Earlier Tonight...
Drzwi do garderoby Edgara otwierają się bez pukania. Mike F'N Brutal wchodzi do środka, trzymając w dłoni butelkę wody. Rozgląda się po pomieszczeniu, po czym dostrzega Dickinsona i od razu kieruje się w jego stronę.
Mike F'N Brutal: Ty, poeta! Jest robota do zrobienia! Załatwiłem nam elegancką walkę. El Garra de Gato i Derrick Mantel. Dwóch chłopów z opiniami. Hardkorowy test przed Heatwave. Sprawdzimy, czy faktycznie potrafimy się dogadać, zanim przyjdzie czas na pływanie z rekinami.
Extrememaniac robi krok w bok popijając wodę, ale po chwili zatrzymuje się i spogląda ponownie na Edgara. Przez moment przygląda mu się w milczeniu, jakby właśnie coś sobie przypomniał.
Mike F'N Brutal: Ale tak właściwie... jest jedna rzecz, która od jakiegoś czasu mnie gryzie. Po cholerę ty właściwie zgodziłeś się być partnerem tego brytyjskiego szczura Sabre'a?
Artysta bardzo powoli odstawił filiżankę z kawą na spodek. Równie powoli oderwał wzrok od rozłożonej pośród kosmetyków książki. Finalnie skierował spojrzenie na swojego gościa.
Edgar Dickinson: Dzień dobry Panie Brutal. Usiądź proszę *poeta wskazał na fotel stojący w kącie garderoby* Widzę, że o nawodnienie dbasz samodzielnie, gdybyś jednak miał ochotę na coś innego to chętnie poczęstuję, kawą, herbatą lub czymś mocniejszym. Od razu jednak odpowiadając na wszelkie twoje pytania i wątpliwości. Uważam, że to dobry pomysł, żebyśmy stoczyli mały pojedynek testowy, chociaż obawiam się, że nasi rywale są jeszcze mniej zgrani. Kto by pomyślał, prawda? W każdym razie, musimy się oglądać za siebie tego wieczora Panie Brutal. Jeśli zaś chodzi o Pana Sabre. Cóż, miałem wobec niego pewne plany. Miał sięgnąć po mistrzostwo i potem mnie wyznaczyć na pretendenta. Ten wątek musiałem jednak wyrzucić do kosza… Chciałbym jednak pewną rzecz rozwiać, ostatnio wtargnąłem na twój pojedynek w stanie hmmm nieoptymalnym. Musiałem to jednak uczynić, zakończenie tego wieczora byłoby gorsze niż tylko zderzenie potylicy z krzesłem.
Mike F'N Brutal: No dobra, chociaż jedna rzecz się zgadza. Ta walka będzie swego rodzaju testem. I właśnie dlatego ją załatwiłem, bo chcę wiedzieć, czy mogę na Tobie polegać, zanim przyjdzie czas na makaroniarzy. Bo dzisiaj nie interesuje mnie kto jest bardziej efektowny, kto ma lepszy rekord czy kto potrafi ładniej paplać do mikrofonu. Jak zacznie się hardcore to chcę wiedzieć, czy człowiek stojący obok mnie dalej będzie stał obok. A co do Sabre'a... dobra, niech będzie. Wrestling to wrestling. Pas, historia, możliwość zapisania kolejnego rozdziału. Każdy z nas ma jakiś powód, dla którego tu jest. Ale wiesz co? Mam w dupie, czy Zack miał dla Ciebie pas, złote góry czy obiecał Ci własny pomnik przed siedzibą LPW. Po tym, co odwalił sam nasikał na swoją historię. Ale jest jedna rzecz, która zaczyna mnie w tym wszystkim naprawdę wkurzać. The Outfit. Widziałem już takich jak oni. Wchodzą na cudzy teren, robią bałagan, stawiają swoje zasady i zachowują się, jakby od teraz wszystko należało do nich. I nie podoba mi się to. Nie dlatego, że przestrzegam zasady. Nie przestrzegam, urodziłem się po to, żeby je łamać i pamiętam, że sam narobiłem tutaj wystarczająco dużo gówna. Ale Elysium zaczyna być naszym miejscem. Ja i ci ludzie na trybunach chcą zobaczyć czym ten brand może się stać, kiedy to my zaczniemy go układać. Nie Leone. Nie jego garniturowe przydupasy. My. Ludzie, którzy wychodzą tutaj i ryzykują własnym zdrowiem, żeby to wszystko miało jakikolwiek sens.
Na twarzy Brutala w tym momencie pojawia się lekki, krzywy uśmiech.
Mike F'N Brutal: Więc dzisiaj zrobimy im małą lekcję. A potem zobaczymy, kto jeszcze będzie chciał nam tłumaczyć jak to miejsce ma wyglądać. Do zobaczenia na ringu, literacik. I pilnuj pleców, bo mam wrażenie, że dzisiaj ktoś będzie chciał nam bardzo dokładnie pokazać, gdzie jest nasze miejsce.
Poeta odprowadził wzrokiem swojego drużynowego partnera, kiedy ten opuszczał jego garderobę, równie bezpardonowo jak do niej wkroczył. Artysta chwilę jeszcze spoglądał, na drzwi których Mike za sobą nie zamknął. *O tempora, o mores* mruknął do siebie pisarz, po czym wrócił do swojej kawy. Przez chwilę wyglądał, jakby miał dalej pozować na członka królewskiego podwieczorku, jednak jego mina w końcu stężała. Edgar odstawił filiżankę na spodek i zaczął bębnić palcami o blat, intensywnie wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Po chwili wstał i zaczął przetrząsać, stojący pod ścianą, kufer, jakby intensywnie czegoś poszukiwał.
![[Obrazek: cNDyCwA.png]](https://i.imgur.com/cNDyCwA.png)
Widzimy piękne ujęcie areny, w której odbywa się dzisiejsza gala, oświetlony budynek robi naprawdę duże wrażenie, tuż po zachodzie słońca. Teraz obraz zjeżdża nieco bliżej i możemy obserwować, że na dachu przebywają jacyś ludzie. Wygląda na to, że na coś się przygotowują. Nagle ujęcie z drona zmienia się na ujęcie z kamery ręcznej - możemy zobaczyć, że na szczycie budynku atmosfera jest mocno napięta, ów ludzie to prawdopodobnie pracownicy Legion Pro Wrestling. W dalszym planie widzimy również Nicka Aldisa, który jest tam w otoczeniu paru ochroniarzy. Nagle słychać jednak głos jednego z mężczyzn, który właśnie wpatruje się w niebo przez długą lornetę.
Pracownik LPW: Lęcą! Lecą! Widać ich! Dawajcie znać na dół!]
W tym momencie obraz z kamery ponownie się zmienia i mamy szybkie, biegnące wręcz ujęcie, które ukazuje nam zaplecze dzisiejszego widowiska, dwóch mężczyzn zajmuje się nagłośnieniem, słychać jak potwierdzają sobie nawzajem, że "wszystko jest ok", po chwili jesteśmy już na korytarzu, gdzie widzimy jakieś 40 dzieciaków, które biegną w stronę gorilla position - tam czekają na nich już producenci, którzy wyglądają na lekko zdenerwowanych, ale jednocześnie zafascynowanych całą tą sytuacją. Jeden z nich daje znak kciukiem uniesionym w górę, że są gotowi, następnie naciska przycisk, który znajduje się przy wejściu i w głośnikach na arenie rozbrzmiewa TEN UTWÓR i widzimy, że dzieciaki wybiegają na arenę i ustawiają się wokół ringu. Każde dziecko ma na sobie białą koszulkę z jakimś cytatem filmowym, w oczy rzucają się chociażby "You can't handle the truth!", It is the quality of one’s convictions that determines success, not the number of followers", czy "Quid pro quo—I tell you things, you tell me things". Atmosfera wśród kibiców robi się coraz bardziej gorąca, a my ponownie mamy ujęcie z drona i obserwujemy...zbliżający się helikopter! Maszyna powoli zbliża się do lądowania, w wyznaczonym do tego miejscu, a oficjele LPW ostrożnie podchodzą bliżej. W końcu śmigła przestają pracować, a z pokładu helikoptera wyłania się postać. Ma na sobie długi czarny płaszcz z kapturem, po chwili jednak odchyla go i widzimy, że jest to James River Waters we własnej osobie! W środku areny słychać ogromny wręcz wrzask i kamera ponownie kieruje nas właśnie tam. Kibice bawią się na trybunach w rytm przeboju Journey, a na titantronie wyświetla się film, który pokazuje niektóre walki Watersa w WCW. Po mniej-więcej dwóch minutach ekran robi się czarny, a muzyka cichnie. W hali zapada kompletny mrok, który jednak dość szybko wypełniają unoszące się w rękach fanów smartfony, praktycznie każdy włącza latarkę w swoim telefonie, a napięcie sięga zenitu.
