Heatwave już za nami, a przed nami kolejna edycja Colosseum! Theme song wypełnia arenę, a kamera ukazuje entuzjastycznie reagującą publiczność, a także komentatorów, którzy tym razem...niczego państwu nie przekażą!
Kamera przenosi nas do ringu, który pokryty jest czarną matą. W środku widzimy jedynie trzy krzesła w tym samym kolorze, a to może oznaczać tylko jedno... Pora na zapowiadane "Angry Chairs"! Fani z Houston są bardzo głośni, ale prawdziwa wrzawa wybucha dopiero teraz… ANGRY CHAIR! Już przy pierwszych dźwiękach gitary na rampie pojawia się Wes Wallace, który po kilku krokach zatrzymuje się i ogląda po zgromadzonej widowni. Następnie Lone Rider przy wciąż niesłabnącym cheerze publiki kieruje się w stronę kwadratowego pierścienia, gdzie odbiera mikrofon i zasiada na krześle w centrum ringu. Zawodnik z Houston nasłuchuje jeszcze chwile śpiewu fanów, którzy w dalszym ciągu zdzierają gardła przy refrenie utworu wejściowego Wallace'a, po czym Wes ręką wskazuje, że potrzebuje ciszy. W tym momencie muzyka wyłącza się, a Man of Mayhem bez zwlekania przykłada mikrofon do ust...
Wes Wallace: Witam wszystkich w... *chwila namysłu* drugiej w historii edycji "Angry Chairs"! *cheer* Wiele się działo w moim mieście przez ostatnie tygodnie, prawda? *cheer* Znacie mnie jednak i wiecie, że jestem człowiekiem konkretnym. Nie będzie więc dzisiaj wspominek z konfrontacji z Axelem i Jose. Oni po tym co się wydarzyło na pewno sami będą wam mieli cholernie wiele do powiedzenia podczas następnego Elysium... Nie będę poruszał także tematu swojego syna... *olbrzymi cheer, Wes z uśmiechem kręci głową* Wprowadziłem go tu, przedstawiłem, wspólnie obejrzeliśmy jego pierwszą walkę i teraz tylko OD NIEGO zależy, jak to wszystko poprowadzi. To JEGO kariera, to będą JEGO decyzje. Na tą chwilę moja misja dobiegła tu końca. *chanty James Wallace, Wes ponownie się uśmiecha, po czym wskazuje ręką, że potrzebuje ciszy* Dzisiaj przyszedł czas dopełnić trylogii gal w Houston, a także moich obecnych występów w LPW. *ogromny zawód widowni, Wes wzrusza ramionami z lekkim uśmieszkiem* Moich dzisiejszych gości znam osobiście od lat, dzieliliśmy wspólnie szatnię, staliśmy w jednym ringu. Jestem przekonany, że nie będziecie zawiedzeni... W końcu nie poświęciłbym swojego czasu na byle kogo.
Wes ogląda się w stronę rampy... LE MANU! Ależ wrzawa na trybunach! Buczenie miesza się z chantami "ZA-MO-RA! ZA-MO-RA!". Mimo tego, co Ben zrobił podczas Heatwave, spora rzesza fanów jest po prostu wniebowzięta jego powrotem! Sam zainteresowany wychodzi z zaplecza ubrany w TAKĄ koszulkę oraz ciemnoniebieskie jeansy, przystaje na chwilę na rampie i chłonie reakcję publiczności. Zamyka powoli oczy wsłuchując się w reakcję publiczności, co sprawia, że na jego ustach pojawia się lekki uśmieszek. Po chwili rusza do ringu, do którego wsuwa się pod dolną liną i staje naprzeciw Wesa, patrząc na niego przez kilka długich sekund... Po czym podaje mu rękę na przywitanie i mówi coś w jego kierunku z szerokim uśmiechem. The Highwayman odpowiada tym samym, następnie wskazuje Zamorze na jedno ze stojących w ringu krzeseł, które ten z szerokim uśmiechem zajmuje. Muzyka powoli cichnie, publiczność chwilę po niej.
