Legion Pro Wrestling
Legion Pro Wrestling E-Fed Tygodniówki Elysium #4 - Houston, Texas - 29.08.2026r.

Elysium #4 - Houston, Texas - 29.08.2026r.

Elysium #4 - Houston, Texas - 29.08.2026r.

Strony (2): 1 2 Dalej
29.08.2026, 21:11
#1
Earlier Tonight...

Drzwi do garderoby Edgara otwierają się bez pukania. Mike F'N Brutal wchodzi do środka, trzymając w dłoni butelkę wody. Rozgląda się po pomieszczeniu, po czym dostrzega Dickinsona i od razu kieruje się w jego stronę.

Mike F'N Brutal: Ty, poeta! Jest robota do zrobienia! Załatwiłem nam elegancką walkę. El Garra de Gato i Derrick Mantel. Dwóch chłopów z opiniami. Hardkorowy test przed Heatwave. Sprawdzimy, czy faktycznie potrafimy się dogadać, zanim przyjdzie czas na pływanie z rekinami.

Extrememaniac robi krok w bok popijając wodę, ale po chwili zatrzymuje się i spogląda ponownie na Edgara. Przez moment przygląda mu się w milczeniu, jakby właśnie coś sobie przypomniał.

Mike F'N Brutal: Ale tak właściwie... jest jedna rzecz, która od jakiegoś czasu mnie gryzie. Po cholerę ty właściwie zgodziłeś się być partnerem tego brytyjskiego szczura Sabre'a?

Artysta bardzo powoli odstawił filiżankę z kawą na spodek. Równie powoli oderwał wzrok od rozłożonej pośród kosmetyków książki. Finalnie skierował spojrzenie na swojego gościa.

Edgar Dickinson: Dzień dobry Panie Brutal. Usiądź proszę *poeta wskazał na fotel stojący w kącie garderoby* Widzę, że o nawodnienie dbasz samodzielnie, gdybyś jednak miał ochotę na coś innego to chętnie poczęstuję, kawą, herbatą lub czymś mocniejszym. Od razu jednak odpowiadając na wszelkie twoje pytania i wątpliwości. Uważam, że to dobry pomysł, żebyśmy stoczyli mały pojedynek testowy, chociaż obawiam się, że nasi rywale są jeszcze mniej zgrani. Kto by pomyślał, prawda? W każdym razie, musimy się oglądać za siebie tego wieczora Panie Brutal. Jeśli zaś chodzi o Pana Sabre. Cóż, miałem wobec niego pewne plany. Miał sięgnąć po mistrzostwo i potem mnie wyznaczyć na pretendenta. Ten wątek musiałem jednak wyrzucić do kosza… Chciałbym jednak pewną rzecz rozwiać, ostatnio wtargnąłem na twój pojedynek w stanie hmmm nieoptymalnym. Musiałem to jednak uczynić, zakończenie tego wieczora byłoby gorsze niż tylko zderzenie potylicy z krzesłem.

Mike F'N Brutal: No dobra, chociaż jedna rzecz się zgadza. Ta walka będzie swego rodzaju testem. I właśnie dlatego ją załatwiłem, bo chcę wiedzieć, czy mogę na Tobie polegać, zanim przyjdzie czas na makaroniarzy. Bo dzisiaj nie interesuje mnie kto jest bardziej efektowny, kto ma lepszy rekord czy kto potrafi ładniej paplać do mikrofonu. Jak zacznie się hardcore to chcę wiedzieć, czy człowiek stojący obok mnie dalej będzie stał obok. A co do Sabre'a... dobra, niech będzie. Wrestling to wrestling. Pas, historia, możliwość zapisania kolejnego rozdziału. Każdy z nas ma jakiś powód, dla którego tu jest. Ale wiesz co? Mam w dupie, czy Zack miał dla Ciebie pas, złote góry czy obiecał Ci własny pomnik przed siedzibą LPW. Po tym, co odwalił sam nasikał na swoją historię. Ale jest jedna rzecz, która zaczyna mnie w tym wszystkim naprawdę wkurzać. The Outfit. Widziałem już takich jak oni. Wchodzą na cudzy teren, robią bałagan, stawiają swoje zasady i zachowują się, jakby od teraz wszystko należało do nich. I nie podoba mi się to. Nie dlatego, że przestrzegam zasady. Nie przestrzegam, urodziłem się po to, żeby je łamać i pamiętam, że sam narobiłem tutaj wystarczająco dużo gówna. Ale Elysium zaczyna być naszym miejscem. Ja i ci ludzie na trybunach chcą zobaczyć czym ten brand może się stać, kiedy to my zaczniemy go układać. Nie Leone. Nie jego garniturowe przydupasy. My. Ludzie, którzy wychodzą tutaj i ryzykują własnym zdrowiem, żeby to wszystko miało jakikolwiek sens.

Na twarzy Brutala w tym momencie pojawia się lekki, krzywy uśmiech.

Mike F'N Brutal: Więc dzisiaj zrobimy im małą lekcję. A potem zobaczymy, kto jeszcze będzie chciał nam tłumaczyć jak to miejsce ma wyglądać. Do zobaczenia na ringu, literacik. I pilnuj pleców, bo mam wrażenie, że dzisiaj ktoś będzie chciał nam bardzo dokładnie pokazać, gdzie jest nasze miejsce.

Poeta odprowadził wzrokiem swojego drużynowego partnera, kiedy ten opuszczał jego garderobę, równie bezpardonowo jak do niej wkroczył. Artysta chwilę jeszcze spoglądał, na drzwi których Mike za sobą nie zamknął. *O tempora, o mores* mruknął do siebie pisarz, po czym wrócił do swojej kawy. Przez chwilę wyglądał, jakby miał dalej pozować na członka królewskiego podwieczorku, jednak jego mina w końcu stężała. Edgar odstawił filiżankę na spodek i zaczął bębnić palcami o blat, intensywnie wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Po chwili wstał i zaczął przetrząsać, stojący pod ścianą,  kufer, jakby intensywnie czegoś poszukiwał.

[Obrazek: cNDyCwA.png]

Widzimy piękne ujęcie areny, w której odbywa się dzisiejsza gala, oświetlony budynek robi naprawdę duże wrażenie, tuż po zachodzie słońca. Teraz obraz zjeżdża nieco bliżej i możemy obserwować, że na dachu przebywają jacyś ludzie. Wygląda na to, że na coś się przygotowują. Nagle ujęcie z drona zmienia się na ujęcie z kamery ręcznej - możemy zobaczyć, że na szczycie budynku atmosfera jest mocno napięta, ów ludzie to prawdopodobnie pracownicy Legion Pro Wrestling. W dalszym planie widzimy również Nicka Aldisa, który jest tam w otoczeniu paru ochroniarzy. Nagle słychać jednak głos jednego z mężczyzn, który właśnie wpatruje się w niebo przez długą lornetę.

Pracownik LPW: Lęcą! Lecą! Widać ich! Dawajcie znać na dół!]

W tym momencie obraz z kamery ponownie się zmienia i mamy szybkie, biegnące wręcz ujęcie, które ukazuje nam zaplecze dzisiejszego widowiska, dwóch mężczyzn zajmuje się nagłośnieniem, słychać jak potwierdzają sobie nawzajem, że "wszystko jest ok", po chwili jesteśmy już na korytarzu, gdzie widzimy jakieś 40 dzieciaków, które biegną w stronę gorilla position - tam czekają na nich już producenci, którzy wyglądają na lekko zdenerwowanych, ale jednocześnie zafascynowanych całą tą sytuacją. Jeden z nich daje znak kciukiem uniesionym w górę, że są gotowi, następnie naciska przycisk, który znajduje się przy wejściu i w głośnikach na arenie rozbrzmiewa TEN UTWÓR i widzimy, że dzieciaki wybiegają na arenę i ustawiają się wokół ringu. Każde dziecko ma na sobie białą koszulkę z jakimś cytatem filmowym, w oczy rzucają się chociażby "You can't handle the truth!", It is the quality of one’s convictions that determines success, not the number of followers", czy "Quid pro quo—I tell you things, you tell me things". Atmosfera wśród kibiców robi się coraz bardziej gorąca, a my ponownie mamy ujęcie z drona i obserwujemy...zbliżający się helikopter! Maszyna powoli zbliża się do lądowania, w wyznaczonym do tego miejscu, a oficjele LPW ostrożnie podchodzą bliżej. W końcu śmigła przestają pracować, a z pokładu helikoptera wyłania się postać. Ma na sobie długi czarny płaszcz z kapturem, po chwili jednak odchyla go i widzimy, że jest to James River Waters we własnej osobie! W środku areny słychać ogromny wręcz wrzask i kamera ponownie kieruje nas właśnie tam. Kibice bawią się na trybunach w rytm przeboju Journey, a na titantronie wyświetla się film, który pokazuje niektóre walki Watersa w WCW. Po mniej-więcej dwóch minutach ekran robi się czarny, a muzyka cichnie. W hali zapada kompletny mrok, który jednak dość szybko wypełniają unoszące się w rękach fanów smartfony, praktycznie każdy włącza latarkę w swoim telefonie, a napięcie sięga zenitu.

Nagle słychać to, na co wszyscy czekaliśmy - PHANTOM OF THE OPERA! Ponownie słychać wrzask kibiców, a dzieciaki zebranie wokół ringu zaczynają biec w stronę titantronu, tam zaś pojawia się specjalna platforma z wielkim czarnym gargulcem zamontowanym na przodzie. Na niej widzimy oczywiście Jamesa Rivera Watersa. Wśród braw i krzyków wjeżdża on powoli na arenę, będąc przy ringu opuszcza on platformę, po tym jak obsługa otworzyła mu drzwiczki zamontowane z prawej strony. "Madman" wychodzi na wszystkie cztery narożniku po kolei, witając się z kibicami, Ci odpłacają mu potężną reakcja, która ewidentnie wywołuje emocje u Watersa. Widzimy nawet, że chyba uronił on łzę, bo ociera policzek. Gdy sytuacja nieco się uspokaja, James River zdejmuje płaszcz i możemy zaobserwować, że ma na sobie czarną koszulkę z białym napisem "Just when I thought I was out, they pull me back in". Były MISTRZ ŚWIATA WAGI CIĘŻKIEJ uśmiecha się teraz i prosi obsługę o mikrofon, ten natychmiastowo pojawia się w jego ręce i w końcu możemy posłuchać, co po tym wszystkim ma do powiedzenia James River Waters, który raz jeszcze się uśmiecha, a następnie prosi publiczność, by ta dała mu dojść do głosu...

James River Waters: Chcia...

Waters nie zdąża dokończyć pierwszego słowa. Mata przy jego nogach nagle się wybrzusza, przebija ją potężna dłoń, która zaciska się na kostce Madmana. James próbuje złapać się lin, ale kolejne szarpnięcie przewraca go na plecy, a chwilę później zostaje wciągnięty przez rozerwaną matę pod ring! Wokół zaczyna się chaos. Dzieci stojące przy ringu są natychmiast wyprowadzane przez ochronę i pracowników LPW, podczas gdy spod konstrukcji dochodzą kolejne potężne uderzenia. Ring drży, słychać brzęk metalu, głuche huki i krótkie odgłosy szamotaniny. Nagle wszystko cichnie. Po kilku sekundach jeden z kamerzystów ostrożnie podchodzi bliżej rozerwanej maty. Na razie kamera nie jest w stanie zarejestrować żadnego obrazu. Nagle z dziury wyłania się głowa James'a, a następnie jego barki, oraz ręce. Kamera cofa się lekko, idealnie w momencie w którym ciało Watersa zostaje wyrzucone w powietrze i z głuchym łupnięciem upada na ring! Tymczasem przez dziurę powoli wyłania się Silas Crowe. The Uncured chwyta krawędzie płótna i wciąga się do ringu, po czym prostuje nad leżącym Watersem, który jest cały zakrwawiony. W tym samym momencie na rampie pojawia się Dr Victor Kline z dyktafonem w jednej dłoni i mikrofonem w drugiej. Zatrzymuje się, patrzy na Silasa, a potem na Madmana.

Dr Victor Kline: Terapia rozpoczęta.

Obraz z kamery momentalnie się urywa.

Video Promo

Kamera przenosi nas do bogato zdobionej sali. Czuć bogactwo, kiedy rozejrzymy się po otoczeniu. Wysoki sufit, na ścianach znajdują się portrety przodków naprzemiennie z gobelinami. Na podłodze znajduje się marmur, a na końcu pomieszczenia stół z bogatymi złotymi zdobieniami. O stół jest oparta laska Margaux, przy jednym z krzeseł przy stole siedzi Lord Sebastien. W ręku obraca kieliszek z winem.

Lord Sebastien: McŁowicz, człowiek, który całe swoje życie spędził przy kuchennym blacie. Nauczył się jak z tanich składników zrobić coś co można położyć na talerzu. Niestety na tym się już kończą mocne strony McŁowicza.

Lord podnosi kieliszek do góry i bierze delikatnego łyka wina.

Lord Sebastien: Twoimi dwiema głównymi cechami są głupota i odwaga. Jesteś odważny, bo wydajesz się nie obawiać przed konfrontacją ze mną, a ja na twoim miejscu zdecydowanie bym się tego obawiał. Jesteś głupi, bo myślisz, że możesz tak po prostu odmówić komuś takiemu jak ja. Ale trochę Ciebie rozumiem. Ty nie walczysz ze mną dlatego, że wierzysz, że możesz ze mną wygrać. Walczysz, bo zostałeś wychowany w świecie, w którym tacy jak Ty muszą chwytać się każdej okazji, żeby choć przez chwilę poczuć się równymi ludziom takim jak ja.

Teraz Lord wstaje i podchodzi do jednego z portretów znajdujących się na ścianie. Kontynuuje cały czas przyglądając się portretowi

Lord Sebastien: Spójrz, McŁowicz. To są moi przodkowie. Pokolenia ludzi, którzy budowali majątek, pozycję i własne nazwisko. Budowali też historię świata, w którym żyjemy. Możesz o tym opowiedzieć co najwyżej przy niedzielnym obiedzie swojej rodzinie. Ja jestem częścią tego. A co jest twoim osiągnięciem, McŁowicz? Zrobienie komuś obiadu? Właśnie dlatego uwielbiam stawkę tej walki.

Lord bierze kolejnego łyka wina, wraca do stołu i ponownie do niego zasiada.

Lord Sebastien: Już na najbliższym Elysium pokonam Ciebie w walce, a Ty zostaniesz moim kucharzem. Będziesz wstawał codziennie rano, wiedząc, że pracujesz dla człowieka, któremu odmówiłeś, ale ta odmowa nie miała żadnego znaczenia. Będziesz gotował moje śniadania, moje obiady, moje kolacje. I za każdym razem, gdy wejdziesz do mojej kuchni będziesz pamiętał jedną rzecz. Że pewnego czasu kucharz pomylił swoje miejsce ze stołem pańskim. Przywrócę właściwy porządek na Elysium. Szlachcic na swoim miejscu, służba na swoim. Lepiej dobrze zapamiętaj te chwile. To ostatni czas, kiedy możesz poczuć, że jesteś kimś więcej niż rzeczywiście jesteś.

Po tych słowach Lord machnął ręką jakby chciał przepędzić kamerzystę, a ten posłusznie wychodzi z pomieszczenia. W kadrze widzimy jeszcze jak Lord delektuje się winem w swoim kieliszku, a obraz z kamery powoli gaśnie.

Houston, mamy problem. Dziura w ringu, powtarzam dziura w ringu!

Video Promo

Kamera przenosi nas do ciemnego pomieszczenia, nie widzimy zupełnie nic. Po chwili zapala się lampka i możemy dostrzec... Zaraz, zaraz! Czy to dawno niewidziany Eli Cottonwood? Tak! Olbrzym ze złowrogim spojrzeniem zerka w obiektyw, po czym gładzie się po wąsie...

Eli Cottonwood: Wąsy są oznaką prawdziwego mężczyzny. Ja je mam... I nie tylko ja. Nie jestem sam, jest nas więcej. Zamierzamy zdominować LPW. Niech każdy chłopak z gładką twarzą się strzeże, bo nikt nie będzie w stanie powstrzymać prawdziwej rodziny...

W tym momencie w tle pojawiają nam się sylwetki jeszcze trzech mężczyzn, każdy z nich również wygląda na olbrzyma, nie widzimy jednak ich twarzy. Eli dalej raczy nas groźnym spojrzeniem gładząc się powoli po wąsach, po czym obraz z kamery gaśnie...

Non Title Singles Match
Zack Sabre Jr. vs Derek Halloway

Kamera przenosi nas teraz do ringu, gdzie Zack Sabre Jr. znęca się nad Derekiem Halloway`em przetrzymując go na macie w Wrist Locku. Foliarz powoli wstaje z widocznym bólem na twarzy. Kiedy jest już na nogach to Zack wymierza serię ciosów pięścią w naciągniętą rękę Eternal Championa, a ten ponownie pada na ziemię. Derek wierci się z bólu i po paru sekundach doczołgał się do lin. Sędzia zaczyna odliczać. 1… 2… 3… 4… Zack puszcza po tym jak wykorzystał okazję do granic możliwości. Sabre odsuwa się parę metrów i wchodzi w dyskusję z sędzią. Halloway w tym czasie ma chwilę, żeby wstać. Kiedy Brytyjczyk zobaczył przeciwnika na nogach natychmiast odpycha sędziego i na niego rusza. Side Walk Slam od mistrza? Nie! Derek poczuł efekty dźwigni Zacka i puścił go w locie. ZSJ to wykorzystuje i wypłaca Pele Kick. Derek siada na dupie oszołomiony, a Anglik odbija się od liny i dokłada Penalty Kick. Zack teraz napawa się swoją dominacją w ringu na co fani reagują buczeniem. Ten nic sobie z tego nie robi i sygnalizuje, że będzie chciał zakończyć tę walkę. Podchodzi do Foliarza, który jest na czworaka w ringu. Wyciąga jego nogę, Ankle Lock?! Nie! The Awakened wymierza kilka kopnięć prosto w twarz Sabre, aż ten puszcza uchwyt i zamroczony dochodzi do siebie opierając się o linę. Mistrz już wstał, a Zack na niego rusza, ale inkasuje wysokie Back Body Drop! Brytyjczyk z takim impetem uderzył w matę, że aż wstał na równe nogi, odbił się od lin, a zawodnik z Denver dołożył jeszcze do tego Flapjack. Amerykanin jest w gazie, prosi fanów o wsparcie, a ci je mu dają. Zack powoli wstaje, a Halloway go podnosi. Czy to będzie Powerbomb?! Tak, Corner Powerbomb, Zack potężnie wciśnięty w narożnik upada na matę, a mistrz przechodzi do pinu. 1… 2… Kickout! Zack cały czas wśród żywych, a mistrz nie może uwierzyć, że to nie koniec i patrzy na sędziego jakby był częścią spisku. Po chwili jednak przechodzi do dalszej ofensywy i podnosi Sabre do góry. Awakening?! Nie, Brytol zsuwa się w ostatniej chwili za plecy mistrza. Wypłaca Forearm Smash w tył głowy rywala, a ten kieruje się w stronę narożnika. Zack odbija się od przeciwnego narożnika. Corner Dropkick! Brytyjczyk nie pozwala rywalowi opaść na ziemię… i mamy Zack Driver!? Nie, Anglik ma zdecydowany problem, aby podnieść mistrza, a ten odpłaca mu serią łokci w plecy. Zawodnik z Kent aż przyklęka, a Derek odbija się od liny… Third Eye?! Connected! Zack pada na matę, a mistrz przechodzi do pinu. 1… 2… 3! Derek Halloway górą nad Zackiem!

Szanuj wodę. Nie lej jej w komentarzu.

Na arenie nastaje kompletna ciemność. Po chwili wybrzmiewają pierwsze dźwięki syntezatora z utworu Van Halen - Jump. Błyskają neonowe światła w kolorze różu i błękitu. Po wejściu bębnów na rampie pojawia się "Sunny Chris" Finnegan. Ubrany w swoje wrestlingowe spodnie w neonowych barwach szeroko błyszczy śnieżnobiałym uśmiechem w stronę publiczności, która zaczyna wykonywać efekt fali. Chris kieruje swoje kroki w stronę ringu przybijając po drodze piątki, następnie wchodzi po schodkach, przeskakuje ponad górną liną, po czym wchodzi na szczyt narożnika i rozgląda się wśród publiczności wskazując palcem na pojedyncze osoby. Następnie powtarza to w przeciwległym narożniku, po czym odbiera mikrofon od konferansjera.

Surfer: Wow... chwila. Naprawdę? Tego się kompletnie nie spodziewałem. Myślałem, że będę musiał was do siebie przekonać. A wy... przyjęliście mnie jak starego znajomego. *publika reaguje dopingiem* Wiecie co? Chyba właśnie tego potrzebowałem. Przez całe życie nauczyłem się, że najważniejsze jest mieć obok siebie ludzi, którzy dają ci siłę, kiedy zaczyna jej brakować. Wiecie co jest zabawne? Całe życie spędziłem nad wodą. Słońce, piasek, deska pod nogami i ten moment, kiedy patrzysz na nadchodzącą falę i zastanawiasz się, czy dasz radę ją złapać. I chyba właśnie za to pokochałem ten styl życia. Nigdy nie wiesz, co przyniesie następna fala. Możesz próbować ją przewidzieć, ale ostatecznie musisz po prostu wskoczyć i popłynąć. A wrestling? Cóż... wygląda na to, że właśnie złapałem swoją kolejną falę. Nie wiem czego się po nim spodziewać, ale...

No i w tym momencie uderza theme song Jose Lopeza! Fate rozbrzmiało na arenie, śliczna piosenka, ale nie wiedzieć czemu - witana ogromnymi gwizdami oraz buczeniem. Na rampie pojawia się sam Hiszpan, który ubrany jest w swój strój wrestlingowy. Nieczęsto możemy go w tym widzieć. El Hermoso zmierza w kierunku ringu pewnym krokiem, totalnie olewając publiczność. Przed wejściem do ringu bierze mikrofon, wchodzi w końcu do docelowego miejsca i staje przed Chrisem, po czym zabiera głos.

Jose Lopez: Któż inny powinien się tutaj zjawić i przywitać cię, jak nie inna osoba wychowana przy oceanie? *lekki uśmiech* Przyznam, że naprawdę nietrudno domyślić się, że jesteś człowiekiem wody. Pomijając twoje monotematyczne tatuaże, *Jose rzuca krótkie spojrzenie na ciało Chrisa* lub twoje pochodzenie, to...po prostu tak zajebiście lałeś WODĘ podczas swojej przemowy, że wszyscy na zawsze zapamiętamy, że bardzo ją lubisz, a słowo FALA znaczy dla ciebie tyle, co POJEDYNEK dla Cavazosa. Dziękujemy za uświadomienie tego! *Jose ironicznie się uśmiecha* W federacji mamy takiego jednego hydraulika, wezwałbym go, ale... nie sądzę, by coś zdziałał. Swoją drogą, macie więcej wspólnego niż myślisz. *puszcza oczko i robi pauzę* Zadałeś kilka pytań, więc jako bardziej doświadczony zawodnik służę pomocą. Chcesz wiedzieć, czego spodziewać się po wrestlingu? NAJGORSZEGO. Są tacy, którzy się właśnie o tym przekonują. *heat, a Jose uśmiecha się kącikiem ust* Doedukuję cię także, czego można spodziewać się po Elysium, a jest to na pewno fakt... że można się tutaj zmierzyć z Jose Lopezem! *żywa reakcja publiki* Może ostatnio nie zdarzało się to zbyt często, ale teraz mam jakieś przeczucie, że NIKT nam nie przeszkodzi w potencjalnej walce, bo osoba, która byłaby do tego zdolna, aktualnie musi tłumaczyć się na policji ze swoich złych rzeczy, co za przypadek. *Jose ironicznie się uśmiecha, a fani zaczynają buczeć* Także... zróbmy to, co ty na to? Przyda mi się rozgrzewka, a tobie przyda się pamiętny debiut...

Chris skinął głową, że jest gotowy do walki. Jose lekko uśmiechnął się z tego powodu, także za chwilę czeka nas pojedynek!

Singles Match
Jose Lopez vs Chris Finnegan

Wracamy do ringu. Jose Lopez jako pierwszy przejmuje inicjatywę, zatrzymując rozpędzonego Chrisa Finnegana mocnym Roundhouse Kickiem. Australijczyk cofa się w stronę narożnika, gdzie Spanish Star dokłada Running Corner Clothesline, a następnie wyciąga przeciwnika na środek ringu i wykonuje Snap Scoop Powerslam! Próba pinu. 1... 2... nie! Sunny Chris podrywa bark. Lopez od razu próbuje wykorzystać przewagę. Podnosi rywala i szykuje La Patada de Las Palmas, lecz Finnegan w ostatniej chwili się odsuwa. Hiszpan obraca się po nietrafionej akcji i otrzymuje Forearm Smash! Drugi! Chris odbija się od lin i dokłada Jumping Dropkick! Lopez wpada plecami w narożnik. The Ocean Boy rusza za nim i trafia Corner Splash! Finnegan od razu wyciąga przeciwnika na środek ringu i wykonuje Snap Suplex. Chris próbuje od razu dołożyć The Sydney Sweep, ale Lopez zsuwa się za jego plecy i odpowiada Swinging Neckbreakerem! Obaj przez chwilę leżą na macie. El Hermoso podnosi się pierwszy. Czeka, aż rywal znajdzie się na kolanach. SHINING WIZARD! trafia! Chris pada na plecy, a Lopez od razu przechodzi do przypięcia. 1... 2... nie! Australijczyk podrywa bark. Spanish Star chce pójść za ciosem i rusza z La Patada de Las Palmas, lecz Finnegan w ostatniej chwili uchyla się pod kopnięciem. Lopez obraca się po nietrafionej akcji i otrzymuje Forearm Smash! Drugi! Low Kick od Chrisa i od razu Enzuigiri! Hiszpan zatacza się, a The Ocean Boy rusza z Running Clothesline’em! Lopez pada na matę. Finnegan podnosi przeciwnika i wykonuje The Sydney Sweep! Connected! Chris widzi swoją szansę i rusza w stronę narożnika. Wspina się na górną linę. THE BIG WAVE! Nie! Lopez podnosi kolana! Finnegan ląduje na nich brzuchem i zwija się z bólu. Jose próbuje wykorzystać okazję, ale Sunny Chris trafia Forearmem. Drugi Forearm! Jumping Dropkick posyła Lopeza ponownie w narożnik. Finnegan rusza za nim i dokłada Corner Splash! Idealnie! Australijczyk nie czeka, chwyta rywala i od razu wykonuje Belly-to-Belly Suplex! Lopez ląduje na plecach, a Chris rzuca się na niego! 1... 2... NIE! Jose podrywa bark dosłownie w ostatniej chwili! Finnegan natychmiast podnosi przeciwnika i wysyła go Irish Whipem na liny. Lopez wraca, a Chris ustawia się pod The Tidal Force! Jednak nie! Spanish Star zatrzymuje się przed wejściem w zasięg Spinebustera i trafia Step-Up Enzuigiri! Finnegan chwieje się, ale nie pada. Lopez rusza z La Patada de Las Palmas! Chris ponownie uchyla się pod kopnięciem i odpowiada Forearm Smashem! Próbuje drugiego, lecz tym razem Jose przechwytuje rękę przeciwnika, przyciąga go do siebie i błyskawicznie przechodzi do inverted facelocku. Australijczyk próbuje wyrwać głowę z uchwytu, ale jest już za późno. HASTA LUEGO! Cross Rhodes trafia kompletnie z zaskoczenia! Lopez momentalnie przewraca rywala na plecy. 1... 2... 3! Jose Lopez wygrywa, choć debiutujący Chris Finnegan jeszcze chwilę wcześniej był bardzo blisko sprawienia dużej niespodzianki.

Video Promo

Obraz pokazuje nam kuchnie. Rob McŁowicz stoi przy blacie, ale tym razem niczego nie przygotowuje. Przed nim leży jedynie złożony fartuch. Przez chwilę patrzy na niego w ciszy.

Rob McŁowicz: Zaczęło się niewinnie. Najpierw Sebastien zaprosił mnie do swojej loży VIP, żebym zobaczył, jak według niego wygląda „prawdziwy zawodnik”. Potem przyszedł do Pobitych Garów, spróbował mojego jedzenia i nagle uznał, że znalazł dla mnie lepsze miejsce. Nie w ringu. Nie w LPW. W swojej kuchni, wykonującego jego polecenia. Zaśmiałem mu się wtedy w twarz, bo byłem przekonany, że to kolejna fanaberia nadętego arystokraty.

Rob bierze fartuch do ręki, przygląda mu się przez moment, po czym rzuca go z powrotem na blat.

Rob McŁowicz: Ale Sebastien nie żartował. Konsekwentnie dążył do tego, aby doszło do spełnienia jego marzenia. Te mogą spełnić się już podczas Main Eventu. Jeśli przegram, zostanę jego prywatnym kucharzem i będę musiał znosić człowieka, który naprawdę wierzy, że pieniądze, nazwisko i używanie francuskiego języka dają mu prawo decydować o cudzym życiu.

Rob podchodzi bliżej kamery, a jego ton wyraźnie się zaostrza.

Rob McŁowicz: Więc tak, stawka jest ogromna. Tylko zapamiętaj jedno, Sebastien, jeszcze niczego nie wygrałeś. Możesz już wybierać menu, kupować srebrne sztućce i szykować mi miejsce w swojej kuchni, ale najpierw musisz mnie pokonać. A kiedy zabrzmi gong, nie będę twoim kucharzem. Będę człowiekiem, który zrobi wszystko, żebyś do końca życia pamiętał, jak smakowała twoja własna pycha.

Rob spogląda jeszcze raz na fartuch.

Rob McŁowicz: Chcesz mnie na własność? Przyjdź i spróbuj mnie sobie wziąć. Smakuje?!

Obraz z kamery gaśnie

Kamera się włącza i pokazuje Dereka Halloway’a, który stoi z rękami założonymi na brzuchu. W jednej ręce trzyma flamaster  i stuka się po ustach jakby się nad czymś zastanawiał patrząc w konkretnym kierunku. Teraz kamera się oddala i widzimy, że ma na biodrach założony pas Eternal oraz iż patrzy w stronę planszy, na której jest namalowany flamastrem schemat płaskiej Ziemi z piękną kopułą. Można również dostrzec statyw, na którym stoi telefon, w którego stronę Derek się odwraca i w tym momencie na titantronie pojawia się obraz z kamery telefonu

Derek Halloway: Piękna mi wyszła ta nasza Ziemia, prawda? <Derek czyta czat> Ale krzywa, tak nierówna, jak zeznania kiboli w sądzie. Dobra, Michał, dostajesz bana i nie będziesz mógł komentować na czacie przez 24 godziny. Pamiętajcie, powstrzymujmy hejt w Internecie. Do tych, którzy dopiero dotarli na nasz przebudzony live, witam wszystkich oświeconych! Tematem dzisiejszej transmisji będzie Płaska Ziemia, czyli miejsce na którym żyjemy. Zdawajcie pytania <Halloway przygląda się czatowi> SkyFan pisze jak to jest z tą grawitacją. <Halloway zaczął się z tego tak śmiać, że aż puścił mocnego bąka. Spogląda za siebie i mówi pod nosem> chyba nie poszło z farszem. <za chwilę się ogarnia> panie SkyFan, pan to jesteś częstym gościem moich live’ów, wielokrotnie wytykałem Twoją niekompetencję, durnotę i łatwowierność w jednym, a ludzie jak te barany łykają wszystko co powiesz Ty, a Ty powtarzasz to co powiedzieli Ci w tej agencji <Halloway robi palcami cudzysłów> „kosmicznej”. Sami agenci wokół, doprawdy. A zatem, żeby to raz na zawsze wybrzmiało. <Derek pisze słowo „grawitacja” na planszy i na nie wskazuje> grawitacja nieistnieje! <Halloway szybko i kilkukrotnie przekreśla napisane słowo> Do dysku przyciąga nas <Halloway pisze pod spodem> gęstość! Jeśli coś lub ktoś ma jakąś masę, to gęstość pozwala mu zostać na Ziemi. Czy to jest jasne?!

W tym momencie w kadrze pojawia się Tony Leone, ubrany w elegancki garnitur, pod krawatem, z rękoma założonymi za plecami. Don powoli zbliża się do Dereka i z uznaniem delikatnie potrząsa głową. Z jego twarzy można wyczytać, że jest pod wrażeniem.

Tony Leone: Najmocniej przepraszam, że ośmielam się przeszkadzać, lecz nie zdołałem oprzeć się własnej ciekawości. Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę śmiałość, Derek. <miły uśmiech, skłon głową w kierunku Dereka, później w stronę telefonu> Słyszałem kilka ostatnich minut i muszę przyznać, że masz odwagę. Większość ludzi boi się zadawać pytania. Wolą przyjmować odpowiedzi, które ktoś podaje im na tacy. Ale nie Ty, Derek. I wiesz co? Zawsze doceniałem takich ludzi. Ludzi, którzy interesują się tym, co jest za kulisami. Ludzi, którzy nie dają się wodzić za nos. To niezwykle cenna cecha, pielęgnuj ją dobrze, Derek. Wiesz dlaczego? Bo jest Nas bardzo niewielu. U nas, na Sycylii, mówi się - Cu k surdu, orbu e ta – ci, campa cent' anni 'mpaci. To znaczy - Kto jest głuchy, ślepy i milczy, ten żyje sto lat w spokoju. Ale nie My, Derek, nie My. To jest łatwa droga, dla tych, którzy w tłumie zawsze będą patrzeć w jedną stronę i iść tam, gdzie ich prowadzą. Ale My zawsze odwrócimy głowę, żeby zapytać dlaczego każą nam iść właśnie tam, nieprawdaż? <szeroki uśmiech, krok w stronę Dereka> Dwa tygodnie temu niezwykle mi zaimponowałeś. Sam zaproponowałeś mi walkę o mistrzostwo Eternal. Czym zasłużyłem sobie na ten zaszczyt? <Tony robi dłuższą przerwę, ale nie pozwala odpowiedzieć Derekowi> Gdyby zrobił to ktokolwiek inny snułbym podejrzenia, że to wszystko skrzętnie zaplanowany spisek przeciwko mnie. Podstęp, którego mam się nie spodziewać. W końcu zawsze jest ktoś, kto pociąga za sznurki, czyż nie? Ale Ciebie nie mógłbym podejrzewać o bycie marionetką, co to, to nie. Dlatego dzisiaj nie przychodzę tutaj jako Twój przeciwnik. Przychodzę jako partner biznesowy, bo na Heatwave będziemy mieli ze sobą interes. <Tony wskazuje na pas Eternal> Ten piękny tytuł. <pauza> Ty go masz. <pauza> Ja go chcę. <pauza> I uważam, że obaj jesteśmy wytarczająco inteligentni, aby nie robić z tego sprawy osobistej.

Derek Halloway: Od razu Ci mówię, mnie nie nabierzesz na te swoje „dobre” intencje i stonowany głos. Jakoś gdy nasyłałeś swoje pieski na mnie, Brutala i Edgara, to gdzieś zapomniałeś o tych manierach. Brutalność pod płaszczykiem elegancji. Typowy przedstawiciel loży P2, któremu odbiła palma i z przybocznymi myślą, że będą siać terror. Przejrzałem was, nie jesteście dla mnie niczym więcej, niż trybikiem w całej tej machinie. Nie potrzebuję poklasku, znam wartość tego co wiem, mi nie potrzebna jest wiara w jakieś „spiski”. Zwyciężyłeś ostatnio miano walki ze mną o mój pas. Jeśli go chcesz <Derek staje twarzą w twarz z Tony’m i ponosi okulary na głowę> musisz pokonać mnie. Wyszło szydło z worka w ostatnim zdaniu. Pas jest dla Ciebie czymś co stawiasz ponad tę swoją, pozorną elegancję i zaczynasz tracić kontrolę. Nie jesteśmy tacy sami co udowodnię Ci już niedługo.

Uśmiech natychmiast znika z twarzy Tony'ego i wygląda na poruszonego, jego mina od razu staje się smutna, a Don z rozczarowaniem kręci głową.

Tony Leone: Dlaczego traktujesz mnie tak bez szacunku, kiedy przychodzę do Ciebie jako przyjaciel? Obrażasz mnie, nazywając faszystą, kiedy wyciągam do Ciebie rękę. <pauza, w końcu wzdychając, jak człowiek o dobrym sercu, który nie może długo się gniewać na przyjaciela Tony kontynuuje> Lubię Cię Derek. Naprawdę bardzo Cię lubię i byłoby mi okropnie przykro, gdyby przez taką drobnostkę wydarzyło się coś nieprzyjemnego. Uwierz mi, że pękło by mi serce, gdybym wszedł na Twoją kolejną transmisję, a ona nie mogłaby się odbyć przez Twoją niedyspozycję. Potrafisz sobie wyobrazić rozczarowanie tych wszystkich biednych ludzi, którzy tak bardzo na Ciebie liczą? Nie rób im tego, Derek. Tak jak wcześniej wspomniałem, wszyscy wiedzą, jak bardzo światłym człowiekiem jesteś. Zastanów się dobrze, czy branie przykładu z frustratów to, aby na pewno dobry pomysł. Do Heatwave mamy jeszcze trochę czasu.

Tony kończy rozmowę, poprawia mankiet koszuli i spokojnie rusza w stronę wyjścia. Przechodzi za plecami Dereka. W pewnym momencie zatrzymuje się. Spogląda dyskretnie w dół. Na jego twarzy pojawia się ledwo widoczny uśmiech. Tony jeszcze raz zerka w dół, po czym mówi.

Tony Leone: Obawiam się, że... <krótka pauza> Twoja wcześniejsza teoria dotycząca farszu może jednak wymagać ponownego rozważenia.

Tony lekko kiwa głową, jakby właśnie przekazał Derekowi niezwykle istotną informację.

Tony Leone: Miłego wieczoru.

Don odchodzi bez pośpiechu. Derek zostaje sam, kompletnie zbity z tropu i gwałtownie łapie się za dupę, a obraz z kamery gaśnie.

Singles Match
Jean-Pierre Dolnick vs Maxwell Ransom

Obaj zawodnicy są już w swoich narożnikach. Jean wygląda na niepewnego tego co go tu czeka (przy okazji nie udaje mu się zatuszować zesrania nadchodzącą walką). Maxwell jest skupiony i nie spuszcza oka z Dolnicka. W końcu wybrzmiewa gong i czas rozpocząć ten wyczekiwany pojedynek! Ransom z kamienną twarzą podchodzi w stronę Grubasa, ten woli jednak zostać przy kornerze i mówi do byłego przyjaciela, żeby "srali na to, bo po co się tłuc jak mogliby skoczyć na dobry obiad na przykład i w ogóle". Maxwell przystaje w końcu przy Dolnicku, który dalej pierdoli od rzeczy... I Grubas z Konga nagle wyprowadza Potężne Odepchnięcie! Ransom robi jednak unik i teraz to on kilkoma ciosami sprawia, że Jean-Pierre chwieje się na nogach. Mamy Irish-whip... I Lariat od Ex-Wilgotniaka! Big Jean jednak nie upada, a jego rywal sam teraz odbija się od lin i wyprowadza Running Lariat! Sytuacja nam się powtarza, a więc Maxwell kolejny raz bierze rozbieg, mamy odbicie... I Running Big Boot, który ostatecznie powala Dolnicka na matę! Grubas turla się w kierunku narożnika i tam próbuje wstać na nogi, zaś Ransom patrzy w kierunku dopingującej go widowni. Wyraz twarzy ma dalej poważny i łatwo odnieść wrażenie, że ten pojedynek nie sprawia mu frajdy. Dolnick jest już na nogach, co zauważa Big Handsome Man... I wbija się w przeciwnika Running Corner Splashem! Big Jean trzymając się za klatę odchodzi od kornera i od razu zostaje wyniesiony na barki pod Death Valley Driver! Ależ siła Ex-Wilgotniaka, który chwilę trzyma rywala w tej pozycji... Torn Picture connected! Aż zatrząsł się ring, ale nie ma się co dziwić, w końcu potężna masa wbiła się w matę! Jean-Pierre leży znokautowany, Maxwell kręci głową i patrzy z lekkim żalem na byłego przyjaciela... Po czym łapie go za rękę, a sam zapina Gogoplatę! Ależ radość wśród fanów w Houston, w końcu akcję tą wykonywał Undertaker, a później także Wes Wallace! Grubas natychmiast odklepuje! Big Handsome Man puszcza chwyt, sędzia bije w gong, to koniec! Maxwell Ransom po jednostronnej i jakże krótkiej walce pokonuje Jean-Pierre Dolnicka!

Ransom stoi chwilę i z dosyć poważną miną oraz założonymi rękami na biodrach zerka w stronę publiczności. Dolnick w tym czasie turla się w stronę narożnika, gdzie przysiada opierając się plecami o poduszki. Jean jednocześnie co chwilę kaszle i trzyma się za gardło, co obserwuje jego przeciwnik z dzisiejszej walki, który po chwili wychodzi z ringu i odbiera mikrofon od konferansjera. Gdy Maxwell jest już w kwadratowym pierścieniu powoli podchodzi w stronę Grubasa z Konga i staje 3 metry przed nim, nie spuszczając go jednocześnie z oczu...

Maxwell Ransom: Pozwól, ze nie usiądę zwracając się do Ciebie, Jean. Chcę, aby wyraźnie była zaznaczona różnica poziomów, która obecnie nas dzieli. *głośne poruszenie widowni* Co Ty w ogóle tu robisz? Po co wróciłeś... Jest coś więcej co Cię tu ściągnęło niż pragnienie popularności? Odbudowa zasięgów? Ach, no tak... Darmowy bufet. I kasa. Nie zapomnijmy o pieniądzach. *publika w szoku* Zapchać brzuch, wypchać kieszeń, pokazać w telewizji, że żyjesz, że tu jesteś... Nie, bardziej nazwałbym to egzystowaniem, bo z dawnego Jean-Pierre'a nie zostało praktycznie NIC. Ty obecnie po prostu istniejesz. I tyle. *kręci głową* Kiedyś to co robiłeś, miało sens. Miało WIELKI, GŁĘBOKI SENS, bo wszystkim zapewnialiśmy najwyższy poziom rozrywki. Pisali o nas, rozmawiali, nasz duet przewijał się dosłownie wszędzie, nasze teksty stawały się viralami w sieci. Dawaliśmy ludziom TO COŚ! Dawaliśmy im oddech, chwilę zapomnienia od codziennego życia, problemów. To jest właśnie SENS! Rozumiesz? *głębszy oddech* Potoczyło się to dalej różnie, mieliśmy wspólną walkę, jej piękne zakończenie... Jean, nawet później, gdy pewne rzeczy zaczęliśmy robić solo, wyglądało to zupełnie inaczej. Widać było w Tobie pasję, rozumiesz? PASJA, tego nie da się zastąpić... *zerka prosto w oczy Dolnicka* To co spotkało mnie i jak potoczyła się nasza znajomość w ostatnim roku, to jest zupełnie inna sprawa... Ja się po prostu pytam do cholery, co się stało z Tobą? Szwendasz się bez celu po zapleczu, żresz na potęgę... Żresz, szwendasz się. Żresz, szwendasz się. Żresz, szwendasz się. I tak w kół... Nie! Wyszedłeś jeszcze parę razy do ringu, w końcu tutaj o to w tym przede wszystkim chodzi, prawda? A powiedz mi, co Ci się udało w związku z tym? Bo mi się wydaje, że masz na koncie więcej porażek, niż liczbę prostych punchy, które udało Ci się wykonać. *żywa reakcja widowni* Z reszta, sam fakt, że gadam teraz dłużej niż trwała nasza "walka" bardzo dużo mówi. *jeszcze głośniejsza reakcja, Maxwell robi chwilę przerwy* Prawda jest taka Jean, że bardzo dużo rzeczy... Po prostu spierdoliłeś. *Ransom ogląda się na publikę, która jest w ogromnym szoku* Hej! Możemy myśleć co chcemy, ale prawda jest taka, że Jay DiMateo ma rację. Każdy z nas to robi, wszystkim nam mogą puścić hamulce, jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoje ograniczenia i emocje, chcemy tego czy nie. Uważacie, że takie słowa są do mnie niepodobne? A jak ja mam trzymać nerw w ryzach *wskazuje na Dolnicka* po tym jego popisie z zeszłego Elysium? To był kolejny raz, kiedy nie wziął jakkolwiek na poważnie tego co mówię! Ile można? *poruszenie widowni* Wy to wiecie, wy to rozumiecie, wy mnie wspieracie i macie za to moją największą wdzięczność. ZAWSZE. *ponownie patrzy na Dolnicka* Ale Ty Jean? Względem nas powiedziałem już dużo, względem Ciebie prywatnie też. A co do twojej "starannie wykreowanej persony"... To nie jesteś już nawet karykaturą celebryty. Kompromitujesz się. I w ten sposób stracisz wszystko. Powinieneś zaszyć się w swoim pokoju, zająć dalej streamowaniem... I dla swojego dobra po prostu stąd odejść.

I w tym momencie Ransom wyrzuca mikrofon i opuszcza kwadratowy pierścień! Publika jest potwornie poruszona i zszokowana, ludzie kompletnie nie wiedzą jak zareagować. Maxwell też widać, że ciężko radzi sobie z emocjami schodząc na zaplecze, zaś Dolnick nadal siedzi w narożniku i wygląda, jakby otrzymał największy cios w całym swoim życiu, prosto w serce. Obraz z kamery gaśnie...

Pan Terry zabrał głos - "To koniec pewnej ery, Don Dan znika z wrestlingu!"

Tag Team Match
Derrick Mantel & El Garra de Gato vs Mike F'N Brutal & Edgar Dickinson

Wracamy po reklamach do ringu, gdzie El Garra odbija się od lin i przebiega pod ręką Brutala, który atakuje go Clotheslinem. Ponowne odbicie od lin, znów unik, ale tym razem Kociarz chwyta za brzuch przeciwnika stając za nim i próba German Suplexu. Jednak nie, Mike zapiera się nie dając się wynieść. Teraz wyprowadza stomp na stopę przeciwnika. Meksykanin puszcza przeciwnika i podskakuje trzymając się za bolącą nogę. Extremaniac chwyta przeciwnika za głowę jedną ręką i wyprowadza punch. Za chwilę kolejny i dokłada jeszcze Headbutt na to wszystko. Po tym ataku Kociarz pada na matę, a Mike zmienia się z Edgarem. Ten wskakuje na szczyt narożnika i mamy Diving Splash na leżącego rywala. Próba pinu, 1… 2… nie, Kickout. Poeta podnosi przeciwnika na nogi Irish Whipem wysyła go na liny. W momencie odbicia się Derrick zmienia swojego Tag team partnera. Irlandczyk tego nie zauważa i dokłada jeszcze Dropkick dla El Garra. Edgar wstaje, a Mantel wpycha przeciwnika do narożnika. W tej chwili od razu dokłada Step-up Enzuigiri. Dickinson pada na matę, a Normal Guy odbija się od lin i dokłada Running Senton. Próba pinu 1… 2… nie, Kickout. Brutal już prawie wszedł do kwadratowego pierścienia by zainterweniować, ale się powstrzymał. Derrick staje przy linach i oczekuje, aż jego oponent wstanie. Gdy się to dzieje, Mantel dokłada jeszcze Discus Lariat! Ależ mocny atak. Teraz jednak Amerykanin nie próbuje ponownie przypiąć tylko ustawia się w okolicy swojego narożnika i oczekuje, aż rywal się podniesie. Szykuje się Head Crusher! Jednak tym razem to Kociarz robi sneaky zmianę. Sędzia zatwierdza innego legalnego zawodnika w ringu, a Mantel odwraca się do nich i zaczyna się kłócić to z sędzią, to z El Garrą. Meksykanin wchodzi do ringu i pokazuje, że to on teraz tutaj będzie rozdawał karty i żeby spadał. Derrick patrzy zrezygnowany po publiczności i popycha swojego tag team partnera. Luchador z urażoną dumą chce ruszyć na Mantela, ale sędzia staje między nimi, a Amerykanin macha ręką i przechodzi na apron. Kociarz odwraca się do już klęczącego przeciwnika. El Garra ustawia rywala pod Garra Slam! Jednak nie, Dickinson wyprowadza trzy łokcie na głowę przeciwnika, po czym ten odpuszcza. Irlandczyk teraz dokłada jeszcze Plot Twist! Następuje szybka zmiana z Brutalem, który wchodzi do ringu, popycha przeciwnika na liny i wyprowadza na nim Factory Reset! Kociarz już leży mocno poobijany, ale Mike jeszcze raz zmienia się z Edgarem, który teraz wdrapuje się jeszcze na narożnik. Czy będzie The End?! Tak! Mamy The End! Próba pinu, 1… 2… 3?! Tak, to koniec tej walki!

Pisarz oraz Extremaniac z uznaniem kiwają do siebie głową, a po chwili sędzia unosi ich ręce do góry w geście zwycięstwa. Radość nie trwa jednak długo, bowiem rozbrzmiewa Carl Orff - O Fortuna a na rampie pojawia się Vincenzo Vizzini, który niedługo ma stoczyć walkę! Mężczyzna jest oczywiście ubrany jak przystało na członka The Outfit. Pod krawatem, w eleganckim kapeluszu. Tuż za nim stoi jego partner, Enzo Sacrale, który ubrany jest równie elegancko, w błękitną marynarkę. Zrównują się po chwili i razem wchodzą do ringu. Mesina ma już w ręku mikrofon, obaj stają na przeciwko napiętych Edgara oraz Mike'a, atmosfera jest tak gęsta, że można by ją było ciąć nożem.

Enzo Sacrale: Na początku pragnę się przywitać ze wszystkimi. Co prawda, Tony zrobił już to w imieniu całej naszej organizacji, jednak kultura wymaga, abym uczynił to również osobiście. *lekko kiwa głową w stronę widowni oraz dwójki rywali* Istotny jest fakt, że głęboko wierzę. *chwyta za medalik* Głęboko wierzę nie tylko w Biblię, ale również w ludzi i to, że należy dawać im szansę. Don Leone zdążył nas przedstawić, a ja liczę, że nie każdy jest takim ignorantem jak Generalny Menadżer i zdołaliście zapamiętać moje imię, z czystej, ludzkiej przyzwoitości. Z resztą, wasza dwójka już przekonała się, że to wręcz powinność... *z uśmiechem gładzi się po łokciu* Nasze pierwsze spotkanie nie należało do przyjemnych. Rozumiem żal, niechęć i frustrację, niechciane emocje są w końcu mankamentem każdego człowieka... Tony jednak klarownie przedstawił nasze intencje. Umiejętność słuchania kłania się w pas. *spogląda na Brutala* I na tym wszystko mogło się zakończyć. Nie... Na tym wszystko POWINNO się zakończyć. Jasno musi wybrzmieć, że to WY postanowiliście napisać kolejny rozdział tej opowieści. *spogląda na Edgara* To również z waszej inicjatywy dojdzie do kolejnego spotkania w Houston, podczas Heatwave. *ogląda się na Vincenzo* Nie będziemy uciekać. *wskazuje palcem ku górze* Bóg ześle na was wyrok, a my dokonamy egzekucji. Dokona się to na wasze życzenie. Z największą przyjemnością wymierzę boską karę wam i każdemu, kto będzie stanowić naszą przeszkodę. Wszyscy powinni to dobrze zapamiętać... *ogląda się po rywalach* Dzisiaj jednak sytuacja ma się inaczej, a ja mam zaszczyt przedstawić stanowisko The Outfit... Otóż tego wieczoru postanowiliśmy wdrożyć zasadę nietykalności, co jak widać, zdołaliśmy już udowodnić. Liczymy, że z aprobatą przyjmiecie tą drobną uprzejmość i zostanie zastosowana tutaj wzajemność. Zależy nam, aby na równych warunkach podejść do naszego pojedynku, po koleżeńsku. *uśmiech*

Nikomu nie potrzebne są specjalistyczne przyrządy optyczne, żeby dojrzeć, iż na twarzy Mike F’N Brutala rozbłysła purpura. Wyraźnie wskazująca, że już za chwilę dojdzie do złamania wszelkich zasad nietykalności, jak nie na poziomie fizycznym to na pewno na werbalnym. Zdziwić można się jednak, bowiem zanim Król Ekstremy zdążył się odezwać, jego wymalowany towarzysz wystąpił krok na przód i natychmiast zaczął tyradę.

Edgar Dickinson: Jedynym Bogiem tutaj jestem JA! Nieistotne jak wysoko się wespniesz, to nie będzie tam niczego poza mną! Nie wiem dalej skąd się tutaj wzięliście i co robicie w mojej opowieści, ale jesteście tylko krótkim apokryfem. Błędem, wykolejeniem, pomyłką, chochlikiem czy inną kaczką dziennikarską. *Dickinson po tym wstępie, wziął głęboki oddech i przymknął na chwilę oczy* Panie Enzo, Panie Vincenzo. Co mam na myśli, to że wraz z waszym liderem, jesteście w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Nie mam wątpliwości, że sami z pewnością, kiedyś natrafiliście na kogoś w takim właśnie położeniu. Wiecie też na pewno, jaki los zwykle takie zbłąkane postacie czeka. Problem jest jedynie w tej materii, że Panowie odmawiacie przyjęcia do wiadomości, że nie powinno was tutaj być. Nie interesują mnie więc powody waszej tutaj obecności, ani wasze plany i poglądy. Jedyne co się liczy, to żebyście Panowie zostali odstawieni poza tory tej historii, i żebym załatał to co zdążyliście już zniszczyć. *Poeta zbliżył się do rywali o kolejny krok*  Wysłanie mnie do szpitala dało wam ładną chwilę, zanim zdążyłem się zorientować co się dzieje. Ale ten czas się skończył, to jest moja opowieść *Artysta wskazał na przestrzeń dookoła siebie, co fani skwitowali cheerem* jesteście dla niej jak drzazga, której pozbędę się ekstruzją lub siłą.

Enzo Sacrale: Doceniam sztukę, naprawdę. Rzeźba, pismo, muzyka, piękno potrafi mnie fascynować. Czyż nie znaleźliśmy czegoś, co nas łączy, Panie Edgarze? *uśmiech* Obecnie jednak czuję ten gorzki, lekko stęchły zapach. Mówił o nim Don Leone. To frustracja, a wypływa ona z każdego otworu twojego ciała, powoli wypełnia arenę i wręcz mam wrażenie, jakby niedługo miała zalać nas wszystkich! *przymyka oczy* Widzę to oczami wyobraźni... W końcu nie jeden artysta potrafił zatapiać gniew, smutek i bezsilność. *uśmiech* "Zazdrość jest zgnilizną kości". Boli Cię, że tak naprawdę to Ty stałeś się nieświadomym plagiatorem. Że The Outfit Cię uprzedziło. Że musiałeś spalić to, co sobie wyimaginowałeś, i przeniosłeś na papier, bo nie zdążyłeś tego ukazać światu. To są interesy, Panie Poeto. Nie każdy może być w pełni szczęśliwy. Muszą być przegrani, a w najlepszym przypadku mniej usatysfakcjonowani. My osiągniemy to co zamierzamy niezależnie od tego, jak będziesz się zapierał. Możesz próbować napisać kolejną opowieść, żywic przekonanie, że zmienisz tym bieg wydarzeń... ale nic to nie da. *wzrusza ramionami* Mimo wszystko The Outfit nie zależy na kolekcjonowaniu wrogów, dlatego będę miał dla Ciebie poradę. Brzmi sympatycznie, czyż nie? *unosi brwi* Wyjdź do ringu podczas Heatwave, zrób to, w co wierzysz... I odpuść. W końcu wszyscy dobrze wiemy, jak to się skończy. Wyjścia masz dwa, albo pogodzisz się ze swoim losem sam... albo z naszą pomocą. *Enzo spoważniał jeszcze bardziej i przybliża się do Edgara* A za to bluźnierstwo, którego się dopuściłeś... Osobiście dopilnuję, żebyś miał bardzo dużo czasu na godzenie się z upadkiem twojej opowieści.

Enzo wygląda jakby miał złamać dane słowa i zapomnieć o wspomnianej wcześniej nietykalności, jednak w porę wyłapuje to Vincenzo, który również robi dwa kroki w przód i wkłada rękę między Sacrale i Edgara, posyłając chłodne spojrzenie w stronę kompana. Ten je odwzajemnia i kiwa głową do Vizziniego, po czym zgodnie obaj lekko się wycofują. Wszystkiemu przyglądał się Brutal. Mike widząc całą sytuację był także przygotowany do ataku i stanął obok Dickinsona. Kiedy sytuacja lekko się uspokoiła i napięcie minimalnie opadło, to South Philly Scumbag postanowił zabrać głoś, jakby był już zniecierpliwiony tym, co do tej pory usłyszał.

Mike F'N Brutal: Dobra... dobra, wystarczy, bo ludzie z widowni zaczynają wychodzić na siku, albo po napoje. *cheer* Słucham was już od kilku minut i mam wrażenie, że próbujecie zrobić z prostego wpierdolu jakieś cholerne objawienie. Bóg, wyrok, egzekucja, nietykalność... Chłopaki, ja naprawdę leję na to wszystko. Chcecie żebyśmy zostawili was w spokoju? Świetnie. Wy możecie zrobić to samo. Tylko jest jeden maciupeńki problem...  ja wcale nie mam ochoty wam niczego odpuszczać. Wkurwiliście mnie. Wkurwiliście pisarzynę. Wleźliście na nasze podwórko z przytupem i teraz będziecie musieli za to zapłacić. Mam tylko jedno zasadnicze pytanie. Od początku słyszę Sacrale to, Sacrale tamto, a wcześniej Leone siamto... Czy tylko Sacrale potrafi mówić w tym waszym duecie? Gdzie w tym wszystkim jest Vizzini? A może powinniśmy gadać po makaroniarsku, bo nasz język jest dla niego troppo complicato?

Sacrale znowu podnosi mikrofon do ust, jednak w tym momencie Vizzini kładzie dłoń na górze mikrofonu i spojrzeniem daje Enzo znać, że czas na to by zabrał głos. Mesina tylko się uśmiecha i oddaje Vincenzo mikrofon.

Vincenzo Vizzini: Proszę bardzo. Mam w ręku mikrofon i przemawiam. Czy jesteś teraz usatysfakcjonowany? Czy Twoje małe, kruche ego zostało w tym momencie wystarczająco podbudowane? *Vincenzo postępuje dwa kroki do przodu, stając na przeciwko Brutala* Jak widzisz mówimy w tych samych językach. Angielski, to sprawa oczywista. Włoski - tu muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Ale nie wiem czy masz świadomość, że mówimy jeszcze w jednym, wspólnym języku. *Vincenzo nachyla się do Brutala i patrzy mu głęboko w oczy* Moim ulubionym - języku przemocy. Już za tydzień na Heatwave przekonasz się o tym na własnej skórze. Udzielę Ci małych korepetycji. Ale jeśli tak bardzo pragniesz zobaczyć mnie w akcji to proszę, zostań w pobliżu i bądź świadkiem mojego małego pokazu. Zobacz, co swoją impertynencją i porywczością ściągnąłeś na waszą dwójkę. A jeśli nie <spogląda na Edgara> to prosiłbym was, intruzów, o wycofanie się z naszej historii. Bo ten rozdział należy do The Outfit.

Vizzini oddaje mikrofon w ręce Mesiny, po czym ściąga kapelusz oraz okulary i te układa pod ringiem. Chwilę później jednym ruchem ręki zrywa z siebie marynarkę, którą przewiesza na narożniku. W tym momencie wybrzmiewa Doli - Jebać Dorosłość a na rampie pojawia się Elias Shadow! Vizzini odpina zapinki, po czym podwija rękawy, a pozostała trójka mierzy się tylko spojrzeniami, po czym opuszcza ring. Czas na reklamy.

Pecorino Romano za jedyne 67,67ZŁ za 100G!

Singles Match
Vincenzo Vizzini vs Elias Shadow

Rozbrzmiewa gong, co oznacza początek pojedynku. Elias niezwykle pewny siebie podchodzi do środka ringu, po czym... Oczywiście, że tak, robi 67! A potem zaczyna krzyczeć coś o kukurynach czy jakimś innym gównie. Vizzini tylko podnosi lekko brew, wyraźnie niczym niewzruszony. Shadow na pewniaczka podchodzi jeszcze bliżej, jednak Włoch nagle odpala i bez żadnego znaku ostrzegawczego rusza na młodzieńca, wykonując Front Dropkick! Ale urwał! W sensie Eliasowi łeb, prawie urwało. Rozpoczyna się zabawa w kotka i myszkę. Zanim Lone Wolf jest w stanie podnieść się ponad pozycję siedzącą, otrzymuje Penalty Kick prosto w plecy! La Macchina bez żadnego zawahania chwyta obie dłonie i zaczyna je rozciągać do tyłu. Chwilę później zaczyna również używać kolana, które raz po razie wbija się w kręgosłup Eliasa! W końcu puszcza ofiarę, która osuwa się na matę, a Vincenzo bez żadnego zawahania zaczyna wykonywać całą serię Stompów na kark Beta Wolfa! Sędzia zaczyna odliczać, upominając cały czas Mafiozę o łamaniu zasad. W tym momencie stojący obok ringu Enzo pokazuje na zegarek, dając kompanowi znać, że powinien przestać się wygłupiać bo czas ich nagli. To w końcu wyrwało Il Freddo z transu. Momentalnie zapiął Death's Touch, czego Elias już nie wytrzymał, od razu odklepując!

Vizzini puszcza uchwyt od razu po usłyszeniu gongu i staje na baczność. Sędzia unosi jego rękę w geście zwycięstwa, Carl Orff - O Fortuna rozbrzmiewa w tle, a po chwili dołącza do niego w ringu Mesina, który wyciąga z wewnętrznej kiszeni marynarki różę i układa ją na ciele pokonanego Eliasa.

Ben Zamora
Streak: 1/0/0
Last Match: win vs Kenneth Riddle via Pinfall

James Wallace
Streak: 2/0/0
Last Match: win vs Dale Rucker via Pinfall

Vincenzo Vizzini
Streak: 3/0/0
Last Match: win vs Yoshi Tatsu & Elias Shadow via Pinfall

Elias Shadow
Streak: 2/0/10
Last Match: lost vs The Outfit via Pinfall
Odpowiedz
Cytuj
Jakub
Moderatorzy
29.08.2026, 21:11 #1
Earlier Tonight...

Drzwi do garderoby Edgara otwierają się bez pukania. Mike F'N Brutal wchodzi do środka, trzymając w dłoni butelkę wody. Rozgląda się po pomieszczeniu, po czym dostrzega Dickinsona i od razu kieruje się w jego stronę.

Mike F'N Brutal: Ty, poeta! Jest robota do zrobienia! Załatwiłem nam elegancką walkę. El Garra de Gato i Derrick Mantel. Dwóch chłopów z opiniami. Hardkorowy test przed Heatwave. Sprawdzimy, czy faktycznie potrafimy się dogadać, zanim przyjdzie czas na pływanie z rekinami.

Extrememaniac robi krok w bok popijając wodę, ale po chwili zatrzymuje się i spogląda ponownie na Edgara. Przez moment przygląda mu się w milczeniu, jakby właśnie coś sobie przypomniał.

Mike F'N Brutal: Ale tak właściwie... jest jedna rzecz, która od jakiegoś czasu mnie gryzie. Po cholerę ty właściwie zgodziłeś się być partnerem tego brytyjskiego szczura Sabre'a?

Artysta bardzo powoli odstawił filiżankę z kawą na spodek. Równie powoli oderwał wzrok od rozłożonej pośród kosmetyków książki. Finalnie skierował spojrzenie na swojego gościa.

Edgar Dickinson: Dzień dobry Panie Brutal. Usiądź proszę *poeta wskazał na fotel stojący w kącie garderoby* Widzę, że o nawodnienie dbasz samodzielnie, gdybyś jednak miał ochotę na coś innego to chętnie poczęstuję, kawą, herbatą lub czymś mocniejszym. Od razu jednak odpowiadając na wszelkie twoje pytania i wątpliwości. Uważam, że to dobry pomysł, żebyśmy stoczyli mały pojedynek testowy, chociaż obawiam się, że nasi rywale są jeszcze mniej zgrani. Kto by pomyślał, prawda? W każdym razie, musimy się oglądać za siebie tego wieczora Panie Brutal. Jeśli zaś chodzi o Pana Sabre. Cóż, miałem wobec niego pewne plany. Miał sięgnąć po mistrzostwo i potem mnie wyznaczyć na pretendenta. Ten wątek musiałem jednak wyrzucić do kosza… Chciałbym jednak pewną rzecz rozwiać, ostatnio wtargnąłem na twój pojedynek w stanie hmmm nieoptymalnym. Musiałem to jednak uczynić, zakończenie tego wieczora byłoby gorsze niż tylko zderzenie potylicy z krzesłem.