Nagle słychać to, na co wszyscy czekaliśmy - PHANTOM OF THE OPERA! Ponownie słychać wrzask kibiców, a dzieciaki zebranie wokół ringu zaczynają biec w stronę titantronu, tam zaś pojawia się specjalna platforma z wielkim czarnym gargulcem zamontowanym na przodzie. Na niej widzimy oczywiście Jamesa Rivera Watersa. Wśród braw i krzyków wjeżdża on powoli na arenę, będąc przy ringu opuszcza on platformę, po tym jak obsługa otworzyła mu drzwiczki zamontowane z prawej strony. "Madman" wychodzi na wszystkie cztery narożniku po kolei, witając się z kibicami, Ci odpłacają mu potężną reakcja, która ewidentnie wywołuje emocje u Watersa. Widzimy nawet, że chyba uronił on łzę, bo ociera policzek. Gdy sytuacja nieco się uspokaja, James River zdejmuje płaszcz i możemy zaobserwować, że ma na sobie czarną koszulkę z białym napisem "Just when I thought I was out, they pull me back in". Były MISTRZ ŚWIATA WAGI CIĘŻKIEJ uśmiecha się teraz i prosi obsługę o mikrofon, ten natychmiastowo pojawia się w jego ręce i w końcu możemy posłuchać, co po tym wszystkim ma do powiedzenia James River Waters, który raz jeszcze się uśmiecha, a następnie prosi publiczność, by ta dała mu dojść do głosu...
James River Waters: Chcia...
Waters nie zdąża dokończyć pierwszego słowa. Mata przy jego nogach nagle się wybrzusza, przebija ją potężna dłoń, która zaciska się na kostce Madmana. James próbuje złapać się lin, ale kolejne szarpnięcie przewraca go na plecy, a chwilę później zostaje wciągnięty przez rozerwaną matę pod ring! Wokół zaczyna się chaos. Dzieci stojące przy ringu są natychmiast wyprowadzane przez ochronę i pracowników LPW, podczas gdy spod konstrukcji dochodzą kolejne potężne uderzenia. Ring drży, słychać brzęk metalu, głuche huki i krótkie odgłosy szamotaniny. Nagle wszystko cichnie. Po kilku sekundach jeden z kamerzystów ostrożnie podchodzi bliżej rozerwanej maty. Na razie kamera nie jest w stanie zarejestrować żadnego obrazu. Nagle z dziury wyłania się głowa James'a, a następnie jego barki, oraz ręce. Kamera cofa się lekko, idealnie w momencie w którym ciało Watersa zostaje wyrzucone w powietrze i z głuchym łupnięciem upada na ring! Tymczasem przez dziurę powoli wyłania się Silas Crowe. The Uncured chwyta krawędzie płótna i wciąga się do ringu, po czym prostuje nad leżącym Watersem, który jest cały zakrwawiony. W tym samym momencie na rampie pojawia się Dr Victor Kline z dyktafonem w jednej dłoni i mikrofonem w drugiej. Zatrzymuje się, patrzy na Silasa, a potem na Madmana.
Dr Victor Kline: Terapia rozpoczęta.
Obraz z kamery momentalnie się urywa.
Video Promo
Kamera przenosi nas do bogato zdobionej sali. Czuć bogactwo, kiedy rozejrzymy się po otoczeniu. Wysoki sufit, na ścianach znajdują się portrety przodków naprzemiennie z gobelinami. Na podłodze znajduje się marmur, a na końcu pomieszczenia stół z bogatymi złotymi zdobieniami. O stół jest oparta laska Margaux, przy jednym z krzeseł przy stole siedzi Lord Sebastien. W ręku obraca kieliszek z winem.
Lord Sebastien: McŁowicz, człowiek, który całe swoje życie spędził przy kuchennym blacie. Nauczył się jak z tanich składników zrobić coś co można położyć na talerzu. Niestety na tym się już kończą mocne strony McŁowicza.
Lord podnosi kieliszek do góry i bierze delikatnego łyka wina.
Lord Sebastien: Twoimi dwiema głównymi cechami są głupota i odwaga. Jesteś odważny, bo wydajesz się nie obawiać przed konfrontacją ze mną, a ja na twoim miejscu zdecydowanie bym się tego obawiał. Jesteś głupi, bo myślisz, że możesz tak po prostu odmówić komuś takiemu jak ja. Ale trochę Ciebie rozumiem. Ty nie walczysz ze mną dlatego, że wierzysz, że możesz ze mną wygrać. Walczysz, bo zostałeś wychowany w świecie, w którym tacy jak Ty muszą chwytać się każdej okazji, żeby choć przez chwilę poczuć się równymi ludziom takim jak ja.
Teraz Lord wstaje i podchodzi do jednego z portretów znajdujących się na ścianie. Kontynuuje cały czas przyglądając się portretowi
Lord Sebastien: Spójrz, McŁowicz. To są moi przodkowie. Pokolenia ludzi, którzy budowali majątek, pozycję i własne nazwisko. Budowali też historię świata, w którym żyjemy. Możesz o tym opowiedzieć co najwyżej przy niedzielnym obiedzie swojej rodzinie. Ja jestem częścią tego. A co jest twoim osiągnięciem, McŁowicz? Zrobienie komuś obiadu? Właśnie dlatego uwielbiam stawkę tej walki.
Lord bierze kolejnego łyka wina, wraca do stołu i ponownie do niego zasiada.
Lord Sebastien: Już na najbliższym Elysium pokonam Ciebie w walce, a Ty zostaniesz moim kucharzem. Będziesz wstawał codziennie rano, wiedząc, że pracujesz dla człowieka, któremu odmówiłeś, ale ta odmowa nie miała żadnego znaczenia. Będziesz gotował moje śniadania, moje obiady, moje kolacje. I za każdym razem, gdy wejdziesz do mojej kuchni będziesz pamiętał jedną rzecz. Że pewnego czasu kucharz pomylił swoje miejsce ze stołem pańskim. Przywrócę właściwy porządek na Elysium. Szlachcic na swoim miejscu, służba na swoim. Lepiej dobrze zapamiętaj te chwile. To ostatni czas, kiedy możesz poczuć, że jesteś kimś więcej niż rzeczywiście jesteś.
Po tych słowach Lord machnął ręką jakby chciał przepędzić kamerzystę, a ten posłusznie wychodzi z pomieszczenia. W kadrze widzimy jeszcze jak Lord delektuje się winem w swoim kieliszku, a obraz z kamery powoli gaśnie.
Houston, mamy problem. Dziura w ringu, powtarzam dziura w ringu!
Video Promo
Kamera przenosi nas do ciemnego pomieszczenia, nie widzimy zupełnie nic. Po chwili zapala się lampka i możemy dostrzec... Zaraz, zaraz! Czy to dawno niewidziany Eli Cottonwood? Tak! Olbrzym ze złowrogim spojrzeniem zerka w obiektyw, po czym gładzie się po wąsie...