Wes Wallace: Ben, zapamiętałem Cię jako absolutnego tytana ciężkiej pracy. Byłeś ważną osobą w szatni, budziłeś respekt każdego i miałeś ogromne aspiracje, aby stać się kimś WIELKIM, dojść na sam szczyt... I obaj doskonale wiemy, kto tam na Ciebie czekał. *uśmiech* Nie będę ukrywał, Ben. Wiem jaką masz misję i cel. *wskazuje na siebie, po czym na Zamore* Dla takich jak my, jest to po prostu coś normalnego. Nie mam zamiaru jednak o tym opowiadać, wchodzić Ci w słowo... A jako że sam cholernie doceniam ciężką pracę... Pora to ukazać. *Wes wyciąga z wewnętrznej kieszeni kurtki kartkę* Po powrocie skontaktował się ze mną pewien stary znajomy. Pogadaliśmy, dostał mój numer, spytał o plany, a kilka dni temu opowiedziałem mu, z kim spotkam się podczas Colosseum w Houston. Był WYJĄTKOWO podekscytowany... A niedługo później wysłał mi to. *wskazuje na kartkę* Kurwa, no skłamałbym mówiąc, że dokładnie to. Było tego kilka kartek więcej. *śmiech widowni* Musiałem więc poprosić o znacznie, ale to ZNACZNIE krótszą wersję... W końcu czas antenowy nie zna litości. *Wes uśmiecha się, odchrząkuje, spogląda na kartkę i zaczyna czytać* "Ben, zadebiutowałeś kilka lat temu w WCW podczas walki z Maxwellem Ransomem... *śmiech widowni, która od razu domyśliła się, że to słowa Paddy'ego Jacksona, Wallace sam podrywa kąciki ust, jednak po chwili kontynuuje* ...z którym to wygrałeś w kilkanaście sekund. Niszczyłeś następnie kolejnych przeciwników, dominowałeś ich, byłeś nie do zdarcia. Szybko wspiąłeś się w hierarchii i tylko kwestią czasu wydawało się, aż dotrzesz na szczyt. Wszyscy oczekiwali na konfrontację z Wesem Wallacem, do której w końcu musiało dojść, jednak plany pokrzyżowała twoja bardzo poważna kontuzja. Powiedz, czy ze zdrowiem już wszystko w porządku i przez ostatnie lata nie było żadnych problemów? Czy wierzysz, że tym już razem uda Ci się udowodnić, że jesteś najlepszy? I przede wszystkim... Dlaczego Kenny?" *Wes odkłada kartkę i spogląda na Zamore*
Ben Zamora: *podnosi mikrofon do ust* Przede wszystkim - witaj Wes. To wszystko co przed chwilą padło z Twojej strony... To całkowita, niepodważalna prawda. Byłem w drodze na szczyt. Byłem gotów zrobić wszystko, by tam dotrzeć. Byłem również w stanie dostrzec kto czeka na mnie na samej górze... *uśmiecha się lekko w kierunku Wesa* A potem wszystko mi zabrano. To nie tak miało być, nie tak miało wyglądać, nie tak miało się potoczyć! Ta pieprzona kontuzja sprawiła, że stałem się tylko kolejnym niespełnionym talentem, zmarnowanym przez kontuzje potencjałem... Ale teraz... Tak Wes, jestem całkowicie czysty. *wielki cheer od publiczności* Myślisz, że dlaczego po tylu latach trzymania się na uboczu wróciłem? Ponieważ lekarze w końcu mi na to pozwolili. *wzrusza lekko ramionami* Każdy miesiąc wiązał się z kolejną wizytą u lekarza, każda z nich dawała mi nadzieję... A potem każda z nich sprowadzała mnie znowu do szarej, kurewskiej rzeczywistości. W której nie jestem w drodze na szczyt. W której po prostu nie mogę zrobić wszystkiego, by tam dotrzeć. W której nie jestem w stanie dostrzec, kto czeka na mnie na samej górze... *Patrzy przez chwilę na Wesa w ciszy* Czy wierzę, że tym razem uda mi się udowodnić, że jestem najlepszy... *lekki śmiech* Ja WIEM, że tak będzie. Nie wróciłem do wrestlingu po to, żeby odcinać kupon za kuponem. Wróciłem by zdobyć szczyt. A co do Kenny'ego... Cóż, istnieje coś takiego jak łańcuch pokarmowy. A kto od początku powstania LPW stoi na samym jego szczycie? *uśmiech* To nic personalnego. Riddle po prostu zajmuje należne mi miejsce. Nie ma innego, prostszego sposobu by to zmienić, niż bezpośrednio zdetronizować uzurpatora. Mógłbym przepychać się łokciami po raz kolejny, pokazywać, udowadniać... Tylko... Jaki w tym sens? Jeśli mam stanąć na szczycie, to muszę pokonywać rywali którzy tak jak ja mają AMBICJE. Nie obchodzi mnie ich status prywatny, nie obchodzi mnie to czy mają rodziny, dzieci, żony... Interesuje mnie to, co pokazują wewnątrz tego ringu. By być najlepszym... Trzeba pokonywać najlepszych.
Nawet jeśli Ben Zamora chciałby dodać coś jeszcze, to póki co nie będzie miał ku temu okazji. Na arenie rozbrzmiewa bowiem Evil Ways! Na stage wychodzi Kenneth Riddle, nie czekając na zostanie zapowiedzianym przez gospodarza programu. Sacramento Saint jest wyraźnie poobijany po wydarzeniach z Heatwave. Na wysokości żeber jest obwiązany bandażami, a jego nos jest lekko opuchnięty, ale hej - powinniście zobaczyć, jak wygląda Ryback! To znaczy… no możemy sobie tylko wyobrazić. W każdym razie, Riddle zmierza do ringu, wpatrzony w Bena Zamorę. Po wejściu do kwadratowego pierścienia The Icon na chwilę spuszcza wzrok ze sprawcy zamieszania z Hell in a Cell, aby przywitać się z Wesem. Po serdecznym uścisku dłoni Kenneth odbiera drugi mikrofon i siada na drugim krześle, przygotowanym specjalnie dla niego.