Mike F'N Brutal: No dobra, chociaż jedna rzecz się zgadza. Ta walka będzie swego rodzaju testem. I właśnie dlatego ją załatwiłem, bo chcę wiedzieć, czy mogę na Tobie polegać, zanim przyjdzie czas na makaroniarzy. Bo dzisiaj nie interesuje mnie kto jest bardziej efektowny, kto ma lepszy rekord czy kto potrafi ładniej paplać do mikrofonu. Jak zacznie się hardcore to chcę wiedzieć, czy człowiek stojący obok mnie dalej będzie stał obok. A co do Sabre'a... dobra, niech będzie. Wrestling to wrestling. Pas, historia, możliwość zapisania kolejnego rozdziału. Każdy z nas ma jakiś powód, dla którego tu jest. Ale wiesz co? Mam w dupie, czy Zack miał dla Ciebie pas, złote góry czy obiecał Ci własny pomnik przed siedzibą LPW. Po tym, co odwalił sam nasikał na swoją historię. Ale jest jedna rzecz, która zaczyna mnie w tym wszystkim naprawdę wkurzać. The Outfit. Widziałem już takich jak oni. Wchodzą na cudzy teren, robią bałagan, stawiają swoje zasady i zachowują się, jakby od teraz wszystko należało do nich. I nie podoba mi się to. Nie dlatego, że przestrzegam zasady. Nie przestrzegam, urodziłem się po to, żeby je łamać i pamiętam, że sam narobiłem tutaj wystarczająco dużo gówna. Ale Elysium zaczyna być naszym miejscem. Ja i ci ludzie na trybunach chcą zobaczyć czym ten brand może się stać, kiedy to my zaczniemy go układać. Nie Leone. Nie jego garniturowe przydupasy. My. Ludzie, którzy wychodzą tutaj i ryzykują własnym zdrowiem, żeby to wszystko miało jakikolwiek sens.

Na twarzy Brutala w tym momencie pojawia się lekki, krzywy uśmiech.

Mike F'N Brutal: Więc dzisiaj zrobimy im małą lekcję. A potem zobaczymy, kto jeszcze będzie chciał nam tłumaczyć jak to miejsce ma wyglądać. Do zobaczenia na ringu, literacik. I pilnuj pleców, bo mam wrażenie, że dzisiaj ktoś będzie chciał nam bardzo dokładnie pokazać, gdzie jest nasze miejsce.

Poeta odprowadził wzrokiem swojego drużynowego partnera, kiedy ten opuszczał jego garderobę, równie bezpardonowo jak do niej wkroczył. Artysta chwilę jeszcze spoglądał, na drzwi których Mike za sobą nie zamknął. *O tempora, o mores* mruknął do siebie pisarz, po czym wrócił do swojej kawy. Przez chwilę wyglądał, jakby miał dalej pozować na członka królewskiego podwieczorku, jednak jego mina w końcu stężała. Edgar odstawił filiżankę na spodek i zaczął bębnić palcami o blat, intensywnie wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Po chwili wstał i zaczął przetrząsać, stojący pod ścianą,  kufer, jakby intensywnie czegoś poszukiwał.

[Obrazek: cNDyCwA.png]

Widzimy piękne ujęcie areny, w której odbywa się dzisiejsza gala, oświetlony budynek robi naprawdę duże wrażenie, tuż po zachodzie słońca. Teraz obraz zjeżdża nieco bliżej i możemy obserwować, że na dachu przebywają jacyś ludzie. Wygląda na to, że na coś się przygotowują. Nagle ujęcie z drona zmienia się na ujęcie z kamery ręcznej - możemy zobaczyć, że na szczycie budynku atmosfera jest mocno napięta, ów ludzie to prawdopodobnie pracownicy Legion Pro Wrestling. W dalszym planie widzimy również Nicka Aldisa, który jest tam w otoczeniu paru ochroniarzy. Nagle słychać jednak głos jednego z mężczyzn, który właśnie wpatruje się w niebo przez długą lornetę.

Pracownik LPW: Lęcą! Lecą! Widać ich! Dawajcie znać na dół!]

W tym momencie obraz z kamery ponownie się zmienia i mamy szybkie, biegnące wręcz ujęcie, które ukazuje nam zaplecze dzisiejszego widowiska, dwóch mężczyzn zajmuje się nagłośnieniem, słychać jak potwierdzają sobie nawzajem, że "wszystko jest ok", po chwili jesteśmy już na korytarzu, gdzie widzimy jakieś 40 dzieciaków, które biegną w stronę gorilla position - tam czekają na nich już producenci, którzy wyglądają na lekko zdenerwowanych, ale jednocześnie zafascynowanych całą tą sytuacją. Jeden z nich daje znak kciukiem uniesionym w górę, że są gotowi, następnie naciska przycisk, który znajduje się przy wejściu i w głośnikach na arenie rozbrzmiewa TEN UTWÓR i widzimy, że dzieciaki wybiegają na arenę i ustawiają się wokół ringu. Każde dziecko ma na sobie białą koszulkę z jakimś cytatem filmowym, w oczy rzucają się chociażby "You can't handle the truth!", It is the quality of one’s convictions that determines success, not the number of followers", czy "Quid pro quo—I tell you things, you tell me things". Atmosfera wśród kibiców robi się coraz bardziej gorąca, a my ponownie mamy ujęcie z drona i obserwujemy...zbliżający się helikopter! Maszyna powoli zbliża się do lądowania, w wyznaczonym do tego miejscu, a oficjele LPW ostrożnie podchodzą bliżej. W końcu śmigła przestają pracować, a z pokładu helikoptera wyłania się postać. Ma na sobie długi czarny płaszcz z kapturem, po chwili jednak odchyla go i widzimy, że jest to James River Waters we własnej osobie! W środku areny słychać ogromny wręcz wrzask i kamera ponownie kieruje nas właśnie tam. Kibice bawią się na trybunach w rytm przeboju Journey, a na titantronie wyświetla się film, który pokazuje niektóre walki Watersa w WCW. Po mniej-więcej dwóch minutach ekran robi się czarny, a muzyka cichnie. W hali zapada kompletny mrok, który jednak dość szybko wypełniają unoszące się w rękach fanów smartfony, praktycznie każdy włącza latarkę w swoim telefonie, a napięcie sięga zenitu.

Nagle słychać to, na co wszyscy czekaliśmy - PHANTOM OF THE OPERA! Ponownie słychać wrzask kibiców, a dzieciaki zebranie wokół ringu zaczynają biec w stronę titantronu, tam zaś pojawia się specjalna platforma z wielkim czarnym gargulcem zamontowanym na przodzie. Na niej widzimy oczywiście Jamesa Rivera Watersa. Wśród braw i krzyków wjeżdża on powoli na arenę, będąc przy ringu opuszcza on platformę, po tym jak obsługa otworzyła mu drzwiczki zamontowane z prawej strony. "Madman" wychodzi na wszystkie cztery narożniku po kolei, witając się z kibicami, Ci odpłacają mu potężną reakcja, która ewidentnie wywołuje emocje u Watersa. Widzimy nawet, że chyba uronił on łzę, bo ociera policzek. Gdy sytuacja nieco się uspokaja, James River zdejmuje płaszcz i możemy zaobserwować, że ma na sobie czarną koszulkę z białym napisem "Just when I thought I was out, they pull me back in". Były MISTRZ ŚWIATA WAGI CIĘŻKIEJ uśmiecha się teraz i prosi obsługę o mikrofon, ten natychmiastowo pojawia się w jego ręce i w końcu możemy posłuchać, co po tym wszystkim ma do powiedzenia James River Waters, który raz jeszcze się uśmiecha, a następnie prosi publiczność, by ta dała mu dojść do głosu...

James River Waters: Chcia...

Waters nie zdąża dokończyć pierwszego słowa. Mata przy jego nogach nagle się wybrzusza, przebija ją potężna dłoń, która zaciska się na kostce Madmana. James próbuje złapać się lin, ale kolejne szarpnięcie przewraca go na plecy, a chwilę później zostaje wciągnięty przez rozerwaną matę pod ring! Wokół zaczyna się chaos. Dzieci stojące przy ringu są natychmiast wyprowadzane przez ochronę i pracowników LPW, podczas gdy spod konstrukcji dochodzą kolejne potężne uderzenia. Ring drży, słychać brzęk metalu, głuche huki i krótkie odgłosy szamotaniny. Nagle wszystko cichnie. Po kilku sekundach jeden z kamerzystów ostrożnie podchodzi bliżej rozerwanej maty. Na razie kamera nie jest w stanie zarejestrować żadnego obrazu. Nagle z dziury wyłania się głowa James'a, a następnie jego barki, oraz ręce. Kamera cofa się lekko, idealnie w momencie w którym ciało Watersa zostaje wyrzucone w powietrze i z głuchym łupnięciem upada na ring! Tymczasem przez dziurę powoli wyłania się Silas Crowe. The Uncured chwyta krawędzie płótna i wciąga się do ringu, po czym prostuje nad leżącym Watersem, który jest cały zakrwawiony. W tym samym momencie na rampie pojawia się Dr Victor Kline z dyktafonem w jednej dłoni i mikrofonem w drugiej. Zatrzymuje się, patrzy na Silasa, a potem na Madmana.

Dr Victor Kline: Terapia rozpoczęta.

Obraz z kamery momentalnie się urywa.

Video Promo

Kamera przenosi nas do bogato zdobionej sali. Czuć bogactwo, kiedy rozejrzymy się po otoczeniu. Wysoki sufit, na ścianach znajdują się portrety przodków naprzemiennie z gobelinami. Na podłodze znajduje się marmur, a na końcu pomieszczenia stół z bogatymi złotymi zdobieniami. O stół jest oparta laska Margaux, przy jednym z krzeseł przy stole siedzi Lord Sebastien. W ręku obraca kieliszek z winem.

Lord Sebastien: McŁowicz, człowiek, który całe swoje życie spędził przy kuchennym blacie. Nauczył się jak z tanich składników zrobić coś co można położyć na talerzu. Niestety na tym się już kończą mocne strony McŁowicza.

Lord podnosi kieliszek do góry i bierze delikatnego łyka wina.

Lord Sebastien: Twoimi dwiema głównymi cechami są głupota i odwaga. Jesteś odważny, bo wydajesz się nie obawiać przed konfrontacją ze mną, a ja na twoim miejscu zdecydowanie bym się tego obawiał. Jesteś głupi, bo myślisz, że możesz tak po prostu odmówić komuś takiemu jak ja. Ale trochę Ciebie rozumiem. Ty nie walczysz ze mną dlatego, że wierzysz, że możesz ze mną wygrać. Walczysz, bo zostałeś wychowany w świecie, w którym tacy jak Ty muszą chwytać się każdej okazji, żeby choć przez chwilę poczuć się równymi ludziom takim jak ja.

Teraz Lord wstaje i podchodzi do jednego z portretów znajdujących się na ścianie. Kontynuuje cały czas przyglądając się portretowi

Lord Sebastien: Spójrz, McŁowicz. To są moi przodkowie. Pokolenia ludzi, którzy budowali majątek, pozycję i własne nazwisko. Budowali też historię świata, w którym żyjemy. Możesz o tym opowiedzieć co najwyżej przy niedzielnym obiedzie swojej rodzinie. Ja jestem częścią tego. A co jest twoim osiągnięciem, McŁowicz? Zrobienie komuś obiadu? Właśnie dlatego uwielbiam stawkę tej walki.

Lord bierze kolejnego łyka wina, wraca do stołu i ponownie do niego zasiada.

Lord Sebastien: Już na najbliższym Elysium pokonam Ciebie w walce, a Ty zostaniesz moim kucharzem. Będziesz wstawał codziennie rano, wiedząc, że pracujesz dla człowieka, któremu odmówiłeś, ale ta odmowa nie miała żadnego znaczenia. Będziesz gotował moje śniadania, moje obiady, moje kolacje. I za każdym razem, gdy wejdziesz do mojej kuchni będziesz pamiętał jedną rzecz. Że pewnego czasu kucharz pomylił swoje miejsce ze stołem pańskim. Przywrócę właściwy porządek na Elysium. Szlachcic na swoim miejscu, służba na swoim. Lepiej dobrze zapamiętaj te chwile. To ostatni czas, kiedy możesz poczuć, że jesteś kimś więcej niż rzeczywiście jesteś.

Po tych słowach Lord machnął ręką jakby chciał przepędzić kamerzystę, a ten posłusznie wychodzi z pomieszczenia. W kadrze widzimy jeszcze jak Lord delektuje się winem w swoim kieliszku, a obraz z kamery powoli gaśnie.

Houston, mamy problem. Dziura w ringu, powtarzam dziura w ringu!

Video Promo

Kamera przenosi nas do ciemnego pomieszczenia, nie widzimy zupełnie nic. Po chwili zapala się lampka i możemy dostrzec... Zaraz, zaraz! Czy to dawno niewidziany Eli Cottonwood? Tak! Olbrzym ze złowrogim spojrzeniem zerka w obiektyw, po czym gładzie się po wąsie...

Eli Cottonwood: Wąsy są oznaką prawdziwego mężczyzny. Ja je mam... I nie tylko ja. Nie jestem sam, jest nas więcej. Zamierzamy zdominować LPW. Niech każdy chłopak z gładką twarzą się strzeże, bo nikt nie będzie w stanie powstrzymać prawdziwej rodziny...

W tym momencie w tle pojawiają nam się sylwetki jeszcze trzech mężczyzn, każdy z nich również wygląda na olbrzyma, nie widzimy jednak ich twarzy. Eli dalej raczy nas groźnym spojrzeniem gładząc się powoli po wąsach, po czym obraz z kamery gaśnie...

Non Title Singles Match
Zack Sabre Jr. vs Derek Halloway

Kamera przenosi nas teraz do ringu, gdzie Zack Sabre Jr. znęca się nad Derekiem Halloway`em przetrzymując go na macie w Wrist Locku. Foliarz powoli wstaje z widocznym bólem na twarzy. Kiedy jest już na nogach to Zack wymierza serię ciosów pięścią w naciągniętą rękę Eternal Championa, a ten ponownie pada na ziemię. Derek wierci się z bólu i po paru sekundach doczołgał się do lin. Sędzia zaczyna odliczać. 1… 2… 3… 4… Zack puszcza po tym jak wykorzystał okazję do granic możliwości. Sabre odsuwa się parę metrów i wchodzi w dyskusję z sędzią. Halloway w tym czasie ma chwilę, żeby wstać. Kiedy Brytyjczyk zobaczył przeciwnika na nogach natychmiast odpycha sędziego i na niego rusza. Side Walk Slam od mistrza? Nie! Derek poczuł efekty dźwigni Zacka i puścił go w locie. ZSJ to wykorzystuje i wypłaca Pele Kick. Derek siada na dupie oszołomiony, a Anglik odbija się od liny i dokłada Penalty Kick. Zack teraz napawa się swoją dominacją w ringu na co fani reagują buczeniem. Ten nic sobie z tego nie robi i sygnalizuje, że będzie chciał zakończyć tę walkę. Podchodzi do Foliarza, który jest na czworaka w ringu. Wyciąga jego nogę, Ankle Lock?! Nie! The Awakened wymierza kilka kopnięć prosto w twarz Sabre, aż ten puszcza uchwyt i zamroczony dochodzi do siebie opierając się o linę. Mistrz już wstał, a Zack na niego rusza, ale inkasuje wysokie Back Body Drop! Brytyjczyk z takim impetem uderzył w matę, że aż wstał na równe nogi, odbił się od lin, a zawodnik z Denver dołożył jeszcze do tego Flapjack. Amerykanin jest w gazie, prosi fanów o wsparcie, a ci je mu dają. Zack powoli wstaje, a Halloway go podnosi. Czy to będzie Powerbomb?! Tak, Corner Powerbomb, Zack potężnie wciśnięty w narożnik upada na matę, a mistrz przechodzi do pinu. 1… 2… Kickout! Zack cały czas wśród żywych, a mistrz nie może uwierzyć, że to nie koniec i patrzy na sędziego jakby był częścią spisku. Po chwili jednak przechodzi do dalszej ofensywy i podnosi Sabre do góry. Awakening?! Nie, Brytol zsuwa się w ostatniej chwili za plecy mistrza. Wypłaca Forearm Smash w tył głowy rywala, a ten kieruje się w stronę narożnika. Zack odbija się od przeciwnego narożnika. Corner Dropkick! Brytyjczyk nie pozwala rywalowi opaść na ziemię… i mamy Zack Driver!? Nie, Anglik ma zdecydowany problem, aby podnieść mistrza, a ten odpłaca mu serią łokci w plecy. Zawodnik z Kent aż przyklęka, a Derek odbija się od liny… Third Eye?! Connected! Zack pada na matę, a mistrz przechodzi do pinu. 1… 2… 3! Derek Halloway górą nad Zackiem!

Szanuj wodę. Nie lej jej w komentarzu.

Na arenie nastaje kompletna ciemność. Po chwili wybrzmiewają pierwsze dźwięki syntezatora z utworu Van Halen - Jump. Błyskają neonowe światła w kolorze różu i błękitu. Po wejściu bębnów na rampie pojawia się "Sunny Chris" Finnegan. Ubrany w swoje wrestlingowe spodnie w neonowych barwach szeroko błyszczy śnieżnobiałym uśmiechem w stronę publiczności, która zaczyna wykonywać efekt fali. Chris kieruje swoje kroki w stronę ringu przybijając po drodze piątki, następnie wchodzi po schodkach, przeskakuje ponad górną liną, po czym wchodzi na szczyt narożnika i rozgląda się wśród publiczności wskazując palcem na pojedyncze osoby. Następnie powtarza to w przeciwległym narożniku, po czym odbiera mikrofon od konferansjera.

Surfer: Wow... chwila. Naprawdę? Tego się kompletnie nie spodziewałem. Myślałem, że będę musiał was do siebie przekonać. A wy... przyjęliście mnie jak starego znajomego. *publika reaguje dopingiem* Wiecie co? Chyba właśnie tego potrzebowałem. Przez całe życie nauczyłem się, że najważniejsze jest mieć obok siebie ludzi, którzy dają ci siłę, kiedy zaczyna jej brakować. Wiecie co jest zabawne? Całe życie spędziłem nad wodą. Słońce, piasek, deska pod nogami i ten moment, kiedy patrzysz na nadchodzącą falę i zastanawiasz się, czy dasz radę ją złapać. I chyba właśnie za to pokochałem ten styl życia. Nigdy nie wiesz, co przyniesie następna fala. Możesz próbować ją przewidzieć, ale ostatecznie musisz po prostu wskoczyć i popłynąć. A wrestling? Cóż... wygląda na to, że właśnie złapałem swoją kolejną falę. Nie wiem czego się po nim spodziewać, ale...

No i w tym momencie uderza theme song Jose Lopeza! Fate rozbrzmiało na arenie, śliczna piosenka, ale nie wiedzieć czemu - witana ogromnymi gwizdami oraz buczeniem. Na rampie pojawia się sam Hiszpan, który ubrany jest w swój strój wrestlingowy. Nieczęsto możemy go w tym widzieć. El Hermoso zmierza w kierunku ringu pewnym krokiem, totalnie olewając publiczność. Przed wejściem do ringu bierze mikrofon, wchodzi w końcu do docelowego miejsca i staje przed Chrisem, po czym zabiera głos.

Jose Lopez: Któż inny powinien się tutaj zjawić i przywitać cię, jak nie inna osoba wychowana przy oceanie? *lekki uśmiech* Przyznam, że naprawdę nietrudno domyślić się, że jesteś człowiekiem wody. Pomijając twoje monotematyczne tatuaże, *Jose rzuca krótkie spojrzenie na ciało Chrisa* lub twoje pochodzenie, to...po prostu tak zajebiście lałeś WODĘ podczas swojej przemowy, że wszyscy na zawsze zapamiętamy, że bardzo ją lubisz, a słowo FALA znaczy dla ciebie tyle, co POJEDYNEK dla Cavazosa. Dziękujemy za uświadomienie tego! *Jose ironicznie się uśmiecha* W federacji mamy takiego jednego hydraulika, wezwałbym go, ale... nie sądzę, by coś zdziałał. Swoją drogą, macie więcej wspólnego niż myślisz. *puszcza oczko i robi pauzę* Zadałeś kilka pytań, więc jako bardziej doświadczony zawodnik służę pomocą. Chcesz wiedzieć, czego spodziewać się po wrestlingu? NAJGORSZEGO. Są tacy, którzy się właśnie o tym przekonują. *heat, a Jose uśmiecha się kącikiem ust* Doedukuję cię także, czego można spodziewać się po Elysium, a jest to na pewno fakt... że można się tutaj zmierzyć z Jose Lopezem! *żywa reakcja publiki* Może ostatnio nie zdarzało się to zbyt często, ale teraz mam jakieś przeczucie, że NIKT nam nie przeszkodzi w potencjalnej walce, bo osoba, która byłaby do tego zdolna, aktualnie musi tłumaczyć się na policji ze swoich złych rzeczy, co za przypadek. *Jose ironicznie się uśmiecha, a fani zaczynają buczeć* Także... zróbmy to, co ty na to? Przyda mi się rozgrzewka, a tobie przyda się pamiętny debiut...

Chris skinął głową, że jest gotowy do walki. Jose lekko uśmiechnął się z tego powodu, także za chwilę czeka nas pojedynek!

Singles Match
Jose Lopez vs Chris Finnegan

Wracamy do ringu. Jose Lopez jako pierwszy przejmuje inicjatywę, zatrzymując rozpędzonego Chrisa Finnegana mocnym Roundhouse Kickiem. Australijczyk cofa się w stronę narożnika, gdzie Spanish Star dokłada Running Corner Clothesline, a następnie wyciąga przeciwnika na środek ringu i wykonuje Snap Scoop Powerslam! Próba pinu. 1... 2... nie! Sunny Chris podrywa bark. Lopez od razu próbuje wykorzystać przewagę. Podnosi rywala i szykuje La Patada de Las Palmas, lecz Finnegan w ostatniej chwili się odsuwa. Hiszpan obraca się po nietrafionej akcji i otrzymuje Forearm Smash! Drugi! Chris odbija się od lin i dokłada Jumping Dropkick! Lopez wpada plecami w narożnik. The Ocean Boy rusza za nim i trafia Corner Splash! Finnegan od razu wyciąga przeciwnika na środek ringu i wykonuje Snap Suplex. Chris próbuje od razu dołożyć The Sydney Sweep, ale Lopez zsuwa się za jego plecy i odpowiada Swinging Neckbreakerem! Obaj przez chwilę leżą na macie. El Hermoso podnosi się pierwszy. Czeka, aż rywal znajdzie się na kolanach. SHINING WIZARD! trafia! Chris pada na plecy, a Lopez od razu przechodzi do przypięcia. 1... 2... nie! Australijczyk podrywa bark. Spanish Star chce pójść za ciosem i rusza z La Patada de Las Palmas, lecz Finnegan w ostatniej chwili uchyla się pod kopnięciem. Lopez obraca się po nietrafionej akcji i otrzymuje Forearm Smash! Drugi! Low Kick od Chrisa i od razu Enzuigiri! Hiszpan zatacza się, a The Ocean Boy rusza z Running Clothesline’em! Lopez pada na matę. Finnegan podnosi przeciwnika i wykonuje The Sydney Sweep! Connected! Chris widzi swoją szansę i rusza w stronę narożnika. Wspina się na górną linę. THE BIG WAVE! Nie! Lopez podnosi kolana! Finnegan ląduje na nich brzuchem i zwija się z bólu. Jose próbuje wykorzystać okazję, ale Sunny Chris trafia Forearmem. Drugi Forearm! Jumping Dropkick posyła Lopeza ponownie w narożnik. Finnegan rusza za nim i dokłada Corner Splash! Idealnie! Australijczyk nie czeka, chwyta rywala i od razu wykonuje Belly-to-Belly Suplex! Lopez ląduje na plecach, a Chris rzuca się na niego! 1... 2... NIE! Jose podrywa bark dosłownie w ostatniej chwili! Finnegan natychmiast podnosi przeciwnika i wysyła go Irish Whipem na liny. Lopez wraca, a Chris ustawia się pod The Tidal Force! Jednak nie! Spanish Star zatrzymuje się przed wejściem w zasięg Spinebustera i trafia Step-Up Enzuigiri! Finnegan chwieje się, ale nie pada. Lopez rusza z La Patada de Las Palmas! Chris ponownie uchyla się pod kopnięciem i odpowiada Forearm Smashem! Próbuje drugiego, lecz tym razem Jose przechwytuje rękę przeciwnika, przyciąga go do siebie i błyskawicznie przechodzi do inverted facelocku. Australijczyk próbuje wyrwać głowę z uchwytu, ale jest już za późno. HASTA LUEGO! Cross Rhodes trafia kompletnie z zaskoczenia! Lopez momentalnie przewraca rywala na plecy. 1... 2... 3! Jose Lopez wygrywa, choć debiutujący Chris Finnegan jeszcze chwilę wcześniej był bardzo blisko sprawienia dużej niespodzianki.

Video Promo

Obraz pokazuje nam kuchnie. Rob McŁowicz stoi przy blacie, ale tym razem niczego nie przygotowuje. Przed nim leży jedynie złożony fartuch. Przez chwilę patrzy na niego w ciszy.

Rob McŁowicz: Zaczęło się niewinnie. Najpierw Sebastien zaprosił mnie do swojej loży VIP, żebym zobaczył, jak według niego wygląda „prawdziwy zawodnik”. Potem przyszedł do Pobitych Garów, spróbował mojego jedzenia i nagle uznał, że znalazł dla mnie lepsze miejsce. Nie w ringu. Nie w LPW. W swojej kuchni, wykonującego jego polecenia. Zaśmiałem mu się wtedy w twarz, bo byłem przekonany, że to kolejna fanaberia nadętego arystokraty.

Rob bierze fartuch do ręki, przygląda mu się przez moment, po czym rzuca go z powrotem na blat.

Rob McŁowicz: Ale Sebastien nie żartował. Konsekwentnie dążył do tego, aby doszło do spełnienia jego marzenia. Te mogą spełnić się już podczas Main Eventu. Jeśli przegram, zostanę jego prywatnym kucharzem i będę musiał znosić człowieka, który naprawdę wierzy, że pieniądze, nazwisko i używanie francuskiego języka dają mu prawo decydować o cudzym życiu.

Rob podchodzi bliżej kamery, a jego ton wyraźnie się zaostrza.

Rob McŁowicz: Więc tak, stawka jest ogromna. Tylko zapamiętaj jedno, Sebastien, jeszcze niczego nie wygrałeś. Możesz już wybierać menu, kupować srebrne sztućce i szykować mi miejsce w swojej kuchni, ale najpierw musisz mnie pokonać. A kiedy zabrzmi gong, nie będę twoim kucharzem. Będę człowiekiem, który zrobi wszystko, żebyś do końca życia pamiętał, jak smakowała twoja własna pycha.

Rob spogląda jeszcze raz na fartuch.

Rob McŁowicz: Chcesz mnie na własność? Przyjdź i spróbuj mnie sobie wziąć. Smakuje?!

Obraz z kamery gaśnie

Kamera się włącza i pokazuje Dereka Halloway’a, który stoi z rękami założonymi na brzuchu. W jednej ręce trzyma flamaster  i stuka się po ustach jakby się nad czymś zastanawiał patrząc w konkretnym kierunku. Teraz kamera się oddala i widzimy, że ma na biodrach założony pas Eternal oraz iż patrzy w stronę planszy, na której jest namalowany flamastrem schemat płaskiej Ziemi z piękną kopułą. Można również dostrzec statyw, na którym stoi telefon, w którego stronę Derek się odwraca i w tym momencie na titantronie pojawia się obraz z kamery telefonu

Derek Halloway: Piękna mi wyszła ta nasza Ziemia, prawda? <Derek czyta czat> Ale krzywa, tak nierówna, jak zeznania kiboli w sądzie. Dobra, Michał, dostajesz bana i nie będziesz mógł komentować na czacie przez 24 godziny. Pamiętajcie, powstrzymujmy hejt w Internecie. Do tych, którzy dopiero dotarli na nasz przebudzony live, witam wszystkich oświeconych! Tematem dzisiejszej transmisji będzie Płaska Ziemia, czyli miejsce na którym żyjemy. Zdawajcie pytania <Halloway przygląda się czatowi> SkyFan pisze jak to jest z tą grawitacją. <Halloway zaczął się z tego tak śmiać, że aż puścił mocnego bąka. Spogląda za siebie i mówi pod nosem> chyba nie poszło z farszem. <za chwilę się ogarnia> panie SkyFan, pan to jesteś częstym gościem moich live’ów, wielokrotnie wytykałem Twoją niekompetencję, durnotę i łatwowierność w jednym, a ludzie jak te barany łykają wszystko co powiesz Ty, a Ty powtarzasz to co powiedzieli Ci w tej agencji <Halloway robi palcami cudzysłów> „kosmicznej”. Sami agenci wokół, doprawdy. A zatem, żeby to raz na zawsze wybrzmiało. <Derek pisze słowo „grawitacja” na planszy i na nie wskazuje> grawitacja nieistnieje! <Halloway szybko i kilkukrotnie przekreśla napisane słowo> Do dysku przyciąga nas <Halloway pisze pod spodem> gęstość! Jeśli coś lub ktoś ma jakąś masę, to gęstość pozwala mu zostać na Ziemi. Czy to jest jasne?!

W tym momencie w kadrze pojawia się Tony Leone, ubrany w elegancki garnitur, pod krawatem, z rękoma założonymi za plecami. Don powoli zbliża się do Dereka i z uznaniem delikatnie potrząsa głową. Z jego twarzy można wyczytać, że jest pod wrażeniem.

Tony Leone: Najmocniej przepraszam, że ośmielam się przeszkadzać, lecz nie zdołałem oprzeć się własnej ciekawości. Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę śmiałość, Derek. <miły uśmiech, skłon głową w kierunku Dereka, później w stronę telefonu> Słyszałem kilka ostatnich minut i muszę przyznać, że masz odwagę. Większość ludzi boi się zadawać pytania. Wolą przyjmować odpowiedzi, które ktoś podaje im na tacy. Ale nie Ty, Derek. I wiesz co? Zawsze doceniałem takich ludzi. Ludzi, którzy interesują się tym, co jest za kulisami. Ludzi, którzy nie dają się wodzić za nos. To niezwykle cenna cecha, pielęgnuj ją dobrze, Derek. Wiesz dlaczego? Bo jest Nas bardzo niewielu. U nas, na Sycylii, mówi się - Cu k surdu, orbu e ta – ci, campa cent' anni 'mpaci. To znaczy - Kto jest głuchy, ślepy i milczy, ten żyje sto lat w spokoju. Ale nie My, Derek, nie My. To jest łatwa droga, dla tych, którzy w tłumie zawsze będą patrzeć w jedną stronę i iść tam, gdzie ich prowadzą. Ale My zawsze odwrócimy głowę, żeby zapytać dlaczego każą nam iść właśnie tam, nieprawdaż? <szeroki uśmiech, krok w stronę Dereka> Dwa tygodnie temu niezwykle mi zaimponowałeś. Sam zaproponowałeś mi walkę o mistrzostwo Eternal. Czym zasłużyłem sobie na ten zaszczyt? <Tony robi dłuższą przerwę, ale nie pozwala odpowiedzieć Derekowi> Gdyby zrobił to ktokolwiek inny snułbym podejrzenia, że to wszystko skrzętnie zaplanowany spisek przeciwko mnie. Podstęp, którego mam się nie spodziewać. W końcu zawsze jest ktoś, kto pociąga za sznurki, czyż nie? Ale Ciebie nie mógłbym podejrzewać o bycie marionetką, co to, to nie. Dlatego dzisiaj nie przychodzę tutaj jako Twój przeciwnik. Przychodzę jako partner biznesowy, bo na Heatwave będziemy mieli ze sobą interes. <Tony wskazuje na pas Eternal> Ten piękny tytuł. <pauza> Ty go masz. <pauza> Ja go chcę. <pauza> I uważam, że obaj jesteśmy wytarczająco inteligentni, aby nie robić z tego sprawy osobistej.

Derek Halloway: Od razu Ci mówię, mnie nie nabierzesz na te swoje „dobre” intencje i stonowany głos. Jakoś gdy nasyłałeś swoje pieski na mnie, Brutala i Edgara, to gdzieś zapomniałeś o tych manierach. Brutalność pod płaszczykiem elegancji. Typowy przedstawiciel loży P2, któremu odbiła palma i z przybocznymi myślą, że będą siać terror. Przejrzałem was, nie jesteście dla mnie niczym więcej, niż trybikiem w całej tej machinie. Nie potrzebuję poklasku, znam wartość tego co wiem, mi nie potrzebna jest wiara w jakieś „spiski”. Zwyciężyłeś ostatnio miano walki ze mną o mój pas. Jeśli go chcesz <Derek staje twarzą w twarz z Tony’m i ponosi okulary na głowę> musisz pokonać mnie. Wyszło szydło z worka w ostatnim zdaniu. Pas jest dla Ciebie czymś co stawiasz ponad tę swoją, pozorną elegancję i zaczynasz tracić kontrolę. Nie jesteśmy tacy sami co udowodnię Ci już niedługo.

Uśmiech natychmiast znika z twarzy Tony'ego i wygląda na poruszonego, jego mina od razu staje się smutna, a Don z rozczarowaniem kręci głową.

Tony Leone: Dlaczego traktujesz mnie tak bez szacunku, kiedy przychodzę do Ciebie jako przyjaciel? Obrażasz mnie, nazywając faszystą, kiedy wyciągam do Ciebie rękę. <pauza, w końcu wzdychając, jak człowiek o dobrym sercu, który nie może długo się gniewać na przyjaciela Tony kontynuuje> Lubię Cię Derek. Naprawdę bardzo Cię lubię i byłoby mi okropnie przykro, gdyby przez taką drobnostkę wydarzyło się coś nieprzyjemnego. Uwierz mi, że pękło by mi serce, gdybym wszedł na Twoją kolejną transmisję, a ona nie mogłaby się odbyć przez Twoją niedyspozycję. Potrafisz sobie wyobrazić rozczarowanie tych wszystkich biednych ludzi, którzy tak bardzo na Ciebie liczą? Nie rób im tego, Derek. Tak jak wcześniej wspomniałem, wszyscy wiedzą, jak bardzo światłym człowiekiem jesteś. Zastanów się dobrze, czy branie przykładu z frustratów to, aby na pewno dobry pomysł. Do Heatwave mamy jeszcze trochę czasu.

Tony kończy rozmowę, poprawia mankiet koszuli i spokojnie rusza w stronę wyjścia. Przechodzi za plecami Dereka. W pewnym momencie zatrzymuje się. Spogląda dyskretnie w dół. Na jego twarzy pojawia się ledwo widoczny uśmiech. Tony jeszcze raz zerka w dół, po czym mówi.

Tony Leone: Obawiam się, że... <krótka pauza> Twoja wcześniejsza teoria dotycząca farszu może jednak wymagać ponownego rozważenia.

Tony lekko kiwa głową, jakby właśnie przekazał Derekowi niezwykle istotną informację.

Tony Leone: Miłego wieczoru.

Don odchodzi bez pośpiechu. Derek zostaje sam, kompletnie zbity z tropu i gwałtownie łapie się za dupę, a obraz z kamery gaśnie.

Singles Match
Jean-Pierre Dolnick vs Maxwell Ransom

Obaj zawodnicy są już w swoich narożnikach. Jean wygląda na niepewnego tego co go tu czeka (przy okazji nie udaje mu się zatuszować zesrania nadchodzącą walką). Maxwell jest skupiony i nie spuszcza oka z Dolnicka. W końcu wybrzmiewa gong i czas rozpocząć ten wyczekiwany pojedynek! Ransom z kamienną twarzą podchodzi w stronę Grubasa, ten woli jednak zostać przy kornerze i mówi do byłego przyjaciela, żeby "srali na to, bo po co się tłuc jak mogliby skoczyć na dobry obiad na przykład i w ogóle". Maxwell przystaje w końcu przy Dolnicku, który dalej pierdoli od rzeczy... I Grubas z Konga nagle wyprowadza Potężne Odepchnięcie! Ransom robi jednak unik i teraz to on kilkoma ciosami sprawia, że Jean-Pierre chwieje się na nogach. Mamy Irish-whip... I Lariat od Ex-Wilgotniaka! Big Jean jednak nie upada, a jego rywal sam teraz odbija się od lin i wyprowadza Running Lariat! Sytuacja nam się powtarza, a więc Maxwell kolejny raz bierze rozbieg, mamy odbicie... I Running Big Boot, który ostatecznie powala Dolnicka na matę! Grubas turla się w kierunku narożnika i tam próbuje wstać na nogi, zaś Ransom patrzy w kierunku dopingującej go widowni. Wyraz twarzy ma dalej poważny i łatwo odnieść wrażenie, że ten pojedynek nie sprawia mu frajdy. Dolnick jest już na nogach, co zauważa Big Handsome Man... I wbija się w przeciwnika Running Corner Splashem! Big Jean trzymając się za klatę odchodzi od kornera i od razu zostaje wyniesiony na barki pod Death Valley Driver! Ależ siła Ex-Wilgotniaka, który chwilę trzyma rywala w tej pozycji... Torn Picture connected! Aż zatrząsł się ring, ale nie ma się co dziwić, w końcu potężna masa wbiła się w matę! Jean-Pierre leży znokautowany, Maxwell kręci głową i patrzy z lekkim żalem na byłego przyjaciela... Po czym łapie go za rękę, a sam zapina Gogoplatę! Ależ radość wśród fanów w Houston, w końcu akcję tą wykonywał Undertaker, a później także Wes Wallace! Grubas natychmiast odklepuje! Big Handsome Man puszcza chwyt, sędzia bije w gong, to koniec! Maxwell Ransom po jednostronnej i jakże krótkiej walce pokonuje Jean-Pierre Dolnicka!

Ransom stoi chwilę i z dosyć poważną miną oraz założonymi rękami na biodrach zerka w stronę publiczności. Dolnick w tym czasie turla się w stronę narożnika, gdzie przysiada opierając się plecami o poduszki. Jean jednocześnie co chwilę kaszle i trzyma się za gardło, co obserwuje jego przeciwnik z dzisiejszej walki, który po chwili wychodzi z ringu i odbiera mikrofon od konferansjera. Gdy Maxwell jest już w kwadratowym pierścieniu powoli podchodzi w stronę Grubasa z Konga i staje 3 metry przed nim, nie spuszczając go jednocześnie z oczu...

Maxwell Ransom: Pozwól, ze nie usiądę zwracając się do Ciebie, Jean. Chcę, aby wyraźnie była zaznaczona różnica poziomów, która obecnie nas dzieli. *głośne poruszenie widowni* Co Ty w ogóle tu robisz? Po co wróciłeś... Jest coś więcej co Cię tu ściągnęło niż pragnienie popularności? Odbudowa zasięgów? Ach, no tak... Darmowy bufet. I kasa. Nie zapomnijmy o pieniądzach. *publika w szoku* Zapchać brzuch, wypchać kieszeń, pokazać w telewizji, że żyjesz, że tu jesteś... Nie, bardziej nazwałbym to egzystowaniem, bo z dawnego Jean-Pierre'a nie zostało praktycznie NIC. Ty obecnie po prostu istniejesz. I tyle. *kręci głową* Kiedyś to co robiłeś, miało sens. Miało WIELKI, GŁĘBOKI SENS, bo wszystkim zapewnialiśmy najwyższy poziom rozrywki. Pisali o nas, rozmawiali, nasz duet przewijał się dosłownie wszędzie, nasze teksty stawały się viralami w sieci. Dawaliśmy ludziom TO COŚ! Dawaliśmy im oddech, chwilę zapomnienia od codziennego życia, problemów. To jest właśnie SENS! Rozumiesz? *głębszy oddech* Potoczyło się to dalej różnie, mieliśmy wspólną walkę, jej piękne zakończenie... Jean, nawet później, gdy pewne rzeczy zaczęliśmy robić solo, wyglądało to zupełnie inaczej. Widać było w Tobie pasję, rozumiesz? PASJA, tego nie da się zastąpić... *zerka prosto w oczy Dolnicka* To co spotkało mnie i jak potoczyła się nasza znajomość w ostatnim roku, to jest zupełnie inna sprawa... Ja się po prostu pytam do cholery, co się stało z Tobą? Szwendasz się bez celu po zapleczu, żresz na potęgę... Żresz, szwendasz się. Żresz, szwendasz się. Żresz, szwendasz się. I tak w kół... Nie! Wyszedłeś jeszcze parę razy do ringu, w końcu tutaj o to w tym przede wszystkim chodzi, prawda? A powiedz mi, co Ci się udało w związku z tym? Bo mi się wydaje, że masz na koncie więcej porażek, niż liczbę prostych punchy, które udało Ci się wykonać. *żywa reakcja widowni* Z reszta, sam fakt, że gadam teraz dłużej niż trwała nasza "walka" bardzo dużo mówi. *jeszcze głośniejsza reakcja, Maxwell robi chwilę przerwy* Prawda jest taka Jean, że bardzo dużo rzeczy... Po prostu spierdoliłeś. *Ransom ogląda się na publikę, która jest w ogromnym szoku* Hej! Możemy myśleć co chcemy, ale prawda jest taka, że Jay DiMateo ma rację. Każdy z nas to robi, wszystkim nam mogą puścić hamulce, jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoje ograniczenia i emocje, chcemy tego czy nie. Uważacie, że takie słowa są do mnie niepodobne? A jak ja mam trzymać nerw w ryzach *wskazuje na Dolnicka* po tym jego popisie z zeszłego Elysium? To był kolejny raz, kiedy nie wziął jakkolwiek na poważnie tego co mówię! Ile można? *poruszenie widowni* Wy to wiecie, wy to rozumiecie, wy mnie wspieracie i macie za to moją największą wdzięczność. ZAWSZE. *ponownie patrzy na Dolnicka* Ale Ty Jean? Względem nas powiedziałem już dużo, względem Ciebie prywatnie też. A co do twojej "starannie wykreowanej persony"... To nie jesteś już nawet karykaturą celebryty. Kompromitujesz się. I w ten sposób stracisz wszystko. Powinieneś zaszyć się w swoim pokoju, zająć dalej streamowaniem... I dla swojego dobra po prostu stąd odejść.

I w tym momencie Ransom wyrzuca mikrofon i opuszcza kwadratowy pierścień! Publika jest potwornie poruszona i zszokowana, ludzie kompletnie nie wiedzą jak zareagować. Maxwell też widać, że ciężko radzi sobie z emocjami schodząc na zaplecze, zaś Dolnick nadal siedzi w narożniku i wygląda, jakby otrzymał największy cios w całym swoim życiu, prosto w serce. Obraz z kamery gaśnie...

Pan Terry zabrał głos - "To koniec pewnej ery, Don Dan znika z wrestlingu!"

Tag Team Match
Derrick Mantel & El Garra de Gato vs Mike F'N Brutal & Edgar Dickinson

Wracamy po reklamach do ringu, gdzie El Garra odbija się od lin i przebiega pod ręką Brutala, który atakuje go Clotheslinem. Ponowne odbicie od lin, znów unik, ale tym razem Kociarz chwyta za brzuch przeciwnika stając za nim i próba German Suplexu. Jednak nie, Mike zapiera się nie dając się wynieść. Teraz wyprowadza stomp na stopę przeciwnika. Meksykanin puszcza przeciwnika i podskakuje trzymając się za bolącą nogę. Extremaniac chwyta przeciwnika za głowę jedną ręką i wyprowadza punch. Za chwilę kolejny i dokłada jeszcze Headbutt na to wszystko. Po tym ataku Kociarz pada na matę, a Mike zmienia się z Edgarem. Ten wskakuje na szczyt narożnika i mamy Diving Splash na leżącego rywala. Próba pinu, 1… 2… nie, Kickout. Poeta podnosi przeciwnika na nogi Irish Whipem wysyła go na liny. W momencie odbicia się Derrick zmienia swojego Tag team partnera. Irlandczyk tego nie zauważa i dokłada jeszcze Dropkick dla El Garra. Edgar wstaje, a Mantel wpycha przeciwnika do narożnika. W tej chwili od razu dokłada Step-up Enzuigiri. Dickinson pada na matę, a Normal Guy odbija się od lin i dokłada Running Senton. Próba pinu 1… 2… nie, Kickout. Brutal już prawie wszedł do kwadratowego pierścienia by zainterweniować, ale się powstrzymał. Derrick staje przy linach i oczekuje, aż jego oponent wstanie. Gdy się to dzieje, Mantel dokłada jeszcze Discus Lariat! Ależ mocny atak. Teraz jednak Amerykanin nie próbuje ponownie przypiąć tylko ustawia się w okolicy swojego narożnika i oczekuje, aż rywal się podniesie. Szykuje się Head Crusher! Jednak tym razem to Kociarz robi sneaky zmianę. Sędzia zatwierdza innego legalnego zawodnika w ringu, a Mantel odwraca się do nich i zaczyna się kłócić to z sędzią, to z El Garrą. Meksykanin wchodzi do ringu i pokazuje, że to on teraz tutaj będzie rozdawał karty i żeby spadał. Derrick patrzy zrezygnowany po publiczności i popycha swojego tag team partnera. Luchador z urażoną dumą chce ruszyć na Mantela, ale sędzia staje między nimi, a Amerykanin macha ręką i przechodzi na apron. Kociarz odwraca się do już klęczącego przeciwnika. El Garra ustawia rywala pod Garra Slam! Jednak nie, Dickinson wyprowadza trzy łokcie na głowę przeciwnika, po czym ten odpuszcza. Irlandczyk teraz dokłada jeszcze Plot Twist! Następuje szybka zmiana z Brutalem, który wchodzi do ringu, popycha przeciwnika na liny i wyprowadza na nim Factory Reset! Kociarz już leży mocno poobijany, ale Mike jeszcze raz zmienia się z Edgarem, który teraz wdrapuje się jeszcze na narożnik. Czy będzie The End?! Tak! Mamy The End! Próba pinu, 1… 2… 3?! Tak, to koniec tej walki!

Pisarz oraz Extremaniac z uznaniem kiwają do siebie głową, a po chwili sędzia unosi ich ręce do góry w geście zwycięstwa. Radość nie trwa jednak długo, bowiem rozbrzmiewa Carl Orff - O Fortuna a na rampie pojawia się Vincenzo Vizzini, który niedługo ma stoczyć walkę! Mężczyzna jest oczywiście ubrany jak przystało na członka The Outfit. Pod krawatem, w eleganckim kapeluszu. Tuż za nim stoi jego partner, Enzo Sacrale, który ubrany jest równie elegancko, w błękitną marynarkę. Zrównują się po chwili i razem wchodzą do ringu. Mesina ma już w ręku mikrofon, obaj stają na przeciwko napiętych Edgara oraz Mike'a, atmosfera jest tak gęsta, że można by ją było ciąć nożem.

Enzo Sacrale: Na początku pragnę się przywitać ze wszystkimi. Co prawda, Tony zrobił już to w imieniu całej naszej organizacji, jednak kultura wymaga, abym uczynił to również osobiście. *lekko kiwa głową w stronę widowni oraz dwójki rywali* Istotny jest fakt, że głęboko wierzę. *chwyta za medalik* Głęboko wierzę nie tylko w Biblię, ale również w ludzi i to, że należy dawać im szansę. Don Leone zdążył nas przedstawić, a ja liczę, że nie każdy jest takim ignorantem jak Generalny Menadżer i zdołaliście zapamiętać moje imię, z czystej, ludzkiej przyzwoitości. Z resztą, wasza dwójka już przekonała się, że to wręcz powinność... *z uśmiechem gładzi się po łokciu* Nasze pierwsze spotkanie nie należało do przyjemnych. Rozumiem żal, niechęć i frustrację, niechciane emocje są w końcu mankamentem każdego człowieka... Tony jednak klarownie przedstawił nasze intencje. Umiejętność słuchania kłania się w pas. *spogląda na Brutala* I na tym wszystko mogło się zakończyć. Nie... Na tym wszystko POWINNO się zakończyć. Jasno musi wybrzmieć, że to WY postanowiliście napisać kolejny rozdział tej opowieści. *spogląda na Edgara* To również z waszej inicjatywy dojdzie do kolejnego spotkania w Houston, podczas Heatwave. *ogląda się na Vincenzo* Nie będziemy uciekać. *wskazuje palcem ku górze* Bóg ześle na was wyrok, a my dokonamy egzekucji. Dokona się to na wasze życzenie. Z największą przyjemnością wymierzę boską karę wam i każdemu, kto będzie stanowić naszą przeszkodę. Wszyscy powinni to dobrze zapamiętać... *ogląda się po rywalach* Dzisiaj jednak sytuacja ma się inaczej, a ja mam zaszczyt przedstawić stanowisko The Outfit... Otóż tego wieczoru postanowiliśmy wdrożyć zasadę nietykalności, co jak widać, zdołaliśmy już udowodnić. Liczymy, że z aprobatą przyjmiecie tą drobną uprzejmość i zostanie zastosowana tutaj wzajemność. Zależy nam, aby na równych warunkach podejść do naszego pojedynku, po koleżeńsku. *uśmiech*

Nikomu nie potrzebne są specjalistyczne przyrządy optyczne, żeby dojrzeć, iż na twarzy Mike F’N Brutala rozbłysła purpura. Wyraźnie wskazująca, że już za chwilę dojdzie do złamania wszelkich zasad nietykalności, jak nie na poziomie fizycznym to na pewno na werbalnym. Zdziwić można się jednak, bowiem zanim Król Ekstremy zdążył się odezwać, jego wymalowany towarzysz wystąpił krok na przód i natychmiast zaczął tyradę.

Edgar Dickinson: Jedynym Bogiem tutaj jestem JA! Nieistotne jak wysoko się wespniesz, to nie będzie tam niczego poza mną! Nie wiem dalej skąd się tutaj wzięliście i co robicie w mojej opowieści, ale jesteście tylko krótkim apokryfem. Błędem, wykolejeniem, pomyłką, chochlikiem czy inną kaczką dziennikarską. *Dickinson po tym wstępie, wziął głęboki oddech i przymknął na chwilę oczy* Panie Enzo, Panie Vincenzo. Co mam na myśli, to że wraz z waszym liderem, jesteście w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Nie mam wątpliwości, że sami z pewnością, kiedyś natrafiliście na kogoś w takim właśnie położeniu. Wiecie też na pewno, jaki los zwykle takie zbłąkane postacie czeka. Problem jest jedynie w tej materii, że Panowie odmawiacie przyjęcia do wiadomości, że nie powinno was tutaj być. Nie interesują mnie więc powody waszej tutaj obecności, ani wasze plany i poglądy. Jedyne co się liczy, to żebyście Panowie zostali odstawieni poza tory tej historii, i żebym załatał to co zdążyliście już zniszczyć. *Poeta zbliżył się do rywali o kolejny krok*  Wysłanie mnie do szpitala dało wam ładną chwilę, zanim zdążyłem się zorientować co się dzieje. Ale ten czas się skończył, to jest moja opowieść *Artysta wskazał na przestrzeń dookoła siebie, co fani skwitowali cheerem* jesteście dla niej jak drzazga, której pozbędę się ekstruzją lub siłą.

Enzo Sacrale: Doceniam sztukę, naprawdę. Rzeźba, pismo, muzyka, piękno potrafi mnie fascynować. Czyż nie znaleźliśmy czegoś, co nas łączy, Panie Edgarze? *uśmiech* Obecnie jednak czuję ten gorzki, lekko stęchły zapach. Mówił o nim Don Leone. To frustracja, a wypływa ona z każdego otworu twojego ciała, powoli wypełnia arenę i wręcz mam wrażenie, jakby niedługo miała zalać nas wszystkich! *przymyka oczy* Widzę to oczami wyobraźni... W końcu nie jeden artysta potrafił zatapiać gniew, smutek i bezsilność. *uśmiech* "Zazdrość jest zgnilizną kości". Boli Cię, że tak naprawdę to Ty stałeś się nieświadomym plagiatorem. Że The Outfit Cię uprzedziło. Że musiałeś spalić to, co sobie wyimaginowałeś, i przeniosłeś na papier, bo nie zdążyłeś tego ukazać światu. To są interesy, Panie Poeto. Nie każdy może być w pełni szczęśliwy. Muszą być przegrani, a w najlepszym przypadku mniej usatysfakcjonowani. My osiągniemy to co zamierzamy niezależnie od tego, jak będziesz się zapierał. Możesz próbować napisać kolejną opowieść, żywic przekonanie, że zmienisz tym bieg wydarzeń... ale nic to nie da. *wzrusza ramionami* Mimo wszystko The Outfit nie zależy na kolekcjonowaniu wrogów, dlatego będę miał dla Ciebie poradę. Brzmi sympatycznie, czyż nie? *unosi brwi* Wyjdź do ringu podczas Heatwave, zrób to, w co wierzysz... I odpuść. W końcu wszyscy dobrze wiemy, jak to się skończy. Wyjścia masz dwa, albo pogodzisz się ze swoim losem sam... albo z naszą pomocą. *Enzo spoważniał jeszcze bardziej i przybliża się do Edgara* A za to bluźnierstwo, którego się dopuściłeś... Osobiście dopilnuję, żebyś miał bardzo dużo czasu na godzenie się z upadkiem twojej opowieści.

Enzo wygląda jakby miał złamać dane słowa i zapomnieć o wspomnianej wcześniej nietykalności, jednak w porę wyłapuje to Vincenzo, który również robi dwa kroki w przód i wkłada rękę między Sacrale i Edgara, posyłając chłodne spojrzenie w stronę kompana. Ten je odwzajemnia i kiwa głową do Vizziniego, po czym zgodnie obaj lekko się wycofują. Wszystkiemu przyglądał się Brutal. Mike widząc całą sytuację był także przygotowany do ataku i stanął obok Dickinsona. Kiedy sytuacja lekko się uspokoiła i napięcie minimalnie opadło, to South Philly Scumbag postanowił zabrać głoś, jakby był już zniecierpliwiony tym, co do tej pory usłyszał.

Mike F'N Brutal: Dobra... dobra, wystarczy, bo ludzie z widowni zaczynają wychodzić na siku, albo po napoje. *cheer* Słucham was już od kilku minut i mam wrażenie, że próbujecie zrobić z prostego wpierdolu jakieś cholerne objawienie. Bóg, wyrok, egzekucja, nietykalność... Chłopaki, ja naprawdę leję na to wszystko. Chcecie żebyśmy zostawili was w spokoju? Świetnie. Wy możecie zrobić to samo. Tylko jest jeden maciupeńki problem...  ja wcale nie mam ochoty wam niczego odpuszczać. Wkurwiliście mnie. Wkurwiliście pisarzynę. Wleźliście na nasze podwórko z przytupem i teraz będziecie musieli za to zapłacić. Mam tylko jedno zasadnicze pytanie. Od początku słyszę Sacrale to, Sacrale tamto, a wcześniej Leone siamto... Czy tylko Sacrale potrafi mówić w tym waszym duecie? Gdzie w tym wszystkim jest Vizzini? A może powinniśmy gadać po makaroniarsku, bo nasz język jest dla niego troppo complicato?

Sacrale znowu podnosi mikrofon do ust, jednak w tym momencie Vizzini kładzie dłoń na górze mikrofonu i spojrzeniem daje Enzo znać, że czas na to by zabrał głos. Mesina tylko się uśmiecha i oddaje Vincenzo mikrofon.

Vincenzo Vizzini: Proszę bardzo. Mam w ręku mikrofon i przemawiam. Czy jesteś teraz usatysfakcjonowany? Czy Twoje małe, kruche ego zostało w tym momencie wystarczająco podbudowane? *Vincenzo postępuje dwa kroki do przodu, stając na przeciwko Brutala* Jak widzisz mówimy w tych samych językach. Angielski, to sprawa oczywista. Włoski - tu muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Ale nie wiem czy masz świadomość, że mówimy jeszcze w jednym, wspólnym języku. *Vincenzo nachyla się do Brutala i patrzy mu głęboko w oczy* Moim ulubionym - języku przemocy. Już za tydzień na Heatwave przekonasz się o tym na własnej skórze. Udzielę Ci małych korepetycji. Ale jeśli tak bardzo pragniesz zobaczyć mnie w akcji to proszę, zostań w pobliżu i bądź świadkiem mojego małego pokazu. Zobacz, co swoją impertynencją i porywczością ściągnąłeś na waszą dwójkę. A jeśli nie <spogląda na Edgara> to prosiłbym was, intruzów, o wycofanie się z naszej historii. Bo ten rozdział należy do The Outfit.

Vizzini oddaje mikrofon w ręce Mesiny, po czym ściąga kapelusz oraz okulary i te układa pod ringiem. Chwilę później jednym ruchem ręki zrywa z siebie marynarkę, którą przewiesza na narożniku. W tym momencie wybrzmiewa Doli - Jebać Dorosłość a na rampie pojawia się Elias Shadow! Vizzini odpina zapinki, po czym podwija rękawy, a pozostała trójka mierzy się tylko spojrzeniami, po czym opuszcza ring. Czas na reklamy.

Pecorino Romano za jedyne 67,67ZŁ za 100G!

Singles Match
Vincenzo Vizzini vs Elias Shadow

Rozbrzmiewa gong, co oznacza początek pojedynku. Elias niezwykle pewny siebie podchodzi do środka ringu, po czym... Oczywiście, że tak, robi 67! A potem zaczyna krzyczeć coś o kukurynach czy jakimś innym gównie. Vizzini tylko podnosi lekko brew, wyraźnie niczym niewzruszony. Shadow na pewniaczka podchodzi jeszcze bliżej, jednak Włoch nagle odpala i bez żadnego znaku ostrzegawczego rusza na młodzieńca, wykonując Front Dropkick! Ale urwał! W sensie Eliasowi łeb, prawie urwało. Rozpoczyna się zabawa w kotka i myszkę. Zanim Lone Wolf jest w stanie podnieść się ponad pozycję siedzącą, otrzymuje Penalty Kick prosto w plecy! La Macchina bez żadnego zawahania chwyta obie dłonie i zaczyna je rozciągać do tyłu. Chwilę później zaczyna również używać kolana, które raz po razie wbija się w kręgosłup Eliasa! W końcu puszcza ofiarę, która osuwa się na matę, a Vincenzo bez żadnego zawahania zaczyna wykonywać całą serię Stompów na kark Beta Wolfa! Sędzia zaczyna odliczać, upominając cały czas Mafiozę o łamaniu zasad. W tym momencie stojący obok ringu Enzo pokazuje na zegarek, dając kompanowi znać, że powinien przestać się wygłupiać bo czas ich nagli. To w końcu wyrwało Il Freddo z transu. Momentalnie zapiął Death's Touch, czego Elias już nie wytrzymał, od razu odklepując!

Vizzini puszcza uchwyt od razu po usłyszeniu gongu i staje na baczność. Sędzia unosi jego rękę w geście zwycięstwa, Carl Orff - O Fortuna rozbrzmiewa w tle, a po chwili dołącza do niego w ringu Mesina, który wyciąga z wewnętrznej kiszeni marynarki różę i układa ją na ciele pokonanego Eliasa.

Ben Zamora
Streak: 1/0/0
Last Match: win vs Kenneth Riddle via Pinfall

James Wallace
Streak: 2/0/0
Last Match: win vs Dale Rucker via Pinfall

Vincenzo Vizzini
Streak: 3/0/0
Last Match: win vs Yoshi Tatsu & Elias Shadow via Pinfall

Elias Shadow
Streak: 2/0/10
Last Match: lost vs The Outfit via Pinfall
Odpowiedz
Cytuj
29.08.2026, 21:11
#2
Przenosimy się na zaplecze, konkretniej pod szatnię Derricka Mantela. Nagle dopada do niego Paddy Jackson, mający zamiar przeprowadzić z nim wywiad po przegranym pojedynku. Souvenir Collector będący wyraźnie w złym nastroju, nie daje mu dość do głosu i z wyraźnie podniesionym głosem mówi.

Derrick Mantel: A ty czego tu? *warknął* Nie widzisz, że nie mam ochoty na przygłupawe pogaduchy? *spogląda na Jacksona z coraz większą złością* Poszukaj sobie kogoś innego do swoich dennych streszczeń karier, gdyż nie zamierzam tracić czasu na twoją marną paplaninę. Aldis musiał być mocno wstawiony, decydując się na zatrudnienie takiego dziwadła, ale cóż... *wzrusza ramionami* najwidoczniej prosisz się o to, abyś był kolejną ofiarą po Kociarzu. Także dla twojego dobra Paddy... Lepiej zniknij mi z oczu, bo nie ręczę za siebie. Wystarczy, że życie dostatecznie dało Ci w kość, bo twoim jedynym życiowym sukcesem, jest bycie chodzącym memem.

Paddula dla własnego dobra zostawia Mantela w spokoju. Ten tymczasem spogląda w stronę kamery, po czym hwyta kamerzystę „za szmaty" i wciąga do swojej szatni. W środku dostrzec możemy gablotkę na trofea Souvenir Collectora, w której na honorowym miejscu zauważyć można maskę El Garry de Gato. Widać w niej również sporo miejsca na kolejne trofea. Otrzymujemy bezpośrednie ujęcie na Mantela, spoglądającego na swoją gablotę.

Derrick Mantel: Widzieliście to? *spogląda prosto w obiektyw kamery* Mam już serdecznie dość tej całej zabawy z Garrą. Żył on przez długi czas w przeświadczeniu, że jest wyjątkowy. Jego durna maska miała go definiować jako obrońcę braci mniejszych. Wiecie, co jest najgorsze? Nie potrafi się obronić przed samym sobą. Porażka za porażką. Przedtem Halloway, teraz to. Odebrał mi możliwość zgarnięcia wygranej. Byłem bardzo bliski wykończenia Edgara. On tymczasem musiał wszystko schrzanić. Udowadnia on wszystkim, że nie jest on godny przebywania w tym miejscu. Czas zweryfikował go na tyle brutalne, że znudziło mi się te całe ugananie za nim. Jest on jedynie jednym z wielu popaprańców, których mogę spotkać w Legion Pro Wrestling. Jednak nadszedł czas na jego koniec. Heatwave, tam wszystko zakończy się raz na zawsze. Nie mam nawet najmniejszych wątpliwości, co do tego, że Kociarz zostanie zmieciony z powierzchni ziemi. Po wszystkim Garra nie będzie tym, co czeka mnie teraz czy za jakiś czas. Będzie wyłącznie przeszłością. Po nim natomiast będzie wielu innych, których będę musiał poskromić, aby kontynuować swoje dziedzictwo. Oni natomiast mogą się powoli chować do swoich nędznych nor, aby nie zwracać na siebie mojej uwagi. W przeciwnym razie mogą być wyłącznie następnymi, których drogocenności, znajdą się w mojej gablocie *wskazuje na nią palcem*, będącej bardzo dalekiej od bycia wypełnioną po brzegi. Także drogie dziwolągi, obawiajcie się Souvenir Collectora, gdyż po Heatwave będziecie na jego celowniku, co zwiastuje dla was dość konkretne kłopoty.

Derrick odpycha kamerę od siebie, wypychając ją całkowicie z pomieszczenia. Kamerzysta jednak dość szybko zbiera się z powrotem, a jego obiektyw ląduje na nowym celu. Widzimy Eliasa siedzącego na jednej ze skrzyń produkcyjnych, przykładającego lód do obolałego karku i doomscrollującego tiktoka. Po chwili jednak ktoś kładzie mu dłoń na telefonie, zasłaniając kompletnie widok. Obraz z kamery lekko odjeżdża i widzimy... Yoshiego Tatsu! Japończyk z uśmiechem patrzy na Shadowa.

Yoshi Tatsu: Chłopcze, szkoda twoich oczu na takie ustrojstwa! *honorowo zabiera mu telefon i kładzie obok* Najwidoczniej nie zdajesz sobie sprawy Elias - kun, ale to... czego ty dokonałeś tydzień temu, to jest niesamowita sprawa! Jeśli byłeś w stanie pokonać mnie, jedną z największych gwiazd na świecie, co prawda bolało mnie wted... *honorowo odchrząkuje* Po prostu wygrałeś i udowodniłeś, że drzemie w tobie potencjał na bycie najlepszym!

Elias Shadow: Ałaaaaaaa *łapie się za serce* Oddawaj mój telefon stary dziadu. Na cipę dostałeś ostatnio, co nie? To co się tu wywyższasz? O, tyle Ci dało bycie honorowym - przewaliłeś walkę. To po co miałbym Cię w sumie słuchać?

Elias niehonorowo podnosi z powrotem swój telefon i odpala tiktoka. Yoshi za to honorowo się zaskoczył i wygląda na oburzonego, w dosyć honorowy sposób.

Yoshi Tatsu: このクソッタレのクズめ!Ty pierdolony gnoju Zapomniałem się! Wybacz, dalej mieszają mi się te języki. *honorowo się uśmiecha* To znaczyło po Japońsku, byś nabrał szacunku do innych, wtedy góry będziesz mógł przenosić. *Elias ma wyjebane, niezbyt honorowo* Ekhmm...

Yoshi wykonuje honorowy cios karate w rękę Eliasa, oczywiście okraszony odpowiednim dźwiekiem wydanym z ust Japończyka, co powoduje, że Shadowowi wypada telefon z rąk.Zaszokowany młodzik patrzy na telefon który odbija się od posadzki. Shadow szybko go podnosi... Nie no, ekran popękany!

Elias Shadow: Czy Ciebie do reszty... Nie no  dziadu jeden, zaraz jak Ci do dupy nakopię!

Shadow łapie Tatsu za kark, robi się gęsto... I nagle w kadrze za panami pojawia się Jean-Pierre Dolnick! Nie zwraca on jednak kompletnie uwagi na to co się dzieje dookoła.

Elias Shadow: Te, grubas, przeszkadzasz mi klepać tego samuraja...

Dolnick totalnie nie interesuje się tym, co tu się wyprawia i to, co gada do niego ten gnojek. Grubas idzie uparcie przed siebie, ma jakąś wymiętoszoną kartkę w ręku. Kamery zaczynają podązać za nim, a on sam mamrocze coś pod nosem. Nawet stołówka nie przykuwa jego uwagi, takiej determinacji to ciężko było szukać u niego nawet podczas walk. Big Jean bez pukania wchodzi do biura Generalnego Managera Nicka Aldisa. Nick chce coś powiedzieć, ale Jean rzuca mu swoją kartkę na biurko.