Eli Cottonwood: Wąsy są oznaką prawdziwego mężczyzny. Ja je mam... I nie tylko ja. Nie jestem sam, jest nas więcej. Zamierzamy zdominować LPW. Niech każdy chłopak z gładką twarzą się strzeże, bo nikt nie będzie w stanie powstrzymać prawdziwej rodziny...
W tym momencie w tle pojawiają nam się sylwetki jeszcze trzech mężczyzn, każdy z nich również wygląda na olbrzyma, nie widzimy jednak ich twarzy. Eli dalej raczy nas groźnym spojrzeniem gładząc się powoli po wąsach, po czym obraz z kamery gaśnie...
Non Title Singles Match
Zack Sabre Jr. vs Derek Halloway
Kamera przenosi nas teraz do ringu, gdzie Zack Sabre Jr. znęca się nad Derekiem Halloway`em przetrzymując go na macie w Wrist Locku. Foliarz powoli wstaje z widocznym bólem na twarzy. Kiedy jest już na nogach to Zack wymierza serię ciosów pięścią w naciągniętą rękę Eternal Championa, a ten ponownie pada na ziemię. Derek wierci się z bólu i po paru sekundach doczołgał się do lin. Sędzia zaczyna odliczać. 1… 2… 3… 4… Zack puszcza po tym jak wykorzystał okazję do granic możliwości. Sabre odsuwa się parę metrów i wchodzi w dyskusję z sędzią. Halloway w tym czasie ma chwilę, żeby wstać. Kiedy Brytyjczyk zobaczył przeciwnika na nogach natychmiast odpycha sędziego i na niego rusza. Side Walk Slam od mistrza? Nie! Derek poczuł efekty dźwigni Zacka i puścił go w locie. ZSJ to wykorzystuje i wypłaca Pele Kick. Derek siada na dupie oszołomiony, a Anglik odbija się od liny i dokłada Penalty Kick. Zack teraz napawa się swoją dominacją w ringu na co fani reagują buczeniem. Ten nic sobie z tego nie robi i sygnalizuje, że będzie chciał zakończyć tę walkę. Podchodzi do Foliarza, który jest na czworaka w ringu. Wyciąga jego nogę, Ankle Lock?! Nie! The Awakened wymierza kilka kopnięć prosto w twarz Sabre, aż ten puszcza uchwyt i zamroczony dochodzi do siebie opierając się o linę. Mistrz już wstał, a Zack na niego rusza, ale inkasuje wysokie Back Body Drop! Brytyjczyk z takim impetem uderzył w matę, że aż wstał na równe nogi, odbił się od lin, a zawodnik z Denver dołożył jeszcze do tego Flapjack. Amerykanin jest w gazie, prosi fanów o wsparcie, a ci je mu dają. Zack powoli wstaje, a Halloway go podnosi. Czy to będzie Powerbomb?! Tak, Corner Powerbomb, Zack potężnie wciśnięty w narożnik upada na matę, a mistrz przechodzi do pinu. 1… 2… Kickout! Zack cały czas wśród żywych, a mistrz nie może uwierzyć, że to nie koniec i patrzy na sędziego jakby był częścią spisku. Po chwili jednak przechodzi do dalszej ofensywy i podnosi Sabre do góry. Awakening?! Nie, Brytol zsuwa się w ostatniej chwili za plecy mistrza. Wypłaca Forearm Smash w tył głowy rywala, a ten kieruje się w stronę narożnika. Zack odbija się od przeciwnego narożnika. Corner Dropkick! Brytyjczyk nie pozwala rywalowi opaść na ziemię… i mamy Zack Driver!? Nie, Anglik ma zdecydowany problem, aby podnieść mistrza, a ten odpłaca mu serią łokci w plecy. Zawodnik z Kent aż przyklęka, a Derek odbija się od liny… Third Eye?! Connected! Zack pada na matę, a mistrz przechodzi do pinu. 1… 2… 3! Derek Halloway górą nad Zackiem!
Szanuj wodę. Nie lej jej w komentarzu.
Na arenie nastaje kompletna ciemność. Po chwili wybrzmiewają pierwsze dźwięki syntezatora z utworu Van Halen - Jump. Błyskają neonowe światła w kolorze różu i błękitu. Po wejściu bębnów na rampie pojawia się "Sunny Chris" Finnegan. Ubrany w swoje wrestlingowe spodnie w neonowych barwach szeroko błyszczy śnieżnobiałym uśmiechem w stronę publiczności, która zaczyna wykonywać efekt fali. Chris kieruje swoje kroki w stronę ringu przybijając po drodze piątki, następnie wchodzi po schodkach, przeskakuje ponad górną liną, po czym wchodzi na szczyt narożnika i rozgląda się wśród publiczności wskazując palcem na pojedyncze osoby. Następnie powtarza to w przeciwległym narożniku, po czym odbiera mikrofon od konferansjera.
Surfer: Wow... chwila. Naprawdę? Tego się kompletnie nie spodziewałem. Myślałem, że będę musiał was do siebie przekonać. A wy... przyjęliście mnie jak starego znajomego. *publika reaguje dopingiem* Wiecie co? Chyba właśnie tego potrzebowałem. Przez całe życie nauczyłem się, że najważniejsze jest mieć obok siebie ludzi, którzy dają ci siłę, kiedy zaczyna jej brakować. Wiecie co jest zabawne? Całe życie spędziłem nad wodą. Słońce, piasek, deska pod nogami i ten moment, kiedy patrzysz na nadchodzącą falę i zastanawiasz się, czy dasz radę ją złapać. I chyba właśnie za to pokochałem ten styl życia. Nigdy nie wiesz, co przyniesie następna fala. Możesz próbować ją przewidzieć, ale ostatecznie musisz po prostu wskoczyć i popłynąć. A wrestling? Cóż... wygląda na to, że właśnie złapałem swoją kolejną falę. Nie wiem czego się po nim spodziewać, ale...
No i w tym momencie uderza theme song Jose Lopeza! Fate rozbrzmiało na arenie, śliczna piosenka, ale nie wiedzieć czemu - witana ogromnymi gwizdami oraz buczeniem. Na rampie pojawia się sam Hiszpan, który ubrany jest w swój strój wrestlingowy. Nieczęsto możemy go w tym widzieć. El Hermoso zmierza w kierunku ringu pewnym krokiem, totalnie olewając publiczność. Przed wejściem do ringu bierze mikrofon, wchodzi w końcu do docelowego miejsca i staje przed Chrisem, po czym zabiera głos.
Jose Lopez: Któż inny powinien się tutaj zjawić i przywitać cię, jak nie inna osoba wychowana przy oceanie? *lekki uśmiech* Przyznam, że naprawdę nietrudno domyślić się, że jesteś człowiekiem wody. Pomijając twoje monotematyczne tatuaże, *Jose rzuca krótkie spojrzenie na ciało Chrisa* lub twoje pochodzenie, to...po prostu tak zajebiście lałeś WODĘ podczas swojej przemowy, że wszyscy na zawsze zapamiętamy, że bardzo ją lubisz, a słowo FALA znaczy dla ciebie tyle, co POJEDYNEK dla Cavazosa. Dziękujemy za uświadomienie tego! *Jose ironicznie się uśmiecha* W federacji mamy takiego jednego hydraulika, wezwałbym go, ale... nie sądzę, by coś zdziałał. Swoją drogą, macie więcej wspólnego niż myślisz. *puszcza oczko i robi pauzę* Zadałeś kilka pytań, więc jako bardziej doświadczony zawodnik służę pomocą. Chcesz wiedzieć, czego spodziewać się po wrestlingu? NAJGORSZEGO. Są tacy, którzy się właśnie o tym przekonują. *heat, a Jose uśmiecha się kącikiem ust* Doedukuję cię także, czego można spodziewać się po Elysium, a jest to na pewno fakt... że można się tutaj zmierzyć z Jose Lopezem! *żywa reakcja publiki* Może ostatnio nie zdarzało się to zbyt często, ale teraz mam jakieś przeczucie, że NIKT nam nie przeszkodzi w potencjalnej walce, bo osoba, która byłaby do tego zdolna, aktualnie musi tłumaczyć się na policji ze swoich złych rzeczy, co za przypadek. *Jose ironicznie się uśmiecha, a fani zaczynają buczeć* Także... zróbmy to, co ty na to? Przyda mi się rozgrzewka, a tobie przyda się pamiętny debiut...