Kenneth Riddle: W normalnych okolicznościach byłoby to całkiem miłe, nostalgiczne spotkanie *Kenny spogląda w stronę Wesa*. Moglibyśmy powspominać stare dzieje i ponarzekać, jakie to młode pokolenie jest beznadziejne, że na topie od dekady oglądamy w większości te same twarze. Ale nie może to tak wyglądać, bo postanowiłeś popełnić falstart, Ben *Riddle wskazuje palcem na Zamorę i trwa w tej pozie przez kilka sekund*. Nie zamierzam owijać w bawełnę, przez cały tydzień dominującą emocją w moim życiu była wściekłość. Byłem zły, że nie rozprawiłem się z Rybackiem w takim stylu, jak planowałem. Wkurzał mnie fakt, że od powstania LPW już kolejny raz dosłownie ocieram się o chwilę triumfu tylko po to, aby skończyć z gorzkim posmakiem braku satysfakcji… ale tydzień to dużo czasu. Przede wszystkim uświadomiłem sobie jedno. W ten czy inny sposób, Bitcherback zniknął z mojego życia i tylko to się liczy. Taki był mój cel przed Heatwave i właśnie to obiecałem mojej rodzinie. Także może styl nie do końca mi odpowiada, ale efekt został osiągnięty. Teraz mogę skupić się na Tobie, Ben, po tym jak bardzo jasno dałeś do zrozumienia, że skupiłeś się na mnie *The Icon poprawia swoją pozycję na krześle i ponownie patrzy głównie w kierunku Zamory*. To jest akurat ta jedna rzecz, o której nie rozmyślałem przez ostatni tydzień. Wręcz przeciwnie, od początku doskonale rozumiałem, dlaczego mnie zaatakowałeś. Dziś ostatecznie rozwiałeś resztki moich wątpliwości. Czy mi to pasuje? Absolutnie nie. Czy zamierzam coś z tym zrobić? JESZCZE JAK! Nie jestem na topie od wczoraj i przywykłem do życia z celownikiem na plecach. Ty też nie urodziłeś się dziś rano i powinieneś zdawać sobie sprawę, że należy ostrożnie wybierać swoje walki, nawet wśród najlepszych.
Ben Zamora: Za punkty stylu nie dostaje się nagród, Kenny. Pokonałeś Rybacka? Pokonałeś. Za 5 lat nikt nie będzie pamiętał, że stało się to z moją pomocą. Wszyscy będą jedynie pamiętać, że to TWOJA piosenka wybrzmiała po walce i to TWOJA ręka została uniesiona do góry w geście zwycięstwa. Także może zamiast wylewać gorzkie żale, po prostu mi podziękujesz? *uśmiech* Widzisz... Jeśli myślisz, że to co zrobiłem miało korzyść tylko i wyłącznie dla mnie, to jesteś zdecydowanie mniej inteligentny, niż sądziłem. Uwolniłem Cię. Dałem Ci szansę. Wręczyłem Ci klucz do kajdanek nałożonych przez Rybacka. Pora, by na światło dzienne wyjrzał ponownie PRAWDZIWY Kenneth Riddle, a nie wyłącznie smętny cień imitujący oryginał. To czy z tego skorzystasz... Cóż, wybór należy do Ciebie.
Kenneth Riddle: Masz duży tupet, jak na faceta, który dopiero co dostał zielone światło do walki od lekarzy, i to po latach spędzonych na leczeniu ciężkiej kontuzji. Ale o tym przekonaliśmy się już na Heatwave. Co do jednego się jednak zgadzamy. Liczy się dla mnie fakt, że od dzisiaj informacji o Rybacku należy szukać w sekcji “byli zawodnicy” na stronie internetowej LPW. Martwi mnie jednak to, że masz z nim pewien wspólny mianownik. Od początku próbujesz forsować tę narrację, którą on również tak uwielbiał, że jestem teraz cieniem siebie z przeszłości. Powiedz mi Ben, skoro tak twierdzisz, czego mi obecnie brakuje i w jaki sposób odesłanie Cię z powrotem na chorobowe miałoby mi pomóc to odzyskać?
Ben Zamora: A kto powiedział, że byłbyś w ogóle w stanie to zrobić, Kenny? *Ben przez kilka chwil wpatruje się w rozmówcę po czym... wybucha śmiechem!* Odesłać mnie z powrotem na chorobowe! Czyli jednak potrafisz też ukąsić, a nie być tylko potulnym pieskiem uciekającym w kąt klatki. *puszcza oczko* Bardzo dobrze. *uśmiech* Myślałem, że już zapomniałeś jak się to robi. Ale niestety nie wróżę szczęścia w tym stanie. *pokazuje ręką na obandażowane ciało Kenny'ego* Jak chcesz to zapraszam, możesz rzucić mi rękawice w DOWOLNYM momencie. Jeśli się boisz to możemy poczekać kilka tygodni. *złośliwy uśmiech* Bo Ben Zamora wrócił i już zapuścił korzenie. Nie tylko na Colosseum. Również w Twojej głowie. *puka się w skroń* Wiesz czego Ci brakuje? Zdecydowania. To co się działo pomiędzy Tobą a Rybackiem, nie było winą nikogo innego. Tak tak, to wszystko jego działania, to wszystko jego chore pomysły... Ale to Ty jesteś za to odpowiedzialny. To ty mu na to pozwoliłeś. To Ty zbagatelizowałeś wszelkie sygnały ostrzegawcze po drodze. To Ty nie potrafiłeś podjąć dorosłej męskiej decyzji, by zakończyć to zanim sytuacja stała się krytyczna. Jeśli myślisz, że będąc tak niezdecydowaną pizdą jesteś w stanie mnie pokonać... To grubo się mylisz.
Kenneth Riddle: Być może zbije Cię to z tropu, ale… pewnie masz rację. Być może powinienem był wcześniej dać Rybackowi uwagę, o którą tak zabiegał i uciąć temat w zarodku. Ale wiesz co, Ben? Drugi raz nie popełnię tego samego błędu. Drugi raz nie zbagatelizuję sygnałów ostrzegawczych. Drugi raz nie zamierzam skupiać się na zadaniach pobocznych, takich jak niedoszła walka o Valor Championship z Jorge Cavazosem. Tym razem jestem w stu procentach skupiony na celu, którym jest sprawienie, żebyś mógł zapuścić korzenie co najwyżej z powrotem na stanowisku komentatorskim, bez zgody lekarzy na rywalizację w ringu. Widzisz, Ben… kilku mocnych zawodników przekonało się już, że nadal potrafię ukąsić i niczym się od nich nie różnisz. Czy wolałbym walczyć z Tobą będąc w pełni zdrowym? Jasne, że tak. Na pewno byłoby mi łatwiej w perspektywie tego, że jesteś ode mnie 40 kilogramów cięższy. Ale “łatwiej” to nigdy nie był mój pierwszy wybór. Jeżeli mam naprawić swój błąd i zacząć zamykać temat w odpowiednim momencie, to równie dobrze mogę się z Tobą zmierzyć już teraz!