Jean-Pierre Dolnick: Odchodzę.

Jean-Pierre jak na siebie to dosyć szybkim krokiem opuszcza pomieszczenie. Aldis wypada ze swojego biura w pogoni za Dolnickiem, jednak ten nagle jakby rozpłynął się w powietrzu, nigdzie go nie widać. Nick rozgląda się dookoła próbując go zlokalizować, jednak w tym momencie jego uwagę przykuwa coś zupełnie innego... To dźwięk karetki na sygnale! I z wielkim szokiem dostrzega ją, pędzącą przez korytarz (taki specjalny, szeroki, specjalnie dla pojazdów)! Ta po chwili go wymija i jedzie prosto w kierunku wjazdu na arenę... Przenosimy się do jej wnętrza by zobaczyć jak karetka która mijała przed chwilą Nicka Aldisa, pojawia się właśnie przy Titantronie! Widzimy, że tylnie drzwi się otwierają i wychodzi z nich James River Waters! Z ubrań pozostały na nim już tylko długie, czarne spodnie. Wygląda na solidnie poobijanego, trzyma się za żebra, a na głowie ma duży bandaż. Jeden z lekarzy próbuje go powstrzymać, ale Madman mierzy go tylko wzrokiem. Aura 10000 pomaga i lekarz natychmiast wraca do pojazdu, a były Mistrz Świata Wagi Ciężkiej maszeruje powoli w stronę ringu. Chociaż masz w tym wypadku to raczej przesada - on ledwie idzie, ale idzie...Po chwili Waters prosi o mikrofon, pracownik obsługi natychmiast go podaje i podnosi nawet Watersowi linę, by ten mógł swobodniej wejść do kwadratowego pierścienia. James River przeczesuje włosy i widzimy teraz doskonale, że oprócz bandaża na głowie, ma również sporą szramę na prawym policzku. W końcu, ciężko dysząc próbuje raz jeszcze przywitać się z fanami Legion Pro Wrestling.

James River Waters: Nie...*dyszy i opiera się o liny* Nie...nie tak łatwo. *bierze głęboki oddech* Nie, tak łatwo mnie załatwić. *rozgląda się po publice* Widzicie, miałem wielki plan na powrót. WIELKI. Miało być święto, miał być dzień, który każdy z was by zapamiętał, miała być wielka zabawa! *na jego twarzy coraz mocniej zaczyna rysować się wściekłość*. NIC Z TEGO! Nie będzie ani zabawy, ani celebracji, ani niczego innego, co sobie zaplanowałem...WSZYSTKO ZOSTAŁO ZNISZCZONE! *dusi się lekko* Wszystko...poza mną. Chociaż jak widzicie, nie jestem może w pełni sił, ale nadal tu stoję. Nadal trzymam mikrofon i uwierzcie mi...daleko mi jeszcze do końca. *Patrzy się na dziurę, w ringu, która została niedawno załatana*. Oj tak, było groźnie. Powiem więcej, w ogóle tego nie brałem pod uwagę. *zaczyna mówić coraz sprawniej* W ogóle nie brałem pod uwagę tego, że ktoś będzie na tyle bezczelny, na tyle arogancki, na tyle odważny, czy...głupi, by przerwać moje wielkie święto! Przygotowaliśmy to tygodniami, włożyliśmy w to mnóstwo pracy, kosztowało mnie to niewyobrażalne pieniądze i co? I NIC! *przeczesuje nerwowo włosy* I NIC Z TEGO NIE MAM...James River Waters, którego poznaliście na WCW pewnie teraz odszedłby obrażony albo w najlepszym wypadku pobiegłby z płaczem do Aldisa "panie GM, proszę coś z tym zrobić, bla bla bla...". Tylko, że tego człowieka JUŻ NIE MA. Podczas kolacji z Nickiem, chciałem was sprowokować, chciałem żeby wszyscy się zastanawiali "jaki Waters wróci?", "Będzie dobrym kolesiem, czy kompletnym wariatem?". Widzicie...będę taki, jaki jestem naprawdę. Montana, życie kowboja, życie według własnych zasad, to wszystko nie jest kolejny "obraz". To czysta prawda. Prawda, która pewnie pozostałaby daleko stąd. *ponownie spogląda na pozostałości po dziurze w ringu* Gdyby nie...Silas Crowe. *mocne buczenie* Człowiek, którego nie znałem przedstawił mi się w najlepszy możliwy sposób - zrobił to dokładnie tak, jak robiłem to kiedyś ja. Zasiał prawdziwy terror. Dokonał czegoś, co automatycznie sprawia, że teraz wszyscy zamiast mówić o moim wielkim powrocie, mówią o nim. *spojrzenie Watersa robi się coraz bardziej niepokojące* Jest jeden, malutki problem, Silas...ściągnąłeś uwagę mediów, kibiców, zarządu - racja. Tylko, że przy okazji ściągnąłeś na siebie coś, na co możesz nie być jeszcze gotowy. ZEMSTA. *to słowo odbija się niemal echem po całej arenie*

Madman przechadza się teraz po kwadratowym pierścieniu, jakby chciał zakończyć swoją przemowę, widzimy jednak, że przy dojściu do jednego z narożników, ponownie chwyta się za bandaż, który zakrywa mu całe czoło i zaczyna go rozwiązywać. Po chwili widzimy, że również tam mamy potężne rozcięcie, a lekko zaschnięta krew znajduje się niemal na całej głowie Watersa, z włosów leci nawet wymieszany z nią pot.

James River Waters: Era helikopterów, czerwonych dywanów, wielkich wejść...właśnie się skończyła. Przed wami stoi człowiek, który ma w głowie tylko jedno, następne zadanie. ZEMSTĘ. Przyjmę tyle bólu i cierpienia, ile będzie trzeba. *spogląda w stronę titantronu* A wy, pamiętajcie, że wszystko co najlepsze i jednocześnie najgorsze, zawsze siedziało w moim wnętrzu. *ścisza ton głosu* Crowe i Kline - sprowokowaliście mnie właśnie do porzucenia maski, którą przez lata uwodziłem ludzi, ale czy jesteście gotowi, by zobaczyć, co tak naprawdę się pod nią kryje?

Waters upuszcza mikrofon na matę ringu, rozkłada szeroko ręce. prezentując się publiczności i wszystkim, którzy zapewne oglądają go na backstage u w całej krasie - poobijany, pokaleczony, w pocie i krwi, ale stojący o własnych siłach na środku swojej świątyni.

CZY ROB MCŁOWICZ ZOSTANIE PRYWATNYM KUCHARZEM LORDA? PRZEKONAMY SIĘ JUŻ ZA CHWILĘ!

Singles Match
Lord Sebastien vs Rob McŁowicz

Wracamy do ringu po reklamach, gdzie właśnie Lord Sebastien znęca się nad rywalem w narożniku. Najpierw widzimy serię Shoulder Thrustów, a zaraz po nich kładzie stopę na szyi Roba i zaczyna go dusić! Sędzia szybko reaguje i nakazuje przerwać akcję, to jednak nic nie daje, więc zaczyna grozić dyskwalifikacją i odlicza. 1... 2... 3... 4... Dopiero w tym momencie Francuz odpuszcza i odsuwa się od przeciwnika. Kiedy sędzia przestaje go pouczać o zasadach ten pomaga wstać McŁowiczowi i częstuje go solidnym Knife Edge Chopem, a następnie wysyła go do przeciwległego narożnika Irish Whipem. The Noble One rusza i wbija się w niego potężnym Corner Clothesline'em. Arystokrata nie zwalnia tempa i od razu wraca do narożnika, z którego ruszał i ponawia szarżę. Tym razem popisuje się eleganckim Curtoisie Kick. Trafiony zatopiony! Polak upada, a Francuz natychmiast przechodzi do pinu. 1... 2... Kick Out! Artist of Pain momentalnie zrywa się do sędziego i zaczyna pouczać go o szybkości liczenia, i że zdecydowanie powinno być 3, jednak nie jest w stanie nic wskórać. Dlatego podchodzi do narożnika, wchodzi na trzecią linę i zaczyna przygotowywać się do zakończenia starcia. Sang Belu Elbow! Pusty przelot!!! Rob odsuwa się w ostatnim momencie i Lord Sebastien zalicza bolesny upadek. Zawodnicy bardzo powoli zbierają się, żeby wstać i udaje im się to zrobić w tym samym momencie. Od razu ruszają na siebie i Kucharz wyprowadza Gulasz-line! Francuz natychmiast wstaje i od razu nadziewa się na kolejny Gulasz-line! I tym razem nie jest w stanie się podnieść tak szybko, bo Król Kiełbasy dorzuca mu Leg Drop i przechodzi do pinu. 1... 2... Nie! Bark idzie w górę! Tym razem to właśnie Polak podchodzi do narożnika i wspina się na 3 linę. Skoro raz nie wyszło, to może drugi raz się uda? Eeee-mak-łowicz-bow! Trafiony zatopiony! Pin! 1... 2... Shoulder Up! Publiczność niedowierza. Rob jednak podchodzi do narożnika i czeka, aż jego rywal zacznie się podnosić i kiedy to ten przekręca się na brzuch i podnosi na rękach i kolanach McŁowicz rusza... ale po pierwszym kroku zmuszony jest się zatrzymać. Na apron wskakuje nieznany wcześniej facet. Jest ubrany w elegancki, ewidentnie drogi garnitur, a kolor krawata i eleganckiej poszetki idealnie pasują do kolorów stroju Lorda. Chłop coś krzyczy, ale nie jesteśmy w stanie usłyszeć co dokładnie. Próbuje wejść do ringu, ale sędzia staje przed nim i wymachuje rękami, jasno dając do zrozumienia, że nie ma na to zgody. Rob powoli się do nich zbliża, spokojnie bada sytuację. Awantura robi się coraz większa, a kiedy nieproszony gość schyla się, żeby wejść do ringu McŁowicz nie zamierza się powstrzymywać i wypłaca mu cios kolankiem. Elegancki mężczyzna spada z apronu, a Kucharz jeszcze przez chwilę z niego drwi, po czym odwraca się, aby dokończyć to co zaczął. Margaux`s Kiss! Sędzia właśnie kończy wyrzucać nieproszonego gościa na zaplecze, a Lord Sebastien wyrzuca swoją broń poza ring i przechodzi do pinu. 1... 2... 3! To koniec! Lord Sebastien wygrywa to starcie!

Dolnick :<<<<<<<<<

Przenosimy się po dłuższych reklamach z powrotem do ringu, gdzie czeka już Nick Aldis oraz 4 ochroniarzy. Generalny Manager stoi przy stoliku, na którym leży teczka opisana jako "Kontrakt na walkę o pas LPW World Championship" z logiem Heatwave, oraz trzy mikrofony. Ochroniarze stoją w narożnikach z rękami założonymi za plecami. Brytyjczyk łapie za jeden z mikrofonów i podnosi go do ust.

Nick Aldis: Panie i Panowie - przyszedł czas na główne danie wieczoru. Ta rywalizacja ciągnie się od Ascension. Po drodze zainteresowani skakali sobie do gardeł, jednali się, a potem ponownie chcieli się pozabijać. O tej rywalizacji będącej sercem i duszą Legion Pro Wrestling mógłbym powiedzieć o wiele więcej. Ale... Przed nami najważniejsza część tej historii. To wszystko będzie miało swoją kulminację już za osiem dni. Szósty września, tu w Houston! *publiczność przyjmuje to z ogromnym cheerem* Axel Blaze kontra Jose Lopez o LPW World Championship. I nie będzie to zwykła walka. Wraz z Rob Van Damem ustaliliśmy, że zawodnicy zmierzą się w Falls Count Anywhere Matchu! *przepotężny cheer* Nie przedłużając - zapraszam obu zainteresowanych. Czas na podpisanie kontraktu! Panie i Panowie, przed wami pretendent do tytułu, pochodzący z Las Palmas, Upadły Anioł... Jose Lopez!

FATE! Ten theme song właśnie słyszymy i fani zaczynają bardzo mocno buczeć. Dostrzegamy wychodzącego na rampę Jose Lopeza! Pretendent do tytułu mistrzowskiego mimo walki, którą odbył dzisiaj, jest i tak elegancko ubrany, w ten sam strój co zawsze. Chyba nie chce uraczyć nas żadnym merchem. W ręku ma... jabłko, które sobie smacznie je z szelmowskim uśmiechem na ustach. Jose powoli zmierza w kierunku ringu, zajadając się owocem. Przed wejściem do kwadratowego pierścienia idzie jeszcze w kierunku stołu komentatorskiego i szuka tam śmietnika, do którego wyrzuca ogryzek. Pełna kultura. Hiszpan następnie po schodkach wchodzi do miejsca, gdzie czeka Nick Aldis i panowie witają się uściskiem dłoni.

Nick Aldis: A teraz on... Pochodzący z Austin, Texas! Mr. Forever! Mistrz LPW! AXEL! BLAZE!

Na arenie rozbrzmiewa "I gotsta get paid", publiczność wybucha ogromnym cheerem, a na rampie pojawia się Axel Blaze. Zawodnik ma na sobie jeansy, skórzaną kurtkę, swoją koszulkę oraz okulary przeciwsłoneczne. Pas spoczywa na ramieniu, jednak kiedy zatrzymuje się pod titantronem unosi go jedną ręką w górę i szybko namierza Lopeza wzorkiem. W tym samym momencie drugą ręką ściąga okulary i odrzuca je w bok. Axel przez chwilę próbuje zabić wzrokiem swojego przeciwnika, jednak kiedy to nie przynosi efektu zarzuca pas na bark i rusza do ringu. Po drodze przybija piąteczki z fanami, jednak nawet na chwilę nie odrywa wzroku od Hiszpana. W zasadzie nawet nie mruga, jakby bał się, że kiedy to zrobi to Jose zniknie. W końcu wchodzi do ringu po schodach, podaje pas Aldisowi, aby ten mógł odpowiednio ustawić go na stole... i w momencie, kiedy Nick chwyta za pas Blaze zrywa się do ataku, omija zaskoczonego Generlanego Managera i dosłownie rzuca się na swojego wroga! Obaj zawodnicy lądują na macie, Lopez próbuje się bronić, ale Blaze wyprowadza kilka ciosów zanim ochroniarze zaczynają ich rozdzielać. Mimo tego, że jest ich aż 4 to mają spore problemy ze spacyfikowaniem bójki. Zawodnicy solidnie się ze sobą zwarli i żaden nie zamierza odpuszczać. Mistrz LPW szarpie się z nimi i jednocześnie próbuje atakować, co wykorzystuje Pretendent i uwalnia się z dosiadu. Teraz to on rzuca się do ataku i wyprowadza kilka ciosów. Nagle na rampie pojawiają się posiłki i pędzą do ringu ile sił w nogach. W międzyczasie Blaze'owi udaje się okopać Lopeza, kiedy ochrona odciągała go za ręce, ale Lopez też nie był dłużny i wypłacił mu kilka celnych punchy. W końcu dodatkowe siły wpadają do ringu i udaje im się sprawnie oddzielić od siebie rywali. Mr. Forever zaczyna się uspokajać, zaczyna się szarpać coraz mniej... aż w końcu odpycha od siebie ochroniarzy, wyrywa się z uchwytu i jeszcze raz rzuca się na Chico Malo przez trzymających go ochroniarzy! Zawodnicy znowu zaczynają się okładać pięściami i Axel szybko zyskuje przewagę. W całym tym zamieszaniu to Aldis podbiega do nich i chwyta za rękę, która właśnie miała wyprowadzić cios. Blaze'owi udaje się ją wyszarpać, jednak przy okazju trafia Nicka prosto w łuk brwiowy! Co za cios! Nick upada, a cała chmara ochroniarzy dopada do walczących zawodników i tym razem rozdziela ich na dobre. Mimo tego, że obaj wciąż próbują walczyć to ochroniarze nie zamierzają zwalniać uścisku i dobrze trzymają obu zawodników. GM wstaje, trzymając się za łuk brwiowy, a pod jego palcami szybko pojawia się krew. Na ten widok Mistrz LPW momentalnie przestaje się szarpać, wciąż jest nabuzowany, ale widać, że jednak się ochłodził i ma wyrzuty sumienia. Aldis kręci głową i po chwili łapie za leżący mikrofon i unosi go do ust.

Nick Aldis: Powiedziałbym, że jestem zły. Albo zaskoczony. Ale tak naprawdę *patrzy na zakrwawione palce* to się tego spodziewałem. Sam kiedyś byłem wrestlerem i doskonale wiem jak to jest. Ale koniec już tego. Macie dzisiaj stąd wyjść bez szwanku, w pełni gotowi na Main Event Heatwave. A żeby to zapewnić, postarałem się o gościa specjalnego, który będzie czuwał nad przebiegiem całego procesu.

ANGRY CHAIR! ARCYPOTĘŻNA WRZAWA NA TRYBUNACH! Oczy dosłownie wszystkich w sekundę zwróciły się ku rampie, gdzie tuż po wybrzmieniu pierwszych dźwięków gitary pojawia się WES WALLACE! Man of Mayhem ubrany w kamizelkę klubu motocyklowego, jeansy i koszulkę z Laynem Staleyem pewnym krokiem wychodzi na rampę, gdzie zatrzymuje się i z kamienną twarzą ogląda po piekielnie głośno wiwatującej go widowni. Kamera przenosi nas teraz do ringu i ukazuje zbliżenie na Jose Lopeza, który wygląda na zaskoczonego całą sytuacją, jednocześnie przyjmując pojawienie się swojego kumpla z uśmiechem. Po chwili mamy również pokazanego jeszcze bardziej zszokowanego Axela, jednak obserwuje on zaistniałą sytuację z o wiele większą powagą. Wracamy na rampę, a tam Wes krzyczy coś w stronę widowni zebranej w jego rodzinnym Houston, przez co możemy usłyszeć jeszcze głośniejsze okrzyki, a następnie w końcu rusza w stronę ringu. Po drodze zatrzymuje się ponownie, tym razem przed samym Nickiem, który wraz z dwoma medykami kieruje się na zaplecze. Panowie wymieniają między sobą kilka słów, po czym możemy zaobserwować uścisk dłoni. Wallace wymijając Aldisa klepie go jeszcze po ramieniu, następnie wchodzi do kwadratowego pierścienia i staje w jego centrum, a wszystkiemu towarzyszy publika śpiewająca refren "Angry Chair". Absolute cinema. Blaze i Lopez w dalszym ciągu stoją w narożnikach odseparowani przez ochronę, jednak Wes... każe pracownikom opuścić ring! Ci zerkając na zawodników z walki wieczoru Heatwave powoli się odsuwają i wychodzą z kwadratowego pierścienia, przez co w samym centrum areny zostaje jedynie trójka - Wes Wallace, Axel Blaze i Jose Lopez! Man of Mayhem ogląda się raz na jednego, raz na drugiego, a w tym czasie mistrz i pretendent ostrożnie i z pełnym respektem podchodzą w stronę środka ringu. Dalej jest piekielnie głośno, dalej wszyscy są w wielce pozytywnym szoku (może poza kilkoma osobami przy barierkach co wyglądają jakby ubrali się na karnawał i wyczekiwali pojawienia Pillesa Tautllace'a). Wes zasiada przy stole pierwszy, a następnie czynią to Blaze i Lopez. Kiedy wszyscy są już na miejscach, Man of Mayhem sięga po mikrofon, jednak to samo robi też Axel! I jest ciut szybszy...

Axel Blaze: Wiesz co, Lopez? *Blaze kręci głową i zaciska wargi* Nie. Nie będę tutaj siedział i udawał, że to jest zwykły podpis pod kontraktem. Nie będę gryzł się w język. Bo od dwóch miesięcy robisz wszystko, żeby ludzie przestali widzieć we mnie mistrza! Chciałeś, żebym wyglądał jak śmieć! Chciałeś, żebym wyglądał jak żółtodziób, który nie zasługuje na ten pas! *Axel uderza pięścią w kontrakt* Ale wiesz co jest w tym wszystkim najbardziej obrzydliwe? Nie zaatakowałeś mnie w ringu. Nie stanąłeś ze mną twarzą w twarz. Nie miałeś jaj powiedzieć - "Blaze, jestem od Ciebie lepszy". Nie... wręcz przeciwnie! Od samego początku zachowywałeś się jakbyś chciał ukraść kwiaty z grobu babci. Najpierw zaatakowałeś mnie zza pleców w najważniejszym momencie mojego życia. Potem znowu to zrobiłeś, kiedy siedziałem w barze i próbowałem się zresetować. Potem próbowałeś mi wmówić, że jesteś po mojej stronie. A kiedy to ja wyciągnąłem do Ciebie doń, Ty przyszedłeś do mnie z jabłkiem... a kiedy straciłem przytomność pokazałeś kim naprawdę jesteś! *Blaze'owi na chwilę łamie się głos, upuszcza głowę* Dwulicowym tchórzem! Odważny człowiek, Lopez, polega wyłącznie na sobie, swojej ciężkiej pracy i potrafi przetrwać w każdych warunkach. Odwaga to posiadanie twardego kręgosłupa moralnego i głośne mówienie tego, co się myśli, bez względu na konsekwencje. A Ty... poczekałeś aż nie będę w stanie podnieść rąk. Potem otoczyłeś mnie ludźmi, których nawet nie znałem. Ustawiłeś biały proszek - nawet nie chcę wiedzieć co to było. Ustawiłeś aparaty. Ustawiłeś tą pieprzoną farsę! Zrobiłeś ze mnie kogoś, kim nigdy nie byłem! I właśnie dlatego tak bardzo chciałem Cię znaleźć tydzień temu. Nigdy Ci tego nie wybaczę. Nie będę teraz udawał świętego i mówił, że to Twoja wina. Nie jestem z tego dumny, ale czasu nie cofnę. A Ty musisz zrozumieć jedno, Lopez. Ty nie zrobiłeś ze mnie potwora. Ty tylko pokazałeś mi jak daleko jestem gotów się posunąć, kiedy ktoś próbuje odebrać mi wszystko, na co tak ciężko pracowałem.

Jose patrzy do góry i wzdycha, po czym spogląda na Blaze'a, bierze mikrofon i przemawia.

Jose Lopez: Oczywiście, że nie zrobiłem z ciebie potwora! Jak mógłbym.. *kręci lekko głową* No jak? Wytłumacz mi Axel! Jak miałbym zrobić potwora z tak zepsutej gnidy jak ty, co?! *poirytowany* WSZYSCY, dosłownie WSZYSCY widzieli, co wyprawiasz w przerwach od grania dobrego chłopca, a ty i tak w jakże żałosny sposób... po prostu próbujesz się tego wyprzeć i zrzucić winę na mnie? *zdegustowany* Do tego powiedz mi, co to miało być na ostatnim Colosseum? Skoro sam twierdzisz, że to nie moja wina, to... gdzie był twój kręgosłup moralny, o którym dumnie mówisz, gdy pobiłeś bezbronnego pracownika? Gdzie on się podział, gdy po walce nie odpuściłeś Steele'owi i mogłeś pozbawić go kariery, mimo że NIC ci nie zrobił? Pochwal się Axel, do kurwy nędzy *uderza pięścią w stół*, GDZIE jest ta twoja MORALNOŚĆ? Tylko w wybranych momentach? Z tymi swoimi tandetnymi wartościami masz tyle wspólnego, że bardzo dużo o nich mówisz... nic ponad to. Hańbisz mistrzostwo, wycierasz sobie dupę akcjami charytatywnymi, kłamiesz, atakujesz kogo popadnie, ale to inni są źli? Hę? *nie dowierza* Tak naprawdę... to ja mogę mówić, że się zawiodłem! Bo to ja widziałem w tobie coś więcej! To ja byłem w stanie otworzyć się i porównać cię... do samego siebie, a teraz? Chcę mi się rzygać, bo nie sądziłem, że największą obelgę w swoim życiu, jestem w stanie rzucić sobie sam. *kiwa głową z dezaprobatą* I przestań pieprzyć o ciężkiej pracy, gdy od początku jesteś znany z dzikich imprez. Już wtedy mogłem się spodziewać, jaki jesteś naprawdę. Widzisz.. JA naprawdę ciężko pracuję. JA potrafiłem wrócić po takiej kontuzji, która miała sprawić, że mnie tutaj nie będzie. To JA potrafiłem wygrać walkę z alkoholem, który promujesz TY oraz banda innych idiotów w tej federacji. Jednak koniec końców, jestem tym złym, prawda?

Axel Blaze: Nigdy więcej nie waż się nas porównywać! NIGDY! Bo kiedy Ty podkulasz ogon i uciekasz, gdzie pieprz rośnie nazywasz to wygraną walką. JA NIGDY NIE UCIEKAM I WYCHODZĘ PROBLEMOM NA PRZECIWKO! I dokładnie to zrobiłem tydzień temu! I wiesz co?! Kiedy podpiszemy ten papier *Blaze wskazuje na kontrakt* przestaniesz być wreszcie problem, który muszę gonić. W końcu wjedziemy do ringu jak mężczyźni! I tym razem będziesz tylko Ty i ja! Bez żadnych sztuczek!

Jose Lopez: Kłam dalej Axel, nieudolnie manipuluj, próbuj wmawiać, że ja podkulam ogon i uciekam, dlatego też... chodziłem sobie po Colosseum, jak gdyby nigdy nic! Czy ja powinienem się dziwić? Ty już sam nie wiesz, co mówisz. *kiwa głową* Nie wiesz też, co widzisz.. dlatego martwię się, bo mylisz się.. w ringu nie będziemy tylko my dwaj. Będzie też sędzia, a patrząc na to, że masz problemy z tym, kogo powinieneś zaatakować, to zaczynam martwić się o nieszczęśnika, któremu przyjdzie pilnować tego starcia. *prycha*

Blaze szybko znowu zabiera głos, ale prawie momentalnie w słowo wchodzi mu raz jeszcze Lopez. Panowie zaczynają się przekrzykiwać, mało co można zrozumieć, jedynie jakieś pojedyncze słowa. Trwa to dłuższą chwilę, a wszystkiemu z lekkim uśmiechem na ustach przygląda się Wes Wallace, ponieważ szum na trybunach narasta, po chwili zamieniając się w coś wyraźnego, co zaczyna wybrzmiewać z coraz to większej liczby gardeł. "WAAAAAAA-LLACE! WAAAAAAA-LLACE!" Zaczęło się nieść po hali, zagłuszając wręcz zawodników, co zmusza ich do uspokojenia się. Obaj zaczynają się rozglądać dookoła, z lekko zmarnowanymi minami, na chwilę zapominając o swojej kłótni. Man of Mayhem ogląda się po publice i w końcu sięga po mikrofon, co wywołuje jeszcze większy cheer.

Wes Wallace: Przepraszam, że się wtrącam... *ogromny cheer, Wallace kwituje to uśmiechem* Sami widzicie, że Houston nie będzie zbyt zainteresowane tym, co macie do powiedzenia, dopóki JA się nie odezwę. *kolejna porcja wielkiego cheeru* Musicie zrozumieć, WSZYSCY czekali na to od momentu wybrzmienia pierwszych dźwięków perkusji. *wzrusza ramionami, a widownia zaczyna śpiewać refren "Angry Chair", czemu przez dłuższy  moment przysłuchuje się Wallace* Dobra, starczy tego, bo chcę coś powiedzieć w spokoju. *odwraca się w stronę Axela* A to co się właśnie tutaj wydarzyło, odnosi się przede wszystkim do Ciebie...  Zależy Ci na tych ludziach. Nie odpowiadaj, to nie jest pytanie. Oglądałem Cię i obaj doskonale wiemy, że jest jak mówię... A skoro ustaliliśmy już tą kwestię, to powiedz mi. *wskazuje na widownię* Dlaczego ich nie słuchasz? *patrzy prosto w oczy Blaze'a* Nie liczyłeś się właśnie z ich zdaniem, zdajesz sobie z tego sprawę? A to z nimi wszystkimi chcesz przeżywać najlepsze chwile, w końcu ile razy wspominałeś o zrujnowanym świętowaniu twojego wielkiego zwycięstwa przez Lopeza? A teraz ich tak po prostu lekceważysz? *unosi brwi* Znam twoją sytuację i wiem, że masz cholernie ważne rzeczy do powiedzenia... Tylko jak Ty chcesz zostać wysłuchany w momencie, kiedy akurat inni nie chcą Cię słuchać? *kręci głową* To co w teorii jest dla Ciebie najważniejsze, zniknęło W MOMENT. Dałeś sobie wejść do głowy na tyle, że nawet tego nie zauważyłeś... Postawmy sprawę jasno. To nie jest rozmowa o tym, że nie dałeś się odezwać "Wielkiemu Panu" z Houston w momencie, kiedy tylko zasiadł na swoim fotelu. Szczerze mówiąc, mam to w dupie, bo nie przyszedłem tu robić  jedynie za jakąś "wielką gwiazdę" i doskonale rozumiem eskalujące wewnątrz Ciebie wkurwienie. Moja wizyta ma wnieść coś istotnego, chcę przekazać naprawdę mądre rzeczy... A to o czym mówiłem jest tylko kolejnym dowodem na to, jak bardzo się zagubiłeś przez ostatnie tygodnie. *krótka przerwa* Ci ludzie na Ciebie reagują. Kurwa, Axel... Każdy zawodnik, który pierwszy raz wychodzi na tak wielką scenę marzy, żeby wywoływać tego rodzaju emocje, jak TY potrafisz. I możesz być pewny, że zdobyłeś taki kredyt zaufania, że NIKT Cię nie skreśli bez możliwości wyjaśnień z twojej strony... *kiwa głową* A ja osobiście naprawdę Cię doceniam. Wywalczyłeś to sobie i nie bez powodu zwróciłeś uwagę Lopeza. Jesteś piekielnie dobry w tym co robisz... Więc po prostu tego nie spieprz. *odwraca się w stronę Hiszpana* A co do Ciebie Jose... W zasadzie mógłbym nie mówić nic. Nie jest żadną tajemnicą, że rozmawiamy regularnie. Doskonale wiesz co myślę, jednak zebrani tu ludzie nie mają o tym pojęcia...  Chyba jestem winny wyjaśnienia całemu Houston, prawda? *cheer, lekki uśmiech Wesa* Czas więc odkryć karty i powiedzieć, że dalej widzę w Tobie osobę, z którą spędziłem w jednym ringu pieprzone 75 minut. Nic się nie zmieniło, a to cholernie wiele znaczy... I dlatego jestem pewny, że zrobicie kurewsko dobrą walkę. *ogląda się po obu zawodnikach przy wielkiej wrzawie widowni*

Axel Blaze: Teraz już rozumiem, dlaczego dosłownie wszyscy w tym biznesie wypowiadają Twoje imię z szacunkiem, Wes. Mogłeś teraz powiedzieć mi to, co byłoby najprostsze - że jestem mistrzem, że przecież zdobyłem ten tytuł w ciężkim boju, że wszystko będzie dobrze, że mam rację. Ale Ty tego nie zrobiłeś... *Axel kiwa głową* Ty powiedziałeś mi prawdę. Masz rację, przez ostatnie tygodnie nie byłem sobą. Dałem sobie wejść do głowy. Zacząłem reagować, zamiast myśleć. Co prawda na pewno było Ci łatwiej wyrzucić w moją stronę te gorzkie słowa, dołączyć na chwilę do drużyny swojego kumpla. Ale wciąż bardzo to doceniam, Wes. Widzisz, obaj jesteśmy z Teksasu, nie będę ukrywał, że kiedy stawiałem swoje pierwsze kroki na macie byłeś dla mnie inspiracją. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to właśnie dzięki Tobie ostatecznie zdecydowałem się spróbować. Dlatego nie mam Ci tego za złe, że go oszczędzasz i wezmę Twoje słowa do serca. Potraktuję je, jak zimny prysznic. Prysznic, po którym nie będę się bał spojrzeć w lustro, Lopez. Możesz sobie prychać, dziwić się i kiwać głową, ale teraz to już na nikim nie zrobi wrażenia. Nie oszukujmy się, Ty nigdy nie patrzysz w lustro, bo nie jesteś w stanie tego zrobić. Po prosu przez cały czas żyjesz po obu jego stronach. I jedną twarz pokazujesz ludziom... drugą zaś zostawiasz na momenty, kiedy nikt nie patrzy. I właśnie dlatego nie jesteśmy tacy sami, Lopez. Bo ja nie ukrywam, że ma swoje słabości - jak każdy. Może dlatego odkąd tylko pojawiłem się w LPW byłem w stanie nawiązać tak niesamowitą więź z publicznością. Za to Ty, Lopez - jesteś zły do szpiku kości i próbujesz ukryć to pod płaszczykiem obłudy. Tylko widzisz, mimo tego, że Wes jest Twoim kumplem, to nie przyznał Ci racji. Koniec tej farsy. Nie oszukałeś przyjaciela, nie oszukasz ICH i już na pewno... nie oszukasz mnie! Przychodzi czas, w którym kończą się sztuczki. *Axel otwiera kontrakt, przez chwilę mu się przygląda i uśmiecha się szeroko* Zaczyna się czas, w którym ucieczka nie przynosi efektu. Bo tym razem kiedy tylko Cię dopadnę... będziemy mogli to rozstrzygnąć wszędzie, gdziekolwiek się znajdziemy. *Blaze podpisuje kontrakt i podsuwa go Lopezowi* Podpisz. "O tak niewiele proszę, jeśli chcecie prawdy. Niech żyje przyszłość, usłyszcie krzyk młodości."

Lopez ma zamiar coś powiedzieć, ale przez chwile wstrzymuje się od tego i pociera dłonią o swój zarost. Jest widocznie poirytowany. W końcu zabiera głos.

Jose Lopez: Znowu gadasz brednie o uciekaniu.*bierze głębszy wdech* Chłopcze... nawet jeśli bym chciał, to nie mógłbym od ciebie uciec! W końcu jestem w twojej głowie cały czas! Pierdolone dwadzieścia cztery godziny na dobę! Sam to przyznajesz, a wiesz, co jest zabawne? Że będzie mnie tam jeszcze więcej! Patrz, Axel... *bierze długopis i podpisuje kontrakt* Właśnie złożyłem dożywotnią rezerwację w twoim umyśle. *wrednie się uśmiecha* Po naszej walce na Heatwave zapamiętasz mnie na zawsze! Będziesz rozmyślać, co mogłeś zrobić lepiej... dlaczego nie przykładałeś się wystarczająco do treningów... i czy to wszystko i tak miałoby znaczenie. *patrzy Blaze'owi w oczy* A nawiedzającym cię obrazem będę ja... wznoszący TO. *wskazuje palcem pas mistrzowski* A co do twoich słów Wes... *zerka na Wallace'a* Nie zgadzam się z nimi. Nie chodzi mi nawet o Blaze'a! Chodzi o MNIE! Widzisz tamtą osobę, z którą spędziłeś wtedy 75 minut w ringu, ale prawda jest taka... że jej tu nie ma. Jestem lepszy, o WIELE lepszy. Wyzbyłem się każdej swojej słabości i mogę obalić kolejne kłamstwo Axela... patrzę w lustro. Patrzę w nie często, bo teraz widzę  prawdziwego siebie i jestem BARDZO, ale to BARDZO dumny z tego, kim się stałem. Gdy już skończę karierę, to będę mógł ze spokojem wspominać Jose Lopeza, który nie miał żadnych ograniczeń i był w stanie spełniać swoje marzenia... Spojrzę na wszystko bez żalu. W przeciwieństwie do ciebie, Blaze. *ponownie patrzy mistrzowi w oczy*

Wes Wallace: *nachyla się w stronę Lopeza* Kłamstwo, Jose. *cheer* Widzisz, on zaczyna się budzić i zdaje sobie sprawę, że zabłądził... A Ty? *patrzy prosto w oczy Hiszpana* Prawda jest taka, że stare słabości po prostu zastępujesz nowymi, ale na razie jesteś zbyt ślepy, żeby je dostrzec. *cheer* Byłeś i jesteś piekielnie dobry w tym co robisz, ale daleko Ci jeszcze do ideału... I właśnie dlatego widzę w Tobie TĄ SAMĄ osobę, co 6 lat temu. *olbrzymia wrzawa* Więc pilnuj się lepiej, bo jak upadniesz kolejny raz, to skończysz jeszcze gorzej niż za pierwszym razem.

Publiczność zaczyna wrzeć. Mimo jednego, wielkiego, niezrozumiałego jazgotu, nikt nie może oderwać wzroku od trójki zebranej w ringu. Słowa Wallace'a zdecydowanie ugodziły w dumę Lopeza, który teraz mierzy go zimnym spojrzeniem, powoli wstając i odpychając lekko stół, by zrobić miejsce. W to wszystko bardzo szybko miesza się również Mistrz, który chwyta za bark Hiszpana i obraca go zdecydowanym ruchem do siebie. Jakby dając mu do zrozumienia "Hej, to ja jestem Twoim przeciwnikiem, to na mnie powinieneś zwracać uwagę." Usta Wesa wygięły się lekko w uśmiechu.

Wes Wallace: To jest wasz moment.

Wallace odrzuca mikrofon na bok i wychodzi z ringu. Kamera chwilę go śledzi, widać jak zmierza pod górę rampy. Po chwili w centrum uwagi ponownie znajdują się Blaze oraz Lopez, którzy stojąc w centrum ringu cały czas mówią do siebie coś, czego mikrofony nie są w stanie wyłapać. Ich czoła praktycznie się stykają, a Mistrz podnosi do góry pas mistrzowski. Tym ujęciem...

KOŃCZY SIĘ OSTATNIE ELYSIUM PRZED HEATWAVE!
Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.08.2026, 21:20 przez Jakub.

Ben Zamora
Streak: 1/0/0
Last Match: win vs Kenneth Riddle via Pinfall

James Wallace
Streak: 2/0/0
Last Match: win vs Dale Rucker via Pinfall

Vincenzo Vizzini
Streak: 3/0/0
Last Match: win vs Yoshi Tatsu & Elias Shadow via Pinfall

Elias Shadow
Streak: 2/0/10
Last Match: lost vs The Outfit via Pinfall
Odpowiedz
Cytuj
Jakub
Moderatorzy
29.08.2026, 21:11 #2
Przenosimy się na zaplecze, konkretniej pod szatnię Derricka Mantela. Nagle dopada do niego Paddy Jackson, mający zamiar przeprowadzić z nim wywiad po przegranym pojedynku. Souvenir Collector będący wyraźnie w złym nastroju, nie daje mu dość do głosu i z wyraźnie podniesionym głosem mówi.

Derrick Mantel: A ty czego tu? *warknął* Nie widzisz, że nie mam ochoty na przygłupawe pogaduchy? *spogląda na Jacksona z coraz większą złością* Poszukaj sobie kogoś innego do swoich dennych streszczeń karier, gdyż nie zamierzam tracić czasu na twoją marną paplaninę. Aldis musiał być mocno wstawiony, decydując się na zatrudnienie takiego dziwadła, ale cóż... *wzrusza ramionami* najwidoczniej prosisz się o to, abyś był kolejną ofiarą po Kociarzu. Także dla twojego dobra Paddy... Lepiej zniknij mi z oczu, bo nie ręczę za siebie. Wystarczy, że życie dostatecznie dało Ci w kość, bo twoim jedynym życiowym sukcesem, jest bycie chodzącym memem.

Paddula dla własnego dobra zostawia Mantela w spokoju. Ten tymczasem spogląda w stronę kamery, po czym hwyta kamerzystę „za szmaty" i wciąga do swojej szatni. W środku dostrzec możemy gablotkę na trofea Souvenir Collectora, w której na honorowym miejscu zauważyć można maskę El Garry de Gato. Widać w niej również sporo miejsca na kolejne trofea. Otrzymujemy bezpośrednie ujęcie na Mantela, spoglądającego na swoją gablotę.

Derrick Mantel: Widzieliście to? *spogląda prosto w obiektyw kamery* Mam już serdecznie dość tej całej zabawy z Garrą. Żył on przez długi czas w przeświadczeniu, że jest wyjątkowy. Jego durna maska miała go definiować jako obrońcę braci mniejszych. Wiecie, co jest najgorsze? Nie potrafi się obronić przed samym sobą. Porażka za porażką. Przedtem Halloway, teraz to. Odebrał mi możliwość zgarnięcia wygranej. Byłem bardzo bliski wykończenia Edgara. On tymczasem musiał wszystko schrzanić. Udowadnia on wszystkim, że nie jest on godny przebywania w tym miejscu. Czas zweryfikował go na tyle brutalne, że znudziło mi się te całe ugananie za nim. Jest on jedynie jednym z wielu popaprańców, których mogę spotkać w Legion Pro Wrestling. Jednak nadszedł czas na jego koniec. Heatwave, tam wszystko zakończy się raz na zawsze. Nie mam nawet najmniejszych wątpliwości, co do tego, że Kociarz zostanie zmieciony z powierzchni ziemi. Po wszystkim Garra nie będzie tym, co czeka mnie teraz czy za jakiś czas. Będzie wyłącznie przeszłością. Po nim natomiast będzie wielu innych, których będę musiał poskromić, aby kontynuować swoje dziedzictwo. Oni natomiast mogą się powoli chować do swoich nędznych nor, aby nie zwracać na siebie mojej uwagi. W przeciwnym razie mogą być wyłącznie następnymi, których drogocenności, znajdą się w mojej gablocie *wskazuje na nią palcem*, będącej bardzo dalekiej od bycia wypełnioną po brzegi. Także drogie dziwolągi, obawiajcie się Souvenir Collectora, gdyż po Heatwave będziecie na jego celowniku, co zwiastuje dla was dość konkretne kłopoty.

Derrick odpycha kamerę od siebie, wypychając ją całkowicie z pomieszczenia. Kamerzysta jednak dość szybko zbiera się z powrotem, a jego obiektyw ląduje na nowym celu. Widzimy Eliasa siedzącego na jednej ze skrzyń produkcyjnych, przykładającego lód do obolałego karku i doomscrollującego tiktoka. Po chwili jednak ktoś kładzie mu dłoń na telefonie, zasłaniając kompletnie widok. Obraz z kamery lekko odjeżdża i widzimy... Yoshiego Tatsu! Japończyk z uśmiechem patrzy na Shadowa.

Yoshi Tatsu: Chłopcze, szkoda twoich oczu na takie ustrojstwa! *honorowo zabiera mu telefon i kładzie obok* Najwidoczniej nie zdajesz sobie sprawy Elias - kun, ale to... czego ty dokonałeś tydzień temu, to jest niesamowita sprawa! Jeśli byłeś w stanie pokonać mnie, jedną z największych gwiazd na świecie, co prawda bolało mnie wted... *honorowo odchrząkuje* Po prostu wygrałeś i udowodniłeś, że drzemie w tobie potencjał na bycie najlepszym!

Elias Shadow: Ałaaaaaaa *łapie się za serce* Oddawaj mój telefon stary dziadu. Na cipę dostałeś ostatnio, co nie? To co się tu wywyższasz? O, tyle Ci dało bycie honorowym - przewaliłeś walkę. To po co miałbym Cię w sumie słuchać?

Elias niehonorowo podnosi z powrotem swój telefon i odpala tiktoka. Yoshi za to honorowo się zaskoczył i wygląda na oburzonego, w dosyć honorowy sposób.

Yoshi Tatsu: このクソッタレのクズめ!Ty pierdolony gnoju Zapomniałem się! Wybacz, dalej mieszają mi się te języki. *honorowo się uśmiecha* To znaczyło po Japońsku, byś nabrał szacunku do innych, wtedy góry będziesz mógł przenosić. *Elias ma wyjebane, niezbyt honorowo* Ekhmm...

Yoshi wykonuje honorowy cios karate w rękę Eliasa, oczywiście okraszony odpowiednim dźwiekiem wydanym z ust Japończyka, co powoduje, że Shadowowi wypada telefon z rąk.Zaszokowany młodzik patrzy na telefon który odbija się od posadzki. Shadow szybko go podnosi... Nie no, ekran popękany!

Elias Shadow: Czy Ciebie do reszty... Nie no  dziadu jeden, zaraz jak Ci do dupy nakopię!

Shadow łapie Tatsu za kark, robi się gęsto... I nagle w kadrze za panami pojawia się Jean-Pierre Dolnick! Nie zwraca on jednak kompletnie uwagi na to co się dzieje dookoła.

Elias Shadow: Te, grubas, przeszkadzasz mi klepać tego samuraja...

Dolnick totalnie nie interesuje się tym, co tu się wyprawia i to, co gada do niego ten gnojek. Grubas idzie uparcie przed siebie, ma jakąś wymiętoszoną kartkę w ręku. Kamery zaczynają podązać za nim, a on sam mamrocze coś pod nosem. Nawet stołówka nie przykuwa jego uwagi, takiej determinacji to ciężko było szukać u niego nawet podczas walk. Big Jean bez pukania wchodzi do biura Generalnego Managera Nicka Aldisa. Nick chce coś powiedzieć, ale Jean rzuca mu swoją kartkę na biurko.

Jean-Pierre Dolnick: Odchodzę.

Jean-Pierre jak na siebie to dosyć szybkim krokiem opuszcza pomieszczenie. Aldis wypada ze swojego biura w pogoni za Dolnickiem, jednak ten nagle jakby rozpłynął się w powietrzu, nigdzie go nie widać. Nick rozgląda się dookoła próbując go zlokalizować, jednak w tym momencie jego uwagę przykuwa coś zupełnie innego... To dźwięk karetki na sygnale! I z wielkim szokiem dostrzega ją, pędzącą przez korytarz (taki specjalny, szeroki, specjalnie dla pojazdów)! Ta po chwili go wymija i jedzie prosto w kierunku wjazdu na arenę... Przenosimy się do jej wnętrza by zobaczyć jak karetka która mijała przed chwilą Nicka Aldisa, pojawia się właśnie przy Titantronie! Widzimy, że tylnie drzwi się otwierają i wychodzi z nich James River Waters! Z ubrań pozostały na nim już tylko długie, czarne spodnie. Wygląda na solidnie poobijanego, trzyma się za żebra, a na głowie ma duży bandaż. Jeden z lekarzy próbuje go powstrzymać, ale Madman mierzy go tylko wzrokiem. Aura 10000 pomaga i lekarz natychmiast wraca do pojazdu, a były Mistrz Świata Wagi Ciężkiej maszeruje powoli w stronę ringu. Chociaż masz w tym wypadku to raczej przesada - on ledwie idzie, ale idzie...Po chwili Waters prosi o mikrofon, pracownik obsługi natychmiast go podaje i podnosi nawet Watersowi linę, by ten mógł swobodniej wejść do kwadratowego pierścienia. James River przeczesuje włosy i widzimy teraz doskonale, że oprócz bandaża na głowie, ma również sporą szramę na prawym policzku. W końcu, ciężko dysząc próbuje raz jeszcze przywitać się z fanami Legion Pro Wrestling.

James River Waters: Nie...*dyszy i opiera się o liny* Nie...nie tak łatwo. *bierze głęboki oddech* Nie, tak łatwo mnie załatwić. *rozgląda się po publice* Widzicie, miałem wielki plan na powrót. WIELKI. Miało być święto, miał być dzień, który każdy z was by zapamiętał, miała być wielka zabawa! *na jego twarzy coraz mocniej zaczyna rysować się wściekłość*. NIC Z TEGO! Nie będzie ani zabawy, ani celebracji, ani niczego innego, co sobie zaplanowałem...WSZYSTKO ZOSTAŁO ZNISZCZONE! *dusi się lekko* Wszystko...poza mną. Chociaż jak widzicie, nie jestem może w pełni sił, ale nadal tu stoję. Nadal trzymam mikrofon i uwierzcie mi...daleko mi jeszcze do końca. *Patrzy się na dziurę, w ringu, która została niedawno załatana*. Oj tak, było groźnie. Powiem więcej, w ogóle tego nie brałem pod uwagę. *zaczyna mówić coraz sprawniej* W ogóle nie brałem pod uwagę tego, że ktoś będzie na tyle bezczelny, na tyle arogancki, na tyle odważny, czy...głupi, by przerwać moje wielkie święto! Przygotowaliśmy to tygodniami, włożyliśmy w to mnóstwo pracy, kosztowało mnie to niewyobrażalne pieniądze i co? I NIC! *przeczesuje nerwowo włosy* I NIC Z TEGO NIE MAM...James River Waters, którego poznaliście na WCW pewnie teraz odszedłby obrażony albo w najlepszym wypadku pobiegłby z płaczem do Aldisa "panie GM, proszę coś z tym zrobić, bla bla bla...". Tylko, że tego człowieka JUŻ NIE MA. Podczas kolacji z Nickiem, chciałem was sprowokować, chciałem żeby wszyscy się zastanawiali "jaki Waters wróci?", "Będzie dobrym kolesiem, czy kompletnym wariatem?". Widzicie...będę taki, jaki jestem naprawdę. Montana, życie kowboja, życie według własnych zasad, to wszystko nie jest kolejny "obraz". To czysta prawda. Prawda, która pewnie pozostałaby daleko stąd. *ponownie spogląda na pozostałości po dziurze w ringu* Gdyby nie...Silas Crowe. *mocne buczenie* Człowiek, którego nie znałem przedstawił mi się w najlepszy możliwy sposób - zrobił to dokładnie tak, jak robiłem to kiedyś ja. Zasiał prawdziwy terror. Dokonał czegoś, co automatycznie sprawia, że teraz wszyscy zamiast mówić o moim wielkim powrocie, mówią o nim. *spojrzenie Watersa robi się coraz bardziej niepokojące* Jest jeden, malutki problem, Silas...ściągnąłeś uwagę mediów, kibiców, zarządu - racja. Tylko, że przy okazji ściągnąłeś na siebie coś, na co możesz nie być jeszcze gotowy. ZEMSTA. *to słowo odbija się niemal echem po całej arenie*

Madman przechadza się teraz po kwadratowym pierścieniu, jakby chciał zakończyć swoją przemowę, widzimy jednak, że przy dojściu do jednego z narożników, ponownie chwyta się za bandaż, który zakrywa mu całe czoło i zaczyna go rozwiązywać. Po chwili widzimy, że również tam mamy potężne rozcięcie, a lekko zaschnięta krew znajduje się niemal na całej głowie Watersa, z włosów leci nawet wymieszany z nią pot.

James River Waters: Era helikopterów, czerwonych dywanów, wielkich wejść...właśnie się skończyła. Przed wami stoi człowiek, który ma w głowie tylko jedno, następne zadanie. ZEMSTĘ. Przyjmę tyle bólu i cierpienia, ile będzie trzeba. *spogląda w stronę titantronu* A wy, pamiętajcie, że wszystko co najlepsze i jednocześnie najgorsze, zawsze siedziało w moim wnętrzu. *ścisza ton głosu* Crowe i Kline - sprowokowaliście mnie właśnie do porzucenia maski, którą przez lata uwodziłem ludzi, ale czy jesteście gotowi, by zobaczyć, co tak naprawdę się pod nią kryje?

Waters upuszcza mikrofon na matę ringu, rozkłada szeroko ręce. prezentując się publiczności i wszystkim, którzy zapewne oglądają go na backstage u w całej krasie - poobijany, pokaleczony, w pocie i krwi, ale stojący o własnych siłach na środku swojej świątyni.

CZY ROB MCŁOWICZ ZOSTANIE PRYWATNYM KUCHARZEM LORDA? PRZEKONAMY SIĘ JUŻ ZA CHWILĘ!

Singles Match
Lord Sebastien vs Rob McŁowicz

Wracamy do ringu po reklamach, gdzie właśnie Lord Sebastien znęca się nad rywalem w narożniku. Najpierw widzimy serię Shoulder Thrustów, a zaraz po nich kładzie stopę na szyi Roba i zaczyna go dusić! Sędzia szybko reaguje i nakazuje przerwać akcję, to jednak nic nie daje, więc zaczyna grozić dyskwalifikacją i odlicza. 1... 2... 3... 4... Dopiero w tym momencie Francuz odpuszcza i odsuwa się od przeciwnika. Kiedy sędzia przestaje go pouczać o zasadach ten pomaga wstać McŁowiczowi i częstuje go solidnym Knife Edge Chopem, a następnie wysyła go do przeciwległego narożnika Irish Whipem. The Noble One rusza i wbija się w niego potężnym Corner Clothesline'em. Arystokrata nie zwalnia tempa i od razu wraca do narożnika, z którego ruszał i ponawia szarżę. Tym razem popisuje się eleganckim Curtoisie Kick. Trafiony zatopiony! Polak upada, a Francuz natychmiast przechodzi do pinu. 1... 2... Kick Out! Artist of Pain momentalnie zrywa się do sędziego i zaczyna pouczać go o szybkości liczenia, i że zdecydowanie powinno być 3, jednak nie jest w stanie nic wskórać. Dlatego podchodzi do narożnika, wchodzi na trzecią linę i zaczyna przygotowywać się do zakończenia starcia. Sang Belu Elbow! Pusty przelot!!! Rob odsuwa się w ostatnim momencie i Lord Sebastien zalicza bolesny upadek. Zawodnicy bardzo powoli zbierają się, żeby wstać i udaje im się to zrobić w tym samym momencie. Od razu ruszają na siebie i Kucharz wyprowadza Gulasz-line! Francuz natychmiast wstaje i od razu nadziewa się na kolejny Gulasz-line! I tym razem nie jest w stanie się podnieść tak szybko, bo Król Kiełbasy dorzuca mu Leg Drop i przechodzi do pinu. 1... 2... Nie! Bark idzie w górę! Tym razem to właśnie Polak podchodzi do narożnika i wspina się na 3 linę. Skoro raz nie wyszło, to może drugi raz się uda? Eeee-mak-łowicz-bow! Trafiony zatopiony! Pin! 1... 2... Shoulder Up! Publiczność niedowierza. Rob jednak podchodzi do narożnika i czeka, aż jego rywal zacznie się podnosić i kiedy to ten przekręca się na brzuch i podnosi na rękach i kolanach McŁowicz rusza... ale po pierwszym kroku zmuszony jest się zatrzymać. Na apron wskakuje nieznany wcześniej facet. Jest ubrany w elegancki, ewidentnie drogi garnitur, a kolor krawata i eleganckiej poszetki idealnie pasują do kolorów stroju Lorda. Chłop coś krzyczy, ale nie jesteśmy w stanie usłyszeć co dokładnie. Próbuje wejść do ringu, ale sędzia staje przed nim i wymachuje rękami, jasno dając do zrozumienia, że nie ma na to zgody. Rob powoli się do nich zbliża, spokojnie bada sytuację. Awantura robi się coraz większa, a kiedy nieproszony gość schyla się, żeby wejść do ringu McŁowicz nie zamierza się powstrzymywać i wypłaca mu cios kolankiem. Elegancki mężczyzna spada z apronu, a Kucharz jeszcze przez chwilę z niego drwi, po czym odwraca się, aby dokończyć to co zaczął. Margaux`s Kiss! Sędzia właśnie kończy wyrzucać nieproszonego gościa na zaplecze, a Lord Sebastien wyrzuca swoją broń poza ring i przechodzi do pinu. 1... 2... 3! To koniec! Lord Sebastien wygrywa to starcie!

Dolnick :<<<<<<<<<

Przenosimy się po dłuższych reklamach z powrotem do ringu, gdzie czeka już Nick Aldis oraz 4 ochroniarzy. Generalny Manager stoi przy stoliku, na którym leży teczka opisana jako "Kontrakt na walkę o pas LPW World Championship" z logiem Heatwave, oraz trzy mikrofony. Ochroniarze stoją w narożnikach z rękami założonymi za plecami. Brytyjczyk łapie za jeden z mikrofonów i podnosi go do ust.

Nick Aldis: Panie i Panowie - przyszedł czas na główne danie wieczoru. Ta rywalizacja ciągnie się od Ascension. Po drodze zainteresowani skakali sobie do gardeł, jednali się, a potem ponownie chcieli się pozabijać. O tej rywalizacji będącej sercem i duszą Legion Pro Wrestling mógłbym powiedzieć o wiele więcej. Ale... Przed nami najważniejsza część tej historii. To wszystko będzie miało swoją kulminację już za osiem dni. Szósty września, tu w Houston! *publiczność przyjmuje to z ogromnym cheerem* Axel Blaze kontra Jose Lopez o LPW World Championship. I nie będzie to zwykła walka. Wraz z Rob Van Damem ustaliliśmy, że zawodnicy zmierzą się w Falls Count Anywhere Matchu! *przepotężny cheer* Nie przedłużając - zapraszam obu zainteresowanych. Czas na podpisanie kontraktu! Panie i Panowie, przed wami pretendent do tytułu, pochodzący z Las Palmas, Upadły Anioł... Jose Lopez!

FATE! Ten theme song właśnie słyszymy i fani zaczynają bardzo mocno buczeć. Dostrzegamy wychodzącego na rampę Jose Lopeza! Pretendent do tytułu mistrzowskiego mimo walki, którą odbył dzisiaj, jest i tak elegancko ubrany, w ten sam strój co zawsze. Chyba nie chce uraczyć nas żadnym merchem. W ręku ma... jabłko, które sobie smacznie je z szelmowskim uśmiechem na ustach. Jose powoli zmierza w kierunku ringu, zajadając się owocem. Przed wejściem do kwadratowego pierścienia idzie jeszcze w kierunku stołu komentatorskiego i szuka tam śmietnika, do którego wyrzuca ogryzek. Pełna kultura. Hiszpan następnie po schodkach wchodzi do miejsca, gdzie czeka Nick Aldis i panowie witają się uściskiem dłoni.

Nick Aldis: A teraz on... Pochodzący z Austin, Texas! Mr. Forever! Mistrz LPW! AXEL! BLAZE!

Na arenie rozbrzmiewa "I gotsta get paid", publiczność wybucha ogromnym cheerem, a na rampie pojawia się Axel Blaze. Zawodnik ma na sobie jeansy, skórzaną kurtkę, swoją koszulkę oraz okulary przeciwsłoneczne. Pas spoczywa na ramieniu, jednak kiedy zatrzymuje się pod titantronem unosi go jedną ręką w górę i szybko namierza Lopeza wzorkiem. W tym samym momencie drugą ręką ściąga okulary i odrzuca je w bok. Axel przez chwilę próbuje zabić wzrokiem swojego przeciwnika, jednak kiedy to nie przynosi efektu zarzuca pas na bark i rusza do ringu. Po drodze przybija piąteczki z fanami, jednak nawet na chwilę nie odrywa wzroku od Hiszpana. W zasadzie nawet nie mruga, jakby bał się, że kiedy to zrobi to Jose zniknie. W końcu wchodzi do ringu po schodach, podaje pas Aldisowi, aby ten mógł odpowiednio ustawić go na stole... i w momencie, kiedy Nick chwyta za pas Blaze zrywa się do ataku, omija zaskoczonego Generlanego Managera i dosłownie rzuca się na swojego wroga! Obaj zawodnicy lądują na macie, Lopez próbuje się bronić, ale Blaze wyprowadza kilka ciosów zanim ochroniarze zaczynają ich rozdzielać. Mimo tego, że jest ich aż 4 to mają spore problemy ze spacyfikowaniem bójki. Zawodnicy solidnie się ze sobą zwarli i żaden nie zamierza odpuszczać. Mistrz LPW szarpie się z nimi i jednocześnie próbuje atakować, co wykorzystuje Pretendent i uwalnia się z dosiadu. Teraz to on rzuca się do ataku i wyprowadza kilka ciosów. Nagle na rampie pojawiają się posiłki i pędzą do ringu ile sił w nogach. W międzyczasie Blaze'owi udaje się okopać Lopeza, kiedy ochrona odciągała go za ręce, ale Lopez też nie był dłużny i wypłacił mu kilka celnych punchy. W końcu dodatkowe siły wpadają do ringu i udaje im się sprawnie oddzielić od siebie rywali. Mr. Forever zaczyna się uspokajać, zaczyna się szarpać coraz mniej... aż w końcu odpycha od siebie ochroniarzy, wyrywa się z uchwytu i jeszcze raz rzuca się na Chico Malo przez trzymających go ochroniarzy! Zawodnicy znowu zaczynają się okładać pięściami i Axel szybko zyskuje przewagę. W całym tym zamieszaniu to Aldis podbiega do nich i chwyta za rękę, która właśnie miała wyprowadzić cios. Blaze'owi udaje się ją wyszarpać, jednak przy okazju trafia Nicka prosto w łuk brwiowy! Co za cios! Nick upada, a cała chmara ochroniarzy dopada do walczących zawodników i tym razem rozdziela ich na dobre. Mimo tego, że obaj wciąż próbują walczyć to ochroniarze nie zamierzają zwalniać uścisku i dobrze trzymają obu zawodników. GM wstaje, trzymając się za łuk brwiowy, a pod jego palcami szybko pojawia się krew. Na ten widok Mistrz LPW momentalnie przestaje się szarpać, wciąż jest nabuzowany, ale widać, że jednak się ochłodził i ma wyrzuty sumienia. Aldis kręci głową i po chwili łapie za leżący mikrofon i unosi go do ust.

Nick Aldis: Powiedziałbym, że jestem zły. Albo zaskoczony. Ale tak naprawdę *patrzy na zakrwawione palce* to się tego spodziewałem. Sam kiedyś byłem wrestlerem i doskonale wiem jak to jest. Ale koniec już tego. Macie dzisiaj stąd wyjść bez szwanku, w pełni gotowi na Main Event Heatwave. A żeby to zapewnić, postarałem się o gościa specjalnego, który będzie czuwał nad przebiegiem całego procesu.

ANGRY CHAIR! ARCYPOTĘŻNA WRZAWA NA TRYBUNACH! Oczy dosłownie wszystkich w sekundę zwróciły się ku rampie, gdzie tuż po wybrzmieniu pierwszych dźwięków gitary pojawia się WES WALLACE! Man of Mayhem ubrany w kamizelkę klubu motocyklowego, jeansy i koszulkę z Laynem Staleyem pewnym krokiem wychodzi na rampę, gdzie zatrzymuje się i z kamienną twarzą ogląda po piekielnie głośno wiwatującej go widowni. Kamera przenosi nas teraz do ringu i ukazuje zbliżenie na Jose Lopeza, który wygląda na zaskoczonego całą sytuacją, jednocześnie przyjmując pojawienie się swojego kumpla z uśmiechem. Po chwili mamy również pokazanego jeszcze bardziej zszokowanego Axela, jednak obserwuje on zaistniałą sytuację z o wiele większą powagą. Wracamy na rampę, a tam Wes krzyczy coś w stronę widowni zebranej w jego rodzinnym Houston, przez co możemy usłyszeć jeszcze głośniejsze okrzyki, a następnie w końcu rusza w stronę ringu. Po drodze zatrzymuje się ponownie, tym razem przed samym Nickiem, który wraz z dwoma medykami kieruje się na zaplecze. Panowie wymieniają między sobą kilka słów, po czym możemy zaobserwować uścisk dłoni. Wallace wymijając Aldisa klepie go jeszcze po ramieniu, następnie wchodzi do kwadratowego pierścienia i staje w jego centrum, a wszystkiemu towarzyszy publika śpiewająca refren "Angry Chair". Absolute cinema. Blaze i Lopez w dalszym ciągu stoją w narożnikach odseparowani przez ochronę, jednak Wes... każe pracownikom opuścić ring! Ci zerkając na zawodników z walki wieczoru Heatwave powoli się odsuwają i wychodzą z kwadratowego pierścienia, przez co w samym centrum areny zostaje jedynie trójka - Wes Wallace, Axel Blaze i Jose Lopez! Man of Mayhem ogląda się raz na jednego, raz na drugiego, a w tym czasie mistrz i pretendent ostrożnie i z pełnym respektem podchodzą w stronę środka ringu. Dalej jest piekielnie głośno, dalej wszyscy są w wielce pozytywnym szoku (może poza kilkoma osobami przy barierkach co wyglądają jakby ubrali się na karnawał i wyczekiwali pojawienia Pillesa Tautllace'a). Wes zasiada przy stole pierwszy, a następnie czynią to Blaze i Lopez. Kiedy wszyscy są już na miejscach, Man of Mayhem sięga po mikrofon, jednak to samo robi też Axel! I jest ciut szybszy...

Axel Blaze: Wiesz co, Lopez? *Blaze kręci głową i zaciska wargi* Nie. Nie będę tutaj siedział i udawał, że to jest zwykły podpis pod kontraktem. Nie będę gryzł się w język. Bo od dwóch miesięcy robisz wszystko, żeby ludzie przestali widzieć we mnie mistrza! Chciałeś, żebym wyglądał jak śmieć! Chciałeś, żebym wyglądał jak żółtodziób, który nie zasługuje na ten pas! *Axel uderza pięścią w kontrakt* Ale wiesz co jest w tym wszystkim najbardziej obrzydliwe? Nie zaatakowałeś mnie w ringu. Nie stanąłeś ze mną twarzą w twarz. Nie miałeś jaj powiedzieć - "Blaze, jestem od Ciebie lepszy". Nie... wręcz przeciwnie! Od samego początku zachowywałeś się jakbyś chciał ukraść kwiaty z grobu babci. Najpierw zaatakowałeś mnie zza pleców w najważniejszym momencie mojego życia. Potem znowu to zrobiłeś, kiedy siedziałem w barze i próbowałem się zresetować. Potem próbowałeś mi wmówić, że jesteś po mojej stronie. A kiedy to ja wyciągnąłem do Ciebie doń, Ty przyszedłeś do mnie z jabłkiem... a kiedy straciłem przytomność pokazałeś kim naprawdę jesteś! *Blaze'owi na chwilę łamie się głos, upuszcza głowę* Dwulicowym tchórzem! Odważny człowiek, Lopez, polega wyłącznie na sobie, swojej ciężkiej pracy i potrafi przetrwać w każdych warunkach. Odwaga to posiadanie twardego kręgosłupa moralnego i głośne mówienie tego, co się myśli, bez względu na konsekwencje. A Ty... poczekałeś aż nie będę w stanie podnieść rąk. Potem otoczyłeś mnie ludźmi, których nawet nie znałem. Ustawiłeś biały proszek - nawet nie chcę wiedzieć co to było. Ustawiłeś aparaty. Ustawiłeś tą pieprzoną farsę! Zrobiłeś ze mnie kogoś, kim nigdy nie byłem! I właśnie dlatego tak bardzo chciałem Cię znaleźć tydzień temu. Nigdy Ci tego nie wybaczę. Nie będę teraz udawał świętego i mówił, że to Twoja wina. Nie jestem z tego dumny, ale czasu nie cofnę. A Ty musisz zrozumieć jedno, Lopez. Ty nie zrobiłeś ze mnie potwora. Ty tylko pokazałeś mi jak daleko jestem gotów się posunąć, kiedy ktoś próbuje odebrać mi wszystko, na co tak ciężko pracowałem.