Chris skinął głową, że jest gotowy do walki. Jose lekko uśmiechnął się z tego powodu, także za chwilę czeka nas pojedynek!
Singles Match
Jose Lopez vs Chris Finnegan
Wracamy do ringu. Jose Lopez jako pierwszy przejmuje inicjatywę, zatrzymując rozpędzonego Chrisa Finnegana mocnym Roundhouse Kickiem. Australijczyk cofa się w stronę narożnika, gdzie Spanish Star dokłada Running Corner Clothesline, a następnie wyciąga przeciwnika na środek ringu i wykonuje Snap Scoop Powerslam! Próba pinu. 1... 2... nie! Sunny Chris podrywa bark. Lopez od razu próbuje wykorzystać przewagę. Podnosi rywala i szykuje La Patada de Las Palmas, lecz Finnegan w ostatniej chwili się odsuwa. Hiszpan obraca się po nietrafionej akcji i otrzymuje Forearm Smash! Drugi! Chris odbija się od lin i dokłada Jumping Dropkick! Lopez wpada plecami w narożnik. The Ocean Boy rusza za nim i trafia Corner Splash! Finnegan od razu wyciąga przeciwnika na środek ringu i wykonuje Snap Suplex. Chris próbuje od razu dołożyć The Sydney Sweep, ale Lopez zsuwa się za jego plecy i odpowiada Swinging Neckbreakerem! Obaj przez chwilę leżą na macie. El Hermoso podnosi się pierwszy. Czeka, aż rywal znajdzie się na kolanach. SHINING WIZARD! trafia! Chris pada na plecy, a Lopez od razu przechodzi do przypięcia. 1... 2... nie! Australijczyk podrywa bark. Spanish Star chce pójść za ciosem i rusza z La Patada de Las Palmas, lecz Finnegan w ostatniej chwili uchyla się pod kopnięciem. Lopez obraca się po nietrafionej akcji i otrzymuje Forearm Smash! Drugi! Low Kick od Chrisa i od razu Enzuigiri! Hiszpan zatacza się, a The Ocean Boy rusza z Running Clothesline’em! Lopez pada na matę. Finnegan podnosi przeciwnika i wykonuje The Sydney Sweep! Connected! Chris widzi swoją szansę i rusza w stronę narożnika. Wspina się na górną linę. THE BIG WAVE! Nie! Lopez podnosi kolana! Finnegan ląduje na nich brzuchem i zwija się z bólu. Jose próbuje wykorzystać okazję, ale Sunny Chris trafia Forearmem. Drugi Forearm! Jumping Dropkick posyła Lopeza ponownie w narożnik. Finnegan rusza za nim i dokłada Corner Splash! Idealnie! Australijczyk nie czeka, chwyta rywala i od razu wykonuje Belly-to-Belly Suplex! Lopez ląduje na plecach, a Chris rzuca się na niego! 1... 2... NIE! Jose podrywa bark dosłownie w ostatniej chwili! Finnegan natychmiast podnosi przeciwnika i wysyła go Irish Whipem na liny. Lopez wraca, a Chris ustawia się pod The Tidal Force! Jednak nie! Spanish Star zatrzymuje się przed wejściem w zasięg Spinebustera i trafia Step-Up Enzuigiri! Finnegan chwieje się, ale nie pada. Lopez rusza z La Patada de Las Palmas! Chris ponownie uchyla się pod kopnięciem i odpowiada Forearm Smashem! Próbuje drugiego, lecz tym razem Jose przechwytuje rękę przeciwnika, przyciąga go do siebie i błyskawicznie przechodzi do inverted facelocku. Australijczyk próbuje wyrwać głowę z uchwytu, ale jest już za późno. HASTA LUEGO! Cross Rhodes trafia kompletnie z zaskoczenia! Lopez momentalnie przewraca rywala na plecy. 1... 2... 3! Jose Lopez wygrywa, choć debiutujący Chris Finnegan jeszcze chwilę wcześniej był bardzo blisko sprawienia dużej niespodzianki.
Video Promo
Obraz pokazuje nam kuchnie. Rob McŁowicz stoi przy blacie, ale tym razem niczego nie przygotowuje. Przed nim leży jedynie złożony fartuch. Przez chwilę patrzy na niego w ciszy.
Rob McŁowicz: Zaczęło się niewinnie. Najpierw Sebastien zaprosił mnie do swojej loży VIP, żebym zobaczył, jak według niego wygląda „prawdziwy zawodnik”. Potem przyszedł do Pobitych Garów, spróbował mojego jedzenia i nagle uznał, że znalazł dla mnie lepsze miejsce. Nie w ringu. Nie w LPW. W swojej kuchni, wykonującego jego polecenia. Zaśmiałem mu się wtedy w twarz, bo byłem przekonany, że to kolejna fanaberia nadętego arystokraty.
Rob bierze fartuch do ręki, przygląda mu się przez moment, po czym rzuca go z powrotem na blat.
Rob McŁowicz: Ale Sebastien nie żartował. Konsekwentnie dążył do tego, aby doszło do spełnienia jego marzenia. Te mogą spełnić się już podczas Main Eventu. Jeśli przegram, zostanę jego prywatnym kucharzem i będę musiał znosić człowieka, który naprawdę wierzy, że pieniądze, nazwisko i używanie francuskiego języka dają mu prawo decydować o cudzym życiu.
Rob podchodzi bliżej kamery, a jego ton wyraźnie się zaostrza.
Rob McŁowicz: Więc tak, stawka jest ogromna. Tylko zapamiętaj jedno, Sebastien, jeszcze niczego nie wygrałeś. Możesz już wybierać menu, kupować srebrne sztućce i szykować mi miejsce w swojej kuchni, ale najpierw musisz mnie pokonać. A kiedy zabrzmi gong, nie będę twoim kucharzem. Będę człowiekiem, który zrobi wszystko, żebyś do końca życia pamiętał, jak smakowała twoja własna pycha.
Rob spogląda jeszcze raz na fartuch.
Rob McŁowicz: Chcesz mnie na własność? Przyjdź i spróbuj mnie sobie wziąć. Smakuje?!
Obraz z kamery gaśnie
Kamera się włącza i pokazuje Dereka Halloway’a, który stoi z rękami założonymi na brzuchu. W jednej ręce trzyma flamaster i stuka się po ustach jakby się nad czymś zastanawiał patrząc w konkretnym kierunku. Teraz kamera się oddala i widzimy, że ma na biodrach założony pas Eternal oraz iż patrzy w stronę planszy, na której jest namalowany flamastrem schemat płaskiej Ziemi z piękną kopułą. Można również dostrzec statyw, na którym stoi telefon, w którego stronę Derek się odwraca i w tym momencie na titantronie pojawia się obraz z kamery telefonu
Derek Halloway: Piękna mi wyszła ta nasza Ziemia, prawda? <Derek czyta czat> Ale krzywa, tak nierówna, jak zeznania kiboli w sądzie. Dobra, Michał, dostajesz bana i nie będziesz mógł komentować na czacie przez 24 godziny. Pamiętajcie, powstrzymujmy hejt w Internecie. Do tych, którzy dopiero dotarli na nasz przebudzony live, witam wszystkich oświeconych! Tematem dzisiejszej transmisji będzie Płaska Ziemia, czyli miejsce na którym żyjemy. Zdawajcie pytania <Halloway przygląda się czatowi> SkyFan pisze jak to jest z tą grawitacją. <Halloway zaczął się z tego tak śmiać, że aż puścił mocnego bąka. Spogląda za siebie i mówi pod nosem> chyba nie poszło z farszem. <za chwilę się ogarnia> panie SkyFan, pan to jesteś częstym gościem moich live’ów, wielokrotnie wytykałem Twoją niekompetencję, durnotę i łatwowierność w jednym, a ludzie jak te barany łykają wszystko co powiesz Ty, a Ty powtarzasz to co powiedzieli Ci w tej agencji <Halloway robi palcami cudzysłów> „kosmicznej”. Sami agenci wokół, doprawdy. A zatem, żeby to raz na zawsze wybrzmiało. <Derek pisze słowo „grawitacja” na planszy i na nie wskazuje> grawitacja nieistnieje! <Halloway szybko i kilkukrotnie przekreśla napisane słowo> Do dysku przyciąga nas <Halloway pisze pod spodem> gęstość! Jeśli coś lub ktoś ma jakąś masę, to gęstość pozwala mu zostać na Ziemi. Czy to jest jasne?!
