a. Doktor uruchamia dyktafon.
Nagranie: Zakończyć procedurę.
Subject 00 podnosi Roba. McŁowicz próbuje jeszcze Punchu. Trafia. Drugi również dochodzi celu. The Culinary Butcher zamachuje się po raz trzeci, ale Crowe blokuje uderzenie, łapie sympatycznego kucharza i wykonuje FINAL TREATMENT! Patient przechodzi do pinu, kładąc jedną dłoń na klatce piersiowej przeciwnika. 1... 2... 3! Silas Crowe odnosi kolejne zwycięstwo. McŁowicz sprawił mu więcej problemów niż wcześniejsi „pacjenci”, ale końcowy wynik pozostaje taki sam.
Sang Bleu! Na arenie rozbrzmiewa muzyka Lorda Sebastiena i to on pojawia się teraz na arenie. W jednym ręku ma swoją laskę Margaux, w drugim mikrofon, a na twarzy szyderczy uśmiech. Po drodze mija Doktora Kline`a oraz Silasa Crowe`a, Doktor daje wyraźny znak swojemu pacjentowi, że leczenie się już zakończyło i Lord ich nie interesuje. Idąc przez rampę Lord przykłada mikrofon do ust cały czas kierując się w stronę ringu.
Lord Sebastien: Bonjour Rob, jak się czujesz? Chyba nie najlepiej?
Po wypowiedzeniu tych słów na twarzy Francuza pojawia się jeszcze większy uśmiech, a publiczność zaczyna buczeć. The Noble One zdaje sobie z tego nic nie robić i wchodzi powoli schodkami do kwadratowego pierścienia.
Lord Sebastien: Spójrz na siebie, McŁowicz. Leżysz u moich stóp. Poobijany, bezradny i wyczerpany. Wyglądasz dokładnie tak jak powinien wyglądać człowiek należący do twojego stanu społecznego. Chciałem być dla Ciebie miłosierny i zaoszczędzić Tobie tego co stało się tydzień temu, a ty pogardziłeś moją wspaniałomyślną propozycją. Dlatego mam teraz dla Ciebie nie propozycję, a le defi. Lepiej, żebyś przyjął to wyzwanie bo ja nie odpuszcze i zostaniesz moim kucharzem czy Tobie się to podoba, czy nie. To nie jest kwestia twojej decyzji. Ja i Ty za tydzień zmierzymy się w tym ringu. A jeżeli Ciebie pokonam to zostaniesz moim kucharzem i będziesz mi przygotowywał takie potrawy, jakie tylko sobie zażyczę. Czasu za dużo na odpowiedź nie masz, bo oczekuje jej teraz.
Lord rzuca mikrofon Robowi, który cały czas leży na ziemi obolały po swojej walce z Silasem Crowem. Robi to jednak w taki sposób, że Rob musi się jeszcze trochę wychylić, aby go dosięgnąć.
Rob z trudem sięga po mikrofon. Przez chwilę łapie oddech, nadal leżąc na macie, po czym spogląda na Lorda.
Rob McŁowicz: Sebastien... znowu przychodzisz wtedy, kiedy twój rywal jest bezbronny. Chcesz mnie za swojego kucharza? Przyjmuję Twoje wyzwanie.
Rob upuszcza mikrofon, po czym obolały udaje się na zaplecze.