Jose patrzy do góry i wzdycha, po czym spogląda na Blaze'a, bierze mikrofon i przemawia.

Jose Lopez: Oczywiście, że nie zrobiłem z ciebie potwora! Jak mógłbym.. *kręci lekko głową* No jak? Wytłumacz mi Axel! Jak miałbym zrobić potwora z tak zepsutej gnidy jak ty, co?! *poirytowany* WSZYSCY, dosłownie WSZYSCY widzieli, co wyprawiasz w przerwach od grania dobrego chłopca, a ty i tak w jakże żałosny sposób... po prostu próbujesz się tego wyprzeć i zrzucić winę na mnie? *zdegustowany* Do tego powiedz mi, co to miało być na ostatnim Colosseum? Skoro sam twierdzisz, że to nie moja wina, to... gdzie był twój kręgosłup moralny, o którym dumnie mówisz, gdy pobiłeś bezbronnego pracownika? Gdzie on się podział, gdy po walce nie odpuściłeś Steele'owi i mogłeś pozbawić go kariery, mimo że NIC ci nie zrobił? Pochwal się Axel, do kurwy nędzy *uderza pięścią w stół*, GDZIE jest ta twoja MORALNOŚĆ? Tylko w wybranych momentach? Z tymi swoimi tandetnymi wartościami masz tyle wspólnego, że bardzo dużo o nich mówisz... nic ponad to. Hańbisz mistrzostwo, wycierasz sobie dupę akcjami charytatywnymi, kłamiesz, atakujesz kogo popadnie, ale to inni są źli? Hę? *nie dowierza* Tak naprawdę... to ja mogę mówić, że się zawiodłem! Bo to ja widziałem w tobie coś więcej! To ja byłem w stanie otworzyć się i porównać cię... do samego siebie, a teraz? Chcę mi się rzygać, bo nie sądziłem, że największą obelgę w swoim życiu, jestem w stanie rzucić sobie sam. *kiwa głową z dezaprobatą* I przestań pieprzyć o ciężkiej pracy, gdy od początku jesteś znany z dzikich imprez. Już wtedy mogłem się spodziewać, jaki jesteś naprawdę. Widzisz.. JA naprawdę ciężko pracuję. JA potrafiłem wrócić po takiej kontuzji, która miała sprawić, że mnie tutaj nie będzie. To JA potrafiłem wygrać walkę z alkoholem, który promujesz TY oraz banda innych idiotów w tej federacji. Jednak koniec końców, jestem tym złym, prawda?

Axel Blaze: Nigdy więcej nie waż się nas porównywać! NIGDY! Bo kiedy Ty podkulasz ogon i uciekasz, gdzie pieprz rośnie nazywasz to wygraną walką. JA NIGDY NIE UCIEKAM I WYCHODZĘ PROBLEMOM NA PRZECIWKO! I dokładnie to zrobiłem tydzień temu! I wiesz co?! Kiedy podpiszemy ten papier *Blaze wskazuje na kontrakt* przestaniesz być wreszcie problem, który muszę gonić. W końcu wjedziemy do ringu jak mężczyźni! I tym razem będziesz tylko Ty i ja! Bez żadnych sztuczek!

Jose Lopez: Kłam dalej Axel, nieudolnie manipuluj, próbuj wmawiać, że ja podkulam ogon i uciekam, dlatego też... chodziłem sobie po Colosseum, jak gdyby nigdy nic! Czy ja powinienem się dziwić? Ty już sam nie wiesz, co mówisz. *kiwa głową* Nie wiesz też, co widzisz.. dlatego martwię się, bo mylisz się.. w ringu nie będziemy tylko my dwaj. Będzie też sędzia, a patrząc na to, że masz problemy z tym, kogo powinieneś zaatakować, to zaczynam martwić się o nieszczęśnika, któremu przyjdzie pilnować tego starcia. *prycha*

Blaze szybko znowu zabiera głos, ale prawie momentalnie w słowo wchodzi mu raz jeszcze Lopez. Panowie zaczynają się przekrzykiwać, mało co można zrozumieć, jedynie jakieś pojedyncze słowa. Trwa to dłuższą chwilę, a wszystkiemu z lekkim uśmiechem na ustach przygląda się Wes Wallace, ponieważ szum na trybunach narasta, po chwili zamieniając się w coś wyraźnego, co zaczyna wybrzmiewać z coraz to większej liczby gardeł. "WAAAAAAA-LLACE! WAAAAAAA-LLACE!" Zaczęło się nieść po hali, zagłuszając wręcz zawodników, co zmusza ich do uspokojenia się. Obaj zaczynają się rozglądać dookoła, z lekko zmarnowanymi minami, na chwilę zapominając o swojej kłótni. Man of Mayhem ogląda się po publice i w końcu sięga po mikrofon, co wywołuje jeszcze większy cheer.

Wes Wallace: Przepraszam, że się wtrącam... *ogromny cheer, Wallace kwituje to uśmiechem* Sami widzicie, że Houston nie będzie zbyt zainteresowane tym, co macie do powiedzenia, dopóki JA się nie odezwę. *kolejna porcja wielkiego cheeru* Musicie zrozumieć, WSZYSCY czekali na to od momentu wybrzmienia pierwszych dźwięków perkusji. *wzrusza ramionami, a widownia zaczyna śpiewać refren "Angry Chair", czemu przez dłuższy  moment przysłuchuje się Wallace* Dobra, starczy tego, bo chcę coś powiedzieć w spokoju. *odwraca się w stronę Axela* A to co się właśnie tutaj wydarzyło, odnosi się przede wszystkim do Ciebie...  Zależy Ci na tych ludziach. Nie odpowiadaj, to nie jest pytanie. Oglądałem Cię i obaj doskonale wiemy, że jest jak mówię... A skoro ustaliliśmy już tą kwestię, to powiedz mi. *wskazuje na widownię* Dlaczego ich nie słuchasz? *patrzy prosto w oczy Blaze'a* Nie liczyłeś się właśnie z ich zdaniem, zdajesz sobie z tego sprawę? A to z nimi wszystkimi chcesz przeżywać najlepsze chwile, w końcu ile razy wspominałeś o zrujnowanym świętowaniu twojego wielkiego zwycięstwa przez Lopeza? A teraz ich tak po prostu lekceważysz? *unosi brwi* Znam twoją sytuację i wiem, że masz cholernie ważne rzeczy do powiedzenia... Tylko jak Ty chcesz zostać wysłuchany w momencie, kiedy akurat inni nie chcą Cię słuchać? *kręci głową* To co w teorii jest dla Ciebie najważniejsze, zniknęło W MOMENT. Dałeś sobie wejść do głowy na tyle, że nawet tego nie zauważyłeś... Postawmy sprawę jasno. To nie jest rozmowa o tym, że nie dałeś się odezwać "Wielkiemu Panu" z Houston w momencie, kiedy tylko zasiadł na swoim fotelu. Szczerze mówiąc, mam to w dupie, bo nie przyszedłem tu robić  jedynie za jakąś "wielką gwiazdę" i doskonale rozumiem eskalujące wewnątrz Ciebie wkurwienie. Moja wizyta ma wnieść coś istotnego, chcę przekazać naprawdę mądre rzeczy... A to o czym mówiłem jest tylko kolejnym dowodem na to, jak bardzo się zagubiłeś przez ostatnie tygodnie. *krótka przerwa* Ci ludzie na Ciebie reagują. Kurwa, Axel... Każdy zawodnik, który pierwszy raz wychodzi na tak wielką scenę marzy, żeby wywoływać tego rodzaju emocje, jak TY potrafisz. I możesz być pewny, że zdobyłeś taki kredyt zaufania, że NIKT Cię nie skreśli bez możliwości wyjaśnień z twojej strony... *kiwa głową* A ja osobiście naprawdę Cię doceniam. Wywalczyłeś to sobie i nie bez powodu zwróciłeś uwagę Lopeza. Jesteś piekielnie dobry w tym co robisz... Więc po prostu tego nie spieprz. *odwraca się w stronę Hiszpana* A co do Ciebie Jose... W zasadzie mógłbym nie mówić nic. Nie jest żadną tajemnicą, że rozmawiamy regularnie. Doskonale wiesz co myślę, jednak zebrani tu ludzie nie mają o tym pojęcia...  Chyba jestem winny wyjaśnienia całemu Houston, prawda? *cheer, lekki uśmiech Wesa* Czas więc odkryć karty i powiedzieć, że dalej widzę w Tobie osobę, z którą spędziłem w jednym ringu pieprzone 75 minut. Nic się nie zmieniło, a to cholernie wiele znaczy... I dlatego jestem pewny, że zrobicie kurewsko dobrą walkę. *ogląda się po obu zawodnikach przy wielkiej wrzawie widowni*

Axel Blaze: Teraz już rozumiem, dlaczego dosłownie wszyscy w tym biznesie wypowiadają Twoje imię z szacunkiem, Wes. Mogłeś teraz powiedzieć mi to, co byłoby najprostsze - że jestem mistrzem, że przecież zdobyłem ten tytuł w ciężkim boju, że wszystko będzie dobrze, że mam rację. Ale Ty tego nie zrobiłeś... *Axel kiwa głową* Ty powiedziałeś mi prawdę. Masz rację, przez ostatnie tygodnie nie byłem sobą. Dałem sobie wejść do głowy. Zacząłem reagować, zamiast myśleć. Co prawda na pewno było Ci łatwiej wyrzucić w moją stronę te gorzkie słowa, dołączyć na chwilę do drużyny swojego kumpla. Ale wciąż bardzo to doceniam, Wes. Widzisz, obaj jesteśmy z Teksasu, nie będę ukrywał, że kiedy stawiałem swoje pierwsze kroki na macie byłeś dla mnie inspiracją. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to właśnie dzięki Tobie ostatecznie zdecydowałem się spróbować. Dlatego nie mam Ci tego za złe, że go oszczędzasz i wezmę Twoje słowa do serca. Potraktuję je, jak zimny prysznic. Prysznic, po którym nie będę się bał spojrzeć w lustro, Lopez. Możesz sobie prychać, dziwić się i kiwać głową, ale teraz to już na nikim nie zrobi wrażenia. Nie oszukujmy się, Ty nigdy nie patrzysz w lustro, bo nie jesteś w stanie tego zrobić. Po prosu przez cały czas żyjesz po obu jego stronach. I jedną twarz pokazujesz ludziom... drugą zaś zostawiasz na momenty, kiedy nikt nie patrzy. I właśnie dlatego nie jesteśmy tacy sami, Lopez. Bo ja nie ukrywam, że ma swoje słabości - jak każdy. Może dlatego odkąd tylko pojawiłem się w LPW byłem w stanie nawiązać tak niesamowitą więź z publicznością. Za to Ty, Lopez - jesteś zły do szpiku kości i próbujesz ukryć to pod płaszczykiem obłudy. Tylko widzisz, mimo tego, że Wes jest Twoim kumplem, to nie przyznał Ci racji. Koniec tej farsy. Nie oszukałeś przyjaciela, nie oszukasz ICH i już na pewno... nie oszukasz mnie! Przychodzi czas, w którym kończą się sztuczki. *Axel otwiera kontrakt, przez chwilę mu się przygląda i uśmiecha się szeroko* Zaczyna się czas, w którym ucieczka nie przynosi efektu. Bo tym razem kiedy tylko Cię dopadnę... będziemy mogli to rozstrzygnąć wszędzie, gdziekolwiek się znajdziemy. *Blaze podpisuje kontrakt i podsuwa go Lopezowi* Podpisz. "O tak niewiele proszę, jeśli chcecie prawdy. Niech żyje przyszłość, usłyszcie krzyk młodości."

Lopez ma zamiar coś powiedzieć, ale przez chwile wstrzymuje się od tego i pociera dłonią o swój zarost. Jest widocznie poirytowany. W końcu zabiera głos.

Jose Lopez: Znowu gadasz brednie o uciekaniu.*bierze głębszy wdech* Chłopcze... nawet jeśli bym chciał, to nie mógłbym od ciebie uciec! W końcu jestem w twojej głowie cały czas! Pierdolone dwadzieścia cztery godziny na dobę! Sam to przyznajesz, a wiesz, co jest zabawne? Że będzie mnie tam jeszcze więcej! Patrz, Axel... *bierze długopis i podpisuje kontrakt* Właśnie złożyłem dożywotnią rezerwację w twoim umyśle. *wrednie się uśmiecha* Po naszej walce na Heatwave zapamiętasz mnie na zawsze! Będziesz rozmyślać, co mogłeś zrobić lepiej... dlaczego nie przykładałeś się wystarczająco do treningów... i czy to wszystko i tak miałoby znaczenie. *patrzy Blaze'owi w oczy* A nawiedzającym cię obrazem będę ja... wznoszący TO. *wskazuje palcem pas mistrzowski* A co do twoich słów Wes... *zerka na Wallace'a* Nie zgadzam się z nimi. Nie chodzi mi nawet o Blaze'a! Chodzi o MNIE! Widzisz tamtą osobę, z którą spędziłeś wtedy 75 minut w ringu, ale prawda jest taka... że jej tu nie ma. Jestem lepszy, o WIELE lepszy. Wyzbyłem się każdej swojej słabości i mogę obalić kolejne kłamstwo Axela... patrzę w lustro. Patrzę w nie często, bo teraz widzę  prawdziwego siebie i jestem BARDZO, ale to BARDZO dumny z tego, kim się stałem. Gdy już skończę karierę, to będę mógł ze spokojem wspominać Jose Lopeza, który nie miał żadnych ograniczeń i był w stanie spełniać swoje marzenia... Spojrzę na wszystko bez żalu. W przeciwieństwie do ciebie, Blaze. *ponownie patrzy mistrzowi w oczy*

Wes Wallace: *nachyla się w stronę Lopeza* Kłamstwo, Jose. *cheer* Widzisz, on zaczyna się budzić i zdaje sobie sprawę, że zabłądził... A Ty? *patrzy prosto w oczy Hiszpana* Prawda jest taka, że stare słabości po prostu zastępujesz nowymi, ale na razie jesteś zbyt ślepy, żeby je dostrzec. *cheer* Byłeś i jesteś piekielnie dobry w tym co robisz, ale daleko Ci jeszcze do ideału... I właśnie dlatego widzę w Tobie TĄ SAMĄ osobę, co 6 lat temu. *olbrzymia wrzawa* Więc pilnuj się lepiej, bo jak upadniesz kolejny raz, to skończysz jeszcze gorzej niż za pierwszym razem.

Publiczność zaczyna wrzeć. Mimo jednego, wielkiego, niezrozumiałego jazgotu, nikt nie może oderwać wzroku od trójki zebranej w ringu. Słowa Wallace'a zdecydowanie ugodziły w dumę Lopeza, który teraz mierzy go zimnym spojrzeniem, powoli wstając i odpychając lekko stół, by zrobić miejsce. W to wszystko bardzo szybko miesza się również Mistrz, który chwyta za bark Hiszpana i obraca go zdecydowanym ruchem do siebie. Jakby dając mu do zrozumienia "Hej, to ja jestem Twoim przeciwnikiem, to na mnie powinieneś zwracać uwagę." Usta Wesa wygięły się lekko w uśmiechu.

Wes Wallace: To jest wasz moment.

Wallace odrzuca mikrofon na bok i wychodzi z ringu. Kamera chwilę go śledzi, widać jak zmierza pod górę rampy. Po chwili w centrum uwagi ponownie znajdują się Blaze oraz Lopez, którzy stojąc w centrum ringu cały czas mówią do siebie coś, czego mikrofony nie są w stanie wyłapać. Ich czoła praktycznie się stykają, a Mistrz podnosi do góry pas mistrzowski. Tym ujęciem...

KOŃCZY SIĘ OSTATNIE ELYSIUM PRZED HEATWAVE!
Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.08.2026, 21:20 przez Jakub.

Ben Zamora
Streak: 1/0/0
Last Match: win vs Kenneth Riddle via Pinfall

James Wallace
Streak: 2/0/0
Last Match: win vs Dale Rucker via Pinfall

Vincenzo Vizzini
Streak: 3/0/0
Last Match: win vs Yoshi Tatsu & Elias Shadow via Pinfall

Elias Shadow
Streak: 2/0/10
Last Match: lost vs The Outfit via Pinfall
Odpowiedz
Cytuj
30.08.2026, 00:12
#3
ET: Nasz dość nieoczywisty duet ma dyskusję w garderobie i tutaj musi być wyjaśnienie tego, co miało miejsce podczas poprzedniego Elysium. Dobra. Brutal załatwił im walkę z Mantelem i Garrą. Całkiem fajna rozgrzewka dla nich przed walką z Outfit na Heatwave. W sumie idealnie to się zgrywa, że łączymy tym samym dwie historie w jedną i mamy tutaj rozterki życiowe Edgara i Mike’a. Z drugiej natomiast ten Souvenir Collector z Kociarzem, chcący sobie urwać głowy. Jednak wracając do ich rozmowy. Brutal musiał zahaczyć o ten temat współpracy Dickinsona z Sabrem Jr. No widać ewidentnie, że chłop z chęcią by mu urwał głowę za wspólną historię. Oby to nie sugerowało zgrzytów między nimi na Heatwave. Ale dobra, nie będę wróżył z fusów. Widzę, że Edgarowi podobał się ten pomysł Brutala i sugeruje mu, że trzeba uważać na Outfit. Bardzo mądrze gada i w sumie podobnie bym mu doradził. Po wielu tygodniach mamy wreszcie wytłumaczenie tego, jak doszło do jego połączenia z Sabrem Jr. No sensowne to było i to wiele wyjaśnia. Z perspektywy czasu wygląda to dość śmiesznie, bo jednak wiemy jak wyglądają obecnie losy Angola. Brutal niby to akceptuje, ale dalej widać, że go to boli. I po długim czasie finalnie dojebał gościowi od kilku marnych dźwigni. Aż się o to prosiło. Jednak żeby całość nie była poświęcona ZSJ, to przechodzimy do tematu The Outfit, który ewidentnie dla nowych sojuszników jest priorytetem. Po wszystkim, co działo się między nimi, oni chcą zrewanżować się za wszystko, co zostało im wyrządzone. Fajna jest ta argumentacja Extrememaniaca, który chce chronić federację przez kolegami Włochami. Całkiem przyjemny segmencik na start.

Opener: Mieliśmy otrzymać tutaj 20 minut poświęcone Watersowi. W sumie opisy prezentowały się dość okazale i widać było, że nie jest to zwykły powrót a coś bardziej epickiego. Jestem mocno ciekawy tego, jak długie by to było w formie tekstu. Wiem, że to nie byłoby z dwa zdania a raczej tekst długości Pobitych Garów. Z jednej strony szkoda, ale może i lepiej. Przy okazji otrzymujemy prawdopodobną zapowiedź pierwszej rywalizacji z jego udziałem. Wybór Silasa jako partnera do tańca dla niego, to dość ciekawy i jednocześnie ryzykowny wybór. Bo z jednej strony jest River, który nie powinien upierdalać na start i na pewno nie z kimś tak słabo wypromowanym jeszcze na ten moment. Z drugiej strony jest ten Crowe, który dotychczas był budowany jako totalny rozpierdalacz, ale poza Robem nie miał on tutaj pół poważnego rywala. Nawet McŁowicz ostatnimi czasy ma dość mizerną pozycję, co jakoś mocno nie pomaga Silasowi. Jeśli upierdoli pierwszą poważną rywalizację, to może mu to cholernie zaszkodzić, podważając jego całą dotychczasową wiarygodność. Ale mam nadzieję, że chłopaki wiedzą co robią. Z plusów jest zdecydowanie to, że nikt się tego nie spodziewał.

Video Promo: Dobra, mamy tutaj coś od Lorda i zobaczymy, czy będzie to w jakimś stopniu ciekawe. No początek niby okej, ale gryzie mi się to, że wspomina o tych tanich składnikach i jednocześnie tak „spuszczał” się nad kanapką, którą Rob przygotował podczas Pobitych Garów. Niby szlachcic a jednak zjazd „niegodną” jemu kanapkę, pochwalił ją i teraz nagle wyjeżdża z tanimi składnikami, których ktoś taki jak on powinien „unikać” jak ognia. No ale niech mu już będzie. Dalsza część już lepsza i to ewidentnie. Ciekawsza argumentacja i sama treść jakoś mocno się ze sobą nie gryzie. Mimo wszystko trochę za mało tutaj jest w tym tego szlacheckiego wywyższania się. Możecie się zgodzić bądź nie, ale no Mantel momentami mimo swoich urojeń pierdoli dość podobnie a sam nie jest żadnym szlachcicem. Ot taki gość z wyjebanym ego, ale bez konkretniejszego pazura. Dalej już stosunkowo równy poziom. Mimo wszystko chłop za mocno mnie tym nie powalił i strasznie nierówny jest w tym, co sobą reprezentuje. Na minus to nie jest a na dużego plusa zdecydowanie nie zasługuje. No tak neutralnie bym powiedział.

Video Promo: Kolejne video i w tym przypadku od Cottonwooda. Kto go wyciągnął z szafy, przyznać się xD On jak dobrze kojarzę miał jakąś historię w FCW, gdzie nie zrobił jakiejś szczególnej kariery. Tutaj coś pierdoli o wąsach i ciekawe, czy będzie jakaś stajenka wąsaczy. No coś tam próbuje przekazać, ale wyczuwam, że będzie to dość ewidentny comedy content z nastawieniem na nietolerancję wobec ludzi z „gładką twarzą”. Takie osobowości też się nam przydadzą i nawet nawet jest ten przerywnik.

Walka 1: Walka, która jeszcze niedawno mogłaby wywołać spory hype. Tymczasem teraz ona... się odbyła. No szkoda tutaj tego, że ShowOff postanowił olać temat, bo zmarnowano tutaj potencjał na ich rywalizację. Jedyny plus tego wszystkiego jest taki, że zyskał najwięcej na tym mój Mantel, pokonując go i Halloway odhaczając jego nazwisko, udowadniając mu, że nie jest papierowym mistrzem. Dobrze, że nie zrobiliśmy tutaj squashu na korzyść Dereka, który byłby też w sumie zrozumiały ze względu na to, co dzieje się z Anglikiem. Mistrz wygrywa i możemy lecieć dalej.

Finnegan/Lopez: Dobra na starcie wyjaśnijcie mi jedno. To jest Chris, Surfer czy Chris Finnegan. Lekko zaczynam się gubić przy nim, bo nie ma tutaj konsekwencji w przedstawieniu postaci. Jeszcze ten wstępny opis, gdzie jest „Sunny Chris” Finnegan. I cholera wie czy Sunny Chris to nickname, ale no sprawdziłem i się to zgadza. Także masz szczęście Varost. Sama jego kwestia była dość przyjemna, mocno face’owa i widać, że kolega wie, jak nim pisać, by był ciekawy. Za dużo jednak sobie nie pogadał, bo pojawił się, który postanowił dać nowemu lekcję, w postaci walki z pretendentem do głównego mistrzostwa. W sumie mocno się w niego wpierdol i poszedł ten pocisk z laniem wody. Jest też odniesienie do Cavazosa. No widać, że Hiszpan wyznacza granicę między byciem solidnym a kimś elitarnym i Surfer dobitnie się o tym przekonał, będąc zjedzonym przez bardziej doświadczonego rozmówce. W sumie trochę nie walczył, bo walka z Edgarem była na pierwszym Elysium i teraz po tym czasie będzie walczył z debiutantem.

Walka 2: Co prawda wygrał ten, który powinien to wygrać, ale Chris wcale na tym nie stracił. Zaprezentował się z całkiem przyjemnej strony i pokazał wszystkim, że ma zadatki na ciekawe wzmocnienie dla rosteru, ale musi być bardziej rozważny podczas samych walk. Hiszpan wyciągnął go na głębokie wody i zatopił. Jednak głowa do góry Panie Finnegan, bo przyszłość wcale nie musi być taka ponura. Nie będzie to pierwsza i ostatnia porażka, ale wygranych w najbliższym czasie też powinno się trochę pojawić.

Video Promo: Był Sebastien to mamy i coś od McŁowicza. W porównaniu z arystokratą to wypadł on tutaj zdecydowanie lepiej i jego wypowiedzi były bardziej sensowne, bez zbędnych fikołków i przede wszystkim było widać w tym konkretny cel. Było w tym więcej ognia niż u Francuza, więcej charakteru i przede wszystkim - było to ciekawsze. Idziemy niestety w wygraną Lorda, który niezbyt na to zasługuje, ale oby ostatecznie ich konflikt zakończył się wygraną Roba, bo jest on ciekawszą postacią.

Halloway/Leone: Z tym Michałem to ładnie tutaj wypierdolił. Pozdrawiam naszego naczelnego kibica Wisły, który tutaj był inspiracją do wspominki. Ciekawy temat do rozmów sobie obrał xD Temat idealny dla płaskoziemców. Halloway ewidentnie w swoim żywiole i aż zapomniał się o bączek poszedł w obieg. Wyczuwam incydent kałowy. Ale cóż… no Zimny to tych pomysłów nigdy nie ma za wiele i całkiem przyjemnie się to czyta. No tylko darujmy sobie takie fragmenty, jak ten z bąkiem, które go trochę ośmieszają. Pojawia się Tony Leone i cholera, jaki on kulturalny. No prawie jak ten honorowy Yoshi Tatsu. No gość ma w sobie taką konkretną aurę, która z marszu uczyniła go piekielnie istotną postacią na Elysium. Podzielam pod tym względem opinie chłopaków, które pojawiały się przy okazji poprzedniego Elysium, tak samo jak przy tym obecnym. Leone ma papiery na to, by robić naprawdę wielkie rzeczy. Tutaj było niby miło, ale no dało się wyczuć, że to taka dość dobrze rozplanowana gra słów, która miała mocno wybić Dereka z rytmu. Bardzo fajna character work ze strony Włocha, który ewidentnie wie, w jakie tony uderzać. Foliarz wyraźnie nie daje się omamić i jeszcze mu tam dopierdolił z tym przedstawicielem loży P2. To musiało ewidentnie uderzyć Pana Makaroniarza i tak też się stało. No chciał być miły, ale Pan Folijka nie daje się złapać w jego sidła i stara się wymusić na nim pokazanie prawdziwej twarzy. No Loene pod koniec ładnie mu tam pogroził z tym, że na kolejną transmisję będzie musiał zgłosić swoją niedyspozycję. Zrobiło się tutaj groźnie. No ta końcówka z farszem to w sumie nawiązanie do niesławnego pierda Foliarza, który najwidoczniej narobił w galoty.

Walka 3: Ale to kurde było wielkie. Na takie starcia się czeka latami i się doczekaliśmy. Pojedynek dwóch gladiatorów. Najlepszych z najlepszych. Takich emocji nie było tutaj od dawna i widać było ten ogień w oczach Ransoma. On nie widział w przeciwieństwie do Dolnicka bufetu pełnego żarcia. Widział on rywala, którego zamierzał pokonać. No różnica poziomów między nimi jest wręcz straszna i Maksiu zrobił to, co do niego należało.

Pan Maxwell Ransom: Ja cię kurwa pierdole. Jak on tutaj pozamiatał, to ja nawet nie mam pytań. Wielu rzeczy mogłem się spodziewać, ale nie tego, że ten Maksiu tak ostro wpierdoli się w Jeana po walce. Już na samym starcie dojebał mu z różnicą poziomów między nimi, którą ewidentnie było widać. No niby mu tutaj dopierdala, ale wiadomo, do czego od początku zmierzał. Tutaj nie ma typowego braku szacunku w stronę dawnego przyjaciela. Ransom wytknął mu wszystko, co tylko się dało, i co najlepsze - miał rację. Dawny Dolnick mimo bycia leniwym grubasem chociaż próbował walczyć, robił cokolwiek, aby dać z siebie więcej niż 30%. Obecnie to właściwie częściej widujemy go w bufecie, niż walczącego w ringu i jednocześnie nie będącego w nim kaleką. Jeśli ktoś mi powie, że argumentacja Ransoma w jego stronę nie jest trafiona, to zalecam wizytę u specjalisty, bo tutaj nie ma niczego, do czego można się przyczepić. Jeszcze te przekleństwo i wspominka o DiMateo. Tutaj było aż za grubo, ale podoba mi się to. Pisałem na chat’cie i napiszę to w tym miejscu podobnie. Maksiu jest moim MVP tego Elysium i tym występem zasłużył na zdecydowanie więcej niż branie udziału w mało znaczących walkach.

Walka 4: Tutaj rezultat musiał być akurat wyłącznie jeden. Derrick i Garra musieli przegrać i dobrze, że rozegrano to w taki, a nie w inny sposób. Podoba mi się to, że jednak Brutal i Edgar radzili sobie dużo lepiej, walcząc przeciwko Kociarzowi, który robił tutaj bardziej za chłopca do bicia. Wpada Mantel i obraz pojedynku zmienia się dość gwałtownie i robi swoje. Wszystko kończy się jednak w chwili, gdy Gato postanowił go „wyruchać” na końcu pojedynku, co przyczyniło się do ich ostatecznej porażki. Brutal z Edgarem zdecydowanie potrzebowali takiej wygranej jako podbudowę pod ich przyszła walkę z Outfitem.

Sacrale/Edgar/Brutal/Vizzini: Nie umniejszając samej walce, ale po niej było zdecydowanie ciekawiej za względu na ich konfrontację słowną. Outfit na samym starcie obrał sobie na celownik Brutala i Dickinsona i wszystko to ich zaprowadziło do walki na Heatwave. Tutaj wręcz konieczna była ich dyskusja, którą tutaj otrzymaliśmy. Sacrale bardzo mocno trzyma się tutaj tego mocno mafijnego klimatu, który bardzo mocno wpasowuje się w moje gusta. Podobnie jak Leone jest bardzo ciekawy w sposobie prezencji i cała ta stajnia ma kurewsko wielki potencjał na zrobienie sporego szumu. Fajnie, że nawiązał do tego, że Aldis nie pamiętał jak się nazywa. Podoba mi się te odniesienie. Jest też szpileczka w stronę Brutala oraz Edgara, który w mnienaniu Enzo są winni tego, że ich drogi w dalszym ciągu będą się ścinały. Jedni chcą zemsty, inni to traktują jako swoją misję, którą tłumaczą na swój sposób. Dickinson mu odpowiada i prezentuje przy tym te swoje odklejenie postaci, które wprowadzano już jakiś czas temu. Trochę daje mi tym vibe Nathana Martina, który też ma się za twórcę. No podobny vibe, ale całkiem inne wykonanie jednak. Fajnie ubiera to wszystko słownie i widać ten mocny kontrast między mafijnym vibem a tym, co prezentuje Edgar. To fajnie się ze sobą łączy w całość. Edgar uważa się za twórcę i Outfit jest czymś, co zakłóca porządek w jego świecie. W dalszej części odpowiada Sacrale i trzyma on wysoki poziom tego segmentu. Bardzo płynnie odbija wszelkie argumenty Edgara, sprawiając, że jego narracja jest mocna podważana. Dobrze nam się rozkręcił tutaj Enzo. Czasem jednak na Brutala, który długo milczał, ale czas, by doszedł do głosu. No mieliśmy tutaj mafijne klimaty, gadanie o byciu Bogiem itd. Mike za to wpierdolił się z buta i pocisnął po wszystkim i nawiązał do tego słynnego „lania na instrukcje” Michała. Fajnie te smaczki tutaj przemycacie chłopaki. Widać w nim złość, kumulującą się od tygodni. W końcówce wręcz wywołał Vizziniego do dyskusji, który jako jedyny z Outfitu nie doszedł jeszcze do głosu i poleciał tutaj nawet z językiem włoskim. Brutal człowiek wielu talentów jak widać. Sacrale chciał mówić, ale Vincenzo nie mógł sobie pozwolić na taką pogardę ze strony Brutala. Widać różnicę między nimi a pozostałą dwójką Makaroniarzy. Oni preferują bardziej kulturalne słownictwo, on za to wydaje się być lekko niewyparzony i łatwo dał się sprowokować. Niby gada o tym, że gadają we wspólnych językach. Oczywiście ten włoski i język przemocy. No tutaj to fajnie pasowało akurat i widać, że Edgar i Sacrale są bardziej spokojni a Brutal i Vizzini to bardziej takiej typowe pojeby. Zobaczymy, co Vincenzo zaprezentuje za chwilę.

Walka 5: No szybki squash, co więcej mógłbym tutaj dodać. Na poprzednim Elysium kolega lubujący w 67 miał więcej szczęścia. Tutaj trafił na kogoś konkretniejszego i zakończyło się to dla niego opłakanie. Klepie trzeci raz w krótkim odstępie czasowym i to chyba powoli jego znak rozpoznawczy, czyż nie?

Derrick Mantel: No muszę przyznać, że ogólnie sam zamysł był inny i pierwotnie mieliśmy ze Spazmem napisać wspólny segment. Jednak ze względu na jego nieobecność (na forum od 12 sierpnia chyba) wszystko poszło się w pizdu jebać. Jakub musiał na szybko opracować plan awaryjny i Mantel pojawił się w takim, a nie w innym wydaniu. No próbowałem coś tutaj wyskrobać i wiem, że było tutaj wiele powtórzeń słowa „on”, co zauważyłem dopiero podczas czytania gali. No instrukcje raczej pokrywały się z tym, co padło z ust Mantela. Oczywiście nie jest to jakoś szczególnie dobre, ale próbowałem tutaj ukazać frustrację Souvenir Collectora, związaną z porażką oraz całą historią z Garrą, która go mocno zawiodła. Ogólnie ocenę zostawię innym, ale no chyba nie ma aż takiej tragedii i nie licząc powtórzeń, to jak na plan awaryjny, to wyszło to raczej nawet okej.

Yoshi Tatsu/Elias Shadow&Jean-Pierre Dolnick: Niby to jest segment łączony, ale postanowiłem to rozdzielić na części, bo jednak warto. W sumie rozmowa honorowego z tym niehonorowym gościem to chyba dalsze budowanie ich historii i jest to taka komedia, która faktycznie mnie może śmieszyć. Pocieszny jest ten Tatsu i nawet Shadow jakoś mocno mnie nie wkurwiał, bo znalazł się ktoś, w kogo towarzystwie jest on znośny. Sama konwersacja między nimi naprawdę mogła rozłożyć na łopatki, bo momentami można się było przeokrutnie pośmiać. Honorowe zabranie telefonu czy odchrząknięcie to jest coś na złote teksty LPW. Jeszcze ten Elias wyzywający Japończyka od starego dziada, później Yoshi z pierdolonym gnojem, w dodatku po japońsku. No kurde, tego mi było trzeba tutaj. Zrobiło się tutaj groźnie, bardzo niehonorowo, ale nagle mamy Pierdolnika, który najwidoczniej wziął słowa Ransoma do serca i postanowił wypierdolić... znaczy odejść z federacji. Oczywiście wiadomo, że do tego nie dojdzie, ale może to część redemption story dla grubasa z Konga.

James River Waters: Ten łączony segment to istna kopalnia. Był Mantel, później szczyt komedii oraz depresyjny Dolnick, który postanowił odejść. Kończymy jednak na pojawieniu się wkurwionego Pana Watersa. No ten to ewidentnie ma prawo do bycia tak zdenerwowanym. Taki wielki powrót spierdolony przez nieudany eksperyment naukowy. W sumie River ładnie to wszystko ujął. Zniszczył wszystko, ale nie jego i to się zgadza. Ring był uszkodzony i niby go naprawiony. On został ranny, ale jednak był w stanie się pojawić w tym ringu ponownie, po tym ataku ze strony Silasa. Zdecydowanie nie tego spodziewał się doktorek i jego podopieczny specjalnej troski. Mając na uwagę historię Jamesa i to, co wydarzyło się tutaj, to widać pewne podobieństwa, ale na nich się kończy. Niewątpliwie ma on rację w jednym. Crowe takim atakiem musiał wzbudzić uwagę wszystkich, bo dotychczas mimo trzech wygranych i przerażającej prezencji, był on dość... obojętny dla szerszego grona. Zemsta dla Watersa to zdecydowanie nic nowego. Pamiętam jak kiedyś były wstawki o Revenge i wyszła tamta stajnia. Ciekawe czy ta „zemsta” nie jest wyłącznie pustym słowem i nie prowadzi do czegoś większego. Kto wie? Czas to zweryfikuje, prędzej czy później. Ostatnie zdanie jednak sugeruje, że stary Waters nigdy nie odszedł, tylko był uśpiony. Przez Silasa został on wybudzony ze snu, co zwiastować może bardzo duże problemy nie tylko dla niego i dla doktorka, ale również dla całej federacji.

Walka 6: Pojedynek z dużą stawką, wynikiem pasującym do story, ale jednocześnie dla mnie z niezasłużonym zwycięzcą. No niby wygrana Lorda wisiała w powietrzu i jest logiczna. Wszystko wydaje się okej, tylko no Sebastien na tle McŁowicza prezentuje się dość mizernie i jest najzwyczajniej w świecie cholernie nudny. Tyle dobrego, że nie wygrał on tego w czysty sposób, bo obecnie Rob i tak notuje serię czterech kolejnych porażek. Dobrze więc, że chociaż ta nie jest czysta i jakoś się broni. Mam nadzieję, że ostatecznie ich historia będzie zwieńczona ostateczną wygraną Roba, który uwolni się od tego całego „pierdolenia” się z Lordem.

Podpisanie kontraktu: No tutaj niby ta długość segmentu może wielu osobom średnio podpasować, ale mi akurat pasuje i nie zamierzam się do tego przypierdalać. Podczas ich rywalizacji mocno dbano o podbudowę na wielu płaszczyznach, ale zdecydowanie ten segment wyboostował jeszcze mocniej ich walkę na Heatwave do niewyobrażalnie wielkiego poziomu. Teraz autentycznie można poczuć, że będę walczyć przeciwko sobie dwie, zdecydowanie największe postacie w całej federacji. Cała zbudowana otoczka, te mocno rozbudowane opisy oraz te bardzo, ale to bardzo mocne kwestie ze strony Lopeza oraz Axela bardzo mocno wpłynęły na to, że to było tak kurewsko dobre. Jeszcze ten Wallace powracający, by być częścią tego wydarzenia. Tutaj momentami jest aż za dużo star poweru i mógłbym streszczać każdego zdanie z osobna, dodając im różne znaczenia, ale wystarczy przeczytać całość, dobrze się nad nią zastanowić i nie trzeba rozpisywać się na pierdyliard słów, aby zbędnie lać wodę. Tutaj należy mocno doceni to, że chłopaki polecieli tutaj cholernie mocno i widać gołym okiem tą nienawiść między Lopezem a Blazem oraz to, że każdy z nich na swój sposób ma rację w swoim byciu. Warto też dodać to, że od początku konfliktu nie tylko Axel przeszedł daleką drogę. Jose również udowodnił wszystkim, że nie jest on starym Hiszpanem, który w najważniejszych chwilach w WCW zawodził (porażki z Dowsonem czy też z Wallacem). Tutaj pokazuje wszystkim, że mimo poważnej kontuzji, jaką ma na koncie, jest najprawdopodobniej najlepszą wersją Jose Lopeza, jaką miał okazję widzieć cały wrestlingowy świat. To jednocześnie daje wielką szansę dla Axela, który przeszedł bardzo mocną przemianę podczas ich rywalizacji. Jose bardzo mocno podważył całe fundamenty egzystowania mistrza. Zasiał w nim wątpliwość. Wciągnął go w swoje gierki, aby mieć nad nim kontrolę i ten się dał na to złapać. Widać tutaj kontrast między weteranem, który widział wszystko i zna różne myczki, które dla stosunkowo nowego gościa są nieznane. W tym wszystkim jest też Wallace, który postanowił przywrócić ten ogień w Axelu oraz pomógł mu oprzytomnieć. Tego zdecydowanie potrzebował nasz mistrz, który wielokrotnie w czasie tej rywalizacji był na krawędzi i jedynie od Hiszpana zależało, czy zaliczy on ostateczny upadek. Jednak te przebudzenie może być punktem zwrotnym, podobnie jak Wallace, który dodał tu kolejny wątek do rywalizacji oraz może być to furtka do potencjalnego rozwinięcia dalszej historii. Jak wspomniałem, długość segmentu nie gra tutaj roli, bo chodzi zdecydowanie o przekaz, który poszedł w świat. Jednak chapeau bas dla chłopaków, bo odpierdolili tu kawał konkretnej roboty.

Ocena gali: No powiedzieć, że to najlepsze Elysium w historii, to jak nic nie powiedzieć. Ba! To najlepsza dotychczasowa gala w całym funkcjonowaniu federacji, która wyemitowała już 12 tygodniówek (sumując Colosseum i Elysium, nie liczmy Areny) oraz jedną galę PPV. Mówi to zatem samo za siebie. Kawał dobrej roboty został tutaj odpierdolony i nawet te odrobinkę gorsze momenty (segment Lorda) nie wpływają w żadnym stopniu na ocenę samej gali.

Derrick Mantel
7/0/7
-----
Luis Borges
3/0/1
Odpowiedz
Cytuj
Slayer
Zawodowiec
30.08.2026, 00:12 #3
ET: Nasz dość nieoczywisty duet ma dyskusję w garderobie i tutaj musi być wyjaśnienie tego, co miało miejsce podczas poprzedniego Elysium. Dobra. Brutal załatwił im walkę z Mantelem i Garrą. Całkiem fajna rozgrzewka dla nich przed walką z Outfit na Heatwave. W sumie idealnie to się zgrywa, że łączymy tym samym dwie historie w jedną i mamy tutaj rozterki życiowe Edgara i Mike’a. Z drugiej natomiast ten Souvenir Collector z Kociarzem, chcący sobie urwać głowy. Jednak wracając do ich rozmowy. Brutal musiał zahaczyć o ten temat współpracy Dickinsona z Sabrem Jr. No widać ewidentnie, że chłop z chęcią by mu urwał głowę za wspólną historię. Oby to nie sugerowało zgrzytów między nimi na Heatwave. Ale dobra, nie będę wróżył z fusów. Widzę, że Edgarowi podobał się ten pomysł Brutala i sugeruje mu, że trzeba uważać na Outfit. Bardzo mądrze gada i w sumie podobnie bym mu doradził. Po wielu tygodniach mamy wreszcie wytłumaczenie tego, jak doszło do jego połączenia z Sabrem Jr. No sensowne to było i to wiele wyjaśnia. Z perspektywy czasu wygląda to dość śmiesznie, bo jednak wiemy jak wyglądają obecnie losy Angola. Brutal niby to akceptuje, ale dalej widać, że go to boli. I po długim czasie finalnie dojebał gościowi od kilku marnych dźwigni. Aż się o to prosiło. Jednak żeby całość nie była poświęcona ZSJ, to przechodzimy do tematu The Outfit, który ewidentnie dla nowych sojuszników jest priorytetem. Po wszystkim, co działo się między nimi, oni chcą zrewanżować się za wszystko, co zostało im wyrządzone. Fajna jest ta argumentacja Extrememaniaca, który chce chronić federację przez kolegami Włochami. Całkiem przyjemny segmencik na start.

Opener: Mieliśmy otrzymać tutaj 20 minut poświęcone Watersowi. W sumie opisy prezentowały się dość okazale i widać było, że nie jest to zwykły powrót a coś bardziej epickiego. Jestem mocno ciekawy tego, jak długie by to było w formie tekstu. Wiem, że to nie byłoby z dwa zdania a raczej tekst długości Pobitych Garów. Z jednej strony szkoda, ale może i lepiej. Przy okazji otrzymujemy prawdopodobną zapowiedź pierwszej rywalizacji z jego udziałem. Wybór Silasa jako partnera do tańca dla niego, to dość ciekawy i jednocześnie ryzykowny wybór. Bo z jednej strony jest River, który nie powinien upierdalać na start i na pewno nie z kimś tak słabo wypromowanym jeszcze na ten moment. Z drugiej strony jest ten Crowe, który dotychczas był budowany jako totalny rozpierdalacz, ale poza Robem nie miał on tutaj pół poważnego rywala. Nawet McŁowicz ostatnimi czasy ma dość mizerną pozycję, co jakoś mocno nie pomaga Silasowi. Jeśli upierdoli pierwszą poważną rywalizację, to może mu to cholernie zaszkodzić, podważając jego całą dotychczasową wiarygodność. Ale mam nadzieję, że chłopaki wiedzą co robią. Z plusów jest zdecydowanie to, że nikt się tego nie spodziewał.

Video Promo: Dobra, mamy tutaj coś od Lorda i zobaczymy, czy będzie to w jakimś stopniu ciekawe. No początek niby okej, ale gryzie mi się to, że wspomina o tych tanich składnikach i jednocześnie tak „spuszczał” się nad kanapką, którą Rob przygotował podczas Pobitych Garów. Niby szlachcic a jednak zjazd „niegodną” jemu kanapkę, pochwalił ją i teraz nagle wyjeżdża z tanimi składnikami, których ktoś taki jak on powinien „unikać” jak ognia. No ale niech mu już będzie. Dalsza część już lepsza i to ewidentnie. Ciekawsza argumentacja i sama treść jakoś mocno się ze sobą nie gryzie. Mimo wszystko trochę za mało tutaj jest w tym tego szlacheckiego wywyższania się. Możecie się zgodzić bądź nie, ale no Mantel momentami mimo swoich urojeń pierdoli dość podobnie a sam nie jest żadnym szlachcicem. Ot taki gość z wyjebanym ego, ale bez konkretniejszego pazura. Dalej już stosunkowo równy poziom. Mimo wszystko chłop za mocno mnie tym nie powalił i strasznie nierówny jest w tym, co sobą reprezentuje. Na minus to nie jest a na dużego plusa zdecydowanie nie zasługuje. No tak neutralnie bym powiedział.

Video Promo: Kolejne video i w tym przypadku od Cottonwooda. Kto go wyciągnął z szafy, przyznać się xD On jak dobrze kojarzę miał jakąś historię w FCW, gdzie nie zrobił jakiejś szczególnej kariery. Tutaj coś pierdoli o wąsach i ciekawe, czy będzie jakaś stajenka wąsaczy. No coś tam próbuje przekazać, ale wyczuwam, że będzie to dość ewidentny comedy content z nastawieniem na nietolerancję wobec ludzi z „gładką twarzą”. Takie osobowości też się nam przydadzą i nawet nawet jest ten przerywnik.

Walka 1: Walka, która jeszcze niedawno mogłaby wywołać spory hype. Tymczasem teraz ona... się odbyła. No szkoda tutaj tego, że ShowOff postanowił olać temat, bo zmarnowano tutaj potencjał na ich rywalizację. Jedyny plus tego wszystkiego jest taki, że zyskał najwięcej na tym mój Mantel, pokonując go i Halloway odhaczając jego nazwisko, udowadniając mu, że nie jest papierowym mistrzem. Dobrze, że nie zrobiliśmy tutaj squashu na korzyść Dereka, który byłby też w sumie zrozumiały ze względu na to, co dzieje się z Anglikiem. Mistrz wygrywa i możemy lecieć dalej.

Finnegan/Lopez: Dobra na starcie wyjaśnijcie mi jedno. To jest Chris, Surfer czy Chris Finnegan. Lekko zaczynam się gubić przy nim, bo nie ma tutaj konsekwencji w przedstawieniu postaci. Jeszcze ten wstępny opis, gdzie jest „Sunny Chris” Finnegan. I cholera wie czy Sunny Chris to nickname, ale no sprawdziłem i się to zgadza. Także masz szczęście Varost. Sama jego kwestia była dość przyjemna, mocno face’owa i widać, że kolega wie, jak nim pisać, by był ciekawy. Za dużo jednak sobie nie pogadał, bo pojawił się, który postanowił dać nowemu lekcję, w postaci walki z pretendentem do głównego mistrzostwa. W sumie mocno się w niego wpierdol i poszedł ten pocisk z laniem wody. Jest też odniesienie do Cavazosa. No widać, że Hiszpan wyznacza granicę między byciem solidnym a kimś elitarnym i Surfer dobitnie się o tym przekonał, będąc zjedzonym przez bardziej doświadczonego rozmówce. W sumie trochę nie walczył, bo walka z Edgarem była na pierwszym Elysium i teraz po tym czasie będzie walczył z debiutantem.

Walka 2: Co prawda wygrał ten, który powinien to wygrać, ale Chris wcale na tym nie stracił. Zaprezentował się z całkiem przyjemnej strony i pokazał wszystkim, że ma zadatki na ciekawe wzmocnienie dla rosteru, ale musi być bardziej rozważny podczas samych walk. Hiszpan wyciągnął go na głębokie wody i zatopił. Jednak głowa do góry Panie Finnegan, bo przyszłość wcale nie musi być taka ponura. Nie będzie to pierwsza i ostatnia porażka, ale wygranych w najbliższym czasie też powinno się trochę pojawić.

Video Promo: Był Sebastien to mamy i coś od McŁowicza. W porównaniu z arystokratą to wypadł on tutaj zdecydowanie lepiej i jego wypowiedzi były bardziej sensowne, bez zbędnych fikołków i przede wszystkim było widać w tym konkretny cel. Było w tym więcej ognia niż u Francuza, więcej charakteru i przede wszystkim - było to ciekawsze. Idziemy niestety w wygraną Lorda, który niezbyt na to zasługuje, ale oby ostatecznie ich konflikt zakończył się wygraną Roba, bo jest on ciekawszą postacią.

Halloway/Leone: Z tym Michałem to ładnie tutaj wypierdolił. Pozdrawiam naszego naczelnego kibica Wisły, który tutaj był inspiracją do wspominki. Ciekawy temat do rozmów sobie obrał xD Temat idealny dla płaskoziemców. Halloway ewidentnie w swoim żywiole i aż zapomniał się o bączek poszedł w obieg. Wyczuwam incydent kałowy. Ale cóż… no Zimny to tych pomysłów nigdy nie ma za wiele i całkiem przyjemnie się to czyta. No tylko darujmy sobie takie fragmenty, jak ten z bąkiem, które go trochę ośmieszają. Pojawia się Tony Leone i cholera, jaki on kulturalny. No prawie jak ten honorowy Yoshi Tatsu. No gość ma w sobie taką konkretną aurę, która z marszu uczyniła go piekielnie istotną postacią na Elysium. Podzielam pod tym względem opinie chłopaków, które pojawiały się przy okazji poprzedniego Elysium, tak samo jak przy tym obecnym. Leone ma papiery na to, by robić naprawdę wielkie rzeczy. Tutaj było niby miło, ale no dało się wyczuć, że to taka dość dobrze rozplanowana gra słów, która miała mocno wybić Dereka z rytmu. Bardzo fajna character work ze strony Włocha, który ewidentnie wie, w jakie tony uderzać. Foliarz wyraźnie nie daje się omamić i jeszcze mu tam dopierdolił z tym przedstawicielem loży P2. To musiało ewidentnie uderzyć Pana Makaroniarza i tak też się stało. No chciał być miły, ale Pan Folijka nie daje się złapać w jego sidła i stara się wymusić na nim pokazanie prawdziwej twarzy. No Loene pod koniec ładnie mu tam pogroził z tym, że na kolejną transmisję będzie musiał zgłosić swoją niedyspozycję. Zrobiło się tutaj groźnie. No ta końcówka z farszem to w sumie nawiązanie do niesławnego pierda Foliarza, który najwidoczniej narobił w galoty.

Walka 3: Ale to kurde było wielkie. Na takie starcia się czeka latami i się doczekaliśmy. Pojedynek dwóch gladiatorów. Najlepszych z najlepszych. Takich emocji nie było tutaj od dawna i widać było ten ogień w oczach Ransoma. On nie widział w przeciwieństwie do Dolnicka bufetu pełnego żarcia. Widział on rywala, którego zamierzał pokonać. No różnica poziomów między nimi jest wręcz straszna i Maksiu zrobił to, co do niego należało.

Pan Maxwell Ransom: Ja cię kurwa pierdole. Jak on tutaj pozamiatał, to ja nawet nie mam pytań. Wielu rzeczy mogłem się spodziewać, ale nie tego, że ten Maksiu tak ostro wpierdoli się w Jeana po walce. Już na samym starcie dojebał mu z różnicą poziomów między nimi, którą ewidentnie było widać. No niby mu tutaj dopierdala, ale wiadomo, do czego od początku zmierzał. Tutaj nie ma typowego braku szacunku w stronę dawnego przyjaciela. Ransom wytknął mu wszystko, co tylko się dało, i co najlepsze - miał rację. Dawny Dolnick mimo bycia leniwym grubasem chociaż próbował walczyć, robił cokolwiek, aby dać z siebie więcej niż 30%. Obecnie to właściwie częściej widujemy go w bufecie, niż walczącego w ringu i jednocześnie nie będącego w nim kaleką. Jeśli ktoś mi powie, że argumentacja Ransoma w jego stronę nie jest trafiona, to zalecam wizytę u specjalisty, bo tutaj nie ma niczego, do czego można się przyczepić. Jeszcze te przekleństwo i wspominka o DiMateo. Tutaj było aż za grubo, ale podoba mi się to. Pisałem na chat’cie i napiszę to w tym miejscu podobnie. Maksiu jest moim MVP tego Elysium i tym występem zasłużył na zdecydowanie więcej niż branie udziału w mało znaczących walkach.

Walka 4: Tutaj rezultat musiał być akurat wyłącznie jeden. Derrick i Garra musieli przegrać i dobrze, że rozegrano to w taki, a nie w inny sposób. Podoba mi się to, że jednak Brutal i Edgar radzili sobie dużo lepiej, walcząc przeciwko Kociarzowi, który robił tutaj bardziej za chłopca do bicia. Wpada Mantel i obraz pojedynku zmienia się dość gwałtownie i robi swoje. Wszystko kończy się jednak w chwili, gdy Gato postanowił go „wyruchać” na końcu pojedynku, co przyczyniło się do ich ostatecznej porażki. Brutal z Edgarem zdecydowanie potrzebowali takiej wygranej jako podbudowę pod ich przyszła walkę z Outfitem.

Sacrale/Edgar/Brutal/Vizzini: Nie umniejszając samej walce, ale po niej było zdecydowanie ciekawiej za względu na ich konfrontację słowną. Outfit na samym starcie obrał sobie na celownik Brutala i Dickinsona i wszystko to ich zaprowadziło do walki na Heatwave. Tutaj wręcz konieczna była ich dyskusja, którą tutaj otrzymaliśmy. Sacrale bardzo mocno trzyma się tutaj tego mocno mafijnego klimatu, który bardzo mocno wpasowuje się w moje gusta. Podobnie jak Leone jest bardzo ciekawy w sposobie prezencji i cała ta stajnia ma kurewsko wielki potencjał na zrobienie sporego szumu. Fajnie, że nawiązał do tego, że Aldis nie pamiętał jak się nazywa. Podoba mi się te odniesienie. Jest też szpileczka w stronę Brutala oraz Edgara, który w mnienaniu Enzo są winni tego, że ich drogi w dalszym ciągu będą się ścinały. Jedni chcą zemsty, inni to traktują jako swoją misję, którą tłumaczą na swój sposób. Dickinson mu odpowiada i prezentuje przy tym te swoje odklejenie postaci, które wprowadzano już jakiś czas temu. Trochę daje mi tym vibe Nathana Martina, który też ma się za twórcę. No podobny vibe, ale całkiem inne wykonanie jednak. Fajnie ubiera to wszystko słownie i widać ten mocny kontrast między mafijnym vibem a tym, co prezentuje Edgar. To fajnie się ze sobą łączy w całość. Edgar uważa się za twórcę i Outfit jest czymś, co zakłóca porządek w jego świecie. W dalszej części odpowiada Sacrale i trzyma on wysoki poziom tego segmentu. Bardzo płynnie odbija wszelkie argumenty Edgara, sprawiając, że jego narracja jest mocna podważana. Dobrze nam się rozkręcił tutaj Enzo. Czasem jednak na Brutala, który długo milczał, ale czas, by doszedł do głosu. No mieliśmy tutaj mafijne klimaty, gadanie o byciu Bogiem itd. Mike za to wpierdolił się z buta i pocisnął po wszystkim i nawiązał do tego słynnego „lania na instrukcje” Michała. Fajnie te smaczki tutaj przemycacie chłopaki. Widać w nim złość, kumulującą się od tygodni. W końcówce wręcz wywołał Vizziniego do dyskusji, który jako jedyny z Outfitu nie doszedł jeszcze do głosu i poleciał tutaj nawet z językiem włoskim. Brutal człowiek wielu talentów jak widać. Sacrale chciał mówić, ale Vincenzo nie mógł sobie pozwolić na taką pogardę ze strony Brutala. Widać różnicę między nimi a pozostałą dwójką Makaroniarzy. Oni preferują bardziej kulturalne słownictwo, on za to wydaje się być lekko niewyparzony i łatwo dał się sprowokować. Niby gada o tym, że gadają we wspólnych językach. Oczywiście ten włoski i język przemocy. No tutaj to fajnie pasowało akurat i widać, że Edgar i Sacrale są bardziej spokojni a Brutal i Vizzini to bardziej takiej typowe pojeby. Zobaczymy, co Vincenzo zaprezentuje za chwilę.

Walka 5: No szybki squash, co więcej mógłbym tutaj dodać. Na poprzednim Elysium kolega lubujący w 67 miał więcej szczęścia. Tutaj trafił na kogoś konkretniejszego i zakończyło się to dla niego opłakanie. Klepie trzeci raz w krótkim odstępie czasowym i to chyba powoli jego znak rozpoznawczy, czyż nie?

Derrick Mantel: No muszę przyznać, że ogólnie sam zamysł był inny i pierwotnie mieliśmy ze Spazmem napisać wspólny segment. Jednak ze względu na jego nieobecność (na forum od 12 sierpnia chyba) wszystko poszło się w pizdu jebać. Jakub musiał na szybko opracować plan awaryjny i Mantel pojawił się w takim, a nie w innym wydaniu. No próbowałem coś tutaj wyskrobać i wiem, że było tutaj wiele powtórzeń słowa „on”, co zauważyłem dopiero podczas czytania gali. No instrukcje raczej pokrywały się z tym, co padło z ust Mantela. Oczywiście nie jest to jakoś szczególnie dobre, ale próbowałem tutaj ukazać frustrację Souvenir Collectora, związaną z porażką oraz całą historią z Garrą, która go mocno zawiodła. Ogólnie ocenę zostawię innym, ale no chyba nie ma aż takiej tragedii i nie licząc powtórzeń, to jak na plan awaryjny, to wyszło to raczej nawet okej.

Yoshi Tatsu/Elias Shadow&Jean-Pierre Dolnick: Niby to jest segment łączony, ale postanowiłem to rozdzielić na części, bo jednak warto. W sumie rozmowa honorowego z tym niehonorowym gościem to chyba dalsze budowanie ich historii i jest to taka komedia, która faktycznie mnie może śmieszyć. Pocieszny jest ten Tatsu i nawet Shadow jakoś mocno mnie nie wkurwiał, bo znalazł się ktoś, w kogo towarzystwie jest on znośny. Sama konwersacja między nimi naprawdę mogła rozłożyć na łopatki, bo momentami można się było przeokrutnie pośmiać. Honorowe zabranie telefonu czy odchrząknięcie to jest coś na złote teksty LPW. Jeszcze ten Elias wyzywający Japończyka od starego dziada, później Yoshi z pierdolonym gnojem, w dodatku po japońsku. No kurde, tego mi było trzeba tutaj. Zrobiło się tutaj groźnie, bardzo niehonorowo, ale nagle mamy Pierdolnika, który najwidoczniej wziął słowa Ransoma do serca i postanowił wypierdolić... znaczy odejść z federacji. Oczywiście wiadomo, że do tego nie dojdzie, ale może to część redemption story dla grubasa z Konga.

James River Waters: Ten łączony segment to istna kopalnia. Był Mantel, później szczyt komedii oraz depresyjny Dolnick, który postanowił odejść. Kończymy jednak na pojawieniu się wkurwionego Pana Watersa. No ten to ewidentnie ma prawo do bycia tak zdenerwowanym. Taki wielki powrót spierdolony przez nieudany eksperyment naukowy. W sumie River ładnie to wszystko ujął. Zniszczył wszystko, ale nie jego i to się zgadza. Ring był uszkodzony i niby go naprawiony. On został ranny, ale jednak był w stanie się pojawić w tym ringu ponownie, po tym ataku ze strony Silasa. Zdecydowanie nie tego spodziewał się doktorek i jego podopieczny specjalnej troski. Mając na uwagę historię Jamesa i to, co wydarzyło się tutaj, to widać pewne podobieństwa, ale na nich się kończy. Niewątpliwie ma on rację w jednym. Crowe takim atakiem musiał wzbudzić uwagę wszystkich, bo dotychczas mimo trzech wygranych i przerażającej prezencji, był on dość... obojętny dla szerszego grona. Zemsta dla Watersa to zdecydowanie nic nowego. Pamiętam jak kiedyś były wstawki o Revenge i wyszła tamta stajnia. Ciekawe czy ta „zemsta” nie jest wyłącznie pustym słowem i nie prowadzi do czegoś większego. Kto wie? Czas to zweryfikuje, prędzej czy później. Ostatnie zdanie jednak sugeruje, że stary Waters nigdy nie odszedł, tylko był uśpiony. Przez Silasa został on wybudzony ze snu, co zwiastować może bardzo duże problemy nie tylko dla niego i dla doktorka, ale również dla całej federacji.

Walka 6: Pojedynek z dużą stawką, wynikiem pasującym do story, ale jednocześnie dla mnie z niezasłużonym zwycięzcą. No niby wygrana Lorda wisiała w powietrzu i jest logiczna. Wszystko wydaje się okej, tylko no Sebastien na tle McŁowicza prezentuje się dość mizernie i jest najzwyczajniej w świecie cholernie nudny. Tyle dobrego, że nie wygrał on tego w czysty sposób, bo obecnie Rob i tak notuje serię czterech kolejnych porażek. Dobrze więc, że chociaż ta nie jest czysta i jakoś się broni. Mam nadzieję, że ostatecznie ich historia będzie zwieńczona ostateczną wygraną Roba, który uwolni się od tego całego „pierdolenia” się z Lordem.

Podpisanie kontraktu: No tutaj niby ta długość segmentu może wielu osobom średnio podpasować, ale mi akurat pasuje i nie zamierzam się do tego przypierdalać. Podczas ich rywalizacji mocno dbano o podbudowę na wielu płaszczyznach, ale zdecydowanie ten segment wyboostował jeszcze mocniej ich walkę na Heatwave do niewyobrażalnie wielkiego poziomu. Teraz autentycznie można poczuć, że będę walczyć przeciwko sobie dwie, zdecydowanie największe postacie w całej federacji. Cała zbudowana otoczka, te mocno rozbudowane opisy oraz te bardzo, ale to bardzo mocne kwestie ze strony Lopeza oraz Axela bardzo mocno wpłynęły na to, że to było tak kurewsko dobre. Jeszcze ten Wallace powracający, by być częścią tego wydarzenia. Tutaj momentami jest aż za dużo star poweru i mógłbym streszczać każdego zdanie z osobna, dodając im różne znaczenia, ale wystarczy przeczytać całość, dobrze się nad nią zastanowić i nie trzeba rozpisywać się na pierdyliard słów, aby zbędnie lać wodę. Tutaj należy mocno doceni to, że chłopaki polecieli tutaj cholernie mocno i widać gołym okiem tą nienawiść między Lopezem a Blazem oraz to, że każdy z nich na swój sposób ma rację w swoim byciu. Warto też dodać to, że od początku konfliktu nie tylko Axel przeszedł daleką drogę. Jose również udowodnił wszystkim, że nie jest on starym Hiszpanem, który w najważniejszych chwilach w WCW zawodził (porażki z Dowsonem czy też z Wallacem). Tutaj pokazuje wszystkim, że mimo poważnej kontuzji, jaką ma na koncie, jest najprawdopodobniej najlepszą wersją Jose Lopeza, jaką miał okazję widzieć cały wrestlingowy świat. To jednocześnie daje wielką szansę dla Axela, który przeszedł bardzo mocną przemianę podczas ich rywalizacji. Jose bardzo mocno podważył całe fundamenty egzystowania mistrza. Zasiał w nim wątpliwość. Wciągnął go w swoje gierki, aby mieć nad nim kontrolę i ten się dał na to złapać. Widać tutaj kontrast między weteranem, który widział wszystko i zna różne myczki, które dla stosunkowo nowego gościa są nieznane. W tym wszystkim jest też Wallace, który postanowił przywrócić ten ogień w Axelu oraz pomógł mu oprzytomnieć. Tego zdecydowanie potrzebował nasz mistrz, który wielokrotnie w czasie tej rywalizacji był na krawędzi i jedynie od Hiszpana zależało, czy zaliczy on ostateczny upadek. Jednak te przebudzenie może być punktem zwrotnym, podobnie jak Wallace, który dodał tu kolejny wątek do rywalizacji oraz może być to furtka do potencjalnego rozwinięcia dalszej historii. Jak wspomniałem, długość segmentu nie gra tutaj roli, bo chodzi zdecydowanie o przekaz, który poszedł w świat. Jednak chapeau bas dla chłopaków, bo odpierdolili tu kawał konkretnej roboty.