W tym momencie w kadrze pojawia się Tony Leone, ubrany w elegancki garnitur, pod krawatem, z rękoma założonymi za plecami. Don powoli zbliża się do Dereka i z uznaniem delikatnie potrząsa głową. Z jego twarzy można wyczytać, że jest pod wrażeniem.
Tony Leone: Najmocniej przepraszam, że ośmielam się przeszkadzać, lecz nie zdołałem oprzeć się własnej ciekawości. Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę śmiałość, Derek. <miły uśmiech, skłon głową w kierunku Dereka, później w stronę telefonu> Słyszałem kilka ostatnich minut i muszę przyznać, że masz odwagę. Większość ludzi boi się zadawać pytania. Wolą przyjmować odpowiedzi, które ktoś podaje im na tacy. Ale nie Ty, Derek. I wiesz co? Zawsze doceniałem takich ludzi. Ludzi, którzy interesują się tym, co jest za kulisami. Ludzi, którzy nie dają się wodzić za nos. To niezwykle cenna cecha, pielęgnuj ją dobrze, Derek. Wiesz dlaczego? Bo jest Nas bardzo niewielu. U nas, na Sycylii, mówi się - Cu k surdu, orbu e ta – ci, campa cent' anni 'mpaci. To znaczy - Kto jest głuchy, ślepy i milczy, ten żyje sto lat w spokoju. Ale nie My, Derek, nie My. To jest łatwa droga, dla tych, którzy w tłumie zawsze będą patrzeć w jedną stronę i iść tam, gdzie ich prowadzą. Ale My zawsze odwrócimy głowę, żeby zapytać dlaczego każą nam iść właśnie tam, nieprawdaż? <szeroki uśmiech, krok w stronę Dereka> Dwa tygodnie temu niezwykle mi zaimponowałeś. Sam zaproponowałeś mi walkę o mistrzostwo Eternal. Czym zasłużyłem sobie na ten zaszczyt? <Tony robi dłuższą przerwę, ale nie pozwala odpowiedzieć Derekowi> Gdyby zrobił to ktokolwiek inny snułbym podejrzenia, że to wszystko skrzętnie zaplanowany spisek przeciwko mnie. Podstęp, którego mam się nie spodziewać. W końcu zawsze jest ktoś, kto pociąga za sznurki, czyż nie? Ale Ciebie nie mógłbym podejrzewać o bycie marionetką, co to, to nie. Dlatego dzisiaj nie przychodzę tutaj jako Twój przeciwnik. Przychodzę jako partner biznesowy, bo na Heatwave będziemy mieli ze sobą interes. <Tony wskazuje na pas Eternal> Ten piękny tytuł. <pauza> Ty go masz. <pauza> Ja go chcę. <pauza> I uważam, że obaj jesteśmy wytarczająco inteligentni, aby nie robić z tego sprawy osobistej.
Derek Halloway: Od razu Ci mówię, mnie nie nabierzesz na te swoje „dobre” intencje i stonowany głos. Jakoś gdy nasyłałeś swoje pieski na mnie, Brutala i Edgara, to gdzieś zapomniałeś o tych manierach. Brutalność pod płaszczykiem elegancji. Typowy przedstawiciel loży P2, któremu odbiła palma i z przybocznymi myślą, że będą siać terror. Przejrzałem was, nie jesteście dla mnie niczym więcej, niż trybikiem w całej tej machinie. Nie potrzebuję poklasku, znam wartość tego co wiem, mi nie potrzebna jest wiara w jakieś „spiski”. Zwyciężyłeś ostatnio miano walki ze mną o mój pas. Jeśli go chcesz <Derek staje twarzą w twarz z Tony’m i ponosi okulary na głowę> musisz pokonać mnie. Wyszło szydło z worka w ostatnim zdaniu. Pas jest dla Ciebie czymś co stawiasz ponad tę swoją, pozorną elegancję i zaczynasz tracić kontrolę. Nie jesteśmy tacy sami co udowodnię Ci już niedługo.
Uśmiech natychmiast znika z twarzy Tony'ego i wygląda na poruszonego, jego mina od razu staje się smutna, a Don z rozczarowaniem kręci głową.
Tony Leone: Dlaczego traktujesz mnie tak bez szacunku, kiedy przychodzę do Ciebie jako przyjaciel? Obrażasz mnie, nazywając faszystą, kiedy wyciągam do Ciebie rękę. <pauza, w końcu wzdychając, jak człowiek o dobrym sercu, który nie może długo się gniewać na przyjaciela Tony kontynuuje> Lubię Cię Derek. Naprawdę bardzo Cię lubię i byłoby mi okropnie przykro, gdyby przez taką drobnostkę wydarzyło się coś nieprzyjemnego. Uwierz mi, że pękło by mi serce, gdybym wszedł na Twoją kolejną transmisję, a ona nie mogłaby się odbyć przez Twoją niedyspozycję. Potrafisz sobie wyobrazić rozczarowanie tych wszystkich biednych ludzi, którzy tak bardzo na Ciebie liczą? Nie rób im tego, Derek. Tak jak wcześniej wspomniałem, wszyscy wiedzą, jak bardzo światłym człowiekiem jesteś. Zastanów się dobrze, czy branie przykładu z frustratów to, aby na pewno dobry pomysł. Do Heatwave mamy jeszcze trochę czasu.
Tony kończy rozmowę, poprawia mankiet koszuli i spokojnie rusza w stronę wyjścia. Przechodzi za plecami Dereka. W pewnym momencie zatrzymuje się. Spogląda dyskretnie w dół. Na jego twarzy pojawia się ledwo widoczny uśmiech. Tony jeszcze raz zerka w dół, po czym mówi.
Tony Leone: Obawiam się, że... <krótka pauza> Twoja wcześniejsza teoria dotycząca farszu może jednak wymagać ponownego rozważenia.
Tony lekko kiwa głową, jakby właśnie przekazał Derekowi niezwykle istotną informację.
Tony Leone: Miłego wieczoru.
Don odchodzi bez pośpiechu. Derek zostaje sam, kompletnie zbity z tropu i gwałtownie łapie się za dupę, a obraz z kamery gaśnie.