Wes Wallace: Poczekajcie. *ogromny cheer, Wes ogląda się po zawodnikach* Houston, nie muszę was pytać, czy tego chcecie, znam odpowiedź. *ponownie wielki cheer* Wiem, że to klepniemy, jednak zanim do tego dojdzie... *odwraca się w stronę Riddle'a i spogląda mu w oczy* Ryback to jest mały człowiek... W tym wielkim cielsku zakuta jest psychika dziecka. Nienawiść zamienił w chorą obsesję, a to tylko obrazuje, jak strasznie słabym jest człowiekiem. *wskazuje ręką na Bena nie odwracając wzroku od Kennetha* Powiem Ci, że wierzę mu. Spotkałem go kiedyś i robił dokładnie to, co mówił. Miał być niebezpieczny? Tak... I był cholernie niebezpieczny. Ben zasłużył u mnie na kredyt zaufania i jeśli uważa, że jest w pełni gotowy stanąć z Tobą w ringu, to ja biorę jego słowa na poważnie. Nie wątpię też w twoje umiejętności, stąd moje pytanie Kenny... Czy Ty jesteś PSYCHICZNIE gotowy na prawdziwą wojnę? *patrzy prosto w oczy Riddle'a* Szczerze? Pomimo tego, co Cię spotkało ze strony Rybacka w ostatnim czasie... Ja po prostu NIE WIERZĘ, że tak naprawdę chociaż przez sekundę czułeś, że w tej klatce może Ci się coś stać. *kiwa głową* Postanowiłeś się z nim zabawić, zamiast go skończyć. Jesteś inteligentnym człowiekiem, Kenny. *uśmiech* Ktoś takie igranie z ogniem mógłby nazwać idiotyzmem, ale Ty nie uprawiałbyś takich gierek, gdybyś w swojej głowie nie kontrolował sytuacji. *spogląda na moment na Bena* Jestem pewien, że on może dać Ci to, czego nie mógł zaoferować Ci Ryback... Zwątpienie. *znów patrzy w oczy Kennetha* Wiek to bzdura, ciało masz w dobrej formie, dlatego pytam o to, co siedzi tu... *wskazuje na głowę* Czy właśnie TUTAJ czujesz się w pełni sił? To jest najważniejsze.
Kenneth Riddle: Można powiedzieć, że znamy się jak łyse konie, panie Wallace. Bo jak inaczej wyjaśnić to, że tak trafnie opisałeś sytuację z Rybackiem? Zgadza się, mam świadomość swoich umiejętności i potrafię o tym mówić szczerze. Kilka osób patrzy przez to na mnie krzywo, ale chyba wiesz, że się tym nie przejmuję. W Hell in a Cell wiedziałem, że jestem lepszy. Gdy patrzę na Zamorę, widzę wielkiego, silnego i zdeterminowanego gościa. Byłbym głupcem, gdybym tego nie dostrzegał. Ale czy jego atuty mnie onieśmielają? *Riddle uśmiecha się i patrzy na Wesa* Doskonale wiesz, że nie! Pytacie mnie obaj, czy czuję się gotowy. Jeden z Was zakwestionował mój stan fizyczny, a drugi psychiczny. To dobrze, bo mogę odpowiedzieć ostatecznie Wam obu jednym zdaniem. Kenneth Riddle od zawsze znajduje się w permanentnym stanie gotowości!
Wes Wallace: *Zamora na ostatnie słowa Kenny'ego uśmiecha się szeroko i widać, że nie może się już doczekać akcji, Wes zerka na Riddle’a* Ja nic nie kwestionuję, Kenny. Nie wciskaj mi słów w usta, których nie wypowiedziałem. Ja jedynie spytałem, to znacząca różnica. *uśmiech, odwraca się w stronę Zamory* Dość jednak tych pytań, zwłaszcza że ciężko nie dostrzec tego, co siedzi Ci teraz w głowie. A tak się składa, że dostałem przed chwilą na telefon wiadomość od nowego Generalnego Menadżera Colosseum, która na pewno zainteresuje was obu. *cheer* Cytuję… “Robimy to.” *większy cheer* “Ben Zamora i Kenneth Riddle w dzisiejszej walce wieczoru.” *ogromny cheer, Wes ogląda się po zawodnikach* Dzisiaj jest moje pożegnanie z LPW, więc nie będę was prosił o dobrą walkę… Wy MACIE zrobić dzisiaj prawdziwy rozpierdol. *potężna wrzawa*
Wallace wstaje, po czym odkłada mikrofon na krzesełko, a następnie uśmiecha się do obu rozmówców i wychodzi z ringu, żegnany owacją na stojąco. Po chwili Riddle również chce opuścić ring, jednak… Zostaje złapany za bark przez Zamorę! Od razu się obraca, instynktownie przygotowując się do walki! Dostrzega jednak uśmiech na ustach Bena, a jego oczy wręcz świecą z podekscytowania.