Ocena gali: No powiedzieć, że to najlepsze Elysium w historii, to jak nic nie powiedzieć. Ba! To najlepsza dotychczasowa gala w całym funkcjonowaniu federacji, która wyemitowała już 12 tygodniówek (sumując Colosseum i Elysium, nie liczmy Areny) oraz jedną galę PPV. Mówi to zatem samo za siebie. Kawał dobrej roboty został tutaj odpierdolony i nawet te odrobinkę gorsze momenty (segment Lorda) nie wpływają w żadnym stopniu na ocenę samej gali.

Derrick Mantel
7/0/7
-----
Luis Borges
3/0/1
Odpowiedz
Cytuj
30.08.2026, 15:04
#4
Śmieszny kontrast między nimi jest. Totalnie prymitywny Brutal oraz Dickinson, który tak wszystko ładnie ubiera w słowa. Ma to swój urok i czyni to połączenie lepszym, trochę jak Uszczelka, który rozmawiał z Edgarem. Co do pierwszej kwestii Poety, to ona mi się wydaje jakaś robotyczna. Na pewno to, jak się wypowiada na plus, ale wydaje mi się to jakieś takie totalnie bez emocji. U Brutala trochę lepiej to wygląda pod tym względem. Sensownie powiedziane, narracja jak najbardziej do kupienia. Końcówka ładnie rozpisana segmentu i buduje zainteresowanie, co tam Edgar poszukuje. Przyjemny początek gali, taki solidny. Brutal naturalniej wyglądał w tym segmencie, Dickinson bez szału.

To chyba ten Prime Time, czymkolwiek jest. Przepych przeokrutny, ale budowany przez cały ten czas, więc punkt kulminacyjny właśnie powinien wyglądać w tym stylu. Ależ to jest świetnie opisane, szczegółowo, pomysłowo. Tak idealnie można wczuć się w to wszystko i sobie wyobrażać, jak to ma miejsce na gali. Bardzo dobrze to jest zrobione, tyle czasu budowane i idealnie oddane. Człowiek zatęsknił za piosenką Upiór w operze. Silas i jego przerwanie tego momentu siada zajebiście tutaj, też jest to dobrze rozpisane, chociaż ja wiem, jakie perypetie stały za tym wszystkim. No ogólnie miodny segment, bo łącznie zostalo wypowiedziane 2,5 słowa, ale opisy, cały zamysł, no takie coś może się podobać i zaskoczyć raczej każdego. Dobra robota.

O ile dobrze wiem, to miało być krótsze, no ale niech będzie. Treść w porządku, ta odwaga i głupota, to wygląda tak samo szczerze mówiąc i naprzemiennie można to tam użyć. Trzecia kwestia najlepsza, bo tam jest wjazd na psychę Roba i dobrze zbudował to upokarzanie go i motyw tego starcia. Na jeszcze większego kurwiszona się zbudował, ale to dobrze. To ma być taka postać, której się nie cierpi, więc ten feud może mu bardzo dobrze służyć. Było to okej, zwiększył napięcie i sens tej walki.

Genialny segment, genialna postać, genialne pomysły tutaj będą. Wyczekujcie.

Wielki mistrz wrestlingu Zack - obrywa od tego, kim pogardzał. No cóż. Chyba finito w końcu i Derek ma spokój.

Szczerze to nie wiem, czy fani by go tak szybko zaakceptowali i robili efekt fali, ogólnie zdobyć reakcję jako debiutant, to jest ciężka sprawa. Miał wcześniej segment, który był fajny, ale to nadal kibice nic o nim nie wiedzą. Sam speech w porządku, nie ma w nim nic niesamowitego, ale debiut w ringu, bez jakiegokolwiek feudu jest ciężki. Tutaj nie zachwycił niczym, ale na pewno gimmick nakreślił. No i wkradły się te powtórzenia. Fala padło z 3 razy, w dosyć krótkim okresie czasu, co musiałem wypunktować, skoro u Cavazosa też się tego czepiałem. Ma jednak ta postać kredyt zaufania, bo może być naprawdę porządnym facem. Co do walki? Dobrze sobie radził, nawet bardzo. Żeby nie było - to starcie to w ogóle nie jest mój pomysł i nie mam nic wspólnego z tym. Nie bookuję sobie walk. Jednak Lopez musiał w końcu z kimś zawalczyć, a taki debiut dla face'a też jest spoko, bo nie stracił nic na tym, a z dobrej strony się pokazał. Jak dobrze to rozegra, to nawet da mu takie coś więcej niż jakby Jeffa Browna naklepał.

Kurde, przyjemne promo Roba. Podobała mi się bardzo ta końcówka, gdzie wleciał tekst ze smakiem pychy, siadło to naprawdę fajnie. Streścił nam dobrze, jak to wszystko wygląda z jego perspektywy. Do tego jest to gimmickowe i nieprzesadzone, tak jak zdarzało mu się to kiedyś.

XDDD Uwielbiam, jak on sobie wykorzystuje te streamy i łamie dzięki temu czwartą ścianę. Śliczne nawiązanie do Michała, bardzo to pomysłowe. Zjebał się, szczerze? Peak komedia dla mnie. Pierdy to jest TOP absolutny, nie zapraszam do dyskusji. Super kwestia, taka z jajem. Zero lania wody, sama ciekawa treść. Te streamy dają mu taki nieograniczony potencjał. Pewnie podobnie z Dolnickiem by to wyglądało, jakbym to z newsów przeniósł na segmenty, ale już nie dowiemy się. Wracając, kolejny segment ze sporym kontrastem. Jeden pierdzi, drugi za to z klasą. Tony to naprawdę zajebista postać, taka kurtuazja wylewa się z niego i to udawanie neutralnego, a w głębi musi być taki bezwględny, ale jednocześnie bardzo inteligentny. To właśnie tu uświadczyliśmy. Dopasował się bardzo dobrze do Dereka i specjalnie wjechał tekstami, które za chwile mistrza za pewnie rozkręcą. Bardzo dobra robota po raz kolejny w wykonaniu Włocha. Derek też wbrew pozorom jest bardzo inteligentny, bo idealnie przejrzał Tonego. No nawet ma te same przemyślenia. Te jego nagłe przemiany ze śmiesznego tłusciocha foliarza w pana wrestlera są bardzo interesujące i mi się podobają. On ot tak jest w stanie zyskać rozum i godność człowieka, za pstryknięciem palcem. Bardzo barwna postać. Leone za to tryb ojciec chrzestny. Kurde, jak treść pomiędzy < > została dokładnie napisana, pierwszy raz widzę chyba takie coś. XD Makaroniarz musi być świetnym aktorem w takim razie. Ależ subtelne groźby, tak mi to pasuje do niego. Ta końcówka złoto totalne z tym farszem, wzięło z zaskoczenia. Bardzo fajny segment, dobrze się bawiłem, panowie się tutaj świetnie zgrali i niby na papierze to w ogóle nie pasuje, bo foliarz i mafioza, no to jak oni mają się zgrać? Psikus, bo dają radę i wychodzi mega interesujący segment. Takie programy o midcardowe mistrzostwo to się szanuje.

Kurcze, Dolnick przegrał, o nie. Gogoplata to bardzo fajny smaczek tutaj. Ten segment to poezja, egzekucja. Świetne to było, widziałem to już wcześniej, ale nadal robi takie samo wrażenie. Wiadomo, że to po części samograj, ale żeby tak dobrze to wykorzystać, to Panter musiał się postarać. Nawet przekleństwo się znalazło, co jest akurat w przypadku Maxwella czymś wielkim. No liryczne morderstwo, wszystko z sensem, tak płynnie leci, no wow. Musiał wylać to wszystko z siebie, po prostu musiało do tego dojść. Wiem, że Pan Terry miał ogromną łatwość w pisaniu tego i się nie dziwię. Jak było w druga stronę i to Dolnick wszystko wyrzucił w WCW w kierunku Maxa, to czułem się podobnie, ale ten segment jest nawet lepszy. Grubas nie miał wtedy racji, odbiła mu sodówka, a Maksio wszystko z sensem. Świetna robota. Ransom zasługuje na więcej i niebawem to więcej dostanie.

Pierdolony Martin pozbawił nas Don Dana.

I tak można było się spodziewać jeszcze gorszej współpracy między Kociarzem a Mantelem.

Vincenzo profeska, nawet graficzkę ma przy swoim theme songu, ale widzę, że do Nathana Martina się nikt nie zbliżył jeszcze. : )) Oj fajny ten Enzo, ależ on tu płynie, kolejna mocna postać w The Outfit. Pięknie sobie argumenty dobrał. Jeszcze to wplecenie sobie wiary w to wszystko, to tak pasuje. Mamy obraz typowego mafiozy, co jest w stanie odstrzelić człowieka, a potem iść się pomodlić. Bardzo dobra kwestia, weź potem idź bij się na mikrofonie z tym The Outfit, jak oni mają takie postacie. Jeszcze on tak fajnie wyjaśnił i Brutala i Edgara po jednym zdaniu w ich kierunku. No mega fajne. Ten opis, który Emiel zapodał... no na początku myślałem, że mocno przesadzony, ale teraz jak czytam, no fajny, pomysłowy, trzeba docenić, że ktoś nawet w takim czymś stara się urozmaicić segment i wzbogacić słownictwo innych osób. Oj Edgar mocno odpowiada, tak jak na początku gali mi brakowało czegoś w jego wykonaniu, tak tutaj już jest mocny poziom. Podoba mi się to, jak on bardzo traktuje ich jak błąd, jak on ma z tym problem. No to jest bardzo dobrze rozpisane, no i po raz kolejny super słownictwo. Takiego progresu jak Edgar względem WCW to nikt inny nie zrobił. Bardzo fajny speech i podtrzymanie wysokiego poziomu segmentu. Ulala, Enzo znowu potężnie. Bez problemu wszedł w świat Edgara i się w nim odnalazł. Super nawiązanie do tego wszystkiego i klimat tej wypowiedzi, ta irytacja, bo Edgar nazwał się Bogiem pasuje idealnie. No ten segment jak na razie to jest bardzo mocarny. Czytam te kwestie i do czego ja mam się przyczepić? A też rozpływać na co drugim zdaniem mi się nie chce, bo po prostu całościowo to wszystko tak się tutaj klei. Vincenzo widzę pilnuje wszystko i w ciszy kontroluje sytuacje. Brutal prymitywnie, on taki jest i to jest okej, ale tak na tle panów z tego segmentu, to po prostu blado to wypada. To ma sens wszystko z jego perspektywy, ale to nie jest tak dobrze podane jak reszta ludków w tym segmencie. Przynajmniej udało mu się wywołać ostatniego z The Outfit, który... również jest mocny na mikrofonie. Krótko i z rigczem tego Brutala wyjaśnia, mega to pasuje. Jestem usatysfakcjonowany, cała trójka w tej stajni jest bardzo dobra na mikrofonie. Super segment panowie. Jebać dorosłość na zakończenie tego i wejście Eliasa mnie bawi.

To zawsze będzie zabawne, jak Paddy będzie kręcił się obok Mantela, ze względu na to, że  Slayer jest twórcą Padduli. Po prostu wyobrażenie ich dwóch obok siebie zawsze będzie mnie śmieszyć, ale to dobrze. Fajne to jest, dobry pomysł, że on sobie suweniry właśnie będzie kolekcjonować. Dobrze to jest wymyślone. Sama kwestia spoko, jest jakiś klimacik. Sam Derrick wygląda już coraz poważniej i groźniej, w porządku segment.

Elias bardzo fajnie wypada, idealnie kontrastuje z naszym honorowym Japońcem. Totalnie się w język nie gryzie. Co do Dolnicka - no to tak. Naprawdę odchodzi, Maxwell zasługuje na więcej niż babranie się w tym i ciągle to udowadniał. Grubas nigdy nie chciał źle dla niego, jest po prostu zbyt głupi na takie tematy. Był irytujący ostatnio, ale nigdy złych intencji nie miał.

Te przejścia piękne są. Ja bym się jednak przyczepił do tego ciągłego nazywania Watersa były mistrz świata wagi ciężkiej, bo to jest jednak inna federacja. Nie można mu odbierać historycznie, że nim był, ale no w LPW są inne mistrzostwa. Lopez nie przedstawia się jako Anarchy Champion, a to też było główne złoto. Mistrzem tutaj jest Blaze i trzeba uszanować to. Wracając do segmentu, bardzo pomysłowe i właśnie ta aura została tutaj jeszcze mocniej zarysowana. A speech? Giga mocny, dużo, bardzo dużo emocji co było tutaj wręcz wymagane. Cojones nakreślone jak trzeba. Motyw wkurwu i zemsty bardzo dobry. W końcu dostaliśmy więcej Watersa i może nawet lepiej, że od razu wkurwionego. Bo tak to by wrócił, coś popierdolił sympatycznego, a tak to od razu ma cel i od razu wyjebało mu jego estrogen, to teraz będzie groźny. Podobało się mnie to, super robota.

No i Lord wygrywa, w dodatku nie jest to czysta wygrana, ale do jego postaci pasuje to idealnie. To story naprawdę może być ciekawe.

Dobra, powiem tak, ja nie muszę tego czytać, bo każdą kwestię czytałem kilkukrotnie i brałem w tym udział. Jest to zdecydowanie najdłuższy segment w historii, ale moim zdaniem wszystko zostało zrekompensowane poziomem oraz star powerem, który był tutaj nieziemski. Aldis odwalił z klasą swoją robotę, do niego jak zawsze bez zarzutu. Jego plan na to wszystko siadł idealnie, bo powrót Wesa... w rodzinnym mieście, no to byłby niesamowity moment, jeśli to sobie chcemy wyobrazić. Axel? Musiał być wkurwiony, musiał od razu przejść do rękoczynów, Jose strasznie zaszedł mu za skórę, a on jako rozemocjonowany młokos potrzebował jakoś odreagować. Przejdźmy do treści. Axel - bardzo dobrze oddane to, o czym napisałem wyżej. Czyli bycie rozemocjonowanym młokosem, który chciał dobrze, patrzył pozytywnie na wszystko i naprawdę uwierzył Lopezowi. Z natury raczej dobra osoba, która tutaj po prostu była łamana psychicznie. Psychologia Blaze'a wygląda tutaj dobrze, on się mota czasami, ale no to jest oczywiste. Cały ten czas działy się takie rzeczy, na które nie był gotowy - a to Lopez zapowiedzial mu prosto w twarz. Tekst z lustrem jest bardzo fajny, no ogólnie tutaj padło sporo dobrych tekstów, ale przede wszystkim i to jak grały jego emocje, było w tym wszystkim bardzo dobre. Super robota i fakt, że Wes był w stanie go trochę otrząsnąć. Wes? Klasa. Miałem obawy, że to może być zrobione tak, że Wallace za bardzo będzie próbował błyszczeć i ten segment sprawi, że cały feud pójdzie na boczny tor, a Wes będzie na siłe chciał kraść spotlight. Absolutnie tak nie było, on tutaj przyszedł i był najbardziej neutralny jak się da. Ogrom charyzmy, no jego wejście, gra z publiką, tam istny orgazm by był na tych trybunach. Bardzo dobra robota jako ochroniarz, weteran, trochę mentor i kumpel. Spełnił tu swoje zadanie idealnie i wpasował się do segmentu idealnie. Myślę, że naprawdę na żywo ten segment byłby wspaniały. Dobra robota panowie, siebie nie oceniam, ale chyba pierwszy raz Lopez był tak emocjonalny i poirytowany czymkolwiek. A wiadomo, że ich argumentacje będą różne, w końcu sprawa z Blazem nie została rozwikłana.

Co za gala, szapo ba. Dla każdego, który brał w tym udział. Trochę widziałem różnych tygodniówek, ale wydaje mi się, że... to była najlepsza gala, jaką kiedykolwiek czytałem, tak świetne segmenty tu były. Nie mam na myśli LPW, mam na myśli wszystkie fedy, na których byłem. Poezja, że takie coś mamy przed PPV.

[Obrazek: bIo9o.gif]
Jose Lopez
8/0/1
1x LPW World Champion
Nathan Martin
5/0/2
Odpowiedz
Cytuj
Carnival
World Champion
30.08.2026, 15:04 #4
Śmieszny kontrast między nimi jest. Totalnie prymitywny Brutal oraz Dickinson, który tak wszystko ładnie ubiera w słowa. Ma to swój urok i czyni to połączenie lepszym, trochę jak Uszczelka, który rozmawiał z Edgarem. Co do pierwszej kwestii Poety, to ona mi się wydaje jakaś robotyczna. Na pewno to, jak się wypowiada na plus, ale wydaje mi się to jakieś takie totalnie bez emocji. U Brutala trochę lepiej to wygląda pod tym względem. Sensownie powiedziane, narracja jak najbardziej do kupienia. Końcówka ładnie rozpisana segmentu i buduje zainteresowanie, co tam Edgar poszukuje. Przyjemny początek gali, taki solidny. Brutal naturalniej wyglądał w tym segmencie, Dickinson bez szału.

To chyba ten Prime Time, czymkolwiek jest. Przepych przeokrutny, ale budowany przez cały ten czas, więc punkt kulminacyjny właśnie powinien wyglądać w tym stylu. Ależ to jest świetnie opisane, szczegółowo, pomysłowo. Tak idealnie można wczuć się w to wszystko i sobie wyobrażać, jak to ma miejsce na gali. Bardzo dobrze to jest zrobione, tyle czasu budowane i idealnie oddane. Człowiek zatęsknił za piosenką Upiór w operze. Silas i jego przerwanie tego momentu siada zajebiście tutaj, też jest to dobrze rozpisane, chociaż ja wiem, jakie perypetie stały za tym wszystkim. No ogólnie miodny segment, bo łącznie zostalo wypowiedziane 2,5 słowa, ale opisy, cały zamysł, no takie coś może się podobać i zaskoczyć raczej każdego. Dobra robota.

O ile dobrze wiem, to miało być krótsze, no ale niech będzie. Treść w porządku, ta odwaga i głupota, to wygląda tak samo szczerze mówiąc i naprzemiennie można to tam użyć. Trzecia kwestia najlepsza, bo tam jest wjazd na psychę Roba i dobrze zbudował to upokarzanie go i motyw tego starcia. Na jeszcze większego kurwiszona się zbudował, ale to dobrze. To ma być taka postać, której się nie cierpi, więc ten feud może mu bardzo dobrze służyć. Było to okej, zwiększył napięcie i sens tej walki.

Genialny segment, genialna postać, genialne pomysły tutaj będą. Wyczekujcie.

Wielki mistrz wrestlingu Zack - obrywa od tego, kim pogardzał. No cóż. Chyba finito w końcu i Derek ma spokój.

Szczerze to nie wiem, czy fani by go tak szybko zaakceptowali i robili efekt fali, ogólnie zdobyć reakcję jako debiutant, to jest ciężka sprawa. Miał wcześniej segment, który był fajny, ale to nadal kibice nic o nim nie wiedzą. Sam speech w porządku, nie ma w nim nic niesamowitego, ale debiut w ringu, bez jakiegokolwiek feudu jest ciężki. Tutaj nie zachwycił niczym, ale na pewno gimmick nakreślił. No i wkradły się te powtórzenia. Fala padło z 3 razy, w dosyć krótkim okresie czasu, co musiałem wypunktować, skoro u Cavazosa też się tego czepiałem. Ma jednak ta postać kredyt zaufania, bo może być naprawdę porządnym facem. Co do walki? Dobrze sobie radził, nawet bardzo. Żeby nie było - to starcie to w ogóle nie jest mój pomysł i nie mam nic wspólnego z tym. Nie bookuję sobie walk. Jednak Lopez musiał w końcu z kimś zawalczyć, a taki debiut dla face'a też jest spoko, bo nie stracił nic na tym, a z dobrej strony się pokazał. Jak dobrze to rozegra, to nawet da mu takie coś więcej niż jakby Jeffa Browna naklepał.

Kurde, przyjemne promo Roba. Podobała mi się bardzo ta końcówka, gdzie wleciał tekst ze smakiem pychy, siadło to naprawdę fajnie. Streścił nam dobrze, jak to wszystko wygląda z jego perspektywy. Do tego jest to gimmickowe i nieprzesadzone, tak jak zdarzało mu się to kiedyś.

XDDD Uwielbiam, jak on sobie wykorzystuje te streamy i łamie dzięki temu czwartą ścianę. Śliczne nawiązanie do Michała, bardzo to pomysłowe. Zjebał się, szczerze? Peak komedia dla mnie. Pierdy to jest TOP absolutny, nie zapraszam do dyskusji. Super kwestia, taka z jajem. Zero lania wody, sama ciekawa treść. Te streamy dają mu taki nieograniczony potencjał. Pewnie podobnie z Dolnickiem by to wyglądało, jakbym to z newsów przeniósł na segmenty, ale już nie dowiemy się. Wracając, kolejny segment ze sporym kontrastem. Jeden pierdzi, drugi za to z klasą. Tony to naprawdę zajebista postać, taka kurtuazja wylewa się z niego i to udawanie neutralnego, a w głębi musi być taki bezwględny, ale jednocześnie bardzo inteligentny. To właśnie tu uświadczyliśmy. Dopasował się bardzo dobrze do Dereka i specjalnie wjechał tekstami, które za chwile mistrza za pewnie rozkręcą. Bardzo dobra robota po raz kolejny w wykonaniu Włocha. Derek też wbrew pozorom jest bardzo inteligentny, bo idealnie przejrzał Tonego. No nawet ma te same przemyślenia. Te jego nagłe przemiany ze śmiesznego tłusciocha foliarza w pana wrestlera są bardzo interesujące i mi się podobają. On ot tak jest w stanie zyskać rozum i godność człowieka, za pstryknięciem palcem. Bardzo barwna postać. Leone za to tryb ojciec chrzestny. Kurde, jak treść pomiędzy < > została dokładnie napisana, pierwszy raz widzę chyba takie coś. XD Makaroniarz musi być świetnym aktorem w takim razie. Ależ subtelne groźby, tak mi to pasuje do niego. Ta końcówka złoto totalne z tym farszem, wzięło z zaskoczenia. Bardzo fajny segment, dobrze się bawiłem, panowie się tutaj świetnie zgrali i niby na papierze to w ogóle nie pasuje, bo foliarz i mafioza, no to jak oni mają się zgrać? Psikus, bo dają radę i wychodzi mega interesujący segment. Takie programy o midcardowe mistrzostwo to się szanuje.

Kurcze, Dolnick przegrał, o nie. Gogoplata to bardzo fajny smaczek tutaj. Ten segment to poezja, egzekucja. Świetne to było, widziałem to już wcześniej, ale nadal robi takie samo wrażenie. Wiadomo, że to po części samograj, ale żeby tak dobrze to wykorzystać, to Panter musiał się postarać. Nawet przekleństwo się znalazło, co jest akurat w przypadku Maxwella czymś wielkim. No liryczne morderstwo, wszystko z sensem, tak płynnie leci, no wow. Musiał wylać to wszystko z siebie, po prostu musiało do tego dojść. Wiem, że Pan Terry miał ogromną łatwość w pisaniu tego i się nie dziwię. Jak było w druga stronę i to Dolnick wszystko wyrzucił w WCW w kierunku Maxa, to czułem się podobnie, ale ten segment jest nawet lepszy. Grubas nie miał wtedy racji, odbiła mu sodówka, a Maksio wszystko z sensem. Świetna robota. Ransom zasługuje na więcej i niebawem to więcej dostanie.

Pierdolony Martin pozbawił nas Don Dana.

I tak można było się spodziewać jeszcze gorszej współpracy między Kociarzem a Mantelem.

Vincenzo profeska, nawet graficzkę ma przy swoim theme songu, ale widzę, że do Nathana Martina się nikt nie zbliżył jeszcze. : )) Oj fajny ten Enzo, ależ on tu płynie, kolejna mocna postać w The Outfit. Pięknie sobie argumenty dobrał. Jeszcze to wplecenie sobie wiary w to wszystko, to tak pasuje. Mamy obraz typowego mafiozy, co jest w stanie odstrzelić człowieka, a potem iść się pomodlić. Bardzo dobra kwestia, weź potem idź bij się na mikrofonie z tym The Outfit, jak oni mają takie postacie. Jeszcze on tak fajnie wyjaśnił i Brutala i Edgara po jednym zdaniu w ich kierunku. No mega fajne. Ten opis, który Emiel zapodał... no na początku myślałem, że mocno przesadzony, ale teraz jak czytam, no fajny, pomysłowy, trzeba docenić, że ktoś nawet w takim czymś stara się urozmaicić segment i wzbogacić słownictwo innych osób. Oj Edgar mocno odpowiada, tak jak na początku gali mi brakowało czegoś w jego wykonaniu, tak tutaj już jest mocny poziom. Podoba mi się to, jak on bardzo traktuje ich jak błąd, jak on ma z tym problem. No to jest bardzo dobrze rozpisane, no i po raz kolejny super słownictwo. Takiego progresu jak Edgar względem WCW to nikt inny nie zrobił. Bardzo fajny speech i podtrzymanie wysokiego poziomu segmentu. Ulala, Enzo znowu potężnie. Bez problemu wszedł w świat Edgara i się w nim odnalazł. Super nawiązanie do tego wszystkiego i klimat tej wypowiedzi, ta irytacja, bo Edgar nazwał się Bogiem pasuje idealnie. No ten segment jak na razie to jest bardzo mocarny. Czytam te kwestie i do czego ja mam się przyczepić? A też rozpływać na co drugim zdaniem mi się nie chce, bo po prostu całościowo to wszystko tak się tutaj klei. Vincenzo widzę pilnuje wszystko i w ciszy kontroluje sytuacje. Brutal prymitywnie, on taki jest i to jest okej, ale tak na tle panów z tego segmentu, to po prostu blado to wypada. To ma sens wszystko z jego perspektywy, ale to nie jest tak dobrze podane jak reszta ludków w tym segmencie. Przynajmniej udało mu się wywołać ostatniego z The Outfit, który... również jest mocny na mikrofonie. Krótko i z rigczem tego Brutala wyjaśnia, mega to pasuje. Jestem usatysfakcjonowany, cała trójka w tej stajni jest bardzo dobra na mikrofonie. Super segment panowie. Jebać dorosłość na zakończenie tego i wejście Eliasa mnie bawi.

To zawsze będzie zabawne, jak Paddy będzie kręcił się obok Mantela, ze względu na to, że  Slayer jest twórcą Padduli. Po prostu wyobrażenie ich dwóch obok siebie zawsze będzie mnie śmieszyć, ale to dobrze. Fajne to jest, dobry pomysł, że on sobie suweniry właśnie będzie kolekcjonować. Dobrze to jest wymyślone. Sama kwestia spoko, jest jakiś klimacik. Sam Derrick wygląda już coraz poważniej i groźniej, w porządku segment.

Elias bardzo fajnie wypada, idealnie kontrastuje z naszym honorowym Japońcem. Totalnie się w język nie gryzie. Co do Dolnicka - no to tak. Naprawdę odchodzi, Maxwell zasługuje na więcej niż babranie się w tym i ciągle to udowadniał. Grubas nigdy nie chciał źle dla niego, jest po prostu zbyt głupi na takie tematy. Był irytujący ostatnio, ale nigdy złych intencji nie miał.

Te przejścia piękne są. Ja bym się jednak przyczepił do tego ciągłego nazywania Watersa były mistrz świata wagi ciężkiej, bo to jest jednak inna federacja. Nie można mu odbierać historycznie, że nim był, ale no w LPW są inne mistrzostwa. Lopez nie przedstawia się jako Anarchy Champion, a to też było główne złoto. Mistrzem tutaj jest Blaze i trzeba uszanować to. Wracając do segmentu, bardzo pomysłowe i właśnie ta aura została tutaj jeszcze mocniej zarysowana. A speech? Giga mocny, dużo, bardzo dużo emocji co było tutaj wręcz wymagane. Cojones nakreślone jak trzeba. Motyw wkurwu i zemsty bardzo dobry. W końcu dostaliśmy więcej Watersa i może nawet lepiej, że od razu wkurwionego. Bo tak to by wrócił, coś popierdolił sympatycznego, a tak to od razu ma cel i od razu wyjebało mu jego estrogen, to teraz będzie groźny. Podobało się mnie to, super robota.

No i Lord wygrywa, w dodatku nie jest to czysta wygrana, ale do jego postaci pasuje to idealnie. To story naprawdę może być ciekawe.

Dobra, powiem tak, ja nie muszę tego czytać, bo każdą kwestię czytałem kilkukrotnie i brałem w tym udział. Jest to zdecydowanie najdłuższy segment w historii, ale moim zdaniem wszystko zostało zrekompensowane poziomem oraz star powerem, który był tutaj nieziemski. Aldis odwalił z klasą swoją robotę, do niego jak zawsze bez zarzutu. Jego plan na to wszystko siadł idealnie, bo powrót Wesa... w rodzinnym mieście, no to byłby niesamowity moment, jeśli to sobie chcemy wyobrazić. Axel? Musiał być wkurwiony, musiał od razu przejść do rękoczynów, Jose strasznie zaszedł mu za skórę, a on jako rozemocjonowany młokos potrzebował jakoś odreagować. Przejdźmy do treści. Axel - bardzo dobrze oddane to, o czym napisałem wyżej. Czyli bycie rozemocjonowanym młokosem, który chciał dobrze, patrzył pozytywnie na wszystko i naprawdę uwierzył Lopezowi. Z natury raczej dobra osoba, która tutaj po prostu była łamana psychicznie. Psychologia Blaze'a wygląda tutaj dobrze, on się mota czasami, ale no to jest oczywiste. Cały ten czas działy się takie rzeczy, na które nie był gotowy - a to Lopez zapowiedzial mu prosto w twarz. Tekst z lustrem jest bardzo fajny, no ogólnie tutaj padło sporo dobrych tekstów, ale przede wszystkim i to jak grały jego emocje, było w tym wszystkim bardzo dobre. Super robota i fakt, że Wes był w stanie go trochę otrząsnąć. Wes? Klasa. Miałem obawy, że to może być zrobione tak, że Wallace za bardzo będzie próbował błyszczeć i ten segment sprawi, że cały feud pójdzie na boczny tor, a Wes będzie na siłe chciał kraść spotlight. Absolutnie tak nie było, on tutaj przyszedł i był najbardziej neutralny jak się da. Ogrom charyzmy, no jego wejście, gra z publiką, tam istny orgazm by był na tych trybunach. Bardzo dobra robota jako ochroniarz, weteran, trochę mentor i kumpel. Spełnił tu swoje zadanie idealnie i wpasował się do segmentu idealnie. Myślę, że naprawdę na żywo ten segment byłby wspaniały. Dobra robota panowie, siebie nie oceniam, ale chyba pierwszy raz Lopez był tak emocjonalny i poirytowany czymkolwiek. A wiadomo, że ich argumentacje będą różne, w końcu sprawa z Blazem nie została rozwikłana.

Co za gala, szapo ba. Dla każdego, który brał w tym udział. Trochę widziałem różnych tygodniówek, ale wydaje mi się, że... to była najlepsza gala, jaką kiedykolwiek czytałem, tak świetne segmenty tu były. Nie mam na myśli LPW, mam na myśli wszystkie fedy, na których byłem. Poezja, że takie coś mamy przed PPV.

[Obrazek: bIo9o.gif]
Jose Lopez
8/0/1
1x LPW World Champion
Nathan Martin
5/0/2
Odpowiedz
Cytuj
30.08.2026, 23:45
#5
ET - Okey było to wprowadzenie. Przede wszystkim Edgar mógł przedstawić swoje motywy względem współpracy z Sabre, choć zrobił to w dużym skrócie. Ogólnie tu bardziej podobał mi się Mike, był taki bardziej zaangażowany w rozmowę, więcej werwy i emocji w nim było i nie zabrakło sensu w tym co mówił. Poeta również gada do rzeczy, aczkolwiek stać go trochę na więcej moim zdaniem, tu mam wrażenie jakby kilka wątków zawarł w ledwie kilku zdaniach, takie to wszystko "szybkie" było. Fajerwerków ogólnie tutaj zabrakło, aczkolwiek zdecydowanie nie musiały się pojawić. Oczywiście nic słabego to też na pewno nie było, w porządku wyszła ta rozmowa. Końcówka fajnie rozpisana, może dawać do myślenia czego Edgat tak namiętnie szuka. Sam segment na pewno był potrzebny żeby objaśnić kilka kwestii.

Waters - Uła, ale to zostało dojebanie rozpisane, każdy szczegół, detal. Trzeba przyznać, był przepych i efekciarstwo. Brawo totalnie za pomysł, widać, że było to wszystko zajebiście przemyślane i poświęcono na to sporo czasu, dzięki czemu dostaliśmy takie otwarcie gali. Miało być show? I było totalnie show. Klasa Game, co tu więcej dodawać? Motyw ataku po tym, jak James nawet nie zdążył powiedzieć pełnego słowa jak najbardziej kupuje. Fani mają shocker, sam Waters ma shocker i nie wszystko poszło po jego myśli. Jak wygląda atak to pomysł mój i Kuby. Skojarzył mi się tu motyw z pewnej bajki i uważam, że jak najbardziej pasował. Bardzo mocne otwarcie gali i nie ma co ukrywać - James na starcie w LPW nudzić się nie będzie, a Crow z Doktorkiem dostaną poważnego rywala. Widzę tu spory potencjał.

Lord - Początek bez szału. Trochę momentami za dużo powtórzeń moim zdaniem tez się wkradło, to twój mankament Cavazos i polecam przeczytać napisaną wypowiedź jeszcze raz na spokojnie przed wysłaniem, może akurat coś się wychwyci i odbiór będzie lepszy. Wracając, Lord nam się tu powoli, ale rozkręcał i naprawdę przyjemna była ta ostatnia wypowiedź, dobry to był poziom. Nie będę narzekał, że mogło to być trochę krótsze, bo sam dałem popis na tej gali. Główne cele założone spełnione, walka podpromowana, charakter Sebastiena nakreślony. Szału nie było, aczkolwiek wyszło całkiem spoko, a zwłaszcza końcowa fraza - im więcej dostaniemy takiego Lorda, tym lepiej.

Nie wiem, jakie procesy myślowe zachodzą w mojej głowie, że potrafią się pojawić takie rzeczy jak Eli Cottonwood. Aczkolwiek zazdroszczę wam, że możecie doświadczyć takich pojebanych efektów zaskoczenia i widywać takie postacie znienacka wyciągnięte z szafy xd.

Cóż, jak już leciała ta rywalizacja z Sabre, to trzeba było to jakoś zakończyć, skoro pas był w tle. Szkoda było na to PPV, wolimy tam dać coś nieoczekiwanego, więc finisz mamy tutaj. I jaka piękna reklama po walce.

Surfer i Lopez - Cóż, można było dopisać, że ten efekt fali na trybunach uśmiechnięty Chris sam wywołał, w końcu jest tu nowy i takie reakcje na starcie raczej powinien inicjować. Oki, plus, że już w pierwszym zdaniu się do tego odnosi, może po prostu ludziom spodobało się video promo z poprzedniej gali? Klimatyczne i mądre to było, więc mogło tak być. Okey w sumie jest to przedstawienie się, tylko za dużo tej "fali" w samym speechu. Widzę potencjał w tym gościu. Ale ładnie wjeżdża Jose i dobrze punktuje te delikatne potknięcie Chrisa. Ogólnie szacun ile pocisków znalazł względem nowego zawodnika, z którym styczność mamy dopiero drugi raz. Porównania jak zwykle klasa, jeszcze wykorzystywanie do nich innych postaci. Znalazło się też miejsce na kolejne promowanie walki wieczoru Heatwave. No bardzo wysoki poziom nam tutaj zaprezentował Hiszpan. Chris przegrywa w debiucie, ale dobrze się tu zaprezentował, co na pewno zaprocentuje w przyszłości i może dać mu więcej niż obicie Eliasa na start. Fajnie, że udało nam się połączyć ten debiut z faktem, że Lopezowi długo nie walczy i nikt im nie przeszkodzi. Wszystko dla mnie ma tu ręce i nogi.

Rob - Naprawdę przyjemne promo Roba, krótkie, konkretne i ładnie zbudowane. W sumie moim zdaniem wypadło lepiej niż te Lorda, które bardziej w końcówce weszło na wyższy poziom, tu całość się bardziej spina. Szacun za smak pychy i to, że Rysiu konsekwentnie kulinarne nawiązania daje nam w punkt, a nie mamy spam nimi jak na początku. Dobra robota Panie Ryszardzie, spełniło to zdecydowanie swoje założenie.

Halloway i Leone - Piękne nawiązanie do Michała xd. Derek jak zwykle dowozi na streamach, dobry jest to kontent, nie ma co. Potrafi nam Zimny zapewnić solidną dawkę humoru, jeszcze wziął Halloway bąka zajebał xd. Przyjemny wstęp. Kurwa, ale ten Tony płynie, świetna jest ta kwestia. No tu się nie ma kompletnie do czego przyczepić, odpowiednie słownictwo, dobre opisy, pod rywala fajnie nawiązał z teoriami spiskowymi, klasa. No i dojebane zakończenie, gdzie traktuje kwestię walki o pas z Derekiem po prostu jako wspólne interesy. No zajebiste to było, Brother Remik. Zimny znowu operuje w bardzo dobry sposób między komediowym kontentem, a byciem poważnym wrestlerem. To naprawdę wielka zaleta Dereka i w zdecydowanie dobry sposób odpowiada tutaj pretendentowi. I kolejna piękna odpowiedź. Ja mu wierzę, jest szczery, dobrze patrzę Leone z oczu. Nie no, super próbuje grać tu przyjaciela i idealnie rzuca potem groźby w białych rękawiczkach, klasa. I jeszcze to nawiązanie do tego pierda jak ładnie siadło xd. Bardzo, bardzo wysoki poziom tego segmentu, obaj zdecydowanie spełnili swoje role. Czasu na podbudowę tej walki dużo nie było z wiadomych przyczyn, ale otrzymaliśmy chociaż porządną konftrontację Dereka i Leone.

Grubas co dał popis. A Ransom przeklinający... To takie niehonorowe.

Outfit, Edgar, Brutal - Wynik i przebieg walki nie powinien tutaj budzić zastrzeżeń. Enzo pomijam. Bardzo dobra wypowiedź Edgara, dużo lepiej niż podczas ET. Widać tu zdecydowanie więcej emocji i prawdziwe przejęcie Poety zaistniałą sytuacją. Nie mam zastrzeżeń, od argumentacji, do samej budowy tej wypowiedzi wszystko mi gra. Całość też oczywiście zgodnie z gimmickiem i wyraźnie widać, że "opowieść" pisana przez Edgara jest czymś, o co ma zamiar najbardziej dbać i jest dla niego po prostu najważniejsza, ciężko mu się pogodzić z błędami w postaci Outfit, które się w niej pojawiły. I mega podoba mi się ten opis przed samym speechem Dickinsona, bardzo doceniam to w Emielu. Mike za to odwrotnie, bardziej podobał mi się na początku gali. Tu mniej tych emocji, albo zostały jakoś bardziej ukryte i jakoś ta wypowiedź taka trochę bez błysku, polotu. Brutala stać na więcej i mam wrażenie, że trochę na kolanie, na szybko było to pisane. Niby dał nam tu konkrety, nie prawił poematów, ale nie miało to specjalnie pazura i "tego czegoś". Podobał mi się Vizzini, U niego ten ton wypowiedzi bez emocji, taki robotyczny zdecydowanie pasuje, widać to zwłaszcza po samym wstępie tej wypowiedzi. Gimmick zdecydowanie zarysowany. Krótki speech, ale zdecydowanie w punkt, w końcu on tu jest przede wszystkim od roboty, nie gadania. Cóż za piękny theme song przerywa całość, wzruszyłem się. I bardzo podobało mi się rozpisanie walki, jestem zdecydowanie fanem stylu walki, który Kuba stworzył dla Vincenzo. Podsumowując - myślę, że całościowo wyszedł kolejny mocny segment, jestem zadowolony z efektu końcowego.

Mantel - No to lecimy z łączonym segmentem, którego byłem inicjatorem. W pierwotnej wersji nie było tu Mantela, ale trzeba było szyć coś na kolanie ze względu na Spazma i jego aktywność. Biedny Paddula, Slayer się mocno przejechał po swojej byłej postaci, ale mam wrażenie, że ciut przeciągnął ten roast tutaj. No dobra, w sumie przejebał walkę, miał prawo być zdenerwowany. Przyjemny był w sumie ten segment, zaprezentował nam gablotę, która myślę, że będzie bardzo fajnym dodatkiem dla Mantela i nada mu jeszcze więcej charakteru. Dobrze podpromował nam zbliżającą się walkę, czuć było złość w tym speechu, wyszło okey. Teraz trzeba mu będzie znaleźć poważnego przeciwnika, z którym będzie jak zrobić dobry program, żeby wyciągnąć z Derricka jeszcze więcej potencjału, a Slayer bardzo sobie na to zasłużył.

Tatsu i Elias- Boże, jaki to może być przepiękny duet XD. Te honorowe umoralnianie, te teksty w stylu "Dziadu" i chyba MVP segmentu - ty pierdolony gnoju po japońsku XDDD. Nie no, Carni i Kuba zapewnią nam tu dojebany kontent. Super był ten segment, ubawiłem się i chłopaki na pewno też pisząc to XD.

Dolnick - Wziął sobie do serca słowa Maksia, nie ma co. Jak dla mnie samo jedno słowo "odchodzi", pominięcie bufetu dobrze oddaje stan Grubasa i to, co się dzisiaj wydarzyło.

Waters - Jestem bardzo dumny z wymyślenia tego przejścia po Grubasie i ogólnie zawsze byłem fanem robienia łączonych segmentów. Fajnie to pokazuje, jak mocno te nasze zaplecze żyje. Oj dobrze tu siadł ten wjazd karetką. I są naprawdę wielkie emocje w tym speechu, czuć go totalnie, to wkurwienie pomieszane z rozczarowaniem. Bardzo, ale to bardzo dobrze zostało wszystko napisane, włącznie z reakcjami, które bardzo dobrze zaznaczało nam rosnące z czasem tempo całej wypowiedzi. Idzie kupić moim zdaniem to, co Waters ma nam do przekazania, jasno zaznaczył, że znalazł sobie pierwszy cel i dla tej postaci biorąc pod uwagę charakter jaki miał James w WCW, po latach spokoju czymś wręcz idealnym było takie zderzenie się z rzeczywistością wrestlingową. Może tu być naprawdę grubo, kolejna super robota Game na tej gali i mamy kolejny naprawdę mocny punkt ostatniego Elysium przed PPV.

ME - Z punktu widzenia fabularnego nie było lepszego rozwiązania niż wygrana Lorda, w dodatku w taki sposób. Jest w tym potencjał i mamy na to pomysł. Tu się przyczepię, po takiej walce o taką wstawkę w sumie mogliśmy pomyśleć o jakimś dopisku co po samej walce. Tyle pojebanych rzeczy się pojawiło na tej gali, że jakoś to każdemu umknęło.

Podpisanie kontraktu - Potężny tasiemiec, który znam w zasadzie na pamięć. Planowany od dawna, jednak trochę improwizacji tutaj poszło, bo za późno się za to zabraliśmy, ale myślę, że każdy dowiózł mimo presji czasu. Gdzieniegdzie będzie dokładniej, w pewnych miejscach ogólnie. Lecimy po kolei - Aldis robi nam tutaj dobre wprowadzenie, jest zdecydowanie budowanie emocji. Nawet wejściówki obu zawodników robią robotę, mamy chociażby takie smaczki jak to jabłko. Płyniemy grubo już od startu. Bardzo dobrze i logicznie rozpisany brawl, Axel musiał tutaj zadziałać po tym wszystkim co się zadziało. Ochrona nie mogła mieć z nimi łatwo ze wzgledu na panującą nienawiść między zawodnikami. Motyw z Aldisem Kuby i  bardzo mi się to podoba, bo uszkodzenie GMa na moment ostudza emocje, a samo to wydarzenie pozwala nam jeszcze w lepszy sposób wprowadzić ulubieńca widowni z Houston. Poza tym, w tej swojej krótkiej wypowiedzi Nick wypadł jak totalny szef. Widać, że doskonale rozumie, co tu się dzieje. Długie to wejście Wesa, ale bardzo chciałem się pochylić nad szczegółami, bo jednak jest to bardzo mocne wydarzenie patrząc na naszą e-fedową historię, kim sam Wallace jest, gdzie odbywa się gala i jakie emocje mogłoby to wzbudzić ze względu na znajomość i wspólną przeszłość z Lopezem. Poza tym jest to doskonała wręcz decyzja Aldisa, aby tego Wesa sprowadzić, taka postać ma wzbudzać respekt i utrzymać porządek, a o to Nickowi przede wszystkim chodziło. Wyrwanie się Axela to kolejny dla mnie dobry zabieg - po tym co się wydarzyło musiał odpalić pierwszy. A to co Remik i Carni zrobili w tych wypowiedziach... To jest poezja. Napiszę to zbiorczo ze względu na to, że ja tu kupuję dosłownie wszystko. WSZYSTKO. Dojebany poziom, naprawdę. Dojebane argumenty. Dojebane zdania, porównania. I te emocje (oczywiście różne u obu zawodników, co logiczne), reakcje, tutaj wszystko tak świetnie dla mnie gra i zostało przedstawione w sposób perfekcyjny. Naprawdę mógłbym się rozpływać nad konkretnymi wypowiedziami, ale po prostu całość stanowi dla mnie istny level TOP. Jestem zdecydowanie fanem przejścia do momentu, kiedy Wes zabiera głos, publika musiała się go domagać. Nie będę oceniał jak to napisałem, ale przy takim segmencie pewne kwestie muszą napisać w komentarzu, zwłaszcza, że wyszło to długie. No ciężko mi było to skrócić, w końcu to powrót, musiały pojawić się też te zabawy z publiką. Zawsze liczył się dla mnie przy Walcu real-talk, stąd głównie skupienie się na Axelu. Chłopaki tak zbudowali ten program, że nie było w tym momencie innej opcji, niż odniesienie się przede wszystkim do Mistrza, który w swojej głowie przeżywał kryzys. Umówmy się, kto zna Wesa ten wie, że nie zawracałby sobie głowy osobą, którą ma gdzieś i w której nic nie widzi. Tu jest przeciwnie, wszedł trochę jak taki mentor, który próbuje Axela obudzić, jak niegdyś Edge Cenę przed walką z Lesnarem. A Blaze? Moim zdaniem zajebiście wypada. Znowu z resztą. Przyjmuje słowa Wesa do serca i robi to totalnie ze smakiem, honorem, a nie jak skruszone dziecko po wywiadówce, dodatkowo rzuca delikatne szpilki, że Lopezowi się nie oberwało. Klasa. Moim zdaniem najlepsza reakcja, jaka mogła się tu pojawić. W dodatku dalej Panowie z walki wieczoru Heatwave rzucają w siebie bardzo dobrymi szpilkami. No dalej klasa, co tu można dodać? Profesjonaliści się wzięli za robotę. Jose za to przyjmuje inną narrację względem słów Wesa i mega to pasuje do jego obecnej postaci. Aczkolwiek kierując się tym, o czym wspominałem, Wallace dostał też dobry argument, żeby oberwało się i Hiszpanowi, przez co jest napinka na finiszu. Końcowa scena równie mocna, zakończenie mi zdecydowanie siedzi. Dzięki chłopaki za ten segment, mega się cieszę, ze mogłem w nim wystąpić. Nie będę mówił o sobie, ale cała reszta poziomem wspięła się na zdecydowane wyżyny. Jak podbudowywać walkę o pas, to właśnie w taki sposób. Myślę, że zrobiliśmy tu nieziemską aurę jak na standardy e-feda i biorąc to pod uwagę, nie przyjebałbym się nawet za długość. Hej, tu był naprawdę piekielnie mocne wydarzenia, to ostatni przystanek przed PPV, feud o główny pas w końcu. I w sumie przez to, że lekka improwizacja tu wpadła, to pewne rzeczy mogły wypaść jeszcze lepiej (chociażby małe spięcie kumpli, bo tak naprawdę Wes mógł wbić większą szpilę w Jose dopiero po jego słowach). Cudo ten segment wyszedł moim zdaniem.

Podsumowując, bangerek ta gala totalny moim zdaniem. Ile tu się mocnych rzeczy pojawiło, to nie mam pytań, od początku do końca można by wymieniać. Dodatkowo ludzie zdecydowanie dowieźli, dzięki za to, zajebista robota. Też jestem zdania, że to najlepsza tygodniówka, jaką kiedykolwiek czytałem na jakimkolwiek e-fedzie, ciężko będzie to przebić przez ogrom potężnych momentów, jakich mogliśmy doświadczyć. Umówmy się, też nie będziemy na siłę próbowali tego zrobić, potrzebne będą do tego określone wydarzenia, a także odpowiedni czas, moment stonowania i trochę luźniejszych gal również jest potrzebny. I tak na koniec - jestem z tego zajebiście dumny, co tu powstało. Raz jeszcze ogromne dzięki wszystkim.

Pozdrawiam,

Pan Terry
Zmęczony po zajebaniu kilku tasiemców na tej gali
Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.08.2026, 23:47 przez Panter.

3/0/2
 
5/0/2
Golden Laurel Briefcase (2026)
Odpowiedz
Cytuj
Panter
Moderatorzy
30.08.2026, 23:45 #5
ET - Okey było to wprowadzenie. Przede wszystkim Edgar mógł przedstawić swoje motywy względem współpracy z Sabre, choć zrobił to w dużym skrócie. Ogólnie tu bardziej podobał mi się Mike, był taki bardziej zaangażowany w rozmowę, więcej werwy i emocji w nim było i nie zabrakło sensu w tym co mówił. Poeta również gada do rzeczy, aczkolwiek stać go trochę na więcej moim zdaniem, tu mam wrażenie jakby kilka wątków zawarł w ledwie kilku zdaniach, takie to wszystko "szybkie" było. Fajerwerków ogólnie tutaj zabrakło, aczkolwiek zdecydowanie nie musiały się pojawić. Oczywiście nic słabego to też na pewno nie było, w porządku wyszła ta rozmowa. Końcówka fajnie rozpisana, może dawać do myślenia czego Edgat tak namiętnie szuka. Sam segment na pewno był potrzebny żeby objaśnić kilka kwestii.

Waters - Uła, ale to zostało dojebanie rozpisane, każdy szczegół, detal. Trzeba przyznać, był przepych i efekciarstwo. Brawo totalnie za pomysł, widać, że było to wszystko zajebiście przemyślane i poświęcono na to sporo czasu, dzięki czemu dostaliśmy takie otwarcie gali. Miało być show? I było totalnie show. Klasa Game, co tu więcej dodawać? Motyw ataku po tym, jak James nawet nie zdążył powiedzieć pełnego słowa jak najbardziej kupuje. Fani mają shocker, sam Waters ma shocker i nie wszystko poszło po jego myśli. Jak wygląda atak to pomysł mój i Kuby. Skojarzył mi się tu motyw z pewnej bajki i uważam, że jak najbardziej pasował. Bardzo mocne otwarcie gali i nie ma co ukrywać - James na starcie w LPW nudzić się nie będzie, a Crow z Doktorkiem dostaną poważnego rywala. Widzę tu spory potencjał.

Lord - Początek bez szału. Trochę momentami za dużo powtórzeń moim zdaniem tez się wkradło, to twój mankament Cavazos i polecam przeczytać napisaną wypowiedź jeszcze raz na spokojnie przed wysłaniem, może akurat coś się wychwyci i odbiór będzie lepszy. Wracając, Lord nam się tu powoli, ale rozkręcał i naprawdę przyjemna była ta ostatnia wypowiedź, dobry to był poziom. Nie będę narzekał, że mogło to być trochę krótsze, bo sam dałem popis na tej gali. Główne cele założone spełnione, walka podpromowana, charakter Sebastiena nakreślony. Szału nie było, aczkolwiek wyszło całkiem spoko, a zwłaszcza końcowa fraza - im więcej dostaniemy takiego Lorda, tym lepiej.

Nie wiem, jakie procesy myślowe zachodzą w mojej głowie, że potrafią się pojawić takie rzeczy jak Eli Cottonwood. Aczkolwiek zazdroszczę wam, że możecie doświadczyć takich pojebanych efektów zaskoczenia i widywać takie postacie znienacka wyciągnięte z szafy xd.

Cóż, jak już leciała ta rywalizacja z Sabre, to trzeba było to jakoś zakończyć, skoro pas był w tle. Szkoda było na to PPV, wolimy tam dać coś nieoczekiwanego, więc finisz mamy tutaj. I jaka piękna reklama po walce.

Surfer i Lopez - Cóż, można było dopisać, że ten efekt fali na trybunach uśmiechnięty Chris sam wywołał, w końcu jest tu nowy i takie reakcje na starcie raczej powinien inicjować. Oki, plus, że już w pierwszym zdaniu się do tego odnosi, może po prostu ludziom spodobało się video promo z poprzedniej gali? Klimatyczne i mądre to było, więc mogło tak być. Okey w sumie jest to przedstawienie się, tylko za dużo tej "fali" w samym speechu. Widzę potencjał w tym gościu. Ale ładnie wjeżdża Jose i dobrze punktuje te delikatne potknięcie Chrisa. Ogólnie szacun ile pocisków znalazł względem nowego zawodnika, z którym styczność mamy dopiero drugi raz. Porównania jak zwykle klasa, jeszcze wykorzystywanie do nich innych postaci. Znalazło się też miejsce na kolejne promowanie walki wieczoru Heatwave. No bardzo wysoki poziom nam tutaj zaprezentował Hiszpan. Chris przegrywa w debiucie, ale dobrze się tu zaprezentował, co na pewno zaprocentuje w przyszłości i może dać mu więcej niż obicie Eliasa na start. Fajnie, że udało nam się połączyć ten debiut z faktem, że Lopezowi długo nie walczy i nikt im nie przeszkodzi. Wszystko dla mnie ma tu ręce i nogi.

Rob - Naprawdę przyjemne promo Roba, krótkie, konkretne i ładnie zbudowane. W sumie moim zdaniem wypadło lepiej niż te Lorda, które bardziej w końcówce weszło na wyższy poziom, tu całość się bardziej spina. Szacun za smak pychy i to, że Rysiu konsekwentnie kulinarne nawiązania daje nam w punkt, a nie mamy spam nimi jak na początku. Dobra robota Panie Ryszardzie, spełniło to zdecydowanie swoje założenie.

Halloway i Leone - Piękne nawiązanie do Michała xd. Derek jak zwykle dowozi na streamach, dobry jest to kontent, nie ma co. Potrafi nam Zimny zapewnić solidną dawkę humoru, jeszcze wziął Halloway bąka zajebał xd. Przyjemny wstęp. Kurwa, ale ten Tony płynie, świetna jest ta kwestia. No tu się nie ma kompletnie do czego przyczepić, odpowiednie słownictwo, dobre opisy, pod rywala fajnie nawiązał z teoriami spiskowymi, klasa. No i dojebane zakończenie, gdzie traktuje kwestię walki o pas z Derekiem po prostu jako wspólne interesy. No zajebiste to było, Brother Remik. Zimny znowu operuje w bardzo dobry sposób między komediowym kontentem, a byciem poważnym wrestlerem. To naprawdę wielka zaleta Dereka i w zdecydowanie dobry sposób odpowiada tutaj pretendentowi. I kolejna piękna odpowiedź. Ja mu wierzę, jest szczery, dobrze patrzę Leone z oczu. Nie no, super próbuje grać tu przyjaciela i idealnie rzuca potem groźby w białych rękawiczkach, klasa. I jeszcze to nawiązanie do tego pierda jak ładnie siadło xd. Bardzo, bardzo wysoki poziom tego segmentu, obaj zdecydowanie spełnili swoje role. Czasu na podbudowę tej walki dużo nie było z wiadomych przyczyn, ale otrzymaliśmy chociaż porządną konftrontację Dereka i Leone.

Grubas co dał popis. A Ransom przeklinający... To takie niehonorowe.

Outfit, Edgar, Brutal - Wynik i przebieg walki nie powinien tutaj budzić zastrzeżeń. Enzo pomijam. Bardzo dobra wypowiedź Edgara, dużo lepiej niż podczas ET. Widać tu zdecydowanie więcej emocji i prawdziwe przejęcie Poety zaistniałą sytuacją. Nie mam zastrzeżeń, od argumentacji, do samej budowy tej wypowiedzi wszystko mi gra. Całość też oczywiście zgodnie z gimmickiem i wyraźnie widać, że "opowieść" pisana przez Edgara jest czymś, o co ma zamiar najbardziej dbać i jest dla niego po prostu najważniejsza, ciężko mu się pogodzić z błędami w postaci Outfit, które się w niej pojawiły. I mega podoba mi się ten opis przed samym speechem Dickinsona, bardzo doceniam to w Emielu. Mike za to odwrotnie, bardziej podobał mi się na początku gali. Tu mniej tych emocji, albo zostały jakoś bardziej ukryte i jakoś ta wypowiedź taka trochę bez błysku, polotu. Brutala stać na więcej i mam wrażenie, że trochę na kolanie, na szybko było to pisane. Niby dał nam tu konkrety, nie prawił poematów, ale nie miało to specjalnie pazura i "tego czegoś". Podobał mi się Vizzini, U niego ten ton wypowiedzi bez emocji, taki robotyczny zdecydowanie pasuje, widać to zwłaszcza po samym wstępie tej wypowiedzi. Gimmick zdecydowanie zarysowany. Krótki speech, ale zdecydowanie w punkt, w końcu on tu jest przede wszystkim od roboty, nie gadania. Cóż za piękny theme song przerywa całość, wzruszyłem się. I bardzo podobało mi się rozpisanie walki, jestem zdecydowanie fanem stylu walki, który Kuba stworzył dla Vincenzo. Podsumowując - myślę, że całościowo wyszedł kolejny mocny segment, jestem zadowolony z efektu końcowego.

Mantel - No to lecimy z łączonym segmentem, którego byłem inicjatorem. W pierwotnej wersji nie było tu Mantela, ale trzeba było szyć coś na kolanie ze względu na Spazma i jego aktywność. Biedny Paddula, Slayer się mocno przejechał po swojej byłej postaci, ale mam wrażenie, że ciut przeciągnął ten roast tutaj. No dobra, w sumie przejebał walkę, miał prawo być zdenerwowany. Przyjemny był w sumie ten segment, zaprezentował nam gablotę, która myślę, że będzie bardzo fajnym dodatkiem dla Mantela i nada mu jeszcze więcej charakteru. Dobrze podpromował nam zbliżającą się walkę, czuć było złość w tym speechu, wyszło okey. Teraz trzeba mu będzie znaleźć poważnego przeciwnika, z którym będzie jak zrobić dobry program, żeby wyciągnąć z Derricka jeszcze więcej potencjału, a Slayer bardzo sobie na to zasłużył.

Tatsu i Elias- Boże, jaki to może być przepiękny duet XD. Te honorowe umoralnianie, te teksty w stylu "Dziadu" i chyba MVP segmentu - ty pierdolony gnoju po japońsku XDDD. Nie no, Carni i Kuba zapewnią nam tu dojebany kontent. Super był ten segment, ubawiłem się i chłopaki na pewno też pisząc to XD.

Dolnick - Wziął sobie do serca słowa Maksia, nie ma co. Jak dla mnie samo jedno słowo "odchodzi", pominięcie bufetu dobrze oddaje stan Grubasa i to, co się dzisiaj wydarzyło.

Waters - Jestem bardzo dumny z wymyślenia tego przejścia po Grubasie i ogólnie zawsze byłem fanem robienia łączonych segmentów. Fajnie to pokazuje, jak mocno te nasze zaplecze żyje. Oj dobrze tu siadł ten wjazd karetką. I są naprawdę wielkie emocje w tym speechu, czuć go totalnie, to wkurwienie pomieszane z rozczarowaniem. Bardzo, ale to bardzo dobrze zostało wszystko napisane, włącznie z reakcjami, które bardzo dobrze zaznaczało nam rosnące z czasem tempo całej wypowiedzi. Idzie kupić moim zdaniem to, co Waters ma nam do przekazania, jasno zaznaczył, że znalazł sobie pierwszy cel i dla tej postaci biorąc pod uwagę charakter jaki miał James w WCW, po latach spokoju czymś wręcz idealnym było takie zderzenie się z rzeczywistością wrestlingową. Może tu być naprawdę grubo, kolejna super robota Game na tej gali i mamy kolejny naprawdę mocny punkt ostatniego Elysium przed PPV.

ME - Z punktu widzenia fabularnego nie było lepszego rozwiązania niż wygrana Lorda, w dodatku w taki sposób. Jest w tym potencjał i mamy na to pomysł. Tu się przyczepię, po takiej walce o taką wstawkę w sumie mogliśmy pomyśleć o jakimś dopisku co po samej walce. Tyle pojebanych rzeczy się pojawiło na tej gali, że jakoś to każdemu umknęło.

Podpisanie kontraktu - Potężny tasiemiec, który znam w zasadzie na pamięć. Planowany od dawna, jednak trochę improwizacji tutaj poszło, bo za późno się za to zabraliśmy, ale myślę, że każdy dowiózł mimo presji czasu. Gdzieniegdzie będzie dokładniej, w pewnych miejscach ogólnie. Lecimy po kolei - Aldis robi nam tutaj dobre wprowadzenie, jest zdecydowanie budowanie emocji. Nawet wejściówki obu zawodników robią robotę, mamy chociażby takie smaczki jak to jabłko. Płyniemy grubo już od startu. Bardzo dobrze i logicznie rozpisany brawl, Axel musiał tutaj zadziałać po tym wszystkim co się zadziało. Ochrona nie mogła mieć z nimi łatwo ze wzgledu na panującą nienawiść między zawodnikami. Motyw z Aldisem Kuby i  bardzo mi się to podoba, bo uszkodzenie GMa na moment ostudza emocje, a samo to wydarzenie pozwala nam jeszcze w lepszy sposób wprowadzić ulubieńca widowni z Houston. Poza tym, w tej swojej krótkiej wypowiedzi Nick wypadł jak totalny szef. Widać, że doskonale rozumie, co tu się dzieje. Długie to wejście Wesa, ale bardzo chciałem się pochylić nad szczegółami, bo jednak jest to bardzo mocne wydarzenie patrząc na naszą e-fedową historię, kim sam Wallace jest, gdzie odbywa się gala i jakie emocje mogłoby to wzbudzić ze względu na znajomość i wspólną przeszłość z Lopezem. Poza tym jest to doskonała wręcz decyzja Aldisa, aby tego Wesa sprowadzić, taka postać ma wzbudzać respekt i utrzymać porządek, a o to Nickowi przede wszystkim chodziło. Wyrwanie się Axela to kolejny dla mnie dobry zabieg - po tym co się wydarzyło musiał odpalić pierwszy. A to co Remik i Carni zrobili w tych wypowiedziach... To jest poezja. Napiszę to zbiorczo ze względu na to, że ja tu kupuję dosłownie wszystko. WSZYSTKO. Dojebany poziom, naprawdę. Dojebane argumenty. Dojebane zdania, porównania. I te emocje (oczywiście różne u obu zawodników, co logiczne), reakcje, tutaj wszystko tak świetnie dla mnie gra i zostało przedstawione w sposób perfekcyjny. Naprawdę mógłbym się rozpływać nad konkretnymi wypowiedziami, ale po prostu całość stanowi dla mnie istny level TOP. Jestem zdecydowanie fanem przejścia do momentu, kiedy Wes zabiera głos, publika musiała się go domagać. Nie będę oceniał jak to napisałem, ale przy takim segmencie pewne kwestie muszą napisać w komentarzu, zwłaszcza, że wyszło to długie. No ciężko mi było to skrócić, w końcu to powrót, musiały pojawić się też te zabawy z publiką. Zawsze liczył się dla mnie przy Walcu real-talk, stąd głównie skupienie się na Axelu. Chłopaki tak zbudowali ten program, że nie było w tym momencie innej opcji, niż odniesienie się przede wszystkim do Mistrza, który w swojej głowie przeżywał kryzys. Umówmy się, kto zna Wesa ten wie, że nie zawracałby sobie głowy osobą, którą ma gdzieś i w której nic nie widzi. Tu jest przeciwnie, wszedł trochę jak taki mentor, który próbuje Axela obudzić, jak niegdyś Edge Cenę przed walką z Lesnarem. A Blaze? Moim zdaniem zajebiście wypada. Znowu z resztą. Przyjmuje słowa Wesa do serca i robi to totalnie ze smakiem, honorem, a nie jak skruszone dziecko po wywiadówce, dodatkowo rzuca delikatne szpilki, że Lopezowi się nie oberwało. Klasa. Moim zdaniem najlepsza reakcja, jaka mogła się tu pojawić. W dodatku dalej Panowie z walki wieczoru Heatwave rzucają w siebie bardzo dobrymi szpilkami. No dalej klasa, co tu można dodać? Profesjonaliści się wzięli za robotę. Jose za to przyjmuje inną narrację względem słów Wesa i mega to pasuje do jego obecnej postaci. Aczkolwiek kierując się tym, o czym wspominałem, Wallace dostał też dobry argument, żeby oberwało się i Hiszpanowi, przez co jest napinka na finiszu. Końcowa scena równie mocna, zakończenie mi zdecydowanie siedzi. Dzięki chłopaki za ten segment, mega się cieszę, ze mogłem w nim wystąpić. Nie będę mówił o sobie, ale cała reszta poziomem wspięła się na zdecydowane wyżyny. Jak podbudowywać walkę o pas, to właśnie w taki sposób. Myślę, że zrobiliśmy tu nieziemską aurę jak na standardy e-feda i biorąc to pod uwagę, nie przyjebałbym się nawet za długość. Hej, tu był naprawdę piekielnie mocne wydarzenia, to ostatni przystanek przed PPV, feud o główny pas w końcu. I w sumie przez to, że lekka improwizacja tu wpadła, to pewne rzeczy mogły wypaść jeszcze lepiej (chociażby małe spięcie kumpli, bo tak naprawdę Wes mógł wbić większą szpilę w Jose dopiero po jego słowach). Cudo ten segment wyszedł moim zdaniem.