Singles Match
Jean-Pierre Dolnick vs Maxwell Ransom
Obaj zawodnicy są już w swoich narożnikach. Jean wygląda na niepewnego tego co go tu czeka (przy okazji nie udaje mu się zatuszować zesrania nadchodzącą walką). Maxwell jest skupiony i nie spuszcza oka z Dolnicka. W końcu wybrzmiewa gong i czas rozpocząć ten wyczekiwany pojedynek! Ransom z kamienną twarzą podchodzi w stronę Grubasa, ten woli jednak zostać przy kornerze i mówi do byłego przyjaciela, żeby "srali na to, bo po co się tłuc jak mogliby skoczyć na dobry obiad na przykład i w ogóle". Maxwell przystaje w końcu przy Dolnicku, który dalej pierdoli od rzeczy... I Grubas z Konga nagle wyprowadza Potężne Odepchnięcie! Ransom robi jednak unik i teraz to on kilkoma ciosami sprawia, że Jean-Pierre chwieje się na nogach. Mamy Irish-whip... I Lariat od Ex-Wilgotniaka! Big Jean jednak nie upada, a jego rywal sam teraz odbija się od lin i wyprowadza Running Lariat! Sytuacja nam się powtarza, a więc Maxwell kolejny raz bierze rozbieg, mamy odbicie... I Running Big Boot, który ostatecznie powala Dolnicka na matę! Grubas turla się w kierunku narożnika i tam próbuje wstać na nogi, zaś Ransom patrzy w kierunku dopingującej go widowni. Wyraz twarzy ma dalej poważny i łatwo odnieść wrażenie, że ten pojedynek nie sprawia mu frajdy. Dolnick jest już na nogach, co zauważa Big Handsome Man... I wbija się w przeciwnika Running Corner Splashem! Big Jean trzymając się za klatę odchodzi od kornera i od razu zostaje wyniesiony na barki pod Death Valley Driver! Ależ siła Ex-Wilgotniaka, który chwilę trzyma rywala w tej pozycji... Torn Picture connected! Aż zatrząsł się ring, ale nie ma się co dziwić, w końcu potężna masa wbiła się w matę! Jean-Pierre leży znokautowany, Maxwell kręci głową i patrzy z lekkim żalem na byłego przyjaciela... Po czym łapie go za rękę, a sam zapina Gogoplatę! Ależ radość wśród fanów w Houston, w końcu akcję tą wykonywał Undertaker, a później także Wes Wallace! Grubas natychmiast odklepuje! Big Handsome Man puszcza chwyt, sędzia bije w gong, to koniec! Maxwell Ransom po jednostronnej i jakże krótkiej walce pokonuje Jean-Pierre Dolnicka!
Ransom stoi chwilę i z dosyć poważną miną oraz założonymi rękami na biodrach zerka w stronę publiczności. Dolnick w tym czasie turla się w stronę narożnika, gdzie przysiada opierając się plecami o poduszki. Jean jednocześnie co chwilę kaszle i trzyma się za gardło, co obserwuje jego przeciwnik z dzisiejszej walki, który po chwili wychodzi z ringu i odbiera mikrofon od konferansjera. Gdy Maxwell jest już w kwadratowym pierścieniu powoli podchodzi w stronę Grubasa z Konga i staje 3 metry przed nim, nie spuszczając go jednocześnie z oczu...
Maxwell Ransom: Pozwól, ze nie usiądę zwracając się do Ciebie, Jean. Chcę, aby wyraźnie była zaznaczona różnica poziomów, która obecnie nas dzieli. *głośne poruszenie widowni* Co Ty w ogóle tu robisz? Po co wróciłeś... Jest coś więcej co Cię tu ściągnęło niż pragnienie popularności? Odbudowa zasięgów? Ach, no tak... Darmowy bufet. I kasa. Nie zapomnijmy o pieniądzach. *publika w szoku* Zapchać brzuch, wypchać kieszeń, pokazać w telewizji, że żyjesz, że tu jesteś... Nie, bardziej nazwałbym to egzystowaniem, bo z dawnego Jean-Pierre'a nie zostało praktycznie NIC. Ty obecnie po prostu istniejesz. I tyle. *kręci głową* Kiedyś to co robiłeś, miało sens. Miało WIELKI, GŁĘBOKI SENS, bo wszystkim zapewnialiśmy najwyższy poziom rozrywki. Pisali o nas, rozmawiali, nasz duet przewijał się dosłownie wszędzie, nasze teksty stawały się viralami w sieci. Dawaliśmy ludziom TO COŚ! Dawaliśmy im oddech, chwilę zapomnienia od codziennego życia, problemów. To jest właśnie SENS! Rozumiesz? *głębszy oddech* Potoczyło się to dalej różnie, mieliśmy wspólną walkę, jej piękne zakończenie... Jean, nawet później, gdy pewne rzeczy zaczęliśmy robić solo, wyglądało to zupełnie inaczej. Widać było w Tobie pasję, rozumiesz? PASJA, tego nie da się zastąpić... *zerka prosto w oczy Dolnicka* To co spotkało mnie i jak potoczyła się nasza znajomość w ostatnim roku, to jest zupełnie inna sprawa... Ja się po prostu pytam do cholery, co się stało z Tobą? Szwendasz się bez celu po zapleczu, żresz na potęgę... Żresz, szwendasz się. Żresz, szwendasz się. Żresz, szwendasz się. I tak w kół... Nie! Wyszedłeś jeszcze parę razy do ringu, w końcu tutaj o to w tym przede wszystkim chodzi, prawda? A powiedz mi, co Ci się udało w związku z tym? Bo mi się wydaje, że masz na koncie więcej porażek, niż liczbę prostych punchy, które udało Ci się wykonać. *żywa reakcja widowni* Z reszta, sam fakt, że gadam teraz dłużej niż trwała nasza "walka" bardzo dużo mówi. *jeszcze głośniejsza reakcja, Maxwell robi chwilę przerwy* Prawda jest taka Jean, że bardzo dużo rzeczy... Po prostu spierdoliłeś. *Ransom ogląda się na publikę, która jest w ogromnym szoku* Hej! Możemy myśleć co chcemy, ale prawda jest taka, że Jay DiMateo ma rację. Każdy z nas to robi, wszystkim nam mogą puścić hamulce, jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoje ograniczenia i emocje, chcemy tego czy nie. Uważacie, że takie słowa są do mnie niepodobne? A jak ja mam trzymać nerw w ryzach *wskazuje na Dolnicka* po tym jego popisie z zeszłego Elysium? To był kolejny raz, kiedy nie wziął jakkolwiek na poważnie tego co mówię! Ile można? *poruszenie widowni* Wy to wiecie, wy to rozumiecie, wy mnie wspieracie i macie za to moją największą wdzięczność. ZAWSZE. *ponownie patrzy na Dolnicka* Ale Ty Jean? Względem nas powiedziałem już dużo, względem Ciebie prywatnie też. A co do twojej "starannie wykreowanej persony"... To nie jesteś już nawet karykaturą celebryty. Kompromitujesz się. I w ten sposób stracisz wszystko. Powinieneś zaszyć się w swoim pokoju, zająć dalej streamowaniem... I dla swojego dobra po prostu stąd odejść.
I w tym momencie Ransom wyrzuca mikrofon i opuszcza kwadratowy pierścień! Publika jest potwornie poruszona i zszokowana, ludzie kompletnie nie wiedzą jak zareagować. Maxwell też widać, że ciężko radzi sobie z emocjami schodząc na zaplecze, zaś Dolnick nadal siedzi w narożniku i wygląda, jakby otrzymał największy cios w całym swoim życiu, prosto w serce. Obraz z kamery gaśnie...
Pan Terry zabrał głos - "To koniec pewnej ery, Don Dan znika z wrestlingu!"