Ben Zamora: Nie martw się Kenny. Nic Ci nie zrobię… Jeszcze. Zbyt długo na to czekałem, żeby teraz wyrzucić wszystko do kosza. Chcę Ci tylko… Życzyć powodzenia. Zdecydowanie będziesz go dzisiaj potrzebował. *Ben uśmiecha się lekko i zabiera dłoń z barku Kenny’ego* To nie tak, że Cię lekceważę. Nie uważam się za lepszego. Wręcz przeciwnie. W innym wypadku to nie Ty byłbyś moim celem. *Zamora podchodzi bliżej* Mówiłem już, że mierzę w sam szczyt. Aktualnie na Colosseum nie ma nikogo wyżej niż Ty. To wszystko co dzisiaj powiedziałem, to jedynie puste słowa bez pokrycia, w które nie musisz wierzyć. Dlatego przekonasz się o tym na własnej skórze. Sprawię, że teraz to Ty będziesz gonił mnie. Do zobaczenia później, Kenny.
Ben odrzuca mikrofon na bok i wymija Kennetha, zeskakując z ringu i zmierzając na zaplecze. Obandażowany Riddle zostaje sam, wbijając wzrok w plecy oddalającego się Zamory, a obraz z kamery powoli gaśnie.
Kamera ukazuje nam zaplecze oraz solidnie pobitego Nathana Martina! Kanadyjczyk powinien wychodzić do walki, na arenie leci jego theme song okraszony najładniejszym video z całej federacji, ale on sam leży i widać przy nim tylko porzucony niedopałek papierosa, ale sprawcy brak. Do Kanadyjczyka podchodzą pracownicy, w tym medycy i sprawdzają jego stan. The Solipsist powoli znów zaczyna być świadomy i zerka kątem oka na tego peta. Totalnie nie słucha, co do niego teraz mówią pracownicy medyczni, jest w swoim świecie i o czymś rozmyśla, w końcu przystawia palec wskazujący do ust i tym gestem stara się uciszyć wszystkich.
Nathan Martin: Chyba nie myślicie, że odpuszczę sobie ten pojedynek? *przerywa od razu któremuś medykowi* NIE. MA. OPCJI. Po prostu nie! *kręci głową* Dwóch pogromców Allana Hilla oraz dwie persony, które pragną sprawiedliwości... na swoje własne sposoby.*uśmiecha się* TO na pewno nie jest przypadkowe zestawienie, takie coś nie może mnie ominąć, a tym bardziej moich FANÓW... *nadal obolały zaczyna się powoli podnosić* Decyzja podjęta, dziękuję za troskę, ale zachowajcie siły na później. Ktoś inny będzie potrzebował waszej pomocy o wiele, wiele bardziej...
Nathan upiornie się uśmiecha i chwilę jeszcze odpoczywa, po czym rusza w kierunku wejścia na arenę...
Singles Match
David Otunga vs Nathan Martin
Po reklamach wracamy do walki i widzimy jak David wrzuca Nathana w narożnik szybkim Irish Whipem, a następnie powoli podchodzi i uderza punchem w brzuch swojego przeciwnika kilkukrotnie. Kanadyjczyk jest mocno poturbowany po wcześniejszych wydarzeniach, więc ten punch miał o wiele większą moc niż powinien.. Otunga nie zwalnia tempa i wykonuje kilka Shoulder Thrustów w narożniku.. 1.. 2.. 3.. 4.. dopiero gdy sędzia ma odliczyć do pięciu, David odsuwa się i podnosi ręce do góry. Nathan upada w narożniku, więc Otunga pomaga mu wstać, ale nie po to żeby mu pomóc.. Irish Whip na liny, The Solipsist odbija się od nich i.. Tilt-a-Whirl Backbreaker! Co za impet! The Advocate rusza żeby pinować.. 1.. 2.. kick out! The Dreamweaver dość szybko jak na stan w jakim się znajduje odkopuje, ale ciężko mu się podnieść. The Harvard Hammer znowu podnosi swojego przeciwnika i wynosi pod Pendulum Backbreaker.. Nate znajduje w sobie siłę żeby podnieść nogę i sprowadzić Otungę na ziemię Hurricanraną! Martin w ofensywie, biegnie na liny, odbija się od nich i w podnoszącego się Davida uderza Dropkickiem! Szybkie przypięcie: 1.. 2.. nie! Nie te numery z Verdict Makerem, to za wcześnie! The Creator czuje jednak, że jest w sztosie i kontynuuje ofensywę po podniesieniu się, sprzedaje kilka kicków wstającemu Otundze, ten cofa się do narożnika od nawału ciosów.. szybkie Enzuigiri w narożniku! The Advocate jakby zamroczony, Psycho Leaf wycofuje się i prędko nabiega żeby wykonać Running Corner Clothesline.. za wolno! The Harvard Hammer w porę złapał przeciwnika, trzyma go chwilę w uchwycie i poprawia.. pod Sit-Out Spinebuster! Udało się, teraz przypina.. 1.. 2.. 3-.. nie! Nathan trzyma się dalej! David widocznie zdenerwowany wstaje, łapie przeciwnika za kark i znowu go podnosi.. Pele Kick od The Solipsista! Odzyskuje trochę sił, podnosi się szybko i rozpędza odbijając od lin.. Superman Punch na wstającym Otundze! Nie! To był niesamowicie szybki Motion to Dismiss od Davida! Nie widzimy jednak pinu, The Advocate wie, że musi to skończyć tu i teraz.. czeka chwilę aż Nathan wstanie.. Objection! Przypina: 1.. 2.. 3-.. dalej nic! David uderza pięścią w matę, wstaje i kieruje się do narożnika.. czeka na swojego przeciwnika, aż ten wstanie.. po chwili rusza w jego kierunku i chce go podnieść.. Calf Kick go zaskakuje! Otunga się cofa.. Roundhouse Kick od Nate'a! Nie! The Harvard Hammer łapie go za nogę, odrzuca ją, Nathan Martin robi obrót i trafia prosto w ramiona Otungi.. The Verdict! Jednak nie! Psycho Leaf daje radę się wydostać, spada na na obie nogi, ale impet powoduje u niego ból.. The Advocate wykorzystuje sytuację i ponawia The Verdict! Tym razem udane! Mamy przypięcie: 1.. 2.. 3! To koniec! David wygrywa starcie, ale musiał się chwilę pomęczyć.