Podsumowując, bangerek ta gala totalny moim zdaniem. Ile tu się mocnych rzeczy pojawiło, to nie mam pytań, od początku do końca można by wymieniać. Dodatkowo ludzie zdecydowanie dowieźli, dzięki za to, zajebista robota. Też jestem zdania, że to najlepsza tygodniówka, jaką kiedykolwiek czytałem na jakimkolwiek e-fedzie, ciężko będzie to przebić przez ogrom potężnych momentów, jakich mogliśmy doświadczyć. Umówmy się, też nie będziemy na siłę próbowali tego zrobić, potrzebne będą do tego określone wydarzenia, a także odpowiedni czas, moment stonowania i trochę luźniejszych gal również jest potrzebny. I tak na koniec - jestem z tego zajebiście dumny, co tu powstało. Raz jeszcze ogromne dzięki wszystkim.

Pozdrawiam,

Pan Terry
Zmęczony po zajebaniu kilku tasiemców na tej gali
Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.08.2026, 23:47 przez Panter.

3/0/2
 
5/0/2
Golden Laurel Briefcase (2026)
Odpowiedz
Cytuj
31.08.2026, 01:46
#6
ET - Brutal jak zwykle prosty, ordynarny język. Aż jestem w szoku, że nie rzucił tutaj z 4 przekleństwami na przestrzeni segmentu, aż musiałem drugi raz sprawdzić, czy to na pewno on bierze udział w segmencie. No i to, że nie zaczął "Edgarowa" też mnie zmyliło. Ciekawe jakiej zasady chciał przestrzegać xD Nie wiem, no mieszane mam odczucia po tym segmencie. Taki trochę nijaki. Brutal tu gra pierwsze skrzypce, ale nie ma nic sensownego do powiedzenia. Edgar to jakby tu był totalnie na doczepkę, trzeba było wyjaśnić dlaczego zgodził się zostać Tag Team Partnerem ZSJ, ale można to było zrobić trochę inaczej. Z największych problemów tego segmentu to na pewno to, że Brutal mówi, że to on załatwił im starcie - jeśli serio on je załatwił to jest chujowym załatwiaczem. Załatwienie walki, gdzie mają się zmierzyć z dwoma wrogami, którzy w zasadzie pewnie skończą napierdalanką między sobą zamiast z nimi jako test przed walką ze zdyscyplinowaną i zgraną drużyną to jest jakieś totalnie iksde. No o jest mega głupi plan, walka jak walka, wiadomo, że mogłaby się wydarzyć, ale to, że Brutal ją załatwił to jest słabe. Druga sprawa to to tłumaczenie - The Outfit mi się nie podoba, bo robi bałagan, ja może i też robię bałagan, ale jak go robię to jest fajnie, a oni już nie. Poza tym ja jestem z Elysium, a oni? No tak się składa, że oni też są z Elysium, ba, oni są OG z Elysium, a nie jakimiś farbowanymi lisami, którzy zaczynali na Colosseum i zostali przeniesieni. Ta wypowiedź Edgara to jest totalnie oderwana od reszty segmentu. Nie chodzi mi tutaj o to, że jest za duży kontrast między nimi, bo to by mogło grać na plus, ani o to, że Edgar nie dowiózł jakości, bo dowiózł. Tylko Edgar proponuje Brutalowi, żeby usiadł, coś do picia, wspomina o tym, że wieczór skończyłby się gorzej niż spotkanie potylicy z krzesłem, a Brutal w sumie na to kompletnie nie reaguje, ma swoje w głowie i tylko "akceptuje" decyzje w sprawie walki u boku Sabre. Swoją drogą, Brutal znowu ma coś w dupie, ależ on musi mieć rozepchanego anusia, że tak wszystko ma w dupie. Do czego piję? Do tego, że jak się mówi tydzień w tydzień, że wszystko ma się w dupie to tak naprawdę nie ma się tego w dupie. Bo cały czas zwracasz na to uwagę. Pokaż chociaż raz, że coś Cię naprawdę nie interesuje, zamiast ciągle tylko o tym mówić. Zupełnie szczerze to chyba najsłabsze rozpoczęcie Elysium, jakie do tej pory czytałem. Nie wiem czy to wynika z samego zaplanowania segmentu, czy z inwencji twórczej autorów, ale no nie zagrało to jak powinno.

JRW - O jaaaa, ale tu jest przepych przepotężny. Oczywiście totalnie się tego spodziewałem, tak musiało być, to wszystko do niego bardzo pasuje i bardzo ładnie ze sobą współgra. Bardzo ładnie do zostało wszystko opisane, bardzo przyjemnie się to czytało. Wszystko jest naprawdę dobrze dopracowane, tak to powinno wyglądać. Jedyne do czego mam zastrzeżenie to w zasadzie do tytułowania go mistrzem świata wagi ciężkiej, nawet byłym, bo to jest inna federacja, więc to nie ma znaczenia tutaj, nie ma prawa bytu. Wiadomo, na razie tylko w opisie, więc aż tak nie boli, ale mam wrażenie, że w każdym segmencie do tej pory to padało, więc warto zwrócić na to uwagę od razu. Ale ten atak, ale to pięknie zostało rozegrane xD tygodnie zapowiedzi, odjebane wejście jak dla gwiazdy, żeby nie dać mu wypowiedzieć nawet słowa xD złoto xD Swoją drogą dobry motyw, on się tam chwalił ostatnio, że był niepokonany, a tutaj w pierwszej chwili jak się tylko pojawił od razu zebrał wpierdol xDDDDD widziałem, że ma wpisane, że będzie fejsem, więc w sumie może od razu oszczędzi nam to gadania o byciu niepokonanym xD Za to Silasa to ja już nie rozumiem. Do tej pory, jak komuś spuścił wpierdol to było leczenie zakończone. Wpierdol był leczeniem. Tutaj nagle dostajemy leczenie rozpoczęte po wpierdolu. Zakładam, że może to prowadzić do jakiegoś story, ale przestaje się to trzymać kupy. Bardzo mało na razie wiemy o Silasie i z jednej strony fajnie, bo tajemnicza postać, ale z drugiej strony nie daje nam żadnych logicznych wskazówek, nie zostawia nam nic do rozkminy, nawet nie pozwala snuć teorii o co chodzi. Całościowo Opener segment jak najbardziej na plus, świetnie rozpisany, naprawdę dobrze przemyślany, sam pomysł na przebieg już jest cudowny. Tylko do tego Silasa mam delikatne zastrzeżenia, jak już ma być tajemniczy to chcę mieć nad czym rozmyślać w jego kontekście między galami. Jednak takie oficjalne otwarcie gali mocarne, bo po ET miałem lekkie obawy.

Lord Sebastien - Ojoj. Ojojojoj. Co tu się wydarzyło. Nie dość, że są błędy, a jeśli chodzi o interpunkcję to autor jest jaroszem, to jeszcze sporo błędów logicznych. Skoro McŁowicz potrafi z tanich składników zrobić coś, co da się położyć na talerz i to jest koniec jego zalet to dlaczego Lord w ogóle chce, żeby był jego kucharzem? Przecież nie będzie mu dawał tanich składników, a z drogimi sobie nie poradzi. Po co ma być jego kucharzem, skoro da się to tylko położyć na talerz, a Lord to chyba wymaga najwybitniejszych dań, żeby muskały jego podniebienie. No chyba, że to już by był taki wykręt do końca, na zasadzie, że Lord chce go jako swojego kucharza, tylko po to, żeby być jego szefem i nie dawać mu gotować, bo chujowo gotuje i chce tylko pokazać w ten sposób swoją władzę xD ale nie sądzę, po ostatnich ekscesach z kanapką. Dalej już trochę lepiej. Widzimy tego snoba, który opowiada o osiągnięciach SWOICH PRZODKÓW, przedstawiając tym samym swoje osiągnięcie jako... bycie potomkiem przodków, którzy coś osiągnęli xD ciekawe czy to celowy zabieg, czy wyszło przypadkiem. Za to McŁowicz jedyne co zrobił to obiad, cóż, przynajmniej zrobił go sam, własnymi rękami. Ogólnie to sam sobie szpile wbija ten  Lord, ale to w sumie pasuje do tej postaci, takie gimmickowe mocno. O właśnie, wiedziałem, że jednak będzie mu kazał gotować xD ale całkiem mi się podoba te tekst, że będzie wiedział, że musi dla niego pracować, mimo że odmówił, to celne, fajne. Całość powiedziałbym, że wyszła średnio (i nie, średnio nie znaczy, że super). Były dobre momenty, były słabe momenty i błędy. Błędy do poprawienia i będzie ok.

Video Promo - Eli Cottonwood to ten ziomek od wąsów, co nie ma wąsów? xD taaaak, bez kitu. Ależ tutaj ktoś go wyciągnął z czeluści xD Chłop tu wlatuje na grubo od razu, czy to jest zapowiedź jakiejś stajni? Tak to rozumiem, w sumie nawet dobrze, bo będzie w razie czego The Outfit miało co robić. No na razie mało, ale parsknąłem aż, jak przeczytałem o tych wąsach i przypomniałem sobie ten segment xD i jeszcze jak to zostało fajnie przerobione w ich cel xDDDD niech się strzeże każdy gładki chłopiec, szkoda, że on sam nie ma wąsów xDDDDDD Jest potencjał, jest kurwa potencjał.

No i tak musiało być, trzeba było dociągnąć story z ZSJ do końca i lecimy dalej.

Surfer i Lopez - No i ma rację chłopak. Ja też się nie spodziewałem, że w debiucie ringowym publiczność zrobi mu falę. Nie ma szans, oni go widzieli tylko raz, na video promo i na razie nawet nie wiedzą jak się nazywa, gdzie tutaj robienie fali? No popłynął nam surfer, nie powiem. No i jest problem z tym spory, bo on na tym opiera całą swoją przemowę, przez co trochę wychodzi bullshit. No nie mogę tego dobrze ocenić, bo to jest totalnie nierealistyczne i by się totalnie nie wydarzyło. I przez to całość tekstu powinna wyglądać inaczej. Za to Jose wjeżdża i rozjeżdża. Najlepsze łamanie 4 ściany na LPW, zajebisty real, piękne nawiązania. No bardzo mocna wypowiedź od Lopeza, bardzo, bardzo mocna. Krótko, ale bardzo treściwie, no tutaj nie da się do czegokolwiek przyczepić. Wspaniały segment, dobrze, że wyszedł Lopez, bo go tutaj wyratował i wyciągnął niesamowicie za uszy.

Makłowicz - No i znowu mam mieszane odczucia. Tym razem nie tyle, żeby całość wyszła średnio, bo i tak dałem radę przebrnąć przez to w całości, bardzo sprawnie i dopiero potem zacząć komentowanie, a to już jest oznaka, że jest ok. Ta pierwsza połowa jest trochę nijaka, ale za to druga już jest fajna i ładnie siada, ze smakiem. W tej pierwszej części trochę luzu może zabrakło? Może nie tyle streszczania nam co się działo, tylko konkretów? Tak mi się wydaje, że w tą stronę bym poszedł. Ale sam pomysł na segment i to w jakim kształcie został uformowany to mi mega siada. Fajnie, że Rob patrzy w ten fartuch, w końcu może musieć za chwilę go nosić. Taka fajna rozterka, zaduma wychodzi. Tylko chyba wykonanie można by było jeszcze dopracować. Bo na początku jak przeczytałem, że nie gotuje i patrzy w ten fartuch to aż miałem w głowie, że teraz taki nostalgiczny dymek nad głową się powinien pojawić, trochę wspomnień z gotowania, potem trochę z ringu, pokazać, że może i jest kucharzem, ale wrestling też kocha i nie da się takiemu bananowi.

Halloway i Leone - już pisałem to Zimnemu, ale napiszę jeszcze raz ogólnie. Bardzo jestem zadowolony z tego segmentu. Po pierwsze dostaliśmy wolna rękę i bardzo szybko doszliśmy do porozumienia jak byśmy chcieli, żeby ten segment wyglądał, a po drugie udało się spełnić wszystkie założenia. Jak miało być zabawnie, to było zabawnie, jak miało być poważnie, to było poważnie. Dalej podtrzymuję tutaj, że Zimny wprost idealnie balansuje między real talkiem, a teoriami spiskowymi. Jakie to jest super, jak on gładko przechodzi od puszczenia bączka z farszem lub bez, do poważnego podejścia do rywala, któremu zamierza postawić twarde warunki w ringu. To, że on dostał pas to mu tak dobrze zrobiło, Jezu, no zasłużył na niego chłop, mocno się uwiarygodnił i mega rozwinął postać. Cudowne jest to wykorzystywane lajwów, uwielbiam ten motyw i cieszę się, że mogliśmy z niego tutaj skorzystać. Research dalej dobrze robiony, ta loża P2 to mnie trochę pod ścianą podstawiła, bo w sumie to by Tony z nimi zrelować, zwłaszcza, że oni byli antykomunistico xD Także świetna robota od Zimnego, a uważam, że nie miał łatwego zadania, bo Leone to nie jest jednoznaczna postać. I uważam, że dla fejsów może być naprawdę trudno się czasami odnaleźć w jego gierkach. Bo niby wiadomo, że on jest zły, ale no jednak sprawia wrażenie takiego przemiłego człowieka. Dzień dobry zawsze na klatce mówi i ma w domu święte obrazki, czyli wiadomo, że niewinny. Co do Tony'ego to się nie spodziewałem tej puenty z farszem na końcu. Nie będę ściemniał, to nie był mój pomysł. Jeśli chodzi o wszystko co ze stajnią związane to wszystko konsultujemy na czacie, więc tutaj poszła sugestia od Jakuba, że fajnie by było, jakby Tony na końcu się odniósł do tego farszu, że tam coś jednak poszło, tylko, żeby to ładnie po swojemu ułożyć. I jeszcze z miesiąc temu stawałbym okoniem, że to się nie może wydarzyć przy tak poważnej postaci, ale otworzyło się trzecie oko i podejrzewam, że to wynika właśnie z życia tego naszego czatu i to jak dużo niepoważnych rzeczy tam pada xD Tutaj jako Tony chciałem bardzo osiągnąć taki efekt, że przecież Derek mnie nie obraził, ale tak podkręcić jego słowa (jak nazwanie faszystą w nawiązaniu do loży P2) i włożyć mu je w usta, żeby wykreować atak na Tony'ego i teraz niestety będzie musiał się bronić. Moim zdaniem się udało.

Ransom - Ale chłop tutaj poleciał na poważnie. Aż dziwnie się takie wypowiedzi czyta w kontekście Dolnicka xD Maxwell widać, że zrobił solidną robotę u psychologów z tą depresją, bo nie ma już po niej śladu, emocjonalnie reaguje bardzo prawidłowo, a jeszcze cała przemowa, którą nas tutaj uraczył wyszła jak od rasowego coacha. Najpierw trzeba było wstrząsnąć JPD, żeby wyrzucić go ze strefy komfortu, zmusić do posłuchania i na koniec zostawić refleksję. Niech teraz chłop sobie powie, żeby się po prostu uśmiechnąć, po takim ciosie prosto w serce xD Bardzo mocne promo, naprawdę dobrze się to czytało. Mimo tego, że nie było najkrótsze to bardzo szybko przez nie przebrnąłem. Bardzo dobrze przemyślane, bardzo precyzyjnie podane. No siedzi ten Maksiu, aż żałuję, że się podłożył ostatnio naszemu Capo, w sumie to na spokojnie mógłby teraz iść po pas zamiast Tony'ego i nie wiem, czy nawet by do tego lepiej nie pasował. Bo bardzo ładnie nam się na Elysium, przez te 4 gale zbudował Maksiu. A tutaj wygląda na to, że doprowadził story z Jeanem do końca i jeszcze taki elegancki real talk na koniec. Mocne gówno, mocne.

Edgar i Brutal vs The Outfit - Mmmmm, ale mi to siadło. O Cię skurwensyn, cholernie mocny segment. Przede wszystkim bardzo się cieszę, że jest podobnie, ale są jasne zaznaczone niuanse. Bardzo dobrze, że wszyscy z Outfit zachowują najwyższą kulturę oraz piękny język wypowiedzi, ale Enzo tutaj od razu widać, że jest inny, bo on nie ma problemu, żeby otarcie grozić. Bardzo siada mi ten motyw z gorliwym katolikiem, to mega do niego pasuje, no i to jest właśnie doskonały motyw, taki filmowy, że jedną ręką wbija nóż w plecy, ale z drugiej strony już jest w konfesjonale, żeby wyznać przed Bogiem swoje grzechy. Jak Michael Corleone, który tutaj jest na chrzcie swojego siostrzeńca i w momencie, kiedy wyrzeka się zła i szatana to z jego rozkazu giną w całości dwie inne rodziny mafijne, które przeciwko nim spiskowały. Kurwa, no nie mogę, jak pisałem, że w poprzednim segmencie to było precyzyjnie podane, to przy tym, co jest tutaj, to był chuj. Wszystko dosłownie perfekcyjnie wywarzone i tak płynie. Edgar tutaj tak fituje, Boże, Edgar to jest w ogóle mój wymarzony partner do segmentów z Tonym, dosłownie mój mokry sen. Chłop tutaj wjeżdża z wysokiego C, tak jak mówiłem, idealnie wpasowuje się w nastrój, reaguje na to, co mówił Enzo, wiedział w jakie tony uderzyć, żeby wbić szpilę, która zaboli. A przecież jest zakaz atakowania, sam to Enzo przed chwilą powiedział. Mega mi się podoba ten Edgar-autor, który pisze swoją opowieść i jest wciekły, że pojawiła się w niej jakaś anomalia. Widać, że jest na to wściekły, ale dalej trzyma fason. Żeby tylko nie próbował dla nich za karę otworzyć jakiejś rządowej komory śmierci. Świetnie oddane emocje, adekwatna reakcja, no wszystko mi tutaj gra perfekcyjnie. Enzo też odpowiada bardzo precyzyjnie, dużo dobrych nawiązań do kultury, bardzo ładnie to uwiarygadnia Outfit, ale potem jednak jest podostrzenie, jest większa agresja, jest odpowiedź na bluźnierstwo, jest wszystko to, co powinno być. Łącznie z tym, że widać elegancko oddanie i znajomość słów Dona, nawet jeśli go przy nim w tym momencie nie było. Brutal niestety wyraźnie tutaj odstawał, no ale dostał trudne zadanie, bo przy ścisłej czołówce forum musiał się jakoś zmieścić. Nie sądzę, że publiczność by cheerowała, że chłop przerywa tak ciekawy segment i tak piękną wymianę zdań. Zwłaszcza, że Outfit od debiutu byłaby bardzo gorącym tematem i ludzie czekaliby na rozwój akcji, a dwa że Edgar, który przed chwilą był w szpitalu i znowu dostał od nich wpierdol dowiózł niesamowicie. Także nie dość, że Brutal miał ciężkie zadanie to jeszcze zajebał bullshitem na początku, żeby je sobie jeszcze bardziej utrudnić. Ale niesamowite jest to, że robi dalej to samo, znowu na coś leje, albo ma w dupie, co, jak już wspominałem na początku, nie gra dla niego najlepiej. Bo jak lejesz na wszystko to traci swój wydźwięk. I teraz wiem, że to na pewno Brutal, bo nie mógł sobie odmówić przekleństwa i wyjebał całą piękną kulturę w tym segmencie do kosza, na to też się wylał. O, to jest dobry przykład, Brutal leje na kulturę, albo ma ją w dupie, do wyboru. Ani razu to nie musiało paść w jego wypowiedzi, ale wszyscy to wiedzą i wierzą, bo zamiast o tym gadać, to po prostu to robi. Mein Got, ile tu chłop najebał przekleństw w tak krótkiej wypowiedzi, niesamowite. Z tego miejsca serdecznie chciałem przeprosić Pantera, za to, że zwróciłem mu uwagę, że przesadził z trzema wulgaryzmami w swojej dużo, dużo dłuższej wypowiedzi. Przesada znalazła się jednak tutaj. Ale ja już o tym pisałem tyle razy i mimo tego, że wiem, że Michał czyta moje wszystkie komentarze to i tak nie bierze sobie z nich za dużo do serca, więc może skończę się powtarzać. To po prostu odbiera masę smaku z takiego segmentu. I ten tekst po włosku na końcu, o kurwa xDDDDDDDDDDDDD ale skisłem teraz, Brutal, który robi z siebie takiego prymitywa, on na wszystko leje, wszystko ma w dupie, nudzi go kulturalna wymiana zdań na bardzo wysokim poziomie, ale tutaj nagle zna włoski i wciska tekścik po włosku, no nie mogę xD dawno już nie widziałem od Brutala czegoś, co by aż tak się kłóciło z jego wizerunkiem, który kreuje. Vizzini tutaj to go rozsmarowuje dosłownie. Brutal chciał zabłysnąć, a został zgaszony jak pet. Udało mu się skłonić Vizziniego do mówienia i to był błąd. Krótka, bardzo krótka ta wypowiedź, ale bardzo konkretna. Bardzo dobrze oddany gimmick, nerwy na wodzy, emocje nie istnieją. Nie ma strachu, nie ma wściekłości, jest tylko cel do zrealizowania. Jak u zimnokrwistego zabójcy. Bardzo ładnie się to wszystko spięło, absolutnie wybitny segment, mimo próby sabotażu Brutalu. Pochłonąłem to na raz, nawet nie zrobiłem sobie przerwy, żeby się napić. Jeszcze to Jebać Dorosłość na koniec xDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD

Mantel - treściowo jest OK, tylko bym się przyczepił do tej gablotki z trofeami. Zabrakło mi opisu co w niej jest dokładnie, koro to gablotka na trofea. No i jeśli jest w niej tylko maska, to nie jest ona w honorowym miejscu, tylko jest tam jako jedyna, a jak jest ich więcej to chciałbym wiedzieć co w niej jest. No, a poza tym już będę chwalił. Prawie całkowicie udało się uniknąć błędów, znalazłem chyba tylko jeden, więc jest potęp względem ostatniego segmentu, od razu przyjemniej się to czyta. Widać dużo pracy nad gimmickiem, teraz mamy w zasadzie kolejny widoczny rozwój, widać, że była jakaś zmiana. Ale fajnie, bo wypada dość agresywnie, dobrze oddaje emocje po przegranej walce i tym, że w zasadzie musiał współpracować ze swoim wrogiem. Przyjemny segmencik jako przerywnik między The Outfit, a podpisaniem kontraktu. Trzyma poziom Mantel, zaraz tam zmiecie Kociarza z powierzchni Ziemi na Heatwave i pewnie pójdzie po walkę o pas Eternal. No i beka, bo to kolejny kandydat taki realny, naturalny i wiarygodny xD ogólnie to imo trzeba będzie zaraz zrobić jakąś wieloosobową walkę, żeby wszystkich nagrodzić, bo się nie da inaczej xD

Tatsu - Veto! Wniosek formalny numer 67 został odrzucony. Nie wolno pisać, że cios karate został okraszony odpowiednim dźwiękiem. Teraz Carni Twoja wina, że nie będę mógł spać. Kończę komentarz, jest 00:47 i do rana się będę zastanawiać czy to było Hiyaaa! Hyaaa! Czy może Haaaaaiya! Albo Bóg jeden wie, co jeszcze. Masz mnie na sumieniu, pamiętaj o tym. Jak to jest Twoja taktyka, żebym na zmęczeniu zapomniał oddać posta na BS to prawdziwie zwą Cię Cwelopezem. Ale ugułem to cudownie honorowo/niehonorowy segment, bardzo się to dla mnie podoba, że bardzo jasno jest zaznaczone, że wszystko co robi Tatsu jest honorowe, a Elias jak coś robi to jest to niehonorowe. Że chłop zaczyna przeklinać po japońsku (z nową funkcją to jest mega wygodne, że od razu masz tłumaczenie, dzięki Rysiu-kun) i potem wali w chuja, że to było jakieś mądre powiedzenie xD coś pięknego. Niesamowite, że tu się taki pastiż odbywa, jest beczka, a taki Yoshi ma więcej charakteru niż jego inspiracje xD Dobra robota Carni-san. Ale Jakub-San też dał radę, podziwiam takie pisaniem tym Eliasem, ja bym nie dał rady xD

Dolnick - O nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee. Nie może tak być. A kto mi będzie pisał segmenty z karłami? A kto będzie robił zajebiście śmieszne streamy? Nie no, Panowie, tak się nie robi. Wychodzimy. Następnym razem proszę nie brać 4 postaci naraz, jak nie jesteś w stanie, Tatsu i Martina byśmy przeżyli, ale no kurdeeeeee. Nie Dolnicka. Mam nadzieję, że to jego kolejny żart, bo inaczej to sobie.... inaczej pogadamy (chyba coś pojebałem w tłumaczeniu)

JRW - Proszę się opanować z tym byłym mistrzem świata wagi ciężkiej, bo się pogniewamy. Serio, to jest nowe show, nowa federacja, tutaj nie ma pasa WHC. Tutaj jest LPW World Champion i tak się składa, że jeszcze trzyma go Blaze. Mamy tutaj trochę postaci z WCW, ale nikt się tamtejszymi tytułami nie przedstawia. I to trzeba zmienić. Koniecznie. Poza tym, nie wyobrażam sobie sytuacji, że teraz Ambrose wraca do WWE, czy tam inny Jericho, o albo jeszcze lepszy przykład MJF i na dzień dobry mówi, że on to w sumie był AEW Championem i chuj xD Przecież to by było jego pierwsze i ostatnie promo, które wygłosił w WWE xD Nie spodziewałem się, że Rzeka Wody jeszcze nam wróci na galę po takim wpierdolu. Trochę szkoda, bo to trochę osłabia Silasa, już mógł sobie darować i poczekać do następnej gali, żeby bardziej zbudować kolegę. Tą decyzję uważam za błąd. Bo nie po to budujemy Silasa na potężnego Monster Heela, żeby teraz osłabiać i łagodzić jego wpierdol. No i ja wiem, że przede jest jeszcze kolubryna na koniec i tutaj też nie dostajemy przed tym najkrótszego segmentu, mimo tego, żę miał wejście z pompą. Sama treść jest naprawdę niezła, dobrze przemyślana i odegrana. Mimo długości to bardzo sprawnie przez całość przebrnąłem. Wiadomo, że musiał być wkurzony, po takim wejściu pewnie chciał sobie robić gałę w wypowiedzi przez kolejne 20 minut, a tu taka brutalna niespodzianka. Bardzo dobrze to tutaj wszystko wybrzmiało. No i w sumie teraz się ciężki temat zaczyna, skoro on chce się zemścić na Silasie to ich story będzie musiało być perfekcyjnie zaplanowane. Bo to jest coś, co potencjalnie może zakopać Silasa, albo go zbudować jeszcze bardziej. No i w sumie taka porażka na dzień dobry dobrze by mu zrobiła, bo faktycznie oddzieliłaby to całe WCW grubą kreską. A warto, bo za dużo do niego wraca Rzeka. No i jestem też naprawdę bardzo ciekawy Jakuba w roli face'a, jak sobie poradzi, jak się odnajdzie.

Błagam, Rysiu, ogarnij ten Move Set McŁowicza, bo na tym się nie da sensownie pracować. Bardzo chciałem, żeby to Lord Wygrał, bo to otwiera ścieżkę na ciekawe story, mimo tego, że jakby patrzeć na jakość obu postaci to Robcio powinien wciągnąć dupą Lorda.

podpisanie kontraktu - No i mamy to, jest o i wspomniana kolubryna. To jest na pewno najdłuższy segment w historii efedów, jaki miałem okazję czytać. Ale to już chłopakom pisałem, że uważam, że nas za bardzo poniosło na DC już przy wspólnym ustalaniu przebiegu segmentu. Na samym początku muszę bardzo pochwalić chłopaków za współpracę, bo jak już zaczęliśmy to pisać to poszło bardzo szybko. Każdy dorzucił coś od siebie, jak coś było nie tak to wlatywały poprawki już na etapie planowania. I od razu muszę Wam też powiedzieć, że w piątek to chyba humoru nie miałem, albo po prostu czytając część po części, a nie jako całość to trochę tam kręciłem nosem, ale tak jak usiadłem teraz i wciągnąłem to na raz... to o kurwa. Jakie to jest mocne gówno. Nick tutaj w ogóle nie próbował grać pierwszych skrzypiec, odegrał swoją rolę i oddał blask flashy gwiazdom. Ta bójka, w której jeszcze oberwał, no zachował się jak dobry szef, rozumie emocje, wie, że to nie było celowo, nie będzie się pierdolił z wyciąganiem konsekwencji, tylko jest przygotowany i ma na to specjalnego "ochroniarza hosta". Blaze musiał tutaj się wyrwać z atakiem, nie było innej opcji moim zdaniem. Nawet dobrze, że trochę daliśmy im się pobić, jest temperatura, jest ciśnienie przed PPV. Jeszcze ten Wes tutaj wychodzi, w swoim rodzinnym mieście, no kurwa, star power tutaj wywala poza skalę, jeszcze ten motyw, że mu się wcinają z gadką - nie z braku kultury czy złośliwości, tylko dlatego, że emocje biorą górę - to też jest w punkt. Przyznam się uczciwie, że byłem obsrany przed zaczynaniem. Ostatnio znacznie mniej pisałem Blaze'em, jeśli chodzi o wypowiedzi, znacznie więcej Leone i potrzebowałem chwili i odpowiedniej muzyki, żeby wejść w postać, autentycznie się bałem, że jak zacznę to Carni mnie po prostu zje na tym mikrofonie. Alle myślę, że ostatecznie nie odstawaliśmy w tym segmencie poziomem i każdy spełnił swoją rolę. Mega doceniam, że tutaj każdy nie tylko oddaje swój gimmick, który ma wpisany w KP, który ma wykreowany na forum, ale też wplatane są emocje i ten taki mini gimmick, który się tworzy z wydarzeń, które ostatnio miały miejsce. Lopez jest tutaj dosłownie bezbłędny. Odnosiłem się już dwa razy do precyzji podania na gali i znowu, myślałem, że się nie da lepiej, ale uważam, że tutaj znowu poszliśmy jeszcze o krok dalej. Lopez musi być zirytowany, tym co się dzieje i jest to cudownie oddane, on dalej jak ta żmija knuje i pluje jadem, próbuje dalej grać z tym Axelem i zrobić z niego potwora, chociaż przecież wcale nie musi, bo przyniósł zdjęcia z jasnymi dowodami, że Blaze nim po prostu jest i koniec. Doskonale wie, gdzie nacisnąć, żeby bolało najbardziej. Zrobił dobrą robotę przez te dwa miesiące i teraz z tego korzysta, teraz zbiera żniwo. Wallace też tutaj wpada cały na biało. Spełnia swoją rolę, gra z publicznością, gra z chłopakami, jednocześnie był w stanie ich opanować, żeby zadbać o porządek i poprowadzić dyskusje w odpowiednim kierunku. Myślę, że te przekleństwa można by było ograniczyć, chociaż mogło być też gorzej xD Dobrze dobrał słowa, żeby obudzić Blaze'a, pokazał, że są z Lopezem kumplami, wszystko w punkt. Dokładnie tak jak trzeba. Na początku, po pierwszej wypowiedzi mówiłem, że się zrobiła jebalnia po Mistrzu, bo w sumie połowa wypowiedzi była jego krytyką, potem na końcu spropsował, a Lopeza zostawił w spokoju, tylko pochwalił i siadła mi psycha, że teraz 2 vs 1, nie na swojej tygodniówce, po całym story tak rozpisanym, że Lopez na nim mocno zyskuje nie da sobie rady na mikrofonie przeciwko dwóm, ale potem Wes jeszcze skarcił Lopeza i wyszło to dobrze. Bałem się też, że Wes tu będzie grał pierwsze skrzypce, ale mimo tego, że wszedł jako ostatni to absolutnie tak nie było. Miał swoją rolę i ją spełnił, a jak trzeba było to zszedł ze sceny. Absolutna PERFEKCJA tutaj została odpierdolona. Co prawda długość tego mnie zabiła 4 razy, ale kurwa, jakie to było przezajebiste. Ja-pier-kurwa-dole.

Podsumowanie - No i był to kawał zajebistej gali. Na pewno najlepszej na forum, być może i pokusiłbym się, że ogólnie najlepszej, jaką czytałem ogólnie. Na NWF na pewno nie było nic lepszego. Na WCW... musiałbym się cofnąć do jakiejś gali spod ręki Whipa, żeby porównać. Ale sam fakt, że tak daleko muszę szukać to już mówi dużo. Co nie znaczy, że gala była idealna. Niestety, zdarzyły się dwa słabsze segmenty w postaci ET i Lorda Sebastiena, ale to ile było naprawdę wybitnych segmentów to się aż w głowie nie mieści. I chyba pierdole już to ocenianie w skali szkolnej, bo to się nie da sensownie ciągnąć przez dłuższy czas xD będę słownie oceniać, wystarczy xD
Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.08.2026, 14:46 przez Remik.

[Obrazek: 4295.png]
9/0/2
1x LPW World Champion

[Obrazek: 6651.png]
4/0/0
1x Eternal Champion [current]
Odpowiedz
Cytuj
Remik
Eternal Champion
31.08.2026, 01:46 #6
ET - Brutal jak zwykle prosty, ordynarny język. Aż jestem w szoku, że nie rzucił tutaj z 4 przekleństwami na przestrzeni segmentu, aż musiałem drugi raz sprawdzić, czy to na pewno on bierze udział w segmencie. No i to, że nie zaczął "Edgarowa" też mnie zmyliło. Ciekawe jakiej zasady chciał przestrzegać xD Nie wiem, no mieszane mam odczucia po tym segmencie. Taki trochę nijaki. Brutal tu gra pierwsze skrzypce, ale nie ma nic sensownego do powiedzenia. Edgar to jakby tu był totalnie na doczepkę, trzeba było wyjaśnić dlaczego zgodził się zostać Tag Team Partnerem ZSJ, ale można to było zrobić trochę inaczej. Z największych problemów tego segmentu to na pewno to, że Brutal mówi, że to on załatwił im starcie - jeśli serio on je załatwił to jest chujowym załatwiaczem. Załatwienie walki, gdzie mają się zmierzyć z dwoma wrogami, którzy w zasadzie pewnie skończą napierdalanką między sobą zamiast z nimi jako test przed walką ze zdyscyplinowaną i zgraną drużyną to jest jakieś totalnie iksde. No o jest mega głupi plan, walka jak walka, wiadomo, że mogłaby się wydarzyć, ale to, że Brutal ją załatwił to jest słabe. Druga sprawa to to tłumaczenie - The Outfit mi się nie podoba, bo robi bałagan, ja może i też robię bałagan, ale jak go robię to jest fajnie, a oni już nie. Poza tym ja jestem z Elysium, a oni? No tak się składa, że oni też są z Elysium, ba, oni są OG z Elysium, a nie jakimiś farbowanymi lisami, którzy zaczynali na Colosseum i zostali przeniesieni. Ta wypowiedź Edgara to jest totalnie oderwana od reszty segmentu. Nie chodzi mi tutaj o to, że jest za duży kontrast między nimi, bo to by mogło grać na plus, ani o to, że Edgar nie dowiózł jakości, bo dowiózł. Tylko Edgar proponuje Brutalowi, żeby usiadł, coś do picia, wspomina o tym, że wieczór skończyłby się gorzej niż spotkanie potylicy z krzesłem, a Brutal w sumie na to kompletnie nie reaguje, ma swoje w głowie i tylko "akceptuje" decyzje w sprawie walki u boku Sabre. Swoją drogą, Brutal znowu ma coś w dupie, ależ on musi mieć rozepchanego anusia, że tak wszystko ma w dupie. Do czego piję? Do tego, że jak się mówi tydzień w tydzień, że wszystko ma się w dupie to tak naprawdę nie ma się tego w dupie. Bo cały czas zwracasz na to uwagę. Pokaż chociaż raz, że coś Cię naprawdę nie interesuje, zamiast ciągle tylko o tym mówić. Zupełnie szczerze to chyba najsłabsze rozpoczęcie Elysium, jakie do tej pory czytałem. Nie wiem czy to wynika z samego zaplanowania segmentu, czy z inwencji twórczej autorów, ale no nie zagrało to jak powinno.

JRW - O jaaaa, ale tu jest przepych przepotężny. Oczywiście totalnie się tego spodziewałem, tak musiało być, to wszystko do niego bardzo pasuje i bardzo ładnie ze sobą współgra. Bardzo ładnie do zostało wszystko opisane, bardzo przyjemnie się to czytało. Wszystko jest naprawdę dobrze dopracowane, tak to powinno wyglądać. Jedyne do czego mam zastrzeżenie to w zasadzie do tytułowania go mistrzem świata wagi ciężkiej, nawet byłym, bo to jest inna federacja, więc to nie ma znaczenia tutaj, nie ma prawa bytu. Wiadomo, na razie tylko w opisie, więc aż tak nie boli, ale mam wrażenie, że w każdym segmencie do tej pory to padało, więc warto zwrócić na to uwagę od razu. Ale ten atak, ale to pięknie zostało rozegrane xD tygodnie zapowiedzi, odjebane wejście jak dla gwiazdy, żeby nie dać mu wypowiedzieć nawet słowa xD złoto xD Swoją drogą dobry motyw, on się tam chwalił ostatnio, że był niepokonany, a tutaj w pierwszej chwili jak się tylko pojawił od razu zebrał wpierdol xDDDDD widziałem, że ma wpisane, że będzie fejsem, więc w sumie może od razu oszczędzi nam to gadania o byciu niepokonanym xD Za to Silasa to ja już nie rozumiem. Do tej pory, jak komuś spuścił wpierdol to było leczenie zakończone. Wpierdol był leczeniem. Tutaj nagle dostajemy leczenie rozpoczęte po wpierdolu. Zakładam, że może to prowadzić do jakiegoś story, ale przestaje się to trzymać kupy. Bardzo mało na razie wiemy o Silasie i z jednej strony fajnie, bo tajemnicza postać, ale z drugiej strony nie daje nam żadnych logicznych wskazówek, nie zostawia nam nic do rozkminy, nawet nie pozwala snuć teorii o co chodzi. Całościowo Opener segment jak najbardziej na plus, świetnie rozpisany, naprawdę dobrze przemyślany, sam pomysł na przebieg już jest cudowny. Tylko do tego Silasa mam delikatne zastrzeżenia, jak już ma być tajemniczy to chcę mieć nad czym rozmyślać w jego kontekście między galami. Jednak takie oficjalne otwarcie gali mocarne, bo po ET miałem lekkie obawy.

Lord Sebastien - Ojoj. Ojojojoj. Co tu się wydarzyło. Nie dość, że są błędy, a jeśli chodzi o interpunkcję to autor jest jaroszem, to jeszcze sporo błędów logicznych. Skoro McŁowicz potrafi z tanich składników zrobić coś, co da się położyć na talerz i to jest koniec jego zalet to dlaczego Lord w ogóle chce, żeby był jego kucharzem? Przecież nie będzie mu dawał tanich składników, a z drogimi sobie nie poradzi. Po co ma być jego kucharzem, skoro da się to tylko położyć na talerz, a Lord to chyba wymaga najwybitniejszych dań, żeby muskały jego podniebienie. No chyba, że to już by był taki wykręt do końca, na zasadzie, że Lord chce go jako swojego kucharza, tylko po to, żeby być jego szefem i nie dawać mu gotować, bo chujowo gotuje i chce tylko pokazać w ten sposób swoją władzę xD ale nie sądzę, po ostatnich ekscesach z kanapką. Dalej już trochę lepiej. Widzimy tego snoba, który opowiada o osiągnięciach SWOICH PRZODKÓW, przedstawiając tym samym swoje osiągnięcie jako... bycie potomkiem przodków, którzy coś osiągnęli xD ciekawe czy to celowy zabieg, czy wyszło przypadkiem. Za to McŁowicz jedyne co zrobił to obiad, cóż, przynajmniej zrobił go sam, własnymi rękami. Ogólnie to sam sobie szpile wbija ten  Lord, ale to w sumie pasuje do tej postaci, takie gimmickowe mocno. O właśnie, wiedziałem, że jednak będzie mu kazał gotować xD ale całkiem mi się podoba te tekst, że będzie wiedział, że musi dla niego pracować, mimo że odmówił, to celne, fajne. Całość powiedziałbym, że wyszła średnio (i nie, średnio nie znaczy, że super). Były dobre momenty, były słabe momenty i błędy. Błędy do poprawienia i będzie ok.

Video Promo - Eli Cottonwood to ten ziomek od wąsów, co nie ma wąsów? xD taaaak, bez kitu. Ależ tutaj ktoś go wyciągnął z czeluści xD Chłop tu wlatuje na grubo od razu, czy to jest zapowiedź jakiejś stajni? Tak to rozumiem, w sumie nawet dobrze, bo będzie w razie czego The Outfit miało co robić. No na razie mało, ale parsknąłem aż, jak przeczytałem o tych wąsach i przypomniałem sobie ten segment xD i jeszcze jak to zostało fajnie przerobione w ich cel xDDDD niech się strzeże każdy gładki chłopiec, szkoda, że on sam nie ma wąsów xDDDDDD Jest potencjał, jest kurwa potencjał.

No i tak musiało być, trzeba było dociągnąć story z ZSJ do końca i lecimy dalej.

Surfer i Lopez - No i ma rację chłopak. Ja też się nie spodziewałem, że w debiucie ringowym publiczność zrobi mu falę. Nie ma szans, oni go widzieli tylko raz, na video promo i na razie nawet nie wiedzą jak się nazywa, gdzie tutaj robienie fali? No popłynął nam surfer, nie powiem. No i jest problem z tym spory, bo on na tym opiera całą swoją przemowę, przez co trochę wychodzi bullshit. No nie mogę tego dobrze ocenić, bo to jest totalnie nierealistyczne i by się totalnie nie wydarzyło. I przez to całość tekstu powinna wyglądać inaczej. Za to Jose wjeżdża i rozjeżdża. Najlepsze łamanie 4 ściany na LPW, zajebisty real, piękne nawiązania. No bardzo mocna wypowiedź od Lopeza, bardzo, bardzo mocna. Krótko, ale bardzo treściwie, no tutaj nie da się do czegokolwiek przyczepić. Wspaniały segment, dobrze, że wyszedł Lopez, bo go tutaj wyratował i wyciągnął niesamowicie za uszy.

Makłowicz - No i znowu mam mieszane odczucia. Tym razem nie tyle, żeby całość wyszła średnio, bo i tak dałem radę przebrnąć przez to w całości, bardzo sprawnie i dopiero potem zacząć komentowanie, a to już jest oznaka, że jest ok. Ta pierwsza połowa jest trochę nijaka, ale za to druga już jest fajna i ładnie siada, ze smakiem. W tej pierwszej części trochę luzu może zabrakło? Może nie tyle streszczania nam co się działo, tylko konkretów? Tak mi się wydaje, że w tą stronę bym poszedł. Ale sam pomysł na segment i to w jakim kształcie został uformowany to mi mega siada. Fajnie, że Rob patrzy w ten fartuch, w końcu może musieć za chwilę go nosić. Taka fajna rozterka, zaduma wychodzi. Tylko chyba wykonanie można by było jeszcze dopracować. Bo na początku jak przeczytałem, że nie gotuje i patrzy w ten fartuch to aż miałem w głowie, że teraz taki nostalgiczny dymek nad głową się powinien pojawić, trochę wspomnień z gotowania, potem trochę z ringu, pokazać, że może i jest kucharzem, ale wrestling też kocha i nie da się takiemu bananowi.

Halloway i Leone - już pisałem to Zimnemu, ale napiszę jeszcze raz ogólnie. Bardzo jestem zadowolony z tego segmentu. Po pierwsze dostaliśmy wolna rękę i bardzo szybko doszliśmy do porozumienia jak byśmy chcieli, żeby ten segment wyglądał, a po drugie udało się spełnić wszystkie założenia. Jak miało być zabawnie, to było zabawnie, jak miało być poważnie, to było poważnie. Dalej podtrzymuję tutaj, że Zimny wprost idealnie balansuje między real talkiem, a teoriami spiskowymi. Jakie to jest super, jak on gładko przechodzi od puszczenia bączka z farszem lub bez, do poważnego podejścia do rywala, któremu zamierza postawić twarde warunki w ringu. To, że on dostał pas to mu tak dobrze zrobiło, Jezu, no zasłużył na niego chłop, mocno się uwiarygodnił i mega rozwinął postać. Cudowne jest to wykorzystywane lajwów, uwielbiam ten motyw i cieszę się, że mogliśmy z niego tutaj skorzystać. Research dalej dobrze robiony, ta loża P2 to mnie trochę pod ścianą podstawiła, bo w sumie to by Tony z nimi zrelować, zwłaszcza, że oni byli antykomunistico xD Także świetna robota od Zimnego, a uważam, że nie miał łatwego zadania, bo Leone to nie jest jednoznaczna postać. I uważam, że dla fejsów może być naprawdę trudno się czasami odnaleźć w jego gierkach. Bo niby wiadomo, że on jest zły, ale no jednak sprawia wrażenie takiego przemiłego człowieka. Dzień dobry zawsze na klatce mówi i ma w domu święte obrazki, czyli wiadomo, że niewinny. Co do Tony'ego to się nie spodziewałem tej puenty z farszem na końcu. Nie będę ściemniał, to nie był mój pomysł. Jeśli chodzi o wszystko co ze stajnią związane to wszystko konsultujemy na czacie, więc tutaj poszła sugestia od Jakuba, że fajnie by było, jakby Tony na końcu się odniósł do tego farszu, że tam coś jednak poszło, tylko, żeby to ładnie po swojemu ułożyć. I jeszcze z miesiąc temu stawałbym okoniem, że to się nie może wydarzyć przy tak poważnej postaci, ale otworzyło się trzecie oko i podejrzewam, że to wynika właśnie z życia tego naszego czatu i to jak dużo niepoważnych rzeczy tam pada xD Tutaj jako Tony chciałem bardzo osiągnąć taki efekt, że przecież Derek mnie nie obraził, ale tak podkręcić jego słowa (jak nazwanie faszystą w nawiązaniu do loży P2) i włożyć mu je w usta, żeby wykreować atak na Tony'ego i teraz niestety będzie musiał się bronić. Moim zdaniem się udało.

Ransom - Ale chłop tutaj poleciał na poważnie. Aż dziwnie się takie wypowiedzi czyta w kontekście Dolnicka xD Maxwell widać, że zrobił solidną robotę u psychologów z tą depresją, bo nie ma już po niej śladu, emocjonalnie reaguje bardzo prawidłowo, a jeszcze cała przemowa, którą nas tutaj uraczył wyszła jak od rasowego coacha. Najpierw trzeba było wstrząsnąć JPD, żeby wyrzucić go ze strefy komfortu, zmusić do posłuchania i na koniec zostawić refleksję. Niech teraz chłop sobie powie, żeby się po prostu uśmiechnąć, po takim ciosie prosto w serce xD Bardzo mocne promo, naprawdę dobrze się to czytało. Mimo tego, że nie było najkrótsze to bardzo szybko przez nie przebrnąłem. Bardzo dobrze przemyślane, bardzo precyzyjnie podane. No siedzi ten Maksiu, aż żałuję, że się podłożył ostatnio naszemu Capo, w sumie to na spokojnie mógłby teraz iść po pas zamiast Tony'ego i nie wiem, czy nawet by do tego lepiej nie pasował. Bo bardzo ładnie nam się na Elysium, przez te 4 gale zbudował Maksiu. A tutaj wygląda na to, że doprowadził story z Jeanem do końca i jeszcze taki elegancki real talk na koniec. Mocne gówno, mocne.

Edgar i Brutal vs The Outfit - Mmmmm, ale mi to siadło. O Cię skurwensyn, cholernie mocny segment. Przede wszystkim bardzo się cieszę, że jest podobnie, ale są jasne zaznaczone niuanse. Bardzo dobrze, że wszyscy z Outfit zachowują najwyższą kulturę oraz piękny język wypowiedzi, ale Enzo tutaj od razu widać, że jest inny, bo on nie ma problemu, żeby otarcie grozić. Bardzo siada mi ten motyw z gorliwym katolikiem, to mega do niego pasuje, no i to jest właśnie doskonały motyw, taki filmowy, że jedną ręką wbija nóż w plecy, ale z drugiej strony już jest w konfesjonale, żeby wyznać przed Bogiem swoje grzechy. Jak Michael Corleone, który tutaj jest na chrzcie swojego siostrzeńca i w momencie, kiedy wyrzeka się zła i szatana to z jego rozkazu giną w całości dwie inne rodziny mafijne, które przeciwko nim spiskowały. Kurwa, no nie mogę, jak pisałem, że w poprzednim segmencie to było precyzyjnie podane, to przy tym, co jest tutaj, to był chuj. Wszystko dosłownie perfekcyjnie wywarzone i tak płynie. Edgar tutaj tak fituje, Boże, Edgar to jest w ogóle mój wymarzony partner do segmentów z Tonym, dosłownie mój mokry sen. Chłop tutaj wjeżdża z wysokiego C, tak jak mówiłem, idealnie wpasowuje się w nastrój, reaguje na to, co mówił Enzo, wiedział w jakie tony uderzyć, żeby wbić szpilę, która zaboli. A przecież jest zakaz atakowania, sam to Enzo przed chwilą powiedział. Mega mi się podoba ten Edgar-autor, który pisze swoją opowieść i jest wciekły, że pojawiła się w niej jakaś anomalia. Widać, że jest na to wściekły, ale dalej trzyma fason. Żeby tylko nie próbował dla nich za karę otworzyć jakiejś rządowej komory śmierci. Świetnie oddane emocje, adekwatna reakcja, no wszystko mi tutaj gra perfekcyjnie. Enzo też odpowiada bardzo precyzyjnie, dużo dobrych nawiązań do kultury, bardzo ładnie to uwiarygadnia Outfit, ale potem jednak jest podostrzenie, jest większa agresja, jest odpowiedź na bluźnierstwo, jest wszystko to, co powinno być. Łącznie z tym, że widać elegancko oddanie i znajomość słów Dona, nawet jeśli go przy nim w tym momencie nie było. Brutal niestety wyraźnie tutaj odstawał, no ale dostał trudne zadanie, bo przy ścisłej czołówce forum musiał się jakoś zmieścić. Nie sądzę, że publiczność by cheerowała, że chłop przerywa tak ciekawy segment i tak piękną wymianę zdań. Zwłaszcza, że Outfit od debiutu byłaby bardzo gorącym tematem i ludzie czekaliby na rozwój akcji, a dwa że Edgar, który przed chwilą był w szpitalu i znowu dostał od nich wpierdol dowiózł niesamowicie. Także nie dość, że Brutal miał ciężkie zadanie to jeszcze zajebał bullshitem na początku, żeby je sobie jeszcze bardziej utrudnić. Ale niesamowite jest to, że robi dalej to samo, znowu na coś leje, albo ma w dupie, co, jak już wspominałem na początku, nie gra dla niego najlepiej. Bo jak lejesz na wszystko to traci swój wydźwięk. I teraz wiem, że to na pewno Brutal, bo nie mógł sobie odmówić przekleństwa i wyjebał całą piękną kulturę w tym segmencie do kosza, na to też się wylał. O, to jest dobry przykład, Brutal leje na kulturę, albo ma ją w dupie, do wyboru. Ani razu to nie musiało paść w jego wypowiedzi, ale wszyscy to wiedzą i wierzą, bo zamiast o tym gadać, to po prostu to robi. Mein Got, ile tu chłop najebał przekleństw w tak krótkiej wypowiedzi, niesamowite. Z tego miejsca serdecznie chciałem przeprosić Pantera, za to, że zwróciłem mu uwagę, że przesadził z trzema wulgaryzmami w swojej dużo, dużo dłuższej wypowiedzi. Przesada znalazła się jednak tutaj. Ale ja już o tym pisałem tyle razy i mimo tego, że wiem, że Michał czyta moje wszystkie komentarze to i tak nie bierze sobie z nich za dużo do serca, więc może skończę się powtarzać. To po prostu odbiera masę smaku z takiego segmentu. I ten tekst po włosku na końcu, o kurwa xDDDDDDDDDDDDD ale skisłem teraz, Brutal, który robi z siebie takiego prymitywa, on na wszystko leje, wszystko ma w dupie, nudzi go kulturalna wymiana zdań na bardzo wysokim poziomie, ale tutaj nagle zna włoski i wciska tekścik po włosku, no nie mogę xD dawno już nie widziałem od Brutala czegoś, co by aż tak się kłóciło z jego wizerunkiem, który kreuje. Vizzini tutaj to go rozsmarowuje dosłownie. Brutal chciał zabłysnąć, a został zgaszony jak pet. Udało mu się skłonić Vizziniego do mówienia i to był błąd. Krótka, bardzo krótka ta wypowiedź, ale bardzo konkretna. Bardzo dobrze oddany gimmick, nerwy na wodzy, emocje nie istnieją. Nie ma strachu, nie ma wściekłości, jest tylko cel do zrealizowania. Jak u zimnokrwistego zabójcy. Bardzo ładnie się to wszystko spięło, absolutnie wybitny segment, mimo próby sabotażu Brutalu. Pochłonąłem to na raz, nawet nie zrobiłem sobie przerwy, żeby się napić. Jeszcze to Jebać Dorosłość na koniec xDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD

Mantel - treściowo jest OK, tylko bym się przyczepił do tej gablotki z trofeami. Zabrakło mi opisu co w niej jest dokładnie, koro to gablotka na trofea. No i jeśli jest w niej tylko maska, to nie jest ona w honorowym miejscu, tylko jest tam jako jedyna, a jak jest ich więcej to chciałbym wiedzieć co w niej jest. No, a poza tym już będę chwalił. Prawie całkowicie udało się uniknąć błędów, znalazłem chyba tylko jeden, więc jest potęp względem ostatniego segmentu, od razu przyjemniej się to czyta. Widać dużo pracy nad gimmickiem, teraz mamy w zasadzie kolejny widoczny rozwój, widać, że była jakaś zmiana. Ale fajnie, bo wypada dość agresywnie, dobrze oddaje emocje po przegranej walce i tym, że w zasadzie musiał współpracować ze swoim wrogiem. Przyjemny segmencik jako przerywnik między The Outfit, a podpisaniem kontraktu. Trzyma poziom Mantel, zaraz tam zmiecie Kociarza z powierzchni Ziemi na Heatwave i pewnie pójdzie po walkę o pas Eternal. No i beka, bo to kolejny kandydat taki realny, naturalny i wiarygodny xD ogólnie to imo trzeba będzie zaraz zrobić jakąś wieloosobową walkę, żeby wszystkich nagrodzić, bo się nie da inaczej xD

Tatsu - Veto! Wniosek formalny numer 67 został odrzucony. Nie wolno pisać, że cios karate został okraszony odpowiednim dźwiękiem. Teraz Carni Twoja wina, że nie będę mógł spać. Kończę komentarz, jest 00:47 i do rana się będę zastanawiać czy to było Hiyaaa! Hyaaa! Czy może Haaaaaiya! Albo Bóg jeden wie, co jeszcze. Masz mnie na sumieniu, pamiętaj o tym. Jak to jest Twoja taktyka, żebym na zmęczeniu zapomniał oddać posta na BS to prawdziwie zwą Cię Cwelopezem. Ale ugułem to cudownie honorowo/niehonorowy segment, bardzo się to dla mnie podoba, że bardzo jasno jest zaznaczone, że wszystko co robi Tatsu jest honorowe, a Elias jak coś robi to jest to niehonorowe. Że chłop zaczyna przeklinać po japońsku (z nową funkcją to jest mega wygodne, że od razu masz tłumaczenie, dzięki Rysiu-kun) i potem wali w chuja, że to było jakieś mądre powiedzenie xD coś pięknego. Niesamowite, że tu się taki pastiż odbywa, jest beczka, a taki Yoshi ma więcej charakteru niż jego inspiracje xD Dobra robota Carni-san. Ale Jakub-San też dał radę, podziwiam takie pisaniem tym Eliasem, ja bym nie dał rady xD

Dolnick - O nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee. Nie może tak być. A kto mi będzie pisał segmenty z karłami? A kto będzie robił zajebiście śmieszne streamy? Nie no, Panowie, tak się nie robi. Wychodzimy. Następnym razem proszę nie brać 4 postaci naraz, jak nie jesteś w stanie, Tatsu i Martina byśmy przeżyli, ale no kurdeeeeee. Nie Dolnicka. Mam nadzieję, że to jego kolejny żart, bo inaczej to sobie.... inaczej pogadamy (chyba coś pojebałem w tłumaczeniu)

JRW - Proszę się opanować z tym byłym mistrzem świata wagi ciężkiej, bo się pogniewamy. Serio, to jest nowe show, nowa federacja, tutaj nie ma pasa WHC. Tutaj jest LPW World Champion i tak się składa, że jeszcze trzyma go Blaze. Mamy tutaj trochę postaci z WCW, ale nikt się tamtejszymi tytułami nie przedstawia. I to trzeba zmienić. Koniecznie. Poza tym, nie wyobrażam sobie sytuacji, że teraz Ambrose wraca do WWE, czy tam inny Jericho, o albo jeszcze lepszy przykład MJF i na dzień dobry mówi, że on to w sumie był AEW Championem i chuj xD Przecież to by było jego pierwsze i ostatnie promo, które wygłosił w WWE xD Nie spodziewałem się, że Rzeka Wody jeszcze nam wróci na galę po takim wpierdolu. Trochę szkoda, bo to trochę osłabia Silasa, już mógł sobie darować i poczekać do następnej gali, żeby bardziej zbudować kolegę. Tą decyzję uważam za błąd. Bo nie po to budujemy Silasa na potężnego Monster Heela, żeby teraz osłabiać i łagodzić jego wpierdol. No i ja wiem, że przede jest jeszcze kolubryna na koniec i tutaj też nie dostajemy przed tym najkrótszego segmentu, mimo tego, żę miał wejście z pompą. Sama treść jest naprawdę niezła, dobrze przemyślana i odegrana. Mimo długości to bardzo sprawnie przez całość przebrnąłem. Wiadomo, że musiał być wkurzony, po takim wejściu pewnie chciał sobie robić gałę w wypowiedzi przez kolejne 20 minut, a tu taka brutalna niespodzianka. Bardzo dobrze to tutaj wszystko wybrzmiało. No i w sumie teraz się ciężki temat zaczyna, skoro on chce się zemścić na Silasie to ich story będzie musiało być perfekcyjnie zaplanowane. Bo to jest coś, co potencjalnie może zakopać Silasa, albo go zbudować jeszcze bardziej. No i w sumie taka porażka na dzień dobry dobrze by mu zrobiła, bo faktycznie oddzieliłaby to całe WCW grubą kreską. A warto, bo za dużo do niego wraca Rzeka. No i jestem też naprawdę bardzo ciekawy Jakuba w roli face'a, jak sobie poradzi, jak się odnajdzie.

Błagam, Rysiu, ogarnij ten Move Set McŁowicza, bo na tym się nie da sensownie pracować. Bardzo chciałem, żeby to Lord Wygrał, bo to otwiera ścieżkę na ciekawe story, mimo tego, że jakby patrzeć na jakość obu postaci to Robcio powinien wciągnąć dupą Lorda.

podpisanie kontraktu - No i mamy to, jest o i wspomniana kolubryna. To jest na pewno najdłuższy segment w historii efedów, jaki miałem okazję czytać. Ale to już chłopakom pisałem, że uważam, że nas za bardzo poniosło na DC już przy wspólnym ustalaniu przebiegu segmentu. Na samym początku muszę bardzo pochwalić chłopaków za współpracę, bo jak już zaczęliśmy to pisać to poszło bardzo szybko. Każdy dorzucił coś od siebie, jak coś było nie tak to wlatywały poprawki już na etapie planowania. I od razu muszę Wam też powiedzieć, że w piątek to chyba humoru nie miałem, albo po prostu czytając część po części, a nie jako całość to trochę tam kręciłem nosem, ale tak jak usiadłem teraz i wciągnąłem to na raz... to o kurwa. Jakie to jest mocne gówno. Nick tutaj w ogóle nie próbował grać pierwszych skrzypiec, odegrał swoją rolę i oddał blask flashy gwiazdom. Ta bójka, w której jeszcze oberwał, no zachował się jak dobry szef, rozumie emocje, wie, że to nie było celowo, nie będzie się pierdolił z wyciąganiem konsekwencji, tylko jest przygotowany i ma na to specjalnego "ochroniarza hosta". Blaze musiał tutaj się wyrwać z atakiem, nie było innej opcji moim zdaniem. Nawet dobrze, że trochę daliśmy im się pobić, jest temperatura, jest ciśnienie przed PPV. Jeszcze ten Wes tutaj wychodzi, w swoim rodzinnym mieście, no kurwa, star power tutaj wywala poza skalę, jeszcze ten motyw, że mu się wcinają z gadką - nie z braku kultury czy złośliwości, tylko dlatego, że emocje biorą górę - to też jest w punkt. Przyznam się uczciwie, że byłem obsrany przed zaczynaniem. Ostatnio znacznie mniej pisałem Blaze'em, jeśli chodzi o wypowiedzi, znacznie więcej Leone i potrzebowałem chwili i odpowiedniej muzyki, żeby wejść w postać, autentycznie się bałem, że jak zacznę to Carni mnie po prostu zje na tym mikrofonie. Alle myślę, że ostatecznie nie odstawaliśmy w tym segmencie poziomem i każdy spełnił swoją rolę. Mega doceniam, że tutaj każdy nie tylko oddaje swój gimmick, który ma wpisany w KP, który ma wykreowany na forum, ale też wplatane są emocje i ten taki mini gimmick, który się tworzy z wydarzeń, które ostatnio miały miejsce. Lopez jest tutaj dosłownie bezbłędny. Odnosiłem się już dwa razy do precyzji podania na gali i znowu, myślałem, że się nie da lepiej, ale uważam, że tutaj znowu poszliśmy jeszcze o krok dalej. Lopez musi być zirytowany, tym co się dzieje i jest to cudownie oddane, on dalej jak ta żmija knuje i pluje jadem, próbuje dalej grać z tym Axelem i zrobić z niego potwora, chociaż przecież wcale nie musi, bo przyniósł zdjęcia z jasnymi dowodami, że Blaze nim po prostu jest i koniec. Doskonale wie, gdzie nacisnąć, żeby bolało najbardziej. Zrobił dobrą robotę przez te dwa miesiące i teraz z tego korzysta, teraz zbiera żniwo. Wallace też tutaj wpada cały na biało. Spełnia swoją rolę, gra z publicznością, gra z chłopakami, jednocześnie był w stanie ich opanować, żeby zadbać o porządek i poprowadzić dyskusje w odpowiednim kierunku. Myślę, że te przekleństwa można by było ograniczyć, chociaż mogło być też gorzej xD Dobrze dobrał słowa, żeby obudzić Blaze'a, pokazał, że są z Lopezem kumplami, wszystko w punkt. Dokładnie tak jak trzeba. Na początku, po pierwszej wypowiedzi mówiłem, że się zrobiła jebalnia po Mistrzu, bo w sumie połowa wypowiedzi była jego krytyką, potem na końcu spropsował, a Lopeza zostawił w spokoju, tylko pochwalił i siadła mi psycha, że teraz 2 vs 1, nie na swojej tygodniówce, po całym story tak rozpisanym, że Lopez na nim mocno zyskuje nie da sobie rady na mikrofonie przeciwko dwóm, ale potem Wes jeszcze skarcił Lopeza i wyszło to dobrze. Bałem się też, że Wes tu będzie grał pierwsze skrzypce, ale mimo tego, że wszedł jako ostatni to absolutnie tak nie było. Miał swoją rolę i ją spełnił, a jak trzeba było to zszedł ze sceny. Absolutna PERFEKCJA tutaj została odpierdolona. Co prawda długość tego mnie zabiła 4 razy, ale kurwa, jakie to było przezajebiste. Ja-pier-kurwa-dole.

Podsumowanie - No i był to kawał zajebistej gali. Na pewno najlepszej na forum, być może i pokusiłbym się, że ogólnie najlepszej, jaką czytałem ogólnie. Na NWF na pewno nie było nic lepszego. Na WCW... musiałbym się cofnąć do jakiejś gali spod ręki Whipa, żeby porównać. Ale sam fakt, że tak daleko muszę szukać to już mówi dużo. Co nie znaczy, że gala była idealna. Niestety, zdarzyły się dwa słabsze segmenty w postaci ET i Lorda Sebastiena, ale to ile było naprawdę wybitnych segmentów to się aż w głowie nie mieści. I chyba pierdole już to ocenianie w skali szkolnej, bo to się nie da sensownie ciągnąć przez dłuższy czas xD będę słownie oceniać, wystarczy xD
Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.08.2026, 14:46 przez Remik.