Tag Team Match
Derrick Mantel & El Garra de Gato vs Mike F'N Brutal & Edgar Dickinson
Wracamy po reklamach do ringu, gdzie El Garra odbija się od lin i przebiega pod ręką Brutala, który atakuje go Clotheslinem. Ponowne odbicie od lin, znów unik, ale tym razem Kociarz chwyta za brzuch przeciwnika stając za nim i próba German Suplexu. Jednak nie, Mike zapiera się nie dając się wynieść. Teraz wyprowadza stomp na stopę przeciwnika. Meksykanin puszcza przeciwnika i podskakuje trzymając się za bolącą nogę. Extremaniac chwyta przeciwnika za głowę jedną ręką i wyprowadza punch. Za chwilę kolejny i dokłada jeszcze Headbutt na to wszystko. Po tym ataku Kociarz pada na matę, a Mike zmienia się z Edgarem. Ten wskakuje na szczyt narożnika i mamy Diving Splash na leżącego rywala. Próba pinu, 1… 2… nie, Kickout. Poeta podnosi przeciwnika na nogi Irish Whipem wysyła go na liny. W momencie odbicia się Derrick zmienia swojego Tag team partnera. Irlandczyk tego nie zauważa i dokłada jeszcze Dropkick dla El Garra. Edgar wstaje, a Mantel wpycha przeciwnika do narożnika. W tej chwili od razu dokłada Step-up Enzuigiri. Dickinson pada na matę, a Normal Guy odbija się od lin i dokłada Running Senton. Próba pinu 1… 2… nie, Kickout. Brutal już prawie wszedł do kwadratowego pierścienia by zainterweniować, ale się powstrzymał. Derrick staje przy linach i oczekuje, aż jego oponent wstanie. Gdy się to dzieje, Mantel dokłada jeszcze Discus Lariat! Ależ mocny atak. Teraz jednak Amerykanin nie próbuje ponownie przypiąć tylko ustawia się w okolicy swojego narożnika i oczekuje, aż rywal się podniesie. Szykuje się Head Crusher! Jednak tym razem to Kociarz robi sneaky zmianę. Sędzia zatwierdza innego legalnego zawodnika w ringu, a Mantel odwraca się do nich i zaczyna się kłócić to z sędzią, to z El Garrą. Meksykanin wchodzi do ringu i pokazuje, że to on teraz tutaj będzie rozdawał karty i żeby spadał. Derrick patrzy zrezygnowany po publiczności i popycha swojego tag team partnera. Luchador z urażoną dumą chce ruszyć na Mantela, ale sędzia staje między nimi, a Amerykanin macha ręką i przechodzi na apron. Kociarz odwraca się do już klęczącego przeciwnika. El Garra ustawia rywala pod Garra Slam! Jednak nie, Dickinson wyprowadza trzy łokcie na głowę przeciwnika, po czym ten odpuszcza. Irlandczyk teraz dokłada jeszcze Plot Twist! Następuje szybka zmiana z Brutalem, który wchodzi do ringu, popycha przeciwnika na liny i wyprowadza na nim Factory Reset! Kociarz już leży mocno poobijany, ale Mike jeszcze raz zmienia się z Edgarem, który teraz wdrapuje się jeszcze na narożnik. Czy będzie The End?! Tak! Mamy The End! Próba pinu, 1… 2… 3?! Tak, to koniec tej walki!
Pisarz oraz Extremaniac z uznaniem kiwają do siebie głową, a po chwili sędzia unosi ich ręce do góry w geście zwycięstwa. Radość nie trwa jednak długo, bowiem rozbrzmiewa Carl Orff - O Fortuna a na rampie pojawia się Vincenzo Vizzini, który niedługo ma stoczyć walkę! Mężczyzna jest oczywiście ubrany jak przystało na członka The Outfit. Pod krawatem, w eleganckim kapeluszu. Tuż za nim stoi jego partner, Enzo Sacrale, który ubrany jest równie elegancko, w błękitną marynarkę. Zrównują się po chwili i razem wchodzą do ringu. Mesina ma już w ręku mikrofon, obaj stają na przeciwko napiętych Edgara oraz Mike'a, atmosfera jest tak gęsta, że można by ją było ciąć nożem.
Enzo Sacrale: Na początku pragnę się przywitać ze wszystkimi. Co prawda, Tony zrobił już to w imieniu całej naszej organizacji, jednak kultura wymaga, abym uczynił to również osobiście. *lekko kiwa głową w stronę widowni oraz dwójki rywali* Istotny jest fakt, że głęboko wierzę. *chwyta za medalik* Głęboko wierzę nie tylko w Biblię, ale również w ludzi i to, że należy dawać im szansę. Don Leone zdążył nas przedstawić, a ja liczę, że nie każdy jest takim ignorantem jak Generalny Menadżer i zdołaliście zapamiętać moje imię, z czystej, ludzkiej przyzwoitości. Z resztą, wasza dwójka już przekonała się, że to wręcz powinność... *z uśmiechem gładzi się po łokciu* Nasze pierwsze spotkanie nie należało do przyjemnych. Rozumiem żal, niechęć i frustrację, niechciane emocje są w końcu mankamentem każdego człowieka... Tony jednak klarownie przedstawił nasze intencje. Umiejętność słuchania kłania się w pas. *spogląda na Brutala* I na tym wszystko mogło się zakończyć. Nie... Na tym wszystko POWINNO się zakończyć. Jasno musi wybrzmieć, że to WY postanowiliście napisać kolejny rozdział tej opowieści. *spogląda na Edgara* To również z waszej inicjatywy dojdzie do kolejnego spotkania w Houston, podczas Heatwave. *ogląda się na Vincenzo* Nie będziemy uciekać. *wskazuje palcem ku górze* Bóg ześle na was wyrok, a my dokonamy egzekucji. Dokona się to na wasze życzenie. Z największą przyjemnością wymierzę boską karę wam i każdemu, kto będzie stanowić naszą przeszkodę. Wszyscy powinni to dobrze zapamiętać... *ogląda się po rywalach* Dzisiaj jednak sytuacja ma się inaczej, a ja mam zaszczyt przedstawić stanowisko The Outfit... Otóż tego wieczoru postanowiliśmy wdrożyć zasadę nietykalności, co jak widać, zdołaliśmy już udowodnić. Liczymy, że z aprobatą przyjmiecie tą drobną uprzejmość i zostanie zastosowana tutaj wzajemność. Zależy nam, aby na równych warunkach podejść do naszego pojedynku, po koleżeńsku. *uśmiech*
Nikomu nie potrzebne są specjalistyczne przyrządy optyczne, żeby dojrzeć, iż na twarzy Mike F’N Brutala rozbłysła purpura. Wyraźnie wskazująca, że już za chwilę dojdzie do złamania wszelkich zasad nietykalności, jak nie na poziomie fizycznym to na pewno na werbalnym. Zdziwić można się jednak, bowiem zanim Król Ekstremy zdążył się odezwać, jego wymalowany towarzysz wystąpił krok na przód i natychmiast zaczął tyradę.
Edgar Dickinson: Jedynym Bogiem tutaj jestem JA! Nieistotne jak wysoko się wespniesz, to nie będzie tam niczego poza mną! Nie wiem dalej skąd się tutaj wzięliście i co robicie w mojej opowieści, ale jesteście tylko krótkim apokryfem. Błędem, wykolejeniem, pomyłką, chochlikiem czy inną kaczką dziennikarską. *Dickinson po tym wstępie, wziął głęboki oddech i przymknął na chwilę oczy* Panie Enzo, Panie Vincenzo. Co mam na myśli, to że wraz z waszym liderem, jesteście w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Nie mam wątpliwości, że sami z pewnością, kiedyś natrafiliście na kogoś w takim właśnie położeniu. Wiecie też na pewno, jaki los zwykle takie zbłąkane postacie czeka. Problem jest jedynie w tej materii, że Panowie odmawiacie przyjęcia do wiadomości, że nie powinno was tutaj być. Nie interesują mnie więc powody waszej tutaj obecności, ani wasze plany i poglądy. Jedyne co się liczy, to żebyście Panowie zostali odstawieni poza tory tej historii, i żebym załatał to co zdążyliście już zniszczyć. *Poeta zbliżył się do rywali o kolejny krok* Wysłanie mnie do szpitala dało wam ładną chwilę, zanim zdążyłem się zorientować co się dzieje. Ale ten czas się skończył, to jest moja opowieść *Artysta wskazał na przestrzeń dookoła siebie, co fani skwitowali cheerem* jesteście dla niej jak drzazga, której pozbędę się ekstruzją lub siłą.