PITAGORAS TWIERDZI, ŻE MIKE BRUTAL ŚMIERDZI
Kamera zagląda do biura General Managera Colosseum. Ted DiBiase Jr. siedzi za biurkiem, przeglądając kilka dokumentów. Po drugiej stronie stoi Sara Rojas.
Sara Rojas: Chciałam tylko upewnić się, że wszystko zostało dopięte.
Ted odkłada dokumenty i spogląda na nią z lekkim uśmiechem.
Ted DiBiase Jr.: Sara, jeśli chodzi o interesy, to zawsze doprowadzam je do końca.
Sara Rojas: Czyli możemy działać zgodnie z planem?
Ted DiBiase Jr.: Dokładnie tak.
Sara przez moment patrzy na Teda, po czym kiwa głową i rusza w stronę drzwi.
Sara Rojas: W takim razie wszystko jasne.
Ted DiBiase Jr.: Jestem pewien, że warto na to chwilę poczekać.
Sara opuszcza biuro. Ted jeszcze przez chwilę spogląda w stronę zamkniętych drzwi, po czym spokojnie wraca do dokumentów.
Dad's Gonna Kill Me wybrzmiewa na arenie, a ten kto oglądał Heatwave wie, że oznacza to pojawienie się jednego z najnowszych nabytków LPW! Młody Wallace wychodzi powoli na rampę, z uśmiechem rozglądając się po zebranych na hali fanach. Ci witają go ogromnym dopingiem, nic dziwnego - to w końcu syn Wesa Wallace'a! James poprawia skórzaną kurtkę i zafascynowany rusza do ringu, cały czas obserwując to co dzieje się dookoła niego. Po kilkunastu sekundach dociera do ringu, który obchodzi i zmierza w okolice stolika komentatorskiego... Na który wskakuje i zaczyna podburzać publiczność do jeszcze głośniejszej reakcji! No trochę chyba go poniosło, ale nie zmienia to faktu, że Houston dosłownie je mu z ręki i przystaje na prośbę młodego zawodnika, reagując jeszcze mocniejszym cheerem! Zadowolony z siebie James potakuje głową, po czym zeskakuje ze stołu i prosi pracownika technicznego o mikrofon, z którym wtacza się do ringu pod dolną liną. Praktycznie całe trybuny zaczynają śpiewać refren jego piosenki wejściowej, a młodzieniec pozwala im na to, odsuwając się do narożnika i opierając się o niego. Po chwili jednak refren się kończy, a muzyka zostaje wyciszona.
James Wallace: Już rozumiem starego... *uśmiech, odpycha się od narożnika i przechodzi na środek ringu* Nie ufałem mu, ale... Nie odbierzcie mnie źle - zawsze wiedziałem, że to coś niesamowitego. Jednak przeżyć to na własnej skórze, *przeczesuje włosy* to zupełnie inna bajka! Uderza muzyka, słyszysz poruszenie wśród publiczności... I nagle wszystko inne przestaje mieć znaczenie. *uśmiech, publika w Houston reaguje głośnym cheerem* Chyba nie muszę się przedstawiać co? *Chanty NO! NO! po których następuje również "Welcome James!"* Nie no, proszę was... Musiałbym nie być synem swego ojca, żeby pozbawić tej przyjemności nie tylko was, ale i samego siebie! *Uśmiech* Nazywam się James Wallace! *cheer* Możecie mnie kojarzyć głównie z tego, że jestem synem Wesa. *śmiech* Tylko, kurwa... *krótka pauza* Nie zamierzam być po prostu "Synem Wesa". Jestem tu, bo chcę napisać własną historię. Jestem tu, ponieważ jest mi to przeznaczone. *zawiesza na chwilę głos* Jestem tu, by nazwisko Wallace od razu przywodziło na myśl jedną osobę - mnie! *cheer, James patrzy w kamerę* Wybacz staruszku. *spogląda z powrotem na zgromadzoną publiczność* Houston! Do tej pory widzieliście zaledwie UŁAMEK moich możliwości. Ale, spokojnie. *James poprawia skórzaną kurtkę* Mam ochotę dać wam kolejną próbkę tego na co mnie stać. W tym ringu. W tej chwili! *wielka wrzawa na trybunach* Może znajdzie się jakiś chętny, co? *spogląda w stronę stage'u i opuszcza mikrofon*
Singles Match
James Wallace vs Dale Rucker
Wybrzmiewa gong, zawodnicy momentalnie spotykają się na środku ringu i zwierają się w klasycznym klinczu. Rucker jednak wykorzystuje swoją przewagę fizyczną i spycha młodego do narożnika, na co sędzia reaguje odliczaniem. Big Rig przetrzymuje jednak chwyt, doczekując magicznej liczby 4, a następnie odpuszcza i zadowolony z siebie przechodzi na środek ringu, zapraszając małolata na kolejną rundkę. Ten tylko się uśmiecha i ochoczo przystępuje do kolejnego zwarcia. Jednak nie! W ostatniej chwili przechodzi pod ręką tirowca za jego plecy, a następnie chwyta go w Headlock, w którym trwają przez chwilę, jednak Dale bez żadnych skrupułów stompuje stopę Jamesa, przez co ten puszcza uchwyt i teraz to on zostaje zamknięty w Headlocku! Siłują się chwilę, James łapie za ręce oplatające