[Obrazek: 4295.png]
9/0/2
1x LPW World Champion

[Obrazek: 6651.png]
4/0/0
1x Eternal Champion [current]
Odpowiedz
Cytuj
297
02.09.2026, 09:51
#7
Lecimy z Elizą 4

ET: Brutal z buta wjeżdża i to jak najbardziej pasuje do jego postaci, widać że facet bardzo mocno się nakręcił. I tutaj w przeciwieństwie do tego co mieliśmy galę mi to pasuje, zbliżamy się do decydujących rozstrzygnięć, walka została ogłoszona, a Mike ma nieoczywistego sojusznika. Całkowicie rozumiem fakt tego iż potrzebuje on testu, który będzie też próbą tego, czy panowie mogą na siebie liczyć. Naprawdę podoba mi się tutaj ta ofensywna postawa, bo po prostu na tym etapie pasuje znacznie lepiej niż ,,Co jest kurwa" z poprzedniej gali. Trochę nie rozumiem tego ujęcia ZSJ w tym segmencie, wiem że Edgar miał z nim tag team, ale czemu wadzi to akurat Brutalowi? Panowie nie mieli ze sobą po drodze, ale wydaje mi się, że teraz mają przed sobą poważniejsze problemy aniżeli to, dlaczego Poeta był partnerem Brytyjczyka. Co do samego Poety to był on tutaj zdecydowanie tłem całego segmentu i tak naprawdę poza dość zgrabnym wytłumaczeniem dlaczego był partnerem ZSJ to nie dał nic sensownego. Zresztą sam Brutal pomimo dobrego nastawienia, też mógł powiedzieć o wiele więcej, a tak jak już wspomniałem mam wrażenie, że zahaczył trochę o niepotrzebne tematy, bo The Outfit powinno być teraz jego jedynym celem, podobnie zresztą jak dla Edgara, który mógł szybko uciąć temat Sabre i przejść do panów w garniturach, bo oni są po prostu bardziej konkretni. Segment oceniam neutralnie, bo można było z niego wyciągnąć znacznie więcej.

Opener seg: Miałem przyjemność zapoznać się z nim znacznie wcześniej aniżeli podczas tej gali, bo byłem jego częścią, ale o tym później. W końcu dostajemy to o co JRW w sumie prosił, dostał bardzo ważne miejsce na gali i.... Zrobił chyba to czego wszyscy oczekiwaliśmy. Ja przynajmniej zapamiętałem Jamesa jako gościa z którego przepych się dosłownie wylewał i co mamy tutaj? Dokładnie to z czego go pamiętałem. No muszę przyznać, że ma rozmach, ciekawe skąd LPW wzięło pieniążki na tak potężne wejście postaci, tam Pani księgowa to się za głowę łapie, ale może dzieci które pojawiły się z Jamesem namówią rodziców na zakup merchu (I hope), No jest to cholernie dobrze opisane, naprawdę chciałbym zobaczyć takie wejście IRL. Ale no cóż James za bardzo nam się nie nagadał, przynajmniej na ten moment... Wink Jego marzenia o wielkim powrocie w sumie się spełniły, więc proszę nie mieć pretensji, że akurat Silas postanowił zrobić dziurę w ringu. Nie wiem dlaczego chłopak tak zrobił, może miał taki kaprys, a może Doktor go schował pod ringiem bo sobie nie radził i była to forma karnego jeżyka, serio nie mam pojęcia xD A teraz już zupełnie na poważnie, uważam że ten atak mogłem opisać lepiej, niestety nie byłem w optymalnej formie zdrowotnej pisząc wszystkie swoje materiały na tą galę i mówiąc szczerze, to nie jestem do końca zadowolony z tego opisu. I tak był on delikatnie modyfikowany, ale mam jakiś taki... nie wiem jak to nazwać niedosyt i poczucie, że mogłem zrobić więcej. Końcówka, że terapia została rozpoczęta, a obraz zniknął sugeruje nam, że chyba ta historia nie skończy się ot tak po prostu. Segment na plus.

Lord: I tutaj mam problem od samego startu, bo no pierwsze zdanie Lorda wiadomo jest opluciem Roba itd., ale skoro tak o nim mówi to dlaczego chce go za kucharza? Z tego co widzę to właściwie mógłbym zrobić tutaj kopiuj wklej tego co napisał Remik o tym pierwszym zdaniu, więc sobie odpuszczę. Dalej jest nieco lepiej, bo Lord zaczyna pokazywać nam tutaj swoją wyższość i dominację nad innymi ,,normalnymi" ludźmi, podobał mi się tekst, że Rob musi walczyć aby dorównać komuś takiemu jak on, naprawdę uważam to za dosyć jasny punkt jego promo. Co do gotowania śniadań ja jednak uważam, że lepiej jakby Lord dał przygotowywał, byłoby to takie bardziej dostojne, a na takiego się nam kreuje, ale to taki drobny niuans. Końcówka zdecydowanie najlepszym co spotkało ten segment, Lord jest pewny tego, że Rob będzie dla niego gotować i w końcu na Elysium będzie panować odpowiednia hierarchia społeczna. Generalnie segment ok, coś na poziomie tego z ET, a przed tak ważną walką miałem chyba ciut wyższe oczekiwania. 

Eli Cottonwood: No cóż czas zapuścić wąs, bo nadchodzą ciężkie czasy dla LPW. Dobrze, że Rob i Lord mają wąsy, bo jeszcze Main Event byłby zagrożony i byłaby lipa. Czekam na więcej, ale jest to zdecydowanie teaser jakiejś grupy wąsaczy. Szanuje za odkopanie postaci i czekam na więcej.

Koniec tematu Sabre na Elysium, a przynajmniej według mnie tak powinno być, no chyba że zostaje jako premium jobber.

Surfer - Lopez: Tutaj kilka osób już zwróciło uwagę na to, że fani raczej by nie falowali z gościem, który dopiero co pojawia się w federacji, więc powiem tylko tyle, że się pod tym podpisuje. Podobał mi się jego segment wprowadzający zobaczymy jak jest tutaj. Szkoda, że Chris trochę buduję ten segment na tym, że fani właśnie przyjęli go tak dobrze, bo psuje to trochę jego odbiór, ale skomentuję to tak jak gdyby faktycznie był on big star i mógł dostać taką reakcję, żeby zobaczyć czy chociaż dostajemy jakieś nakreślenie gimmikcu. I trochę się tutaj zawiodłem, bo mamy dosłownie lanie wody i o niczym, wiadomo że ciężko pisać promo jak nie ma się za sobą debiutu, jakiejś historii w federacji etc. Natomiast tutaj mam wrażenie, że się to prostu odbyło, nie zapamiętam tego proma z niczego, poza tym że wydarzyła się tam reakcja, która nie powinna. Jose pojawia się i znowu balansuje na łamaniu czwartej ściany, podobał mi się tekst o powtórzeniach, nie powiem, że nie pojawił mi się wtedy uśmiech na twarzy. Oczywiście nie mogło zabraknąć szpileczki wbitej w mistrza i to mi się w Jose podoba najbardziej, że jest on konsekwentny w tym co robi. Od samego swojego pojawienia się w otoczeniu Blaze'a stara się go konsekwentnie zaczepiać, a teraz to można nawet powiedzieć, że gnębić psychicznie. Podoba mi się Jose w takiej odsłonie, bo jest to heel pisany najlepiej od dawien dawna.

Walkę pisałem ja, Chris miał się w niej pokazać dobrze i myślę, że walka spełniła oczekiwania.

Promo Roba: Podobnie jak w przypadku Silasa pisałem to z dość sporym bólem i po prostu trochę otępionym od leków xD Ta pierwsza część może i faktycznie jest zbyt opisowa, chociaż według mnie jest tylko wstępem do tego co dałem Wam dalej. Myślę, że fajnie pokazałem tutaj emocje jakie towarzyszą kucharzowi i całość wyszła na plus. Dałem z siebie tyle ile mogłem.

Derek - Leone: O kurczaki jaki pstryczek do Michała xD Dobrze trzeba banować za takie zachowania brzydkie. Dobrze, że jednak nie był to jesienny bączek xD Ale no od początku ten segment mnie bawi, kiedy zrobi się poważniej? Na razie się nie zanosi, ale szanuje za to, że to dzięki gęstości możemy egzystować na wielkim płaskim talerzu zwanym Ziemią. Naprawdę Dereka czyta mi się bardzo, ale to bardzo dobrze i nie ma w tym ani trochę ironii. Pojawia się Pan Leone i kolejny raz musze powiedzieć, że no bije od niego naprawdę przepotężna aura. Gość jest pewny siebie, nie używa argumentów siły, a jedynie siły słów, które za każdym razem są jak dobrze wycelowane rzutki podczas zawodów darta. Z jednej strony chce być przyjacielem Dereka, a le z drugiej jednak ten jego pas by mu się przydał, Leone jak i Derek to dość skomplikowane charaktery i naprawdę ciekawie czyta się ich zestawienie. Derek jednak chyba przejrzał nam pana Leone, bardzo dobrze wypunktował wcześniejsze wydarzenia i uważam, że bardzo celnie skorzystał z tego co mógł mieć akurat w swoim arsenale, a to co się wydarzyło to fakty, a nie opinie więc śmiało mógł z tego strzelać i dobrze to wykorzystał. Tony zachowuje jednak ogromny spokój podobnie zresztą jak w swoich poprzednich występach na Elysium, podoba mi się taki zimny charakter, ale jak wiemy ma on też swoje pęknięcia. Ze sporą śmiałością powiem, że jest to najlepszy segment jaki do tej pory tutaj przeczytałem, bo grało wszystko od gimmicków, bo samą treść, a końcowy tekst, no cóż znowu uśmiech.

Ransom: Pokonuje swojego byłego kompana po dość jednostronnej walce, ale ważniejsze dzieje się po niej. Naprawdę Maxwell w takiej odsłonie jest czymś co przerosło moje oczekiwania.  Wydaje się, że dostajemy koniec historii między tą dwójką i to w dość brutalny sposób, wow naprawdę jestem pod wrażeniem tego real talku, emocji i budowania napięcia. Szanuję wodę, więc nie będę pisać więcej jak kurewsko dobre to było, good job Mr. Terry.

Rywalizacja drużynowa: Wiadomo wynik walki mógł być tylko jeden, bo nie wyobrażałem sobie porażki drużyny wszakże zlepionej na szybko, ale jednak walczącej na PPV jako team w pojedynku z gośćmi, którzy będą się tłuc między sobą. Ciekawe rzeczy zaczynają się dziać dopiero po pojedynku. O jak mi siadła ta wypowiedź Enzo, Włoch którzy ma nieczyste intencje, ale jest mocno wierzący, gdzieś już to widziałem, ale absolutnie nie jest to tutaj minusem. Bardzo zgrabna wypowiedź i jak widać, jeśli jest już nietykalność to wynika tylko z tego powodu, że The Outfit tak chciało, to też dobrze buduje tą stajnie. Edgar też od samego początku LPW jest konsekwentny w tym, że to on jest kreatorem tego co się dzieje, Emiel naprawdę świetnie odnajduje się w tej postaci. Aż kusi kiedyś skrzyżować go z Martinem bo byłoby to ciekawe doświadczenie. O ile w ET nie dał mi powodów aby się nim zaciekawić, tak tutaj naprawdę wyszedł na bardzo jasny punkt, ciekawe jak w opowieści wyglądać będzie ich starcie na Heatwave skoro Outfit, to tylko kaczka dziennikarska. Podoba mi się to napięcie między nim a Sacrale, który zdaje się być tym najmniej opanowanym z całego Outift, dobrze że ma Showoffa w kapeluszu, to znaczy Vincenzo xD Ale zanim o nim to mamy znowu Brutala, który ponownie zaczyna dobrze, ale im dalej w las tym mam wrażenie, że ta wypowiedź gaśnie, a końcówka po włosku to już mnie rozłożyła. Ja wiem, że Mike był już Polakeim, ale o tym że był Włochem i zna ten język to pierwsze słyszę, w dodatku nie mam tłumaczenia tego słowa - a dałem Wam taką opcję w kodowaniu. Vicizzi przemawia, krótko acz treściwie, jestem ciekaw czy on cały czas będzie człowiekiem czynu, czy z czasem zacznie odgrywać większą rolę mówioną. Tutaj nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej niż to, że po prostu dobrze wypunktował zarzut Brutala. Potężny i dobry segment. Walka wiadomo formalność.

Segment grupowy: Pozwolę go sobie tak nazwać bo jest to niezwykle płynne przejście z sytuacji do sytuacji. Zaczyna Derek, który ewidentnie nie ma ochoty na rozmowę z Paddym. Sama jego wypowiedź jest ok, widać że Kociarz mocno siedzi mu w głowie i w sumie to mogę odnieść nawet wrażenie, że jest źródłem jego niepowodzeń. Motyw z gablotką na trofea jest jak najbardziej w porządku, mam nadzieję że będzie później rozbudowywany, bo nie mieliśmy chyba czegoś takiego wcześniej i może to być powiew świeżości. Całość na plus, naprawdę Mantel progresuje. Dostajemy jakże honorowy przerywnik, ale chciałbym zobaczyć tutaj płacz Eliasa jak mu starty honorowy Japończyk zabiera telefon, a robi to oczywiście bardzo honorowo. Fajny przyjemny przerywnik, ale jego najważniejszą częścią jest JPD. Słowa Maxa dość szybko znajdują potwierdzenie w czynach i mamy koniec JPD w LPW  Cry przykro się na to patrzy zobacz Panter co narobiłeś ty i ten twój Max. 

JRW vol.2:  No to zaczynamy wylewanie moich gorzkich żali. O super karetka wraca sobie na sygnale od tak przejeżdżając przez korytarz i kończąc swój przejazd zaraz przed wejściem na arenę. Czyli wychodzi na to, że służby medyczne LPW mają w dupie zdrowie zawodników, a Rivers po prostu zażądał sobie powrotu na arenę i ot tak po prostu się pojawia, ignorując wszelkie zalecenia medyczne - spoko, ale w sumie czego spodziewam się po gościu którego nawet jak otruto to walczył dalej i wygrywał.... Dlaczego mnie to tak wkurwia? A no dlatego, że dostałem wyraźną prośbę o zakończenie segmentu słowami terapia rozpoczęta. Pewnie źle to zinterpretowałem, ale odebrałem to w taki sposób, że dostaniemy po prostu jakąś kontynuację tych wydarzeń, chociażby na zapleczu, czy no nie wiem - kierowcą karetki okaże się Kline itd. na pewno nie spodziewałem się tego, że JRW wszak poobijany, ale pojawi się ponownie na arenie, a w dodatku dostanie pogadankę, która spokojnie mogła trwać z 5 minut, a Silas i Kline po ostatnim ataku tak po prostu to oleją. Szkoda, że nie wiedziałem o jego ponownym pojawieniu się wcześniej bo atak opisałbym tak, że panowie grali w makao pod ringiem i wcale nie doszło do brutalnego ataku (ironizuję ofc) Ale no skoro już się pojawił to zobaczę co ma do powiedzenia. O qw swoich słowach też odnosi się do Silasa, a ten siedzi cichutko na utkanej, no spoko spoko.... Rozumiem jego motywy i całą wypowiedź, ale mógł ją przełożyć na kolejną galę/PPV, o widzę też że będzie chciał zemsty, więc może Silas będzie miał jeszcze okazję obić jego piękną buźkę, tylko po to aby JRW nic sobie z tego nie zrobił. Trochę kłują mnie te nawiązania do WCW, gdzie no był to over selfbooking tej postaci, a tutaj robimy z tego nie wiadomo jak wielką kartę przetargową całego wizerunku - czekam na dalszy rozwój wydarzeń. EDIT: Jeszcze co do wypowiedzi JRW, to chyba zapowiada nam ona jakieś większe zmiany w całokształcie postaci, widać że chciał zaśmiać się ze wszystkich, ale nie wszystko mu wyszło bo się dziura w ringu zrobiła. Tak jak wspomniałem rozumiem te jego emocję, narrację i widać że no tym razem to ktoś nadepnął jemu na odcisk, zobaczymy jak Gejmowy się w tym odnajdzie, na razie jest ciekawie, a może być tylko lepiej. 

Podpisanie kontraktu: Szykuje nam się kawał segmentu, Nick zaczyna w sposób typowy dla Gm'a i dobrze, że nie próbuje grać pierwszych skrzypiec, mamy ogłoszenie tego że będzie to Falls Count Anywhere i ok. Przechodzimy do dania głównego i naprawdę przepotężnego zamieszania, ale czy to mogło wyglądać inaczej po tych wszystkich gierkach Lopeza? Oczywiście, że nie! Naprawdę dostajemy tutaj przepotężny brawl, w którym obrywa nawet sam Aldis i mo to absolutnie nie przeszkadza. Ależ tam musiała być gęsta atmosfera, a testosteron to się pewnie wylewał poza halę. Dobrze rozpisana szamotanina. Teraz przechodzimy do cudownego ogłoszenia, Wes Wallace pojawia się w swoim rodzinnym mieście i będzie zdaje się mieć integralny udział w tym podpisaniu kontraktu. No jest to zdecydowanie ikoniczna postać e-fedowa, którą większość z userów LPW kojarzy, więc reakcja tutaj jest uzasadniona. Naprawdę przebrnąłem przez całe to podpisanie jednym ciągiem i muszę przyznać, że chyba nie widziałem czegoś tak dobrego jeśli chodzi o taki rodzaj segmentu. Zarówno Blaze jak i Lopez wywiązali się idealnie ze swoich ról. Mistrz faktycznie pobłądził i jest w stanie się do tego przyznać, natomiast Lopez cały czas pozostaje sobą, cały czas prowadzi swoje mindgames w Axelem i jest w tym cholernie dobry, widać, że na wszystko ma swój plan. Podoba mi się to napięcie między nimi, które w pewien sposób rozładowuje Wes, jako ex wrestler i gość który storczył naprawdę kurewsko dobry bój z Lopezem, zachowuje neutralność, daje według mnie cenną lekcje dla mistrza i generalnie dobrze dopełnia segment. Czy ta końcówka mówi nam, że Wes jeszcze kiedyś zawalczy? Nie wiem, ale miłoby było go zobaczyć.

Ciężko mi tutaj o jakąś sensowną ocenę w skali szkolnej, bo była masa bardzo dobrych momentów, były też te średnie i jeden segment, który według mnie nie powinien się wydarzyć, patrząc jednak na to jak wiele było tych rzeczy dobry, a nawet bardzo dobrych daję tutaj solidne 5 dobra robota panowie, mam do czego aspirować jeśli chodzi o poziom.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.09.2026, 12:28 przez Ryse.

[Obrazek: lI0WsTu.png]
Rob McŁowicz

Streak: 2-0-3
Last Match: Lord Sebastien def. Rob McŁowicz
Achievements:
Kucharz jakiegoś Francuza

[Obrazek: cEjDAaW.png]
Silas Crowe

Streak: 3-0-0
Last Match: Silas Crowe def. Rob McŁowicz
Achievements:
Odpowiedz
Cytuj
Ryse
Head Admin
02.09.2026, 09:51 #7
Lecimy z Elizą 4

ET: Brutal z buta wjeżdża i to jak najbardziej pasuje do jego postaci, widać że facet bardzo mocno się nakręcił. I tutaj w przeciwieństwie do tego co mieliśmy galę mi to pasuje, zbliżamy się do decydujących rozstrzygnięć, walka została ogłoszona, a Mike ma nieoczywistego sojusznika. Całkowicie rozumiem fakt tego iż potrzebuje on testu, który będzie też próbą tego, czy panowie mogą na siebie liczyć. Naprawdę podoba mi się tutaj ta ofensywna postawa, bo po prostu na tym etapie pasuje znacznie lepiej niż ,,Co jest kurwa" z poprzedniej gali. Trochę nie rozumiem tego ujęcia ZSJ w tym segmencie, wiem że Edgar miał z nim tag team, ale czemu wadzi to akurat Brutalowi? Panowie nie mieli ze sobą po drodze, ale wydaje mi się, że teraz mają przed sobą poważniejsze problemy aniżeli to, dlaczego Poeta był partnerem Brytyjczyka. Co do samego Poety to był on tutaj zdecydowanie tłem całego segmentu i tak naprawdę poza dość zgrabnym wytłumaczeniem dlaczego był partnerem ZSJ to nie dał nic sensownego. Zresztą sam Brutal pomimo dobrego nastawienia, też mógł powiedzieć o wiele więcej, a tak jak już wspomniałem mam wrażenie, że zahaczył trochę o niepotrzebne tematy, bo The Outfit powinno być teraz jego jedynym celem, podobnie zresztą jak dla Edgara, który mógł szybko uciąć temat Sabre i przejść do panów w garniturach, bo oni są po prostu bardziej konkretni. Segment oceniam neutralnie, bo można było z niego wyciągnąć znacznie więcej.

Opener seg: Miałem przyjemność zapoznać się z nim znacznie wcześniej aniżeli podczas tej gali, bo byłem jego częścią, ale o tym później. W końcu dostajemy to o co JRW w sumie prosił, dostał bardzo ważne miejsce na gali i.... Zrobił chyba to czego wszyscy oczekiwaliśmy. Ja przynajmniej zapamiętałem Jamesa jako gościa z którego przepych się dosłownie wylewał i co mamy tutaj? Dokładnie to z czego go pamiętałem. No muszę przyznać, że ma rozmach, ciekawe skąd LPW wzięło pieniążki na tak potężne wejście postaci, tam Pani księgowa to się za głowę łapie, ale może dzieci które pojawiły się z Jamesem namówią rodziców na zakup merchu (I hope), No jest to cholernie dobrze opisane, naprawdę chciałbym zobaczyć takie wejście IRL. Ale no cóż James za bardzo nam się nie nagadał, przynajmniej na ten moment... Wink Jego marzenia o wielkim powrocie w sumie się spełniły, więc proszę nie mieć pretensji, że akurat Silas postanowił zrobić dziurę w ringu. Nie wiem dlaczego chłopak tak zrobił, może miał taki kaprys, a może Doktor go schował pod ringiem bo sobie nie radził i była to forma karnego jeżyka, serio nie mam pojęcia xD A teraz już zupełnie na poważnie, uważam że ten atak mogłem opisać lepiej, niestety nie byłem w optymalnej formie zdrowotnej pisząc wszystkie swoje materiały na tą galę i mówiąc szczerze, to nie jestem do końca zadowolony z tego opisu. I tak był on delikatnie modyfikowany, ale mam jakiś taki... nie wiem jak to nazwać niedosyt i poczucie, że mogłem zrobić więcej. Końcówka, że terapia została rozpoczęta, a obraz zniknął sugeruje nam, że chyba ta historia nie skończy się ot tak po prostu. Segment na plus.

Lord: I tutaj mam problem od samego startu, bo no pierwsze zdanie Lorda wiadomo jest opluciem Roba itd., ale skoro tak o nim mówi to dlaczego chce go za kucharza? Z tego co widzę to właściwie mógłbym zrobić tutaj kopiuj wklej tego co napisał Remik o tym pierwszym zdaniu, więc sobie odpuszczę. Dalej jest nieco lepiej, bo Lord zaczyna pokazywać nam tutaj swoją wyższość i dominację nad innymi ,,normalnymi" ludźmi, podobał mi się tekst, że Rob musi walczyć aby dorównać komuś takiemu jak on, naprawdę uważam to za dosyć jasny punkt jego promo. Co do gotowania śniadań ja jednak uważam, że lepiej jakby Lord dał przygotowywał, byłoby to takie bardziej dostojne, a na takiego się nam kreuje, ale to taki drobny niuans. Końcówka zdecydowanie najlepszym co spotkało ten segment, Lord jest pewny tego, że Rob będzie dla niego gotować i w końcu na Elysium będzie panować odpowiednia hierarchia społeczna. Generalnie segment ok, coś na poziomie tego z ET, a przed tak ważną walką miałem chyba ciut wyższe oczekiwania. 

Eli Cottonwood: No cóż czas zapuścić wąs, bo nadchodzą ciężkie czasy dla LPW. Dobrze, że Rob i Lord mają wąsy, bo jeszcze Main Event byłby zagrożony i byłaby lipa. Czekam na więcej, ale jest to zdecydowanie teaser jakiejś grupy wąsaczy. Szanuje za odkopanie postaci i czekam na więcej.

Koniec tematu Sabre na Elysium, a przynajmniej według mnie tak powinno być, no chyba że zostaje jako premium jobber.

Surfer - Lopez: Tutaj kilka osób już zwróciło uwagę na to, że fani raczej by nie falowali z gościem, który dopiero co pojawia się w federacji, więc powiem tylko tyle, że się pod tym podpisuje. Podobał mi się jego segment wprowadzający zobaczymy jak jest tutaj. Szkoda, że Chris trochę buduję ten segment na tym, że fani właśnie przyjęli go tak dobrze, bo psuje to trochę jego odbiór, ale skomentuję to tak jak gdyby faktycznie był on big star i mógł dostać taką reakcję, żeby zobaczyć czy chociaż dostajemy jakieś nakreślenie gimmikcu. I trochę się tutaj zawiodłem, bo mamy dosłownie lanie wody i o niczym, wiadomo że ciężko pisać promo jak nie ma się za sobą debiutu, jakiejś historii w federacji etc. Natomiast tutaj mam wrażenie, że się to prostu odbyło, nie zapamiętam tego proma z niczego, poza tym że wydarzyła się tam reakcja, która nie powinna. Jose pojawia się i znowu balansuje na łamaniu czwartej ściany, podobał mi się tekst o powtórzeniach, nie powiem, że nie pojawił mi się wtedy uśmiech na twarzy. Oczywiście nie mogło zabraknąć szpileczki wbitej w mistrza i to mi się w Jose podoba najbardziej, że jest on konsekwentny w tym co robi. Od samego swojego pojawienia się w otoczeniu Blaze'a stara się go konsekwentnie zaczepiać, a teraz to można nawet powiedzieć, że gnębić psychicznie. Podoba mi się Jose w takiej odsłonie, bo jest to heel pisany najlepiej od dawien dawna.

Walkę pisałem ja, Chris miał się w niej pokazać dobrze i myślę, że walka spełniła oczekiwania.

Promo Roba: Podobnie jak w przypadku Silasa pisałem to z dość sporym bólem i po prostu trochę otępionym od leków xD Ta pierwsza część może i faktycznie jest zbyt opisowa, chociaż według mnie jest tylko wstępem do tego co dałem Wam dalej. Myślę, że fajnie pokazałem tutaj emocje jakie towarzyszą kucharzowi i całość wyszła na plus. Dałem z siebie tyle ile mogłem.

Derek - Leone: O kurczaki jaki pstryczek do Michała xD Dobrze trzeba banować za takie zachowania brzydkie. Dobrze, że jednak nie był to jesienny bączek xD Ale no od początku ten segment mnie bawi, kiedy zrobi się poważniej? Na razie się nie zanosi, ale szanuje za to, że to dzięki gęstości możemy egzystować na wielkim płaskim talerzu zwanym Ziemią. Naprawdę Dereka czyta mi się bardzo, ale to bardzo dobrze i nie ma w tym ani trochę ironii. Pojawia się Pan Leone i kolejny raz musze powiedzieć, że no bije od niego naprawdę przepotężna aura. Gość jest pewny siebie, nie używa argumentów siły, a jedynie siły słów, które za każdym razem są jak dobrze wycelowane rzutki podczas zawodów darta. Z jednej strony chce być przyjacielem Dereka, a le z drugiej jednak ten jego pas by mu się przydał, Leone jak i Derek to dość skomplikowane charaktery i naprawdę ciekawie czyta się ich zestawienie. Derek jednak chyba przejrzał nam pana Leone, bardzo dobrze wypunktował wcześniejsze wydarzenia i uważam, że bardzo celnie skorzystał z tego co mógł mieć akurat w swoim arsenale, a to co się wydarzyło to fakty, a nie opinie więc śmiało mógł z tego strzelać i dobrze to wykorzystał. Tony zachowuje jednak ogromny spokój podobnie zresztą jak w swoich poprzednich występach na Elysium, podoba mi się taki zimny charakter, ale jak wiemy ma on też swoje pęknięcia. Ze sporą śmiałością powiem, że jest to najlepszy segment jaki do tej pory tutaj przeczytałem, bo grało wszystko od gimmicków, bo samą treść, a końcowy tekst, no cóż znowu uśmiech.

Ransom: Pokonuje swojego byłego kompana po dość jednostronnej walce, ale ważniejsze dzieje się po niej. Naprawdę Maxwell w takiej odsłonie jest czymś co przerosło moje oczekiwania.  Wydaje się, że dostajemy koniec historii między tą dwójką i to w dość brutalny sposób, wow naprawdę jestem pod wrażeniem tego real talku, emocji i budowania napięcia. Szanuję wodę, więc nie będę pisać więcej jak kurewsko dobre to było, good job Mr. Terry.

Rywalizacja drużynowa: Wiadomo wynik walki mógł być tylko jeden, bo nie wyobrażałem sobie porażki drużyny wszakże zlepionej na szybko, ale jednak walczącej na PPV jako team w pojedynku z gośćmi, którzy będą się tłuc między sobą. Ciekawe rzeczy zaczynają się dziać dopiero po pojedynku. O jak mi siadła ta wypowiedź Enzo, Włoch którzy ma nieczyste intencje, ale jest mocno wierzący, gdzieś już to widziałem, ale absolutnie nie jest to tutaj minusem. Bardzo zgrabna wypowiedź i jak widać, jeśli jest już nietykalność to wynika tylko z tego powodu, że The Outfit tak chciało, to też dobrze buduje tą stajnie. Edgar też od samego początku LPW jest konsekwentny w tym, że to on jest kreatorem tego co się dzieje, Emiel naprawdę świetnie odnajduje się w tej postaci. Aż kusi kiedyś skrzyżować go z Martinem bo byłoby to ciekawe doświadczenie. O ile w ET nie dał mi powodów aby się nim zaciekawić, tak tutaj naprawdę wyszedł na bardzo jasny punkt, ciekawe jak w opowieści wyglądać będzie ich starcie na Heatwave skoro Outfit, to tylko kaczka dziennikarska. Podoba mi się to napięcie między nim a Sacrale, który zdaje się być tym najmniej opanowanym z całego Outift, dobrze że ma Showoffa w kapeluszu, to znaczy Vincenzo xD Ale zanim o nim to mamy znowu Brutala, który ponownie zaczyna dobrze, ale im dalej w las tym mam wrażenie, że ta wypowiedź gaśnie, a końcówka po włosku to już mnie rozłożyła. Ja wiem, że Mike był już Polakeim, ale o tym że był Włochem i zna ten język to pierwsze słyszę, w dodatku nie mam tłumaczenia tego słowa - a dałem Wam taką opcję w kodowaniu. Vicizzi przemawia, krótko acz treściwie, jestem ciekaw czy on cały czas będzie człowiekiem czynu, czy z czasem zacznie odgrywać większą rolę mówioną. Tutaj nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej niż to, że po prostu dobrze wypunktował zarzut Brutala. Potężny i dobry segment. Walka wiadomo formalność.

Segment grupowy: Pozwolę go sobie tak nazwać bo jest to niezwykle płynne przejście z sytuacji do sytuacji. Zaczyna Derek, który ewidentnie nie ma ochoty na rozmowę z Paddym. Sama jego wypowiedź jest ok, widać że Kociarz mocno siedzi mu w głowie i w sumie to mogę odnieść nawet wrażenie, że jest źródłem jego niepowodzeń. Motyw z gablotką na trofea jest jak najbardziej w porządku, mam nadzieję że będzie później rozbudowywany, bo nie mieliśmy chyba czegoś takiego wcześniej i może to być powiew świeżości. Całość na plus, naprawdę Mantel progresuje. Dostajemy jakże honorowy przerywnik, ale chciałbym zobaczyć tutaj płacz Eliasa jak mu starty honorowy Japończyk zabiera telefon, a robi to oczywiście bardzo honorowo. Fajny przyjemny przerywnik, ale jego najważniejszą częścią jest JPD. Słowa Maxa dość szybko znajdują potwierdzenie w czynach i mamy koniec JPD w LPW  Cry przykro się na to patrzy zobacz Panter co narobiłeś ty i ten twój Max. 

JRW vol.2:  No to zaczynamy wylewanie moich gorzkich żali. O super karetka wraca sobie na sygnale od tak przejeżdżając przez korytarz i kończąc swój przejazd zaraz przed wejściem na arenę. Czyli wychodzi na to, że służby medyczne LPW mają w dupie zdrowie zawodników, a Rivers po prostu zażądał sobie powrotu na arenę i ot tak po prostu się pojawia, ignorując wszelkie zalecenia medyczne - spoko, ale w sumie czego spodziewam się po gościu którego nawet jak otruto to walczył dalej i wygrywał.... Dlaczego mnie to tak wkurwia? A no dlatego, że dostałem wyraźną prośbę o zakończenie segmentu słowami terapia rozpoczęta. Pewnie źle to zinterpretowałem, ale odebrałem to w taki sposób, że dostaniemy po prostu jakąś kontynuację tych wydarzeń, chociażby na zapleczu, czy no nie wiem - kierowcą karetki okaże się Kline itd. na pewno nie spodziewałem się tego, że JRW wszak poobijany, ale pojawi się ponownie na arenie, a w dodatku dostanie pogadankę, która spokojnie mogła trwać z 5 minut, a Silas i Kline po ostatnim ataku tak po prostu to oleją. Szkoda, że nie wiedziałem o jego ponownym pojawieniu się wcześniej bo atak opisałbym tak, że panowie grali w makao pod ringiem i wcale nie doszło do brutalnego ataku (ironizuję ofc) Ale no skoro już się pojawił to zobaczę co ma do powiedzenia. O qw swoich słowach też odnosi się do Silasa, a ten siedzi cichutko na utkanej, no spoko spoko.... Rozumiem jego motywy i całą wypowiedź, ale mógł ją przełożyć na kolejną galę/PPV, o widzę też że będzie chciał zemsty, więc może Silas będzie miał jeszcze okazję obić jego piękną buźkę, tylko po to aby JRW nic sobie z tego nie zrobił. Trochę kłują mnie te nawiązania do WCW, gdzie no był to over selfbooking tej postaci, a tutaj robimy z tego nie wiadomo jak wielką kartę przetargową całego wizerunku - czekam na dalszy rozwój wydarzeń. EDIT: Jeszcze co do wypowiedzi JRW, to chyba zapowiada nam ona jakieś większe zmiany w całokształcie postaci, widać że chciał zaśmiać się ze wszystkich, ale nie wszystko mu wyszło bo się dziura w ringu zrobiła. Tak jak wspomniałem rozumiem te jego emocję, narrację i widać że no tym razem to ktoś nadepnął jemu na odcisk, zobaczymy jak Gejmowy się w tym odnajdzie, na razie jest ciekawie, a może być tylko lepiej. 

Podpisanie kontraktu: Szykuje nam się kawał segmentu, Nick zaczyna w sposób typowy dla Gm'a i dobrze, że nie próbuje grać pierwszych skrzypiec, mamy ogłoszenie tego że będzie to Falls Count Anywhere i ok. Przechodzimy do dania głównego i naprawdę przepotężnego zamieszania, ale czy to mogło wyglądać inaczej po tych wszystkich gierkach Lopeza? Oczywiście, że nie! Naprawdę dostajemy tutaj przepotężny brawl, w którym obrywa nawet sam Aldis i mo to absolutnie nie przeszkadza. Ależ tam musiała być gęsta atmosfera, a testosteron to się pewnie wylewał poza halę. Dobrze rozpisana szamotanina. Teraz przechodzimy do cudownego ogłoszenia, Wes Wallace pojawia się w swoim rodzinnym mieście i będzie zdaje się mieć integralny udział w tym podpisaniu kontraktu. No jest to zdecydowanie ikoniczna postać e-fedowa, którą większość z userów LPW kojarzy, więc reakcja tutaj jest uzasadniona. Naprawdę przebrnąłem przez całe to podpisanie jednym ciągiem i muszę przyznać, że chyba nie widziałem czegoś tak dobrego jeśli chodzi o taki rodzaj segmentu. Zarówno Blaze jak i Lopez wywiązali się idealnie ze swoich ról. Mistrz faktycznie pobłądził i jest w stanie się do tego przyznać, natomiast Lopez cały czas pozostaje sobą, cały czas prowadzi swoje mindgames w Axelem i jest w tym cholernie dobry, widać, że na wszystko ma swój plan. Podoba mi się to napięcie między nimi, które w pewien sposób rozładowuje Wes, jako ex wrestler i gość który storczył naprawdę kurewsko dobry bój z Lopezem, zachowuje neutralność, daje według mnie cenną lekcje dla mistrza i generalnie dobrze dopełnia segment. Czy ta końcówka mówi nam, że Wes jeszcze kiedyś zawalczy? Nie wiem, ale miłoby było go zobaczyć.

Ciężko mi tutaj o jakąś sensowną ocenę w skali szkolnej, bo była masa bardzo dobrych momentów, były też te średnie i jeden segment, który według mnie nie powinien się wydarzyć, patrząc jednak na to jak wiele było tych rzeczy dobry, a nawet bardzo dobrych daję tutaj solidne 5 dobra robota panowie, mam do czego aspirować jeśli chodzi o poziom.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.09.2026, 12:28 przez Ryse.

[Obrazek: lI0WsTu.png]
Rob McŁowicz

Streak: 2-0-3
Last Match: Lord Sebastien def. Rob McŁowicz
Achievements:
Kucharz jakiegoś Francuza

[Obrazek: cEjDAaW.png]
Silas Crowe

Streak: 3-0-0
Last Match: Silas Crowe def. Rob McŁowicz
Achievements:
Odpowiedz
Cytuj
02.09.2026, 22:14
#8
Fajne to wprowadzenie - Dickinson sypie głowę popiołem, historia lekko wyrywa mu się spod pióra, ale on jakoś zawsze ląduje na cztery łapy, co nie? Dużo ten nasz Edgar musi wycierpieć, od dawien dawna. Sojusz z Brutalem to w ogóle ciekawe połączenie, akurat na The Outfit to moim zdaniem oni pasują idealne, bo co by nie mówić o postaciach, to są właśnie takie walczaki. Brutal dobrze podłapał temat i podobała mi się ta wzmianka o rywalach - że już takich widział, że to są tacy ludzie, którzy robią zamieszanie itp. To wszystko pasuje do takiej postaci jak Mike'a, a przy okazji fajnie ukazuje The Outfit, jako taką siłę, która realnie zagraża całemu Elysium. Ta końcówka dobitnie nam ukazuje, jak różne są to postaci xD Spoko wprowadzenie, dobrze się to czytało i jak najbardziej wszystko ma sens.

Co do Watersa, no to tak miało to wyglądać. Przepych, który miał być widoczny dla nawet największych ignorantów. Taki był, a ma być inny, więc ten atak to jest ta GRUBA kreska, która miała oddzielić starego Jamesa Rivera od nowego. Starałem się to pokazać dość prosto, ale ewidentnie widzę, że czasami i to nie wystarczy. Atak Silasa dobrze rozpisany, nie warto komentować tego dłużej.

Lord Sebastien. No co tu dużo pisać, jest to już dość mocno nużące i niech się ten program już skończy. Co do samej treści, to tutaj nie ma się za bardzo czego czepiać, wszystko utrzymane mocno w gimmicku, jakiś sens w tym jest, chociażby ten tekst o przywróceniu należytego porządku, że szlachta przy stole, a służba zapierdala. No, ale nie ukrywajmy, że raczej wszyscy wiedzą, że tutaj wiele więcej się nie wyciśnie.

Cottonwood. Z randomowych rzeczy i wrestlerów, jacy mogli się pojawić to naprawdę jest to mocna topka. Ciekawie musi wyglądać wnętrze umysłu Pantera...

Surfer? No ok, niech będzie, skoro tak się nazywa. Krótkie to było i bardzo face'owe. Ładnie się przywitał, docenił reakcję publiczności i...wchodzi Lopez, który mówi, że Chris lał wodę. Moim zdaniem to nawet nie zdążył, ale ewidentnie odkrywam ostatnio, że ja się nie znam, więc ; )) Sama wypowiedź Jose bardzo taka...Lopezowa. On to tylko by się ironicznie uśmiechał i puszczał oczko. Ma rozmach w ogóle, bo ten speech nie był długi, a on zdążył dotknąć Cavazosa, Uszczelki, Blaze'a.  A tak bardziej na poważnie - to trafiło się Surferowi, sam Jose Lopez go wita i na dodatek chce z nim walczyć. To rzeczywiście niezła szansa na pamiętny debiut. A Hiszpan widać, że jest pewny siebie, bo potencjalna porażka to by go mogła mocno zaboleć w obecnym momencie. No, ale nic takiego oczywiście się nie dzieje. Dla Słonecznego Chrisa to i tak spore wyróżnienie. 

Odpowiedź McŁowicza dobra. Dokładnie tak powinien do tego podejść, bo on tutaj nas jeszcze bardziej uświadamia, jak odrealniony jest Lord Sebastien i jakim jest dupkiem. Mamy tu też takie typowe zderzenie dwóch światów, jeden to chłop, który większość zawdzięcza swojej pracy i ma swoje zasady, a drugi to taki właśnie francuski lordzik, który wyżej sra niż dupę ma. Murem za Robertem!

Derek to jest jedna z moich ulubionych postaci, bez wątpienia. Ile tu jest możliwości xD No i on bardzo dobrze z tego korzysta, tutaj z wrażenia prawie się zesrał. Generalnie co do płaskiej ziemi, czy braku grawitacji to oczywiście ma 100% racji. Cieszę się, że są takie osoby, które nie boją się tego wprost powiedzieć. O, Tony Leone myśli podobnie, jak ja. Sztos ta wypowiedź - umiejętnie podchodzi Dereka, buduje w nim taką pewność siebie, schlebia mu. Dobre to było i takie pasujące do tego jak ten Leone jest przedstawiany, czyli taki wilk w owczej skórze. Derek jednak nie nabiera się tak łatwo i w sumie bardzo fajnie to punktuje, bo Leone to właśnie taki boss, tutaj interesy, tutaj transakcja, ale gdzieś w tle jest jednak ta brutalniejsza strona tego świata mafijnego. Ta drruga wypowiedź Tony'ego to takie połączenie Dario z "Ślepnąc od Świateł" i klimatu Ojca Chrzestnego, więc grubo. "gdyby przez taką drobnostkę wydarzyło się coś nieprzyjemnego." - to właśnie takie typowe ostrzeżenie w tym stylu. Podobało mi się to bardzo, a komediowej wstawki na sam koniec się nie spodziewałem, ale tym bardziej ją doceniam.

Kolejna postać, którą bardzo lubię - Ransom. Super ta wypowiedź po walce, bo widać, że on w jakiś sposób próbuje jeszcze dotrzeć do tego Dolnicka, chociaż to zawsze był wieprzek i kretyn, to rzeczywiście tutaj w LPW stał się...KNUREM. Takim opasłym knurem, który nie żyje, tylko egzystuje. No, a Maxwell jest na przeciwnym biegunie w życiu. Widać, że mocno go przeczołgało, ale stara się zawalczyć o siebie i swoją przyszłość. Oni na WCW rzeczywiście byli ciekawym tworem i dużo osób czekało na to Anarchy i ich przygody. No i fakt, że tam humor może był niskich lotów, ale jednak to co robi teraz Dolnick...no to jest przepaść. Bardzo było dużo tutaj takich prawdziwych emocji i wszystko co powiedział Maxwell miało dużo sensu i też miało odpowiednią WAGĘ. Panter umie w takie speeche, a tutaj jeszcze wywołał do tablicy Jaya DiMateo, więc +100 do AURY. Generalnie to ja serio nie rozumiem do końca tego narzekania na przekleństwa, bo tak jak w normalnym świecie, tak i tu są ludzie, którzy po prostu przeklinają i tyle. A jak się człowiek denerwuje i ma problemy, to robi to częściej. Więc moim zdaniem powinniśmy oceniać treść jako treść, a nie środki jakich używamy. Wracając do Ransoma - ta wypowiedź bardzo była prawdziwa, a sama końcówka jasno nam pokazuje, że on też ma już dość tego udawania u Dolnicka i rzeczywiście wydaje się, że sprawa jest przegrana, bo grubas raczej się nie zmieni. Jak się zmieni, to będzie cud. Zapamiętajcie to.

Całość od Edgara, Brutala, Sacrale i Vizziniego. Sporo tego było. Ewidentnie jest ten konflikt bardzo mocno promowany, ale nie ma co się dziwić, w końcu The Outfit to teraz najgorętszy temat w całej federacji. Dobre to było. Scarale, jak samo nazwisko zobowiązuje, jest mocno wierzący. Wierzący, włoski mafiozo. Kto by się spodziewał? Podoba mi się, że tutaj w dalszym ciągu mamy tę narrację, że generalnie to oni przyszli po swoje, a cała reszta niepotrzebnie im przeszkadza i w sumie to oni nie chcą nikogo karać, ale sprawiedliwości musi być, więc zapewne ich rywale dostaną za swoje. Edgar to ma chyba jeszcze większą wiarę w siebie niż Enzo ma w boga xD Tutaj też mamy jasne trzymanie się gimmicku, nawiązywanie do tego, że The Outfit to są właśnie Ci intruzi, którzy psują świat, który Dickinson sobie kreuje. Podoba mi się w nim to, że on coraz bardziej staje się...mroczny? W każdym razie widać, że to nie jest taki chłopek, który akceptuje wszystko to, co wokół niego się dzieje. Tylko ewidentnie ma już dość tego, że ktoś ciągle wtrynia mu się w jego życie, w jego opowieść. Potem znowu mamy Sacrale i tutaj też uderza z sensem "Zazdrość jest zgnilizną kości" - żebyście wiedzieli. Końcówka tej wypowiedzi to taki MIX, bo z jednej strony mamy w dalszym ciągu ten ton i ten przekaz, że "odpuść, nie chcemy sobie robić wrogów, itp", a drugiej strony jednak Sacrale jest osobiście dotknięty tym, co powiedział Edgar, bo uderza to w jego świętości i widać, że ON jako ON jest mocno wkurwiony na Poetę. Brutal, jak to Brutal. Znudziło go to pierdolenie i to też fajnie pokazuje, że naprawdę ten segment od początku do końca był mądrze wymyślony. Bo powiedzcie mi, czy jakbyśmy Brutala, dali na początek to wydźwięk byłby ten sam? No nie. Tutaj nie ma żadnego przypadku, a Mike dobrze się sprawdza, jako ten, który te wszystkie podniosłe słowa sprowadza do tego, że generalnie, to oni mają się po prostu bić. No, bo w gruncie rzeczy, taka prawda, nie? A wrestling lubi face'ów, którzy mówią, jak jest. Vizzini wywołany do tablicy musiał to jakoś sensownie zakończyć i tak też się stało. Widać, że to chłop, który raczej jest od bicia, a nie od mówienia i że z całego The Outfit jest najbardziej bezpośrednią postacią. Dzięki temu mamy też płynne przejście do walki, która musiała się tak zakończyć - kolejny pokaz siły, tym razem bardzo dosłowny. Dobrze to wszystko zostało wymyślone i bardzo fajnie podbudowuje ich starcie na PPV. Super robota, panowie.

Co do Mantela, to powiem tylko, że no...no tak, generalnie. Nie dziwie się mu, że ma już dość tej zabawy, bo rzeczywiście mógłby robić rzeczy ciekawsze i większe. Pozostaje mieć nadzieje, że następny feud jaki dostanie będzie bardziej rozwojowy. Spoko tutaj mieliśmy ukazane emocje - znużenie, zniecierpliwienie, zdenerwowanie. Polowanie na dziwolągi dopiero się zaczyna. No i właśnie...czy taki Yoshi Tatsu jest dziwolągiem? Czy jednak totalnym randomem? "Ty pierdolony gnoju" - rozśmieszyło mnie to niezwykle, ale ja jestem prymitywem, to nie ma co się dziwić. W ogóle ta ich wymiana zdań była kuriozalna i jak czytałem to na live to miałem nieustanną bekę. Potem jeszcze to płynne przejście do Dolnicka, który postanowił się pożegnać. Jakby miał fanów, to by za nim płakali. "Jedźmy, nikt nie woła".

Potem przejście do speechu Watersa. No i ja tutaj nie będę opisywał, czy był dobry czy chujowy. Było tam wielokrotnie pokazane, jak bardzo jest poobijany i jak dużo go kosztowało to, co się przed chwilą stało, więc NIE ROZUMIEM tego co napisał Ryse. No, ale zacznijmy od początku. Serio, problemem jest to, że koleś wraca karetką? Serio? Czy tutaj wszyscy oglądamy/oglądaliśmy wrestling? Bo jak czytam takie wypociny, bo inaczej się tego nie da nazwać, to śmiem wątpić. Serio, problemem jest to, że on po wpierdolu, który trwał jakaś minutę wraca? SERIO?! Czyli jak ktoś daje speech po pół godzinnej walce, to jest ok, ale tutaj już boli? Boli to, że to Waters, czy to, że on śmiał w ogóle wstać po potężnym Silasie Crowe? Ryse, szukałem w twojej wypowiedzi jakiegoś sensu, żeby zrozumieć tą frustrację, która się pojawiła, ale go nie widzę. Zauważyłem natomiast, że kompletnie nie interesowało Cię to, co ten Waters miał do powiedzenia, a jak na osobę, która stworzyła "The Reapera" to naprawdę masz ogromne jaja, że wyciągasz mi to otrucie. XD No tak, tak. Próba otrucia boli, ale generalnie Jericho, który przegrał z The Reaperem, bo ten go opętał, już jest ok. Miejmy jakieś resztki szacunku do ludzi, z którymi bądź, co bądź tworzymy to forum. Bo ja mam w dupie, to czy Waters dostanie pas, czy rozjebiecie mu streak. Chciałem żeby miał duże wejście i żeby miał jeszcze większy upadek, ale żeby jasno pokazać OD RAZU, że to go nie złamało, tylko daje mu nowe życie. Nie było tutaj nic przesady, nie było tutaj nic, czego nie widzieliśmy już we wrestlingu, a pan admin postanowił to ocenić, jak ocenił. No i ok, ma do tego pełne prawo. Tylko, że ja też mam pełne prawo do swojego zdania i mam wrażenie, że jak ktoś rozumiał koncepcję powrotu Watersa od początku, to jednak się ze mną zgodzi. 14 lat temu bym się pieklił dalej, 6 lat temu bym próbował to tłumaczyć i tłumaczyć, ale teraz jestem w takim miejscu w swoim życiu, że OK. Przyjmuję do wiadomości całą tą niechęć i powiem tylko tyle, że mi też się już odechciało, więc oficjalnie proponuje żeby sobie Silas Crowe złożył Watersa i to najlepiej w 10 sekund. Mogę obiecać, że po tym już nie wróci. Piszę to zupełnie serio, bo tak jak wspomniałem - ja nie widzę sensu dalszej współpracy, skoro można tak bardzo odlecieć względem tego, jak traktuje się swoją postać, a jak inne. Nie mam w sobie żadnego żalu, czy wkurwienia, po prostu dla mnie to jedno wielkie IKSDE i nieporozumienie.

PS: Cieszę się, że zwróciliście uwagę na to tytułowanie Watersa, bo użyłem tego specjalnie parę razy, żeby trochę ukazać jego pychy i żeby potem ta przemiana miała jeszcze większe znaczenie.

Końcówka jest wręcz LEGENDARY. Trochę moja czujność została uśpiona przez Dolnicka i jego niespodziankę z karłami, no ale jednak jest. Żywy, prawdziwy - Wes Wallace. Przyćmił wszystko, co do tej pory było na tej gali. Samym wejściem, w sumie. Też cieszę się, że zostało to w ten sposób rozegrane, że po tylu gadaninach, po ostatnich przygodach i manipulacjach Lopeza, że oni od razu się na siebie rzucili. Bo jakby sami z siebie chcieli zacząć od gadania, to było dziwne. No, ale dzięki Wesowi jednak dojdzie do rozmów. Dobry smaczek z tym, że Blaze sięga po mikrofon szybciej od Wesa, to pokazuje, że on rzeczywiście chce pokazać i jemu i przede wszystkim Lopezowi, że to on jest MISTRZEM. Dobrze nawiązał do wszystkich brudnych zagrywek jose, szczególnie do tego ostatniego zajścia. Lopez to generalnie taki rywal, że chce wejść najpierw komuś w głowę, a dopiero potem z tym kimś wchodzi do ringu. W tej wypowiedzi Hiszpana właśnie to widać - zajeżdża nawet takim CM Punkiem, z czasów SE, czy feudu z Jeffem Hardym. Jak najbardziej to wszystko na miejscu, bo z jednej strony Blaze jest tutaj pokazany jako taki zwykły grzesznik, a z drugiej strony...jest ludzki. Ludzie lubią ludzi, którzy są normalni i którzy nie udają doskonałych. Więc moim zdaniem to wszystko działa dobrze zarówno dla mistrza, jak i dla Lopeza. Mądrze jest to prowadzone i widać, że tutaj Carni i Remik dogadują się po prostu w tym, jak to ma wyglądać i co ma im to dać. W dalszej części mamy to, o czym już wielokrotnie pisałem - Blaze'owi puszczają nerwy, a Lopez jest wtedy w swoim żywiole, bo czuje, że to on do tego wszystkiego doprowadził i wie, że taki rywal jest bardziej podatny na porażkę. AURA. Wes FUCKIN' Wallace. Super to zostało zrobione, bo on tutaj wygrania Blaze'owi to, co rzeczywiście ostatnio lekko zostało nadszarpnięte, czyli ten jego kontakt z publicznością i tutaj ogromna w tym zasługa Lopeza i jego świńskich działań. Potem jeszcze fajnie podbudował postać Blaze'a i wprost powiedział, że go docenia. Przy okazji dał jasno do zrozumienia, że Lopeza docenia jeszcze bardziej i samo to BUDUJE i PROMUJE ten i tak świetny feud. Tutaj mamy dodanie star poweru tuż przed ich bezpośrednim starciem i naprawdę wszystko to zostało zrobione z głową, czapki z głów. Ich ostatnie wypowiedzi tylko podsumowują to, o czym pisali chociażby Remik i Carni. Lopez wchodzi w głowę Blaze'owi, a ten po prostu potrzebuje doświadczenia i obycia, żeby się nauczyć z tym walczyć. Widać tutaj, że skoro wziął sobie słowa Wesa do serca, to rzeczywiście coraz więcej tam zaczyna docierać. No, a Jose stara się to odrzucić i dalej uważa, że to zdecydowanie on jest na wygranej pozycji. Podobało mi się też to stwierdzenie, że on zostanie zapamiętany jako ten, który nie miał żadnych ograniczeń i spełnił swoje marzenia. Dobre to było i mocne. No, a jeszcze mocniejszy na sam koniec był Wes, który stwierdził, co stwierdził. Tak, to musiało zaboleć. Piekielnie to było wszystko mocne, bardzo dobrze zrobione, czytało się świetnie i naprawdę duże gratulacje dla was wszystkich, bo tutaj każda postać była mocna i tak powinno się właśnie prowadzić feudy i promować walki.

Bardzo dobra gala. Najlepsza. W ogóle jedna z najlepszych, jakie czytałem, a czytałem chyba ich najwięcej z nas wszystkich.
Odpowiedz
Cytuj
The Game
Valor Champion
02.09.2026, 22:14 #8
Fajne to wprowadzenie - Dickinson sypie głowę popiołem, historia lekko wyrywa mu się spod pióra, ale on jakoś zawsze ląduje na cztery łapy, co nie? Dużo ten nasz Edgar musi wycierpieć, od dawien dawna. Sojusz z Brutalem to w ogóle ciekawe połączenie, akurat na The Outfit to moim zdaniem oni pasują idealne, bo co by nie mówić o postaciach, to są właśnie takie walczaki. Brutal dobrze podłapał temat i podobała mi się ta wzmianka o rywalach - że już takich widział, że to są tacy ludzie, którzy robią zamieszanie itp. To wszystko pasuje do takiej postaci jak Mike'a, a przy okazji fajnie ukazuje The Outfit, jako taką siłę, która realnie zagraża całemu Elysium. Ta końcówka dobitnie nam ukazuje, jak różne są to postaci xD Spoko wprowadzenie, dobrze się to czytało i jak najbardziej wszystko ma sens.

Co do Watersa, no to tak miało to wyglądać. Przepych, który miał być widoczny dla nawet największych ignorantów. Taki był, a ma być inny, więc ten atak to jest ta GRUBA kreska, która miała oddzielić starego Jamesa Rivera od nowego. Starałem się to pokazać dość prosto, ale ewidentnie widzę, że czasami i to nie wystarczy. Atak Silasa dobrze rozpisany, nie warto komentować tego dłużej.

Lord Sebastien. No co tu dużo pisać, jest to już dość mocno nużące i niech się ten program już skończy. Co do samej treści, to tutaj nie ma się za bardzo czego czepiać, wszystko utrzymane mocno w gimmicku, jakiś sens w tym jest, chociażby ten tekst o przywróceniu należytego porządku, że szlachta przy stole, a służba zapierdala. No, ale nie ukrywajmy, że raczej wszyscy wiedzą, że tutaj wiele więcej się nie wyciśnie.

Cottonwood. Z randomowych rzeczy i wrestlerów, jacy mogli się pojawić to naprawdę jest to mocna topka. Ciekawie musi wyglądać wnętrze umysłu Pantera...

Surfer? No ok, niech będzie, skoro tak się nazywa. Krótkie to było i bardzo face'owe. Ładnie się przywitał, docenił reakcję publiczności i...wchodzi Lopez, który mówi, że Chris lał wodę. Moim zdaniem to nawet nie zdążył, ale ewidentnie odkrywam ostatnio, że ja się nie znam, więc ; )) Sama wypowiedź Jose bardzo taka...Lopezowa. On to tylko by się ironicznie uśmiechał i puszczał oczko. Ma rozmach w ogóle, bo ten speech nie był długi, a on zdążył dotknąć Cavazosa, Uszczelki, Blaze'a.  A tak bardziej na poważnie - to trafiło się Surferowi, sam Jose Lopez go wita i na dodatek chce z nim walczyć. To rzeczywiście niezła szansa na pamiętny debiut. A Hiszpan widać, że jest pewny siebie, bo potencjalna porażka to by go mogła mocno zaboleć w obecnym momencie. No, ale nic takiego oczywiście się nie dzieje. Dla Słonecznego Chrisa to i tak spore wyróżnienie. 

Odpowiedź McŁowicza dobra. Dokładnie tak powinien do tego podejść, bo on tutaj nas jeszcze bardziej uświadamia, jak odrealniony jest Lord Sebastien i jakim jest dupkiem. Mamy tu też takie typowe zderzenie dwóch światów, jeden to chłop, który większość zawdzięcza swojej pracy i ma swoje zasady, a drugi to taki właśnie francuski lordzik, który wyżej sra niż dupę ma. Murem za Robertem!

Derek to jest jedna z moich ulubionych postaci, bez wątpienia. Ile tu jest możliwości xD No i on bardzo dobrze z tego korzysta, tutaj z wrażenia prawie się zesrał. Generalnie co do płaskiej ziemi, czy braku grawitacji to oczywiście ma 100% racji. Cieszę się, że są takie osoby, które nie boją się tego wprost powiedzieć. O, Tony Leone myśli podobnie, jak ja. Sztos ta wypowiedź - umiejętnie podchodzi Dereka, buduje w nim taką pewność siebie, schlebia mu. Dobre to było i takie pasujące do tego jak ten Leone jest przedstawiany, czyli taki wilk w owczej skórze. Derek jednak nie nabiera się tak łatwo i w sumie bardzo fajnie to punktuje, bo Leone to właśnie taki boss, tutaj interesy, tutaj transakcja, ale gdzieś w tle jest jednak ta brutalniejsza strona tego świata mafijnego. Ta drruga wypowiedź Tony'ego to takie połączenie Dario z "Ślepnąc od Świateł" i klimatu Ojca Chrzestnego, więc grubo. "gdyby przez taką drobnostkę wydarzyło się coś nieprzyjemnego." - to właśnie takie typowe ostrzeżenie w tym stylu. Podobało mi się to bardzo, a komediowej wstawki na sam koniec się nie spodziewałem, ale tym bardziej ją doceniam.

Kolejna postać, którą bardzo lubię - Ransom. Super ta wypowiedź po walce, bo widać, że on w jakiś sposób próbuje jeszcze dotrzeć do tego Dolnicka, chociaż to zawsze był wieprzek i kretyn, to rzeczywiście tutaj w LPW stał się...KNUREM. Takim opasłym knurem, który nie żyje, tylko egzystuje. No, a Maxwell jest na przeciwnym biegunie w życiu. Widać, że mocno go przeczołgało, ale stara się zawalczyć o siebie i swoją przyszłość. Oni na WCW rzeczywiście byli ciekawym tworem i dużo osób czekało na to Anarchy i ich przygody. No i fakt, że tam humor może był niskich lotów, ale jednak to co robi teraz Dolnick...no to jest przepaść. Bardzo było dużo tutaj takich prawdziwych emocji i wszystko co powiedział Maxwell miało dużo sensu i też miało odpowiednią WAGĘ. Panter umie w takie speeche, a tutaj jeszcze wywołał do tablicy Jaya DiMateo, więc +100 do AURY. Generalnie to ja serio nie rozumiem do końca tego narzekania na przekleństwa, bo tak jak w normalnym świecie, tak i tu są ludzie, którzy po prostu przeklinają i tyle. A jak się człowiek denerwuje i ma problemy, to robi to częściej. Więc moim zdaniem powinniśmy oceniać treść jako treść, a nie środki jakich używamy. Wracając do Ransoma - ta wypowiedź bardzo była prawdziwa, a sama końcówka jasno nam pokazuje, że on też ma już dość tego udawania u Dolnicka i rzeczywiście wydaje się, że sprawa jest przegrana, bo grubas raczej się nie zmieni. Jak się zmieni, to będzie cud. Zapamiętajcie to.

Całość od Edgara, Brutala, Sacrale i Vizziniego. Sporo tego było. Ewidentnie jest ten konflikt bardzo mocno promowany, ale nie ma co się dziwić, w końcu The Outfit to teraz najgorętszy temat w całej federacji. Dobre to było. Scarale, jak samo nazwisko zobowiązuje, jest mocno wierzący. Wierzący, włoski mafiozo. Kto by się spodziewał? Podoba mi się, że tutaj w dalszym ciągu mamy tę narrację, że generalnie to oni przyszli po swoje, a cała reszta niepotrzebnie im przeszkadza i w sumie to oni nie chcą nikogo karać, ale sprawiedliwości musi być, więc zapewne ich rywale dostaną za swoje. Edgar to ma chyba jeszcze większą wiarę w siebie niż Enzo ma w boga xD Tutaj też mamy jasne trzymanie się gimmicku, nawiązywanie do tego, że The Outfit to są właśnie Ci intruzi, którzy psują świat, który Dickinson sobie kreuje. Podoba mi się w nim to, że on coraz bardziej staje się...mroczny? W każdym razie widać, że to nie jest taki chłopek, który akceptuje wszystko to, co wokół niego się dzieje. Tylko ewidentnie ma już dość tego, że ktoś ciągle wtrynia mu się w jego życie, w jego opowieść. Potem znowu mamy Sacrale i tutaj też uderza z sensem "Zazdrość jest zgnilizną kości" - żebyście wiedzieli. Końcówka tej wypowiedzi to taki MIX, bo z jednej strony mamy w dalszym ciągu ten ton i ten przekaz, że "odpuść, nie chcemy sobie robić wrogów, itp", a drugiej strony jednak Sacrale jest osobiście dotknięty tym, co powiedział Edgar, bo uderza to w jego świętości i widać, że ON jako ON jest mocno wkurwiony na Poetę. Brutal, jak to Brutal. Znudziło go to pierdolenie i to też fajnie pokazuje, że naprawdę ten segment od początku do końca był mądrze wymyślony. Bo powiedzcie mi, czy jakbyśmy Brutala, dali na początek to wydźwięk byłby ten sam? No nie. Tutaj nie ma żadnego przypadku, a Mike dobrze się sprawdza, jako ten, który te wszystkie podniosłe słowa sprowadza do tego, że generalnie, to oni mają się po prostu bić. No, bo w gruncie rzeczy, taka prawda, nie? A wrestling lubi face'ów, którzy mówią, jak jest. Vizzini wywołany do tablicy musiał to jakoś sensownie zakończyć i tak też się stało. Widać, że to chłop, który raczej jest od bicia, a nie od mówienia i że z całego The Outfit jest najbardziej bezpośrednią postacią. Dzięki temu mamy też płynne przejście do walki, która musiała się tak zakończyć - kolejny pokaz siły, tym razem bardzo dosłowny. Dobrze to wszystko zostało wymyślone i bardzo fajnie podbudowuje ich starcie na PPV. Super robota, panowie.

Co do Mantela, to powiem tylko, że no...no tak, generalnie. Nie dziwie się mu, że ma już dość tej zabawy, bo rzeczywiście mógłby robić rzeczy ciekawsze i większe. Pozostaje mieć nadzieje, że następny feud jaki dostanie będzie bardziej rozwojowy. Spoko tutaj mieliśmy ukazane emocje - znużenie, zniecierpliwienie, zdenerwowanie. Polowanie na dziwolągi dopiero się zaczyna. No i właśnie...czy taki Yoshi Tatsu jest dziwolągiem? Czy jednak totalnym randomem? "Ty pierdolony gnoju" - rozśmieszyło mnie to niezwykle, ale ja jestem prymitywem, to nie ma co się dziwić. W ogóle ta ich wymiana zdań była kuriozalna i jak czytałem to na live to miałem nieustanną bekę. Potem jeszcze to płynne przejście do Dolnicka, który postanowił się pożegnać. Jakby miał fanów, to by za nim płakali. "Jedźmy, nikt nie woła".