Enzo Sacrale: Doceniam sztukę, naprawdę. Rzeźba, pismo, muzyka, piękno potrafi mnie fascynować. Czyż nie znaleźliśmy czegoś, co nas łączy, Panie Edgarze? *uśmiech* Obecnie jednak czuję ten gorzki, lekko stęchły zapach. Mówił o nim Don Leone. To frustracja, a wypływa ona z każdego otworu twojego ciała, powoli wypełnia arenę i wręcz mam wrażenie, jakby niedługo miała zalać nas wszystkich! *przymyka oczy* Widzę to oczami wyobraźni... W końcu nie jeden artysta potrafił zatapiać gniew, smutek i bezsilność. *uśmiech* "Zazdrość jest zgnilizną kości". Boli Cię, że tak naprawdę to Ty stałeś się nieświadomym plagiatorem. Że The Outfit Cię uprzedziło. Że musiałeś spalić to, co sobie wyimaginowałeś, i przeniosłeś na papier, bo nie zdążyłeś tego ukazać światu. To są interesy, Panie Poeto. Nie każdy może być w pełni szczęśliwy. Muszą być przegrani, a w najlepszym przypadku mniej usatysfakcjonowani. My osiągniemy to co zamierzamy niezależnie od tego, jak będziesz się zapierał. Możesz próbować napisać kolejną opowieść, żywic przekonanie, że zmienisz tym bieg wydarzeń... ale nic to nie da. *wzrusza ramionami* Mimo wszystko The Outfit nie zależy na kolekcjonowaniu wrogów, dlatego będę miał dla Ciebie poradę. Brzmi sympatycznie, czyż nie? *unosi brwi* Wyjdź do ringu podczas Heatwave, zrób to, w co wierzysz... I odpuść. W końcu wszyscy dobrze wiemy, jak to się skończy. Wyjścia masz dwa, albo pogodzisz się ze swoim losem sam... albo z naszą pomocą. *Enzo spoważniał jeszcze bardziej i przybliża się do Edgara* A za to bluźnierstwo, którego się dopuściłeś... Osobiście dopilnuję, żebyś miał bardzo dużo czasu na godzenie się z upadkiem twojej opowieści.
Enzo wygląda jakby miał złamać dane słowa i zapomnieć o wspomnianej wcześniej nietykalności, jednak w porę wyłapuje to Vincenzo, który również robi dwa kroki w przód i wkłada rękę między Sacrale i Edgara, posyłając chłodne spojrzenie w stronę kompana. Ten je odwzajemnia i kiwa głową do Vizziniego, po czym zgodnie obaj lekko się wycofują. Wszystkiemu przyglądał się Brutal. Mike widząc całą sytuację był także przygotowany do ataku i stanął obok Dickinsona. Kiedy sytuacja lekko się uspokoiła i napięcie minimalnie opadło, to South Philly Scumbag postanowił zabrać głoś, jakby był już zniecierpliwiony tym, co do tej pory usłyszał.
Mike F'N Brutal: Dobra... dobra, wystarczy, bo ludzie z widowni zaczynają wychodzić na siku, albo po napoje. *cheer* Słucham was już od kilku minut i mam wrażenie, że próbujecie zrobić z prostego wpierdolu jakieś cholerne objawienie. Bóg, wyrok, egzekucja, nietykalność... Chłopaki, ja naprawdę leję na to wszystko. Chcecie żebyśmy zostawili was w spokoju? Świetnie. Wy możecie zrobić to samo. Tylko jest jeden maciupeńki problem... ja wcale nie mam ochoty wam niczego odpuszczać. Wkurwiliście mnie. Wkurwiliście pisarzynę. Wleźliście na nasze podwórko z przytupem i teraz będziecie musieli za to zapłacić. Mam tylko jedno zasadnicze pytanie. Od początku słyszę Sacrale to, Sacrale tamto, a wcześniej Leone siamto... Czy tylko Sacrale potrafi mówić w tym waszym duecie? Gdzie w tym wszystkim jest Vizzini? A może powinniśmy gadać po makaroniarsku, bo nasz język jest dla niego troppo complicato?
Sacrale znowu podnosi mikrofon do ust, jednak w tym momencie Vizzini kładzie dłoń na górze mikrofonu i spojrzeniem daje Enzo znać, że czas na to by zabrał głos. Mesina tylko się uśmiecha i oddaje Vincenzo mikrofon.
Vincenzo Vizzini: Proszę bardzo. Mam w ręku mikrofon i przemawiam. Czy jesteś teraz usatysfakcjonowany? Czy Twoje małe, kruche ego zostało w tym momencie wystarczająco podbudowane? *Vincenzo postępuje dwa kroki do przodu, stając na przeciwko Brutala* Jak widzisz mówimy w tych samych językach. Angielski, to sprawa oczywista. Włoski - tu muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Ale nie wiem czy masz świadomość, że mówimy jeszcze w jednym, wspólnym języku. *Vincenzo nachyla się do Brutala i patrzy mu głęboko w oczy* Moim ulubionym - języku przemocy. Już za tydzień na Heatwave przekonasz się o tym na własnej skórze. Udzielę Ci małych korepetycji. Ale jeśli tak bardzo pragniesz zobaczyć mnie w akcji to proszę, zostań w pobliżu i bądź świadkiem mojego małego pokazu. Zobacz, co swoją impertynencją i porywczością ściągnąłeś na waszą dwójkę. A jeśli nie <spogląda na Edgara> to prosiłbym was, intruzów, o wycofanie się z naszej historii. Bo ten rozdział należy do The Outfit.
Vizzini oddaje mikrofon w ręce Mesiny, po czym ściąga kapelusz oraz okulary i te układa pod ringiem. Chwilę później jednym ruchem ręki zrywa z siebie marynarkę, którą przewiesza na narożniku. W tym momencie wybrzmiewa Doli - Jebać Dorosłość a na rampie pojawia się Elias Shadow! Vizzini odpina zapinki, po czym podwija rękawy, a pozostała trójka mierzy się tylko spojrzeniami, po czym opuszcza ring. Czas na reklamy.
Pecorino Romano za jedyne 67,67ZŁ za 100G!
Singles Match
Vincenzo Vizzini vs Elias Shadow
Rozbrzmiewa gong, co oznacza początek pojedynku. Elias niezwykle pewny siebie podchodzi do środka ringu, po czym... Oczywiście, że tak, robi 67! A potem zaczyna krzyczeć coś o kukurynach czy jakimś innym gównie. Vizzini tylko podnosi lekko brew, wyraźnie niczym niewzruszony. Shadow na pewniaczka podchodzi jeszcze bliżej, jednak Włoch nagle odpala i bez żadnego znaku ostrzegawczego rusza na młodzieńca, wykonując Front Dropkick! Ale urwał! W sensie Eliasowi łeb, prawie urwało. Rozpoczyna się zabawa w kotka i myszkę. Zanim Lone Wolf jest w stanie podnieść się ponad pozycję siedzącą, otrzymuje Penalty Kick prosto w plecy! La Macchina bez żadnego zawahania chwyta obie dłonie i zaczyna je rozciągać do tyłu. Chwilę później zaczyna również używać kolana, które raz po razie wbija się w kręgosłup Eliasa! W końcu puszcza ofiarę, która osuwa się na matę, a Vincenzo bez żadnego zawahania zaczyna wykonywać całą serię Stompów na kark Beta Wolfa! Sędzia zaczyna odliczać, upominając cały czas Mafiozę o łamaniu zasad. W tym momencie stojący obok ringu Enzo pokazuje na zegarek, dając kompanowi znać, że powinien przestać się wygłupiać bo czas ich nagli. To w końcu wyrwało Il Freddo z transu. Momentalnie zapiął Death's Touch, czego Elias już nie wytrzymał, od razu odklepując!
Vizzini puszcza uchwyt od razu po usłyszeniu gongu i staje na baczność. Sędzia unosi jego rękę w geście zwycięstwa, Carl Orff - O Fortuna rozbrzmiewa w tle, a po chwili dołącza do niego w ringu Mesina, który wyciąga z wewnętrznej kiszeni marynarki różę i układa ją na ciele pokonanego Eliasa.