jego głowę i próbuje je rozerwać. Nie przynosi to jednak oczekiwanego skutku, Rucker napina się i ponownie dociska ręce do głowy Wallace'a. Kilka chwil później ten stosuje inną taktykę i przepycha rywala na liny, przy pomocy których wypycha go na przeciwległą stronę ringu. Kierowca ciężarówki odbija się i wraca z mocnym Shoulder Blockiem, posyłając Wonderkida na deski! Następuje klasyczny motyw walki wrestlingowej - Dale odbija się od lin, James rzuca mu się pod nogi, zawodnik będący do tej pory w kontroli przeskakuje nad nim i odbija się po drugiej stronie nabierając prędkości, Wallace wstaje i przeskakuje nad nim Leap Frogiem, a przy następnym spotkaniu w centrum ringu częstuje go Hip Tossem! Gdyby ktoś nie wiedział, nazywa się to International Spot! Publika nagradza tą akcję głośnym cheerem, a rozochocony James dokłada jeszcze Running Senton! I mamy próbę pinu! 1... Kick Out! Wallace podnosi się, pozwala na to samo przeciwnikowi i wykonuje Knee Lift, po którym automatycznie dokłada jeszcze Knee Smash Facebuster, rusza na liny, napędza się przy ich pomocy i potężnym Discus Lariatem zwala ponownie oponenta z nóg! Pin! 1...2... Kick Out. No, ale chyba już dłużej tego nie będziemy ciągnąć - Wonderkid odsuwa się do narożnika, a gdy tylko Big Rig wstaje, otrzymuje Hellraiser! A jednak nie, mamy unik, James teraz ma za plecami rywala... Back Kick! Prosto w brzuch! Rucker pochyla się, ale od razu zostaje wyprostowany Chest Kickiem, do którego zostaje dołożony jeszcze Back Elbow! Syn swego Ojca od razu łapie rywala w odpowiedni sposób i dokłada Chain Reaction! No teraz to już na pewno nie przedłużamy! Po kilku sekundach widzimy kolejną próbę Hellraisera - tym razem udaną! Ulubieniec publiczności sam podnosi Ruckera, po czym wykańcza go przy pomocy Blackway Drive! 1...2...3... Koniec! James Wallace odnosi zwycięstwo w swoim debiucie na Colosseum!
Kamera zagląda do szatni Zygmunta Butli. Polak siedzi samotnie przy stole, na którym leżą: koślawy odlew z wosku wykonany przez Cyclone'a Diallo oraz fragment złotego medalionu znaleziony w tajemniczej kopercie. Zygmunt raz po raz przykłada je do siebie, próbując znaleźć jakieś logiczne wyjaśnienie całej sytuacji.
Zygmunt Butla: No podobne jest, nie powiem... ale jakbym po pięciu piwach narysował koło od roweru, to też by pewnie wyszło podobne. Wróżbita, medalion, tajemnicze koperty... jeszcze tylko brakuje, żeby mi ktoś powiedział, że jestem zaginionym księciem i mam odziedziczyć pół Rumunii.
W tym momencie rozlega się pukanie do drzwi. Zygmunt szybko zgarnia medalion ze stołu i spogląda w ich kierunku. Do środka wchodzi elegancko ubrany mężczyzna.
Zygmunt Butla: O, proszę. To pan od podsłuchiwania pod drzwiami, którego widziałem oglądając galę w telewizji. Jak już mnie śledzisz, to mogłeś chociaż przynieść piwo.
???: Nie śledzę pana. Obserwowałem jedynie, czy przesyłka trafiła do właściwej osoby. Nazywam się Emil Ciureja. Reprezentuję rodzinę Ciureja.
Mężczyzna spogląda na fragment medalionu trzymany przez Zygmunta.
Emil Ciureja: Ten przedmiot nie znalazł się tutaj przypadkiem. To część rodzinnego medalionu, wykonywanego wiele lat temu dla jednego z członków naszego rodu. Został podzielony na dwie części. Jedną posiada pan. Druga od lat znajduje się w rękach rodziny.
Zygmunt Butla: Czyli jednak nie wygrałem złota w jakimś konkursie?
Emil nie reaguje na żart. Wyciąga z wewnętrznej kieszeni marynarki fotografię i kładzie ją na stole. Przedstawia ona drugą połowę identycznego medalionu. Zygmunt powoli przykłada do zdjęcia posiadany fragment. Oba elementy idealnie tworzą jeden wzór.
Emil Ciureja: Od pewnego czasu zbieramy informacje na temat Zygmunta Szewczyka. Daty, miejsca, okoliczności pana dzieciństwa. Jest ich zbyt wiele, żeby mówić o zwykłym przypadku.
Zygmunt Butla: Chwila... czego wy właściwie ode mnie chcecie?
Emil Ciureja: Odpowiedzi na dokładnie to samo pytanie, które powinien zadać sobie pan. Istnieją poważne podstawy, by sądzić, że Zygmunt Szewczyk nie jest tożsamością, z którą przyszedł pan na świat.
Humor momentalnie znika z twarzy Butli.
Zygmunt Butla: Dobra... teraz to już przestało być zabawne.
Emil Ciureja: Dlatego potrzebujemy pewności. Badanie DNA zakończy wszystkie spekulacje. Rodzina posiada materiał porównawczy.