Potem przejście do speechu Watersa. No i ja tutaj nie będę opisywał, czy był dobry czy chujowy. Było tam wielokrotnie pokazane, jak bardzo jest poobijany i jak dużo go kosztowało to, co się przed chwilą stało, więc NIE ROZUMIEM tego co napisał Ryse. No, ale zacznijmy od początku. Serio, problemem jest to, że koleś wraca karetką? Serio? Czy tutaj wszyscy oglądamy/oglądaliśmy wrestling? Bo jak czytam takie wypociny, bo inaczej się tego nie da nazwać, to śmiem wątpić. Serio, problemem jest to, że on po wpierdolu, który trwał jakaś minutę wraca? SERIO?! Czyli jak ktoś daje speech po pół godzinnej walce, to jest ok, ale tutaj już boli? Boli to, że to Waters, czy to, że on śmiał w ogóle wstać po potężnym Silasie Crowe? Ryse, szukałem w twojej wypowiedzi jakiegoś sensu, żeby zrozumieć tą frustrację, która się pojawiła, ale go nie widzę. Zauważyłem natomiast, że kompletnie nie interesowało Cię to, co ten Waters miał do powiedzenia, a jak na osobę, która stworzyła "The Reapera" to naprawdę masz ogromne jaja, że wyciągasz mi to otrucie. XD No tak, tak. Próba otrucia boli, ale generalnie Jericho, który przegrał z The Reaperem, bo ten go opętał, już jest ok. Miejmy jakieś resztki szacunku do ludzi, z którymi bądź, co bądź tworzymy to forum. Bo ja mam w dupie, to czy Waters dostanie pas, czy rozjebiecie mu streak. Chciałem żeby miał duże wejście i żeby miał jeszcze większy upadek, ale żeby jasno pokazać OD RAZU, że to go nie złamało, tylko daje mu nowe życie. Nie było tutaj nic przesady, nie było tutaj nic, czego nie widzieliśmy już we wrestlingu, a pan admin postanowił to ocenić, jak ocenił. No i ok, ma do tego pełne prawo. Tylko, że ja też mam pełne prawo do swojego zdania i mam wrażenie, że jak ktoś rozumiał koncepcję powrotu Watersa od początku, to jednak się ze mną zgodzi. 14 lat temu bym się pieklił dalej, 6 lat temu bym próbował to tłumaczyć i tłumaczyć, ale teraz jestem w takim miejscu w swoim życiu, że OK. Przyjmuję do wiadomości całą tą niechęć i powiem tylko tyle, że mi też się już odechciało, więc oficjalnie proponuje żeby sobie Silas Crowe złożył Watersa i to najlepiej w 10 sekund. Mogę obiecać, że po tym już nie wróci. Piszę to zupełnie serio, bo tak jak wspomniałem - ja nie widzę sensu dalszej współpracy, skoro można tak bardzo odlecieć względem tego, jak traktuje się swoją postać, a jak inne. Nie mam w sobie żadnego żalu, czy wkurwienia, po prostu dla mnie to jedno wielkie IKSDE i nieporozumienie.

PS: Cieszę się, że zwróciliście uwagę na to tytułowanie Watersa, bo użyłem tego specjalnie parę razy, żeby trochę ukazać jego pychy i żeby potem ta przemiana miała jeszcze większe znaczenie.

Końcówka jest wręcz LEGENDARY. Trochę moja czujność została uśpiona przez Dolnicka i jego niespodziankę z karłami, no ale jednak jest. Żywy, prawdziwy - Wes Wallace. Przyćmił wszystko, co do tej pory było na tej gali. Samym wejściem, w sumie. Też cieszę się, że zostało to w ten sposób rozegrane, że po tylu gadaninach, po ostatnich przygodach i manipulacjach Lopeza, że oni od razu się na siebie rzucili. Bo jakby sami z siebie chcieli zacząć od gadania, to było dziwne. No, ale dzięki Wesowi jednak dojdzie do rozmów. Dobry smaczek z tym, że Blaze sięga po mikrofon szybciej od Wesa, to pokazuje, że on rzeczywiście chce pokazać i jemu i przede wszystkim Lopezowi, że to on jest MISTRZEM. Dobrze nawiązał do wszystkich brudnych zagrywek jose, szczególnie do tego ostatniego zajścia. Lopez to generalnie taki rywal, że chce wejść najpierw komuś w głowę, a dopiero potem z tym kimś wchodzi do ringu. W tej wypowiedzi Hiszpana właśnie to widać - zajeżdża nawet takim CM Punkiem, z czasów SE, czy feudu z Jeffem Hardym. Jak najbardziej to wszystko na miejscu, bo z jednej strony Blaze jest tutaj pokazany jako taki zwykły grzesznik, a z drugiej strony...jest ludzki. Ludzie lubią ludzi, którzy są normalni i którzy nie udają doskonałych. Więc moim zdaniem to wszystko działa dobrze zarówno dla mistrza, jak i dla Lopeza. Mądrze jest to prowadzone i widać, że tutaj Carni i Remik dogadują się po prostu w tym, jak to ma wyglądać i co ma im to dać. W dalszej części mamy to, o czym już wielokrotnie pisałem - Blaze'owi puszczają nerwy, a Lopez jest wtedy w swoim żywiole, bo czuje, że to on do tego wszystkiego doprowadził i wie, że taki rywal jest bardziej podatny na porażkę. AURA. Wes FUCKIN' Wallace. Super to zostało zrobione, bo on tutaj wygrania Blaze'owi to, co rzeczywiście ostatnio lekko zostało nadszarpnięte, czyli ten jego kontakt z publicznością i tutaj ogromna w tym zasługa Lopeza i jego świńskich działań. Potem jeszcze fajnie podbudował postać Blaze'a i wprost powiedział, że go docenia. Przy okazji dał jasno do zrozumienia, że Lopeza docenia jeszcze bardziej i samo to BUDUJE i PROMUJE ten i tak świetny feud. Tutaj mamy dodanie star poweru tuż przed ich bezpośrednim starciem i naprawdę wszystko to zostało zrobione z głową, czapki z głów. Ich ostatnie wypowiedzi tylko podsumowują to, o czym pisali chociażby Remik i Carni. Lopez wchodzi w głowę Blaze'owi, a ten po prostu potrzebuje doświadczenia i obycia, żeby się nauczyć z tym walczyć. Widać tutaj, że skoro wziął sobie słowa Wesa do serca, to rzeczywiście coraz więcej tam zaczyna docierać. No, a Jose stara się to odrzucić i dalej uważa, że to zdecydowanie on jest na wygranej pozycji. Podobało mi się też to stwierdzenie, że on zostanie zapamiętany jako ten, który nie miał żadnych ograniczeń i spełnił swoje marzenia. Dobre to było i mocne. No, a jeszcze mocniejszy na sam koniec był Wes, który stwierdził, co stwierdził. Tak, to musiało zaboleć. Piekielnie to było wszystko mocne, bardzo dobrze zrobione, czytało się świetnie i naprawdę duże gratulacje dla was wszystkich, bo tutaj każda postać była mocna i tak powinno się właśnie prowadzić feudy i promować walki.

Bardzo dobra gala. Najlepsza. W ogóle jedna z najlepszych, jakie czytałem, a czytałem chyba ich najwięcej z nas wszystkich.
Odpowiedz
Cytuj
03.09.2026, 18:57
#9
Mike Brutal / Edgar Dickinson - Mike wchodzi jak do siebie. Nie ma nawet pretensji do Edgara o odwrócenie uwagi podczas walki. Podoba mi się takie zachowanie Mikea. Edgar odpowiada poetycko w swoim stylu. Fajna nić się pomiędzy obydwoma wytworzyła mimo, że są z zupełnie innych światów to zdają się siebie uzupełniać. Edgar wytłumaczył się ze współpracy z Sabrem. Mike zlał to jak ma w zwyczaju. Brutal staje się twarzą tego brandu i jak najbardziej na to zasługuje. W jego wypowiedziach czuć takiego gościa, któremu zależy na tym miejscu. W sumie to właśnie tu się pozbierał i nabrał sens, więc wiele mu zawdzięcza.

James River Waters - Ale mocne wejście Watersa. Normalnie Hollywood Rock jak żywy. Może bardziej Hollywood Rock + Evolution w jednym. Widać, że cały budżet gali poszedł na to wejście. Aldis naprawdę musiał słono posypać, żeby taka gwiazda dołączyła do Elysium. Nagle wszystko zostaje przerwane przez Silasa. Cholera ale gość musi mieć siły, że wyrzuca Watersa w powietrze. Chyba to trochę przekoloryzowane było. Taki wstęp dla Jamesa, żeby Crowe to wszystko przekreślił. Waters cały we krwi to musiało makabrycznie wyglądać. Kurde może to trochę za mocne nawet. Jakoś tak przyzwyczaiłem się do takiego cukierkowatego wrestlingu, wychowany na pg erze w głównej mierze to takie widoki były dla mnie niezbyt częste. Crowe był kreowany tymi wygranymi na potwora teraz to naprawdę jest mega podbudowany. Oby tylko tego nie spalił.

Lord Sebastien - Dziwnie wygląda fakt, że Lord pała taką obsesją w stronę Roba. W końcu mamy się za kogoś wyżej i gardzi McŁowiczem. Skoro tak to czemu poświęca mu tyle czasu. Ja bym to bardziej widział, że Lord zajmuje się swoimi rzeczami gra w polo czy co tam i co chwilę przypomina mu się ten Rob jak wrzód na dupie. Tu jest niby wszystko dobrze rozpisane, ale nie widzę sensu dla którego Sebastien miałby pałać taką obsesją do McŁowicza.

Eli Cottonwood - Dobrze, że nie Cottonworld. Nigdy nie słyszałem o tej postaci. Brzmi jak jakaś postać z anime z dużym wąsem. Przed oczami mam Brauma z Lola czy inne takie postaci. Zaciekawił mnie koleś te imię nie pasuje trochę do takiego olbrzyma.

Zack Sabre Jr vs Derek Halloway - Mistrz całkowicie pogrzebuje Zacka i tak to musiało się skończyć. Szkoda, bo Sabre Jr na początku zapowiadał się całkiem nieźle. Halloway przynajmniej podbudował sobie streak na nie byle jakim zawodniku i może już w spokoju zająć się Leonem.

Chris Finnegan / Jose Lopez - Tak szczerze jak czytam po dłuższym czasie wypowiedź Chrisa to trochę dałem dupy. Chcę go zrobić turbo cukierkowego, a nie prowadziłem jeszcze takiej postaci. Szczerze powiedziawszy widzę to tak, że póki co on będzie taki karykaturalny póki nie stworzy jakiejś historii w tej fedce. Obecnie jest typem z plaży i nic nie mogę go rozwinąć lub pokazać emocji bo jest na ten czas zbyt wyluzowany. Jose wchodzi i zamiata nieźle. Szkoda, że kończy się nam dyskusja na tej wypowiedzi bo chętnie bym się z nim skonfrontował. Przełamanie czwartej ściany chapeu bas dla Carniego. Ogólnie to fajnie, że nie zgnoił mi go jakoś całkowicie na starcie tylko uszanował jako rywala. Mam wrażenie, że Lopez trochę mięknieje i za jakiś czas może przejść jakiś face turn bo obecnie jest conajwyżej uszczypliwy, a nie obraża wszystkich dookoła. Blazeowi też sie dostaje i dobrze, to jest prawdziwy rywal Lopeza i to na tym powinien się skupiać Jose.

Rob McŁowicz - Odpowiada Lordowi w swoim stylu. Hmm jeśli mam ocenić tę wypowiedź to nie zrobiła ona jakiegoś szału. Fakt, że to bardziej Lord spruł się do Roba i to on ma problem, więc tu McŁowicz może mu jedynie kazać spieprzać. Pamiętając Roba jaki był ostry na starcie fedki to tu trochę go utemperowano. Mam jakieś odczucie jakby Ryse bardziej poświęcił uwagę na postać Silasa przez co Rob jest potraktowany po macoszemu.

Derek Halloway / Tony Leone - Mistrz poruszył najważniejszy dla ziemi temat, a jakiś Michał głupoty na czacie wypisuje no ludzie kochani. Jednak z tym imieniem coś jest nie tak. A więc to wszystko kwestia gęstości no tak. To ma chyba sens. Anyway. Jakim cudem znalazł się tam Leone. Myślałem, że Derek jak na świra przystało mieszka w jakiejś ziemiance i stamtąd prowadzi transmisje z krypty. Co tu się dzieje Leone wierzy w teorie Dereka i dołącza do ekipy świrów no nieźle. Wali jeszcze sentencje po łacińsku normalnie jak zebranie kujonów w szkole. Kiedy Tony mówi, że walka z Derekiem to dla niego zaszczyt na bank musiał parsknąć śmiechem lub chociaż unieść kącik ust, nie wierzę, że gość to mówi na poważnie. Tu musi być drugie dno. Halloway jak to na niego przystało nie wierzy sycylijczykowi i bardzo słusznie. Ale za takie gadki od Leone w stylu mafii "przykro by było jakby coś ci się stało" to Halloway powinien od razu walić po pysku. Za bardzo się panoszą nam ci makaroniarze. Jeśli Derek wygra z Tonym to cała jego atmosfera strachu pęknie jak balonik. Bardzo mocny segment w wykonaniu obydwóch. Leone idzie bardzo zgodnie z gimmickiem. Może btakowało mi iskry u Hallowaya patrząc na to jak wcześniej był nagrzany na lanie Włochów.

Maxwell Ransom vs Jean-Pierre Dolnick - Na początek Maksiu rozgniata Dolnicka jak robaka. Biedny grubasek on chciał być tylko dobrym kolegą. Ransom wali w serducho emocjami, a Dolnick ledwo się trzyma, jak Eminem do Dre w "I Need A Doctor" xD trudno odmówić mu racji. Dolnick po takich ciosach słownych raczej nie powinien się pozbierać. Czy to zapowiada nam w końcu wolnego Ransoma od Dolnicka? Czy ich feud teraz przybiera na sile? Jeśli to drugie to słabo bo już powoli grubasek wkurza tym ograniczaniem Maksia. Sam sobie niech będzie, ale nie hamuje rozwoju.

Derrick Mantel & El Garra De Gato vs Mike Brutal & Edgar Dickinson - Mamy tu raczej oczywistych faworytów w postaci Mike I Edgara. Muszą zbudować więź i mimo tak specyficznej chemii między nimi wychodzi im to coraz lepiej. Jestem zaskoczony, że Kociarz i Normal Guy mimo wszystko podjęli rekawice. Myślałem, że zaczną się napieprzać nawzajem już od samego początku. Profesjonalizm ze strony obydwu widziany na pewno na plus. Musiało się to skończyć w ten sposób i Mantel olewający Kociarza jest chyba bardziej wiarygodny niż odwrotnie.

The Outfit / Edgar Dickinson / Mike Brutal - Na początek zaczyna Enzo i trzeba przyznać, że umie się gość wypowiadać. Dużo w nim religijności jak na takiego zbira, ale tak zwykle jest, że najciemniej pod latarnią. Fajne prztyczki w nos do Mikea i Poety duży plus za to bo ładnie wplecione w wypowiedź. Ze strony Enzo bije trochę taka chęć wyjścia przed szereg ciekawe czy w przyszłości oleje Dona. Trochę śmiesznie, że Sacrale wspomina, że nie ruszą rywali i proszą o to samo. Myślałem, że nie obawiają się ataków z ich strony w końcu są The Outfit postrach LPW. Swoją drogą Don jest taki bardziej stonowany, a Sacrale dużo szczeka. Co tu się stało. Pana Poety w takiej sytuacji jeszcze nigdy nie widziałem, ale się odpalił. Od razu rzucił wprost, że ma się za Boga. W końcu ktoś zaszedł za skórę Dickinsona. Brutalowi nie spodoba się, że ten go powstrzymał przed wpierdolem dla makaroniarzy. Podoba mi się Poeta w takim wydaniu. Więcej tego proszę. W sumie nie ma co się dziwić chłop jednak w śpiączce wylądował w szpitalu. Brutal jak ty mi zaimponowałeś. Wchodzisz na krótko i kradniesz show. Ja go widzę w miejscu twarzy tego brandu. Gość już ma taki dosyć dobry kontakt z publiką, dodatkowo wymiata w segmentach i ma już zbudowaną jakąś historię. Brawo dla Pana Michała. Przełamanie tego patosu między Sacrale, a Poetą było potrzebne. Vizzini w zasadzie dał głos na komendę Mikea. Było ok, bez szału. Ale w końcu to jego pierwsza wypowiedź. Na koniec dostajemy walkę i Gen Z ląduje na pożarcie. Przynajmniej dostał róże na pocieszenie. Vizzini faktycznie brutalnością może się równać z Brutalem.

Derrick Mantel - Normal Guy w super bojowym nastroju. Nie ma się co dziwić przez nieporozumienie przegrali walkę i gość już traci cierpliwość. Biedny Paddy tylko dostał za nie swoje winy, ale sam się pcha z mikrofonem przed wkurwionego faceta to niech się nie dziwi. Derrickowi ciężko odmówić racji, wszystko co opowiedział jest słuszne i jego krucjata może trwać dalej, jeszcze trochę dziwolągów jest w tej fedce.

Yoshi Tatsu / Elias Shadow - Brakowało jeszcze, żeby mu Yoshi wyciągnął aparat i zdjęcie zrobił. Leje na te tłumaczenie z japońskiego xD ta ta "Nabierz szacunku do innych". Na koniec mamy Dolnicka, który żegna sie z GM-em smutny widok. Ale tu się dzieje komedia i to na samym końcu gali.

James River Waters - Wow ale zajebiste przejście. Szacun za to daje taką fajną immersje. W końcu James ma szansę na jakąś dłuższą wypowiedź do widowni. Widać, że Silas zrobił na nim potworne wrażenie. Fajnie, że to się tak skończyło, że Waters ma motywacje, żeby tu być, a nie jest po prostu przekupiony. W przyszłości widziałbym story, gdzie Aldis na zapleczu dogaduje się z Dr Klinem i Silasem, żeby sprowokowali Rivera.

Rob McŁowicz vs Lord Sebastien - Cóż musiało się to tak skończyć. Trochę się tego spodziewałem, ale liczyłem, że McŁowicz da popalić Lordowi. Ten wygrywa starcie i zyskuje kucharza. Mam nadzieję, że to nie jest zwiastun zamykania postaci przez Ryśka. To jeszcze nie koniec świata dla Roba.

Kontrakt - No i mamy creme de la creme tego wieczoru. Jeszcze jakiś czas temu bym się nie spodziewał. Że będę kibicował Lopezowi i że to on będzie jaśniejszą gwiazdą od mistrza, ale tak to wszystko teraz wygląda. Falls Count Anywhere to stawka w sam raz dla tych dwóch. Aż żałuję, że nie można by takiej walki zobaczyć w realu bo podbudowa i stypulacja dają taką dawkę emocji, że to five star z miejsca. Blaze nie pierdoli się w tańcu i rzuca się na Hiszpana. Poprzednie segmenty na to wskazywały, że jak ci dwaj się spotkają to Lopez dostanie na łeb. Wow wow wow Wallace w LPW. No to zaczyna się robić jeszcze ciekawiej. Axel od buta staje się trzecią postacią pod względem ciekawości w tym ringu. Axel wylewa całe emocje w strone Lopeza. Tekst z kwiatami na grobie babci absurdalny, ale ok xD W końcu mamy wyjaśnienie akcji z proszkiem. A szkoda liczyłem, że Blaze się przyzna, że jak na rockowca przystało lubi odpalić wrotki i co w tym złego krzywdy nikomu nie robi. Lopez gadka godna mistrza. Facet celnie wali jak seria z karabinu. A ile w tym emocji. Z pobiciem przypadkowego gościa wychodzi tu cała hipokryzja Axela i widz sam nie wie, czy ta akcja z proszkiem była czy nie była w końcu ukartowana. Wallace podsumowuje obu panów. Jose ma szacunek u Wesa i czuć, że to Blaze jest tu żółtodziobem, a jednocześnie Wallace darzy go sympatią. Axel daje kolejną wypowiedź i tym razem bez takich emocji mamy dobrego Blazea. To jest to czego od niego oczekujemy. Szacunek do Wallacea i dystans do obślizgłego Lopeza to to czego się spodziewamy po Axelu. Ale potwór z Lopeza z tym wejściem do głowy mistrza. Petarda promo jak on nie zostanie mistrzem to nie mam pytań. Wallace trochę spróbował naprostować Blazea, ale Jose forma mutant i bierze to na Heatwave.

Zbyszek Uszczelka
Streak:

8/0/2
Last match:
Zbyszek Uszczelka
def. Preston Steele
Achievements:
1 x
LPW Valor Champion

Cheis Finnegan
Streak:
1/0/2
Last match:
Chris Finnegan
 def. Alistair Fraser Jr
Odpowiedz
Cytuj
Varost
Zawodowiec
03.09.2026, 18:57 #9
Mike Brutal / Edgar Dickinson - Mike wchodzi jak do siebie. Nie ma nawet pretensji do Edgara o odwrócenie uwagi podczas walki. Podoba mi się takie zachowanie Mikea. Edgar odpowiada poetycko w swoim stylu. Fajna nić się pomiędzy obydwoma wytworzyła mimo, że są z zupełnie innych światów to zdają się siebie uzupełniać. Edgar wytłumaczył się ze współpracy z Sabrem. Mike zlał to jak ma w zwyczaju. Brutal staje się twarzą tego brandu i jak najbardziej na to zasługuje. W jego wypowiedziach czuć takiego gościa, któremu zależy na tym miejscu. W sumie to właśnie tu się pozbierał i nabrał sens, więc wiele mu zawdzięcza.

James River Waters - Ale mocne wejście Watersa. Normalnie Hollywood Rock jak żywy. Może bardziej Hollywood Rock + Evolution w jednym. Widać, że cały budżet gali poszedł na to wejście. Aldis naprawdę musiał słono posypać, żeby taka gwiazda dołączyła do Elysium. Nagle wszystko zostaje przerwane przez Silasa. Cholera ale gość musi mieć siły, że wyrzuca Watersa w powietrze. Chyba to trochę przekoloryzowane było. Taki wstęp dla Jamesa, żeby Crowe to wszystko przekreślił. Waters cały we krwi to musiało makabrycznie wyglądać. Kurde może to trochę za mocne nawet. Jakoś tak przyzwyczaiłem się do takiego cukierkowatego wrestlingu, wychowany na pg erze w głównej mierze to takie widoki były dla mnie niezbyt częste. Crowe był kreowany tymi wygranymi na potwora teraz to naprawdę jest mega podbudowany. Oby tylko tego nie spalił.

Lord Sebastien - Dziwnie wygląda fakt, że Lord pała taką obsesją w stronę Roba. W końcu mamy się za kogoś wyżej i gardzi McŁowiczem. Skoro tak to czemu poświęca mu tyle czasu. Ja bym to bardziej widział, że Lord zajmuje się swoimi rzeczami gra w polo czy co tam i co chwilę przypomina mu się ten Rob jak wrzód na dupie. Tu jest niby wszystko dobrze rozpisane, ale nie widzę sensu dla którego Sebastien miałby pałać taką obsesją do McŁowicza.

Eli Cottonwood - Dobrze, że nie Cottonworld. Nigdy nie słyszałem o tej postaci. Brzmi jak jakaś postać z anime z dużym wąsem. Przed oczami mam Brauma z Lola czy inne takie postaci. Zaciekawił mnie koleś te imię nie pasuje trochę do takiego olbrzyma.

Zack Sabre Jr vs Derek Halloway - Mistrz całkowicie pogrzebuje Zacka i tak to musiało się skończyć. Szkoda, bo Sabre Jr na początku zapowiadał się całkiem nieźle. Halloway przynajmniej podbudował sobie streak na nie byle jakim zawodniku i może już w spokoju zająć się Leonem.

Chris Finnegan / Jose Lopez - Tak szczerze jak czytam po dłuższym czasie wypowiedź Chrisa to trochę dałem dupy. Chcę go zrobić turbo cukierkowego, a nie prowadziłem jeszcze takiej postaci. Szczerze powiedziawszy widzę to tak, że póki co on będzie taki karykaturalny póki nie stworzy jakiejś historii w tej fedce. Obecnie jest typem z plaży i nic nie mogę go rozwinąć lub pokazać emocji bo jest na ten czas zbyt wyluzowany. Jose wchodzi i zamiata nieźle. Szkoda, że kończy się nam dyskusja na tej wypowiedzi bo chętnie bym się z nim skonfrontował. Przełamanie czwartej ściany chapeu bas dla Carniego. Ogólnie to fajnie, że nie zgnoił mi go jakoś całkowicie na starcie tylko uszanował jako rywala. Mam wrażenie, że Lopez trochę mięknieje i za jakiś czas może przejść jakiś face turn bo obecnie jest conajwyżej uszczypliwy, a nie obraża wszystkich dookoła. Blazeowi też sie dostaje i dobrze, to jest prawdziwy rywal Lopeza i to na tym powinien się skupiać Jose.

Rob McŁowicz - Odpowiada Lordowi w swoim stylu. Hmm jeśli mam ocenić tę wypowiedź to nie zrobiła ona jakiegoś szału. Fakt, że to bardziej Lord spruł się do Roba i to on ma problem, więc tu McŁowicz może mu jedynie kazać spieprzać. Pamiętając Roba jaki był ostry na starcie fedki to tu trochę go utemperowano. Mam jakieś odczucie jakby Ryse bardziej poświęcił uwagę na postać Silasa przez co Rob jest potraktowany po macoszemu.

Derek Halloway / Tony Leone - Mistrz poruszył najważniejszy dla ziemi temat, a jakiś Michał głupoty na czacie wypisuje no ludzie kochani. Jednak z tym imieniem coś jest nie tak. A więc to wszystko kwestia gęstości no tak. To ma chyba sens. Anyway. Jakim cudem znalazł się tam Leone. Myślałem, że Derek jak na świra przystało mieszka w jakiejś ziemiance i stamtąd prowadzi transmisje z krypty. Co tu się dzieje Leone wierzy w teorie Dereka i dołącza do ekipy świrów no nieźle. Wali jeszcze sentencje po łacińsku normalnie jak zebranie kujonów w szkole. Kiedy Tony mówi, że walka z Derekiem to dla niego zaszczyt na bank musiał parsknąć śmiechem lub chociaż unieść kącik ust, nie wierzę, że gość to mówi na poważnie. Tu musi być drugie dno. Halloway jak to na niego przystało nie wierzy sycylijczykowi i bardzo słusznie. Ale za takie gadki od Leone w stylu mafii "przykro by było jakby coś ci się stało" to Halloway powinien od razu walić po pysku. Za bardzo się panoszą nam ci makaroniarze. Jeśli Derek wygra z Tonym to cała jego atmosfera strachu pęknie jak balonik. Bardzo mocny segment w wykonaniu obydwóch. Leone idzie bardzo zgodnie z gimmickiem. Może btakowało mi iskry u Hallowaya patrząc na to jak wcześniej był nagrzany na lanie Włochów.

Maxwell Ransom vs Jean-Pierre Dolnick - Na początek Maksiu rozgniata Dolnicka jak robaka. Biedny grubasek on chciał być tylko dobrym kolegą. Ransom wali w serducho emocjami, a Dolnick ledwo się trzyma, jak Eminem do Dre w "I Need A Doctor" xD trudno odmówić mu racji. Dolnick po takich ciosach słownych raczej nie powinien się pozbierać. Czy to zapowiada nam w końcu wolnego Ransoma od Dolnicka? Czy ich feud teraz przybiera na sile? Jeśli to drugie to słabo bo już powoli grubasek wkurza tym ograniczaniem Maksia. Sam sobie niech będzie, ale nie hamuje rozwoju.

Derrick Mantel & El Garra De Gato vs Mike Brutal & Edgar Dickinson - Mamy tu raczej oczywistych faworytów w postaci Mike I Edgara. Muszą zbudować więź i mimo tak specyficznej chemii między nimi wychodzi im to coraz lepiej. Jestem zaskoczony, że Kociarz i Normal Guy mimo wszystko podjęli rekawice. Myślałem, że zaczną się napieprzać nawzajem już od samego początku. Profesjonalizm ze strony obydwu widziany na pewno na plus. Musiało się to skończyć w ten sposób i Mantel olewający Kociarza jest chyba bardziej wiarygodny niż odwrotnie.

The Outfit / Edgar Dickinson / Mike Brutal - Na początek zaczyna Enzo i trzeba przyznać, że umie się gość wypowiadać. Dużo w nim religijności jak na takiego zbira, ale tak zwykle jest, że najciemniej pod latarnią. Fajne prztyczki w nos do Mikea i Poety duży plus za to bo ładnie wplecione w wypowiedź. Ze strony Enzo bije trochę taka chęć wyjścia przed szereg ciekawe czy w przyszłości oleje Dona. Trochę śmiesznie, że Sacrale wspomina, że nie ruszą rywali i proszą o to samo. Myślałem, że nie obawiają się ataków z ich strony w końcu są The Outfit postrach LPW. Swoją drogą Don jest taki bardziej stonowany, a Sacrale dużo szczeka. Co tu się stało. Pana Poety w takiej sytuacji jeszcze nigdy nie widziałem, ale się odpalił. Od razu rzucił wprost, że ma się za Boga. W końcu ktoś zaszedł za skórę Dickinsona. Brutalowi nie spodoba się, że ten go powstrzymał przed wpierdolem dla makaroniarzy. Podoba mi się Poeta w takim wydaniu. Więcej tego proszę. W sumie nie ma co się dziwić chłop jednak w śpiączce wylądował w szpitalu. Brutal jak ty mi zaimponowałeś. Wchodzisz na krótko i kradniesz show. Ja go widzę w miejscu twarzy tego brandu. Gość już ma taki dosyć dobry kontakt z publiką, dodatkowo wymiata w segmentach i ma już zbudowaną jakąś historię. Brawo dla Pana Michała. Przełamanie tego patosu między Sacrale, a Poetą było potrzebne. Vizzini w zasadzie dał głos na komendę Mikea. Było ok, bez szału. Ale w końcu to jego pierwsza wypowiedź. Na koniec dostajemy walkę i Gen Z ląduje na pożarcie. Przynajmniej dostał róże na pocieszenie. Vizzini faktycznie brutalnością może się równać z Brutalem.

Derrick Mantel - Normal Guy w super bojowym nastroju. Nie ma się co dziwić przez nieporozumienie przegrali walkę i gość już traci cierpliwość. Biedny Paddy tylko dostał za nie swoje winy, ale sam się pcha z mikrofonem przed wkurwionego faceta to niech się nie dziwi. Derrickowi ciężko odmówić racji, wszystko co opowiedział jest słuszne i jego krucjata może trwać dalej, jeszcze trochę dziwolągów jest w tej fedce.

Yoshi Tatsu / Elias Shadow - Brakowało jeszcze, żeby mu Yoshi wyciągnął aparat i zdjęcie zrobił. Leje na te tłumaczenie z japońskiego xD ta ta "Nabierz szacunku do innych". Na koniec mamy Dolnicka, który żegna sie z GM-em smutny widok. Ale tu się dzieje komedia i to na samym końcu gali.

James River Waters - Wow ale zajebiste przejście. Szacun za to daje taką fajną immersje. W końcu James ma szansę na jakąś dłuższą wypowiedź do widowni. Widać, że Silas zrobił na nim potworne wrażenie. Fajnie, że to się tak skończyło, że Waters ma motywacje, żeby tu być, a nie jest po prostu przekupiony. W przyszłości widziałbym story, gdzie Aldis na zapleczu dogaduje się z Dr Klinem i Silasem, żeby sprowokowali Rivera.

Rob McŁowicz vs Lord Sebastien - Cóż musiało się to tak skończyć. Trochę się tego spodziewałem, ale liczyłem, że McŁowicz da popalić Lordowi. Ten wygrywa starcie i zyskuje kucharza. Mam nadzieję, że to nie jest zwiastun zamykania postaci przez Ryśka. To jeszcze nie koniec świata dla Roba.

Kontrakt - No i mamy creme de la creme tego wieczoru. Jeszcze jakiś czas temu bym się nie spodziewał. Że będę kibicował Lopezowi i że to on będzie jaśniejszą gwiazdą od mistrza, ale tak to wszystko teraz wygląda. Falls Count Anywhere to stawka w sam raz dla tych dwóch. Aż żałuję, że nie można by takiej walki zobaczyć w realu bo podbudowa i stypulacja dają taką dawkę emocji, że to five star z miejsca. Blaze nie pierdoli się w tańcu i rzuca się na Hiszpana. Poprzednie segmenty na to wskazywały, że jak ci dwaj się spotkają to Lopez dostanie na łeb. Wow wow wow Wallace w LPW. No to zaczyna się robić jeszcze ciekawiej. Axel od buta staje się trzecią postacią pod względem ciekawości w tym ringu. Axel wylewa całe emocje w strone Lopeza. Tekst z kwiatami na grobie babci absurdalny, ale ok xD W końcu mamy wyjaśnienie akcji z proszkiem. A szkoda liczyłem, że Blaze się przyzna, że jak na rockowca przystało lubi odpalić wrotki i co w tym złego krzywdy nikomu nie robi. Lopez gadka godna mistrza. Facet celnie wali jak seria z karabinu. A ile w tym emocji. Z pobiciem przypadkowego gościa wychodzi tu cała hipokryzja Axela i widz sam nie wie, czy ta akcja z proszkiem była czy nie była w końcu ukartowana. Wallace podsumowuje obu panów. Jose ma szacunek u Wesa i czuć, że to Blaze jest tu żółtodziobem, a jednocześnie Wallace darzy go sympatią. Axel daje kolejną wypowiedź i tym razem bez takich emocji mamy dobrego Blazea. To jest to czego od niego oczekujemy. Szacunek do Wallacea i dystans do obślizgłego Lopeza to to czego się spodziewamy po Axelu. Ale potwór z Lopeza z tym wejściem do głowy mistrza. Petarda promo jak on nie zostanie mistrzem to nie mam pytań. Wallace trochę spróbował naprostować Blazea, ale Jose forma mutant i bierze to na Heatwave.

Zbyszek Uszczelka
Streak:

8/0/2
Last match:
Zbyszek Uszczelka
def. Preston Steele
Achievements:
1 x
LPW Valor Champion

Cheis Finnegan
Streak:
1/0/2
Last match:
Chris Finnegan
 def. Alistair Fraser Jr
Odpowiedz
Cytuj
03.09.2026, 20:14
#10
ET: wiadomo, że Brutal pozbawiony manier nie umie zapukać. No i od razu odkrywa karty a propos tego kto będzie drugim teamem. Oni to jak ogień i woda. Narwany Brutal i niezwykle spokojny Edgar. Ależ ten Dickinson jest dobry, bo płynę w jego wypowiedzi, on jak taki poeta prawdziwy operuje tym słowem. Ale Mike za chwilę też dobrze odpowiada, odnosi się, jest spoko. Ciekawe łacińskie wtrącenie, szkoda, że Pan Emiel nie wykorzystał naszego tagu a propos zagranicznych słówek. Coś wpadło do głowy pod koniec, naprawdę fajny segment, ale to przez słabość do Edgara, jestem fanem tej postaci.

Segment początkowy: dach budynku? Ktoś tu chyba leci helikopterem. Nawet Aldis się zjawił, to chyba coś grubego. Jest i helikopter, ale jakież wielkie widowisku tutaj mamy. Kto to tą maszyną przyleci, bo wszystko z taką pompą, że jakby Trump miał wpaść XD. Gorilla position to chyba na gali jednak jest rzadkość czy nie? Tak w trakcie telewizyjnej gali, nie mówię o tym jak Speed był przy RR Matchu tam czy coś. Aa to po prostu James River Waters, po prostu nowy nabytek, a przyleciał z taką pompą, jakby Blaze nie był absolutnie od niego większy obecnie w federacji, a to przecież World Champion. Trochę to wszystko za duże jak na moje oko, e sensie przesadzone. Może się ktoś z tym nie zgadzać, ale ja mam na to takie spojrzenie. Wszyscy czekają, Aldis też się pojawił, bo wielki mistrz z WCW przybył na arenę. Bardzo fajne były te segmenty, ale to jest chyba trochę za dużo. Nie zazdroszczę, bo nie mam czego, bawię się po prostu tym forum, ale tak ogólnie piszę co uważam. Ale zwrot akcji już jest zdecydowanie dojebany. Rozpoczęta? To co oni będą z tym Watersem teraz robić? Takiej grube tortury czy coś? Segment zajebisty, może to zbyt wyolbrzymione to wszystko, ale poza tym zajebiste.

VP: jest Margaux, jest i mój ulubiony Lord Francuz. Jakby Camus żył, to by napisał o Tobie książkę, chłopie. Pewność siebie przekazywana od pokoleń, za nic ma McŁowicza, jedzie po nim do spodu. Podoba mi się. Urodzenie się w rodzinie szlacheckiej/bogatej jest osiągnięciem? XD Nie no, wiadomo, że chłop po prostu kontynuuje to dziedzictwo, dokłada cegiełkę do tych portretów. I chwała mu za to patrząc z perspektywy jego rodziny. Natomiast reszta zwykłych ludzi widzi takiego chłystka i nawet nie pomyśli, że to jest ktoś wielki (w swoim mniemaniu oczywiście). Też jest to wielopoziomowa postać, bo on według siebie nie jest kimś złym, w sensie nie jest heelem, bo ten chłop robi to czego został nauczony. Przez ojca, dziada i pradziada. Jak już pisałem, żeby było ciekawiej, to Rob powinien to przegrać. Bardzo dobre promo, tak mi siedzi ten Lord, że szok.

A to ci problem reklamowy.

VP Bawełnadrewno: jedno po drugim? Bardzo dużo jest w takim razie wyświetlane na titantronie, chociaż w sumie czym się różni emitowanie video promo od emitowania obrazu backstage’u, gdzie dwóch zawodników rozmawia, ale są na żywo, na gali. Pan Bawełnadrewno, dawno nie widziany. Szczególnie przeze mnie, bo ponownie błysnę tutaj swoją ignorancją, nie ma sprawy. Te wszystkie nazwiska mi się przewijały przez oczy, kojarzę większość, ale nie potrafię ich jednocześnie skojarzyć z jakimś wydarzeniem czy coś. Ale ciul tam. Chłopaki z gładką twarzą niech się strzegą, bo nie Halloway! Jakie to szczęście, bo miałbym kolejną atakującą stajnię na głowie. Ogólnie dziwne to było, że jakieś wielkie chłopy patrzą się w obiektyw i gładzą się po wąsach XD. Żartuję, czekam na więcej! Na początek pewnie jakieś zwycięstwa z jobberlami.

Walka 1: zdażyło się to, co. Zdarzyć musiało. Szkoda tego feudu, bo program byłby zdecydowanie ciekawszy z aktywnym ShowOffem. No ale trudno.

Staram się nie lać wody!

Surfer i Lopez: ciepłe przyjęcie Chrisa, nic dziwnego. Pokazał się z niezwykle miłej strony na poprzednim show. Ani słowa nie powiedział, a oni już mu jedzą z ręki. Przyjemna wyp Chrisa niże mam zastrzeżeń. No i Jose Lopez, no nie wiedzieć czemu to buczenie, ciekawe. Pewnie wszyscy się uwzięli XDD. Nie no ale w ogóle tak tylko zapytam, czy on całkiem niedawno, na Colosseum, nie spierdalał przed Blaze’m? A teraz przychodzi sobie na spokojnie, czy mi coś mi umknęło i już była jakaś konkretna rozmowa? O mamy lanie wody. Ale dobrze go tam pogryza tam Jose. Nie no, jest spoko ta wypowiedź, ogólnie segment na plus.

Druga walka: spodziewam zwycięstwo Lopeza, raczej inaczej być nie może. No i tak właśnie jest.

VP: ależ dużo dziś tych video prom. O, podważmy McŁowicz się wkurwil na dodatek. Oj, też dobre promo i ostre słowa. Nie będą się panowie szczypać, ewidentnie będzie dobra i wyrównana bitka. Zacieram ręce.

Derek i Tony: przede wszystkim wiem, że ośmieszam czasem tego Dereka, natomiast o to mi cały czas chodzi. Kiedy jest żarcik, to lecimy z żarcikiem, a kiedy jest poważnie to potrafi się zmienić ta postać o 180 stopni i pocisnąć gdzie trzeba. Więc to wszystko jest celowe. Co do Tony’ego to jakaż ta postać jest niejednoznaczna, trochę trudno było to ugryźć, więc postanowiłem zagrać torcie ostrzej. Co by nie mówić, to i tak widać, że Pan Remik to jednak fachowiec jest parafrazując klasyka. Ładnie i szybko się dogadaliśmy co do miejsca i przebiegu, ogarnęliśmy ładnie ten segment i podoba mi się on jak nie wiem co.

Trzecia walka: Dolnick nie miał szans, to było jasne.

Po walce: oj, ależ Ransom stawia tutaj do pionu byłego przyjaciela. Wylał wszystkie żale, ale w tak mocny i dobry sposób, że bardzo szanuję za tą szczerość. Ciekawe czy po tym wystąpieniu Dolnick się trochę otrząśnie, czy nie? Jakby miał zakładać, to raczej nic z tego. Czytam to i jestem w szoku. Szacun Panter, ten Ransom to doprawdy zajebista postać. Rozliczenie z byłym przyjacielem, to jest taki dobry tweener i to czuć.

Oo Pan Terry wiecznie żywy.

TT Match: to ja pisałem, miłego czytania. Tak czułem, że zwycięży tutaj Edgar. Może trochę za mocna ta końcówka, dosyć mocno sponiewierałem w niej Garrę, ale jakoś tak to poszło.

Po walce: oho, konfrontacja będzie wisieć na włosku. O matko, w tej pierwszej wypowiedzi to tylko Tony, Tony i Tony i jeszcze Tony. Trochę to dziwnie wygląda. Ale reszta wypowiedzi już mi się bardzo podobała. Włoski, gorący temperament ukazany w pełnej krasie. Dobrze pomyślana jest ta stajnia, mocne charaktery. No ale w końcu to mafiozi. No jak, dla Brutala łatwiejszym rozwiązaniem jest rozwiązanie siłownie, a nie werbalne. Właśnie tak myślałem, że Edgar tak mówi o tej boskości z uwagi na to, że uważa się za autora wszystkiego co tutaj się dzieje. Dobre nawiązanie do apokryfu. Uwielbiam tego poetę, powtarzam się za każdym razem, ale w sensie jego wypowiedzi jest więcej, można spodziewać, chociaż teraz już za każdym razem wiem, że jak jest Dickinson, to będzie zajebiste promo. O, to drugie promo już petarda. Bardzo podobny poziom do poety. Jakbym miał zakładać, to ten z tej dwójki Włochów jest tutaj mózgiem, chociaż sami o sobie raczej będą mówić, że są na równi. Bardzo podobny poziom do Leone. Tak, teraz dopiero idą na siku, bo baranek boży dostał się do mikrofonu. Brutal leje jak na instrukcje jego właściciel. Nie no, Brutal spoko, w swoim stylu. No i tą wypowiedzią trochę to drugi makaroniarz potwierdza, że jest on od tej brudnej roboty. Ależ dobra ta stajnia. Każdy ma swoje zadania, działają bardzo spójnie.

Czwarta walka: no cóż, biedny Elias XD Po raz kolejny klepie, zaraz dogoni Brutala w tym pojedynku na klepanie.

Segment, dużo postaci, normalny gość zaczyna: uch, w swoim stylu zaczyna Mantel, czuć moc w tych słowach. Wkurzony człowiek. Na honorowym miejscu maska, to już też jakaś obsesja. A w ogóle Yoshi Tatsu byłby dumny z tak honorowego miejsca. Spoko ta wypowiedź, widać te nerwy, ale też kolega zaczyna trochę kręcić się w kółko z tym kociarzem i dobrze, że to już koniec tego feudu. Derrickowi przyda się jakiś poważny rywal. Nie umniejszam El Gatto, ale to jasne, że przegra, nie ma tutaj żadnych emocji. Ach ten honorowy wojownik. Już zaczynam się śmiać pod nosem. Elias-kun? A nie Elias-san czy tam son? Nie znam się, może to jakiś niższy stopień od san. Honorowa gwiazda dostała honorowy wpierdol na poprzedniej gali. Elias niehonorowo no bo jak inaczej XDDD Nie mogę z tego, to jest tak durne, ale nie da się nie uśmiechnąć. Oj, a to wyzwisko po japońsku to już było honorowe?! Jak to tak. O, Dolnick się pojawił, to ciekawe dosyć, takie randomowe XD. O nie, wypowiedzenie! Nie może być, nie odchodź, grubasku! Aldis, musisz zawalczyć! Kongijczyk to w ogóle szybkim krokiem umie się poruszać? XD Rozpłynął się w powietrzu, a jednak Jean to nie igła, nie tak łatwo go przeoczyć XD. Ciekawe jak to będzie teraz z Dolnickiem, oj też podejrzewam zmianę postaci. W WWE karetki na korytarzach to norma akurat, więc spoko. Tak to chciał go powstrzymać, żeby nie wysiadał, a na czyje polecenie przyjechali pod titantron? Raczej właśnie Watersa, więc trochę za późno na takie obiekcje XD. Oj tam Silas go mocno poobijał. Początek tak jak Axel ze świętowaniem mistrzostwa świata, też Lopez mu to zniszczył. Noo James dobrą ma tą pierwszą wypowiedź, w końcu jakiś poważny zawodnik dla Silasa. To będzie zajebiste story. Oho, czyżby River miał być jednak heelem? Czy to jednak będzie face tylko taki mocno atakujący? Ciężko powiedzieć, natomiast mamy kolejnego, mocnego zawodnika na Elysium. Ależ potężny ten brand, rany koguta.

ME: no i spoko, też będę się zaczytywał, bo to będzie bardzo ciekawe story. Aż dziwne, że po zwycięstwie nie było jeszcze jakiegoś segmentu albo jakiejś sytuacji z oboma panami. No ale nic, wiadomo co teraz będzie.

Podpisanie kontraktu: no to let’s go, podobno najdłuższy segment w historii, zobaczmy! No i jest zapowiedź Falls Count Anywhere Match, którego będę autorem. Co mogę powiedzieć, dołożę wszelkich starań, żeby dowieźć ciekawe starcie. Jak podpisanie kontraktu o główny pas federacji i jako właściciel to mógłby w sumie być również RVD przy tym podpisaniu. Ale to też nie jest wymagane. Fajne wprowadzenie, pierwszy wchodzi zawodnik z WYSP KANARYJSKICH (ale ze mnie mem). Aj to cholerne jabłko. Aj ten Lopez powinien się spalić na miejscu po takim złowieszczym spojrzeniu. Emocje jak na grzybach. No i mamy atak, można było się spodziewać, że trudno będzie to utrzymać w ryzach jednak spodziewałem się, że to będzie po podpisaniu. Eskalacja konfliktu, normalnie w w WWE byłoby pewne, że Blaze przegra na PPV, bo kto jest agresywny, wyraźnie bardziej niż rywal, przegrywa na PPV, to oczywiste. No i będzie blizna na łuku brwiowym, takie coś nie za dobrze się goi i później nie rosną włosy w tym miejscu. No ale cóż, taki zawód, panie Nick. Wes Walec, tego pana to nawet ja kojarzę, a jestem słaby z dawnych dziejów WCW. Ale co to, jednorazowy powrót czy na stałe? Zakładam, że jednorazowy chyba. Absolute cinema, to prawda. Dobre z tym Tautu XD. Poruszająca pierwsza wypowiedź Blaze’a, widać, że swoim postępowaniem Lopezowi udało się złamać mistrza. Otruty, zdradzony przez to, że zaufał swojemu przeciwnikowi, który nie cofa się przed niczym. Co do zasady, to sam sobie jest winien. No i oczywistym jest to, że Jose będzie wypierał się za wszelką cenę. Wyparcie i zrzucanie winy, to jest jego świetna cecha. O i to jest dobrze użycie wulgaryzmu panie Brutalu, to co użył Lopez. Ależ zakręcił ten gość, wszystko podstawił pod siebie i wyszło, że jest wręcz ofiarą. Na razie segment na najwyższym poziomie. No ale nareszcie, dajmy się wypowiedzieć rozjemcy. Czytam to i kino, naprawdę dobry film/serial właśnie czytam i nie pomyliłem się w pisowni. To jest doskonałe, aż słów pochwały mi już brakuje żeby to opisać. Wallace jest świetny. O bardzo dobry tekst z dwoma odbiciami lustra jednocześnie. Zrobiło się swego rodzaju dwóch na jednego, chociaż wiadomo, że tak będzie, w końcu mamy dwóch face’ów. Jaki ten segment jest remisowy. Aldis w ogóle zbędny teraz stoi poza ringiem i przygląda się jako najbliżej siedzący widz. Czoło w czoło ze sobą stoją i chyba zaraz będzie buziak. Jak oni nie będą razem, to nie wierzę w miłość. Nie no żarcik, zajebisty segment, nie żałuję ani minuty na przeczytanie go. Przed przeczytaniem tego wiedziałem, że będę musiał wykazać tę walkę, ale teraz, po tym co przeczytałem, stwierdzam, że muszę to zrobić z jeszcze większą zaciekłością.

Ogółem: bardo dobra gala. Przebrnąłem przez nią o wiele sprawniej, niż przez Colosseum. Bardzo przyjemne Elysium. Przed nami już tylko PPV, na które nie mogę się doczekać.

Wrestler:
Derek Halloway

Achievements:
- LPW Eternal Champion (1 time) 76 days; 1 defence

Last match:
Elysium #5: Derek Halloway vs Tony Leone vs Mike Brutal vs Edgar Dickinson - lost via pinfall by Tony Leone on Mike Brutal

Wrestler:
Johnny Turn

Achievements:

Last match:
Colosseum #9: Johnny Turn & Cyclone Diallo vs Kannonball & Ralf - lost via pinfall

Osiagnięcia jako użytkownik:
- użytkownik lipca 2026
Odpowiedz
Cytuj
Zimny
Zawodowiec
03.09.2026, 20:14 #10
ET: wiadomo, że Brutal pozbawiony manier nie umie zapukać. No i od razu odkrywa karty a propos tego kto będzie drugim teamem. Oni to jak ogień i woda. Narwany Brutal i niezwykle spokojny Edgar. Ależ ten Dickinson jest dobry, bo płynę w jego wypowiedzi, on jak taki poeta prawdziwy operuje tym słowem. Ale Mike za chwilę też dobrze odpowiada, odnosi się, jest spoko. Ciekawe łacińskie wtrącenie, szkoda, że Pan Emiel nie wykorzystał naszego tagu a propos zagranicznych słówek. Coś wpadło do głowy pod koniec, naprawdę fajny segment, ale to przez słabość do Edgara, jestem fanem tej postaci.

Segment początkowy: dach budynku? Ktoś tu chyba leci helikopterem. Nawet Aldis się zjawił, to chyba coś grubego. Jest i helikopter, ale jakież wielkie widowisku tutaj mamy. Kto to tą maszyną przyleci, bo wszystko z taką pompą, że jakby Trump miał wpaść XD. Gorilla position to chyba na gali jednak jest rzadkość czy nie? Tak w trakcie telewizyjnej gali, nie mówię o tym jak Speed był przy RR Matchu tam czy coś. Aa to po prostu James River Waters, po prostu nowy nabytek, a przyleciał z taką pompą, jakby Blaze nie był absolutnie od niego większy obecnie w federacji, a to przecież World Champion. Trochę to wszystko za duże jak na moje oko, e sensie przesadzone. Może się ktoś z tym nie zgadzać, ale ja mam na to takie spojrzenie. Wszyscy czekają, Aldis też się pojawił, bo wielki mistrz z WCW przybył na arenę. Bardzo fajne były te segmenty, ale to jest chyba trochę za dużo. Nie zazdroszczę, bo nie mam czego, bawię się po prostu tym forum, ale tak ogólnie piszę co uważam. Ale zwrot akcji już jest zdecydowanie dojebany. Rozpoczęta? To co oni będą z tym Watersem teraz robić? Takiej grube tortury czy coś? Segment zajebisty, może to zbyt wyolbrzymione to wszystko, ale poza tym zajebiste.

VP: jest Margaux, jest i mój ulubiony Lord Francuz. Jakby Camus żył, to by napisał o Tobie książkę, chłopie. Pewność siebie przekazywana od pokoleń, za nic ma McŁowicza, jedzie po nim do spodu. Podoba mi się. Urodzenie się w rodzinie szlacheckiej/bogatej jest osiągnięciem? XD Nie no, wiadomo, że chłop po prostu kontynuuje to dziedzictwo, dokłada cegiełkę do tych portretów. I chwała mu za to patrząc z perspektywy jego rodziny. Natomiast reszta zwykłych ludzi widzi takiego chłystka i nawet nie pomyśli, że to jest ktoś wielki (w swoim mniemaniu oczywiście). Też jest to wielopoziomowa postać, bo on według siebie nie jest kimś złym, w sensie nie jest heelem, bo ten chłop robi to czego został nauczony. Przez ojca, dziada i pradziada. Jak już pisałem, żeby było ciekawiej, to Rob powinien to przegrać. Bardzo dobre promo, tak mi siedzi ten Lord, że szok.

A to ci problem reklamowy.

VP Bawełnadrewno: jedno po drugim? Bardzo dużo jest w takim razie wyświetlane na titantronie, chociaż w sumie czym się różni emitowanie video promo od emitowania obrazu backstage’u, gdzie dwóch zawodników rozmawia, ale są na żywo, na gali. Pan Bawełnadrewno, dawno nie widziany. Szczególnie przeze mnie, bo ponownie błysnę tutaj swoją ignorancją, nie ma sprawy. Te wszystkie nazwiska mi się przewijały przez oczy, kojarzę większość, ale nie potrafię ich jednocześnie skojarzyć z jakimś wydarzeniem czy coś. Ale ciul tam. Chłopaki z gładką twarzą niech się strzegą, bo nie Halloway! Jakie to szczęście, bo miałbym kolejną atakującą stajnię na głowie. Ogólnie dziwne to było, że jakieś wielkie chłopy patrzą się w obiektyw i gładzą się po wąsach XD. Żartuję, czekam na więcej! Na początek pewnie jakieś zwycięstwa z jobberlami.

Walka 1: zdażyło się to, co. Zdarzyć musiało. Szkoda tego feudu, bo program byłby zdecydowanie ciekawszy z aktywnym ShowOffem. No ale trudno.

Staram się nie lać wody!

Surfer i Lopez: ciepłe przyjęcie Chrisa, nic dziwnego. Pokazał się z niezwykle miłej strony na poprzednim show. Ani słowa nie powiedział, a oni już mu jedzą z ręki. Przyjemna wyp Chrisa niże mam zastrzeżeń. No i Jose Lopez, no nie wiedzieć czemu to buczenie, ciekawe. Pewnie wszyscy się uwzięli XDD. Nie no ale w ogóle tak tylko zapytam, czy on całkiem niedawno, na Colosseum, nie spierdalał przed Blaze’m? A teraz przychodzi sobie na spokojnie, czy mi coś mi umknęło i już była jakaś konkretna rozmowa? O mamy lanie wody. Ale dobrze go tam pogryza tam Jose. Nie no, jest spoko ta wypowiedź, ogólnie segment na plus.

Druga walka: spodziewam zwycięstwo Lopeza, raczej inaczej być nie może. No i tak właśnie jest.

VP: ależ dużo dziś tych video prom. O, podważmy McŁowicz się wkurwil na dodatek. Oj, też dobre promo i ostre słowa. Nie będą się panowie szczypać, ewidentnie będzie dobra i wyrównana bitka. Zacieram ręce.

Derek i Tony: przede wszystkim wiem, że ośmieszam czasem tego Dereka, natomiast o to mi cały czas chodzi. Kiedy jest żarcik, to lecimy z żarcikiem, a kiedy jest poważnie to potrafi się zmienić ta postać o 180 stopni i pocisnąć gdzie trzeba. Więc to wszystko jest celowe. Co do Tony’ego to jakaż ta postać jest niejednoznaczna, trochę trudno było to ugryźć, więc postanowiłem zagrać torcie ostrzej. Co by nie mówić, to i tak widać, że Pan Remik to jednak fachowiec jest parafrazując klasyka. Ładnie i szybko się dogadaliśmy co do miejsca i przebiegu, ogarnęliśmy ładnie ten segment i podoba mi się on jak nie wiem co.

Trzecia walka: Dolnick nie miał szans, to było jasne.

Po walce: oj, ależ Ransom stawia tutaj do pionu byłego przyjaciela. Wylał wszystkie żale, ale w tak mocny i dobry sposób, że bardzo szanuję za tą szczerość. Ciekawe czy po tym wystąpieniu Dolnick się trochę otrząśnie, czy nie? Jakby miał zakładać, to raczej nic z tego. Czytam to i jestem w szoku. Szacun Panter, ten Ransom to doprawdy zajebista postać. Rozliczenie z byłym przyjacielem, to jest taki dobry tweener i to czuć.

Oo Pan Terry wiecznie żywy.

TT Match: to ja pisałem, miłego czytania. Tak czułem, że zwycięży tutaj Edgar. Może trochę za mocna ta końcówka, dosyć mocno sponiewierałem w niej Garrę, ale jakoś tak to poszło.

Po walce: oho, konfrontacja będzie wisieć na włosku. O matko, w tej pierwszej wypowiedzi to tylko Tony, Tony i Tony i jeszcze Tony. Trochę to dziwnie wygląda. Ale reszta wypowiedzi już mi się bardzo podobała. Włoski, gorący temperament ukazany w pełnej krasie. Dobrze pomyślana jest ta stajnia, mocne charaktery. No ale w końcu to mafiozi. No jak, dla Brutala łatwiejszym rozwiązaniem jest rozwiązanie siłownie, a nie werbalne. Właśnie tak myślałem, że Edgar tak mówi o tej boskości z uwagi na to, że uważa się za autora wszystkiego co tutaj się dzieje. Dobre nawiązanie do apokryfu. Uwielbiam tego poetę, powtarzam się za każdym razem, ale w sensie jego wypowiedzi jest więcej, można spodziewać, chociaż teraz już za każdym razem wiem, że jak jest Dickinson, to będzie zajebiste promo. O, to drugie promo już petarda. Bardzo podobny poziom do poety. Jakbym miał zakładać, to ten z tej dwójki Włochów jest tutaj mózgiem, chociaż sami o sobie raczej będą mówić, że są na równi. Bardzo podobny poziom do Leone. Tak, teraz dopiero idą na siku, bo baranek boży dostał się do mikrofonu. Brutal leje jak na instrukcje jego właściciel. Nie no, Brutal spoko, w swoim stylu. No i tą wypowiedzią trochę to drugi makaroniarz potwierdza, że jest on od tej brudnej roboty. Ależ dobra ta stajnia. Każdy ma swoje zadania, działają bardzo spójnie.

Czwarta walka: no cóż, biedny Elias XD Po raz kolejny klepie, zaraz dogoni Brutala w tym pojedynku na klepanie.

Segment, dużo postaci, normalny gość zaczyna: uch, w swoim stylu zaczyna Mantel, czuć moc w tych słowach. Wkurzony człowiek. Na honorowym miejscu maska, to już też jakaś obsesja. A w ogóle Yoshi Tatsu byłby dumny z tak honorowego miejsca. Spoko ta wypowiedź, widać te nerwy, ale też kolega zaczyna trochę kręcić się w kółko z tym kociarzem i dobrze, że to już koniec tego feudu. Derrickowi przyda się jakiś poważny rywal. Nie umniejszam El Gatto, ale to jasne, że przegra, nie ma tutaj żadnych emocji. Ach ten honorowy wojownik. Już zaczynam się śmiać pod nosem. Elias-kun? A nie Elias-san czy tam son? Nie znam się, może to jakiś niższy stopień od san. Honorowa gwiazda dostała honorowy wpierdol na poprzedniej gali. Elias niehonorowo no bo jak inaczej XDDD Nie mogę z tego, to jest tak durne, ale nie da się nie uśmiechnąć. Oj, a to wyzwisko po japońsku to już było honorowe?! Jak to tak. O, Dolnick się pojawił, to ciekawe dosyć, takie randomowe XD. O nie, wypowiedzenie! Nie może być, nie odchodź, grubasku! Aldis, musisz zawalczyć! Kongijczyk to w ogóle szybkim krokiem umie się poruszać? XD Rozpłynął się w powietrzu, a jednak Jean to nie igła, nie tak łatwo go przeoczyć XD. Ciekawe jak to będzie teraz z Dolnickiem, oj też podejrzewam zmianę postaci. W WWE karetki na korytarzach to norma akurat, więc spoko. Tak to chciał go powstrzymać, żeby nie wysiadał, a na czyje polecenie przyjechali pod titantron? Raczej właśnie Watersa, więc trochę za późno na takie obiekcje XD. Oj tam Silas go mocno poobijał. Początek tak jak Axel ze świętowaniem mistrzostwa świata, też Lopez mu to zniszczył. Noo James dobrą ma tą pierwszą wypowiedź, w końcu jakiś poważny zawodnik dla Silasa. To będzie zajebiste story. Oho, czyżby River miał być jednak heelem? Czy to jednak będzie face tylko taki mocno atakujący? Ciężko powiedzieć, natomiast mamy kolejnego, mocnego zawodnika na Elysium. Ależ potężny ten brand, rany koguta.

ME: no i spoko, też będę się zaczytywał, bo to będzie bardzo ciekawe story. Aż dziwne, że po zwycięstwie nie było jeszcze jakiegoś segmentu albo jakiejś sytuacji z oboma panami. No ale nic, wiadomo co teraz będzie.

Podpisanie kontraktu: no to let’s go, podobno najdłuższy segment w historii, zobaczmy! No i jest zapowiedź Falls Count Anywhere Match, którego będę autorem. Co mogę powiedzieć, dołożę wszelkich starań, żeby dowieźć ciekawe starcie. Jak podpisanie kontraktu o główny pas federacji i jako właściciel to mógłby w sumie być również RVD przy tym podpisaniu. Ale to też nie jest wymagane. Fajne wprowadzenie, pierwszy wchodzi zawodnik z WYSP KANARYJSKICH (ale ze mnie mem). Aj to cholerne jabłko. Aj ten Lopez powinien się spalić na miejscu po takim złowieszczym spojrzeniu. Emocje jak na grzybach. No i mamy atak, można było się spodziewać, że trudno będzie to utrzymać w ryzach jednak spodziewałem się, że to będzie po podpisaniu. Eskalacja konfliktu, normalnie w w WWE byłoby pewne, że Blaze przegra na PPV, bo kto jest agresywny, wyraźnie bardziej niż rywal, przegrywa na PPV, to oczywiste. No i będzie blizna na łuku brwiowym, takie coś nie za dobrze się goi i później nie rosną włosy w tym miejscu. No ale cóż, taki zawód, panie Nick. Wes Walec, tego pana to nawet ja kojarzę, a jestem słaby z dawnych dziejów WCW. Ale co to, jednorazowy powrót czy na stałe? Zakładam, że jednorazowy chyba. Absolute cinema, to prawda. Dobre z tym Tautu XD. Poruszająca pierwsza wypowiedź Blaze’a, widać, że swoim postępowaniem Lopezowi udało się złamać mistrza. Otruty, zdradzony przez to, że zaufał swojemu przeciwnikowi, który nie cofa się przed niczym. Co do zasady, to sam sobie jest winien. No i oczywistym jest to, że Jose będzie wypierał się za wszelką cenę. Wyparcie i zrzucanie winy, to jest jego świetna cecha. O i to jest dobrze użycie wulgaryzmu panie Brutalu, to co użył Lopez. Ależ zakręcił ten gość, wszystko podstawił pod siebie i wyszło, że jest wręcz ofiarą. Na razie segment na najwyższym poziomie. No ale nareszcie, dajmy się wypowiedzieć rozjemcy. Czytam to i kino, naprawdę dobry film/serial właśnie czytam i nie pomyliłem się w pisowni. To jest doskonałe, aż słów pochwały mi już brakuje żeby to opisać. Wallace jest świetny. O bardzo dobry tekst z dwoma odbiciami lustra jednocześnie. Zrobiło się swego rodzaju dwóch na jednego, chociaż wiadomo, że tak będzie, w końcu mamy dwóch face’ów. Jaki ten segment jest remisowy. Aldis w ogóle zbędny teraz stoi poza ringiem i przygląda się jako najbliżej siedzący widz. Czoło w czoło ze sobą stoją i chyba zaraz będzie buziak. Jak oni nie będą razem, to nie wierzę w miłość. Nie no żarcik, zajebisty segment, nie żałuję ani minuty na przeczytanie go. Przed przeczytaniem tego wiedziałem, że będę musiał wykazać tę walkę, ale teraz, po tym co przeczytałem, stwierdzam, że muszę to zrobić z jeszcze większą zaciekłością.

Ogółem: bardo dobra gala. Przebrnąłem przez nią o wiele sprawniej, niż przez Colosseum. Bardzo przyjemne Elysium. Przed nami już tylko PPV, na które nie mogę się doczekać.

Wrestler:
Derek Halloway

Achievements:
- LPW Eternal Champion (1 time) 76 days; 1 defence

Last match:
Elysium #5: Derek Halloway vs Tony Leone vs Mike Brutal vs Edgar Dickinson - lost via pinfall by Tony Leone on Mike Brutal

Wrestler:
Johnny Turn

Achievements:

Last match:
Colosseum #9: Johnny Turn & Cyclone Diallo vs Kannonball & Ralf - lost via pinfall

Osiagnięcia jako użytkownik:
- użytkownik lipca 2026
Odpowiedz
Cytuj
Strony (2): 1 2 Dalej
Użytkownicy przeglądający ten wątek:
 1 gości
Użytkownicy przeglądający ten wątek:
 1 gości