Zygmunt Butla: Trzydzieści sześć lat nikt mnie nie szukał, a teraz nagle pojawia się facet w garniturze, daje mi pół medalionu i chce mojej śliny albo krwi? Wybacz, ale miałem w życiu lepsze oferty. Nawet pod monopolowym.
Emil Ciureja: Nie oczekuję odpowiedzi dzisiaj.
Mężczyzna kładzie na stole wizytówkę obok fotografii medalionu.
Emil Ciureja: Człowiek, którego reprezentuję, czekał na możliwość poznania prawdy przez bardzo długi czas. Kiedy będzie pan gotowy, numer jest na wizytówce.
Emil odwraca się i opuszcza pomieszczenie. Zygmunt przez kilka sekund siedzi bez ruchu. Następnie ponownie przykłada fragment medalionu do fotografii, po czym zerka na woskowy odlew Diallo.
Zygmunt Butla: Mekambe, cmentarz w 2100... a teraz jeszcze to. Ja pierdolę, ten czarodziej naprawdę zaczyna mnie niepokoić.
Butla bierze wizytówkę. Przez moment wygląda, jakby chciał ją wyrzucić, ale ostatecznie chowa ją do kieszeni. Kamera zatrzymuje się na leżących obok siebie woskowym odlewie oraz fragmencie medalionu, po czym obraz powoli gaśnie.
Wracamy do ringu, gdzie znajduje się już Renee Paquette, a także debiutujący w LPW Michał Pawlak.
Renee Paquette: Panie i Panowie, za moment ten oto człowiek stoczy swój pierwszy pojedynek w LPW. Michał, czy czujesz się pewny swego przed starciem z Thorem?
Michał Pawlak: No raczej! Podobno typ waży 200 kilo. Taka gruba świnia, to pewnie nawet nie wejdzie do ringu! Dawać go, zara dostanie wpierdol!
W tym momencie wybrzmiewa ten theme song, a już po kilku sekundach oczom widzów ukazuje się gigantyczny Norweg. Zdecydowanie nie przypomina on "grubej świni", jaką wyobrażał sobie Pawlak. Pewnym krokiem zmierza w stronę ringu. Wyraz twarzy Michała diametralnie się zmienia - jeszcze przed momentem wyglądał jak najodważniejszy wojownik na tej planecie, a teraz przypomina raczej skazańca prowadzonego na egzekucję. Z trudem przełyka ślinę, gdy Thor wchodzi na krawędź ringu, a następnie przekracza liny, z łatwością przechodząc nad najwyższą. Renee w międzyczasie opuszcza ring.
Singles Match
Thor vs Michał Pawlak
Arbiter daje znak do rozpoczęcia walki. Niemal od razu po gongu Pawlak próbuje spierdalać z ringu, jednak będąc pomiędzy linami zostaje przechwycony przez Thora, który wciąga go z powrotem do środka. Następnie częstuje zawodnika z Krakowa serią ciosów w brzuch, po których Michał cofa się w stronę narożnika. Tam Thor wymierza mu potężny Headbutt. I jeszcze jeden! Polski Młotek osuwa się do pozycji siedzącej, zaś zawodnik z Norwegii decyduje się wziąć rozbieg, po którym wykonuje Facewash! Pawlak osuwa się na matę, po czym postanawia wyturlać się poza ring. Wiking natychmiast rusza za nim. Wygląda na to, że z ucieczki niewiele wyjdzie, bowiem Destroyer from North szybko przechwytuje rywala, a następnie z łatwością ciska nim o stalowe schody! Te aż się przesuwają pod wpływem tego uderzenia, zaś Thor nie zamierza tracić czasu, tylko od razu podnosi rywala, po czym uderza jego głową o krawędź ringu. Na tym się nie kończy - mamy wyniesienie w górę i już po chwili El Pawlako zostaje rzucony plecami na apron! Norweg następnie wpycha go z powrotem do ringu pod linami, po czym sam wraca do środka. Pawlakowi ledwo udaje się pozbierać, a już zostaje złapany w Pumphandle Hold, po którym Thor aplikuje Norway Driver 2! Pawlak zatrzymuje się pod linami, a gigant z Bryne łapie go, po czym wynosi w górę pod Canadian Backbreaker. Mija kilka sekund, po czym Thor opada na kolana, wykonując Ragnarok! Pin wydaje się być formalnością. 1....2...3! Tak, to koniec tego starcia!
Po wygranej, Thor czeka aż rywal zostaje wyniesiony z ringu i bierze mikrofon
Thor: Co to było? Sesja treningowe z manekinem? Jeżeli tak mają wyglądać rywale rzucani przeciwko mnie, to uznaję to za żart. Żarty, który ma mnie urazić. *zaczyna krążyć po ringu* Jestem wojownikiem kompletnym, przygotowanym do walki, zdolnym mierzyć się z każdym rzuconym mi mięsem. Ale mięso musi wykazać jakąkolwiek wolę walki. Mam rację? To jest arena, a ja jestem wojownikiem chcącym zdobywać i podbijać. Jestem zdolnym kruszyć kości, łamać wolę i sprowadzać do parteru każdego, kto tu stanie. Ale na litość boską, niech to będzie ktoś godny walki ze mną. Możecie dać mi któregoś z tych zapijaczonych wąsaczy kręcących się po zapleczu, albo któregoś z tych mało zabawnych i napiętych do granic możliwości fajtłapów co pomylili wybieg modowy z ringiem. Nie jestem jednym z nich, jestem łowcą, wojownikiem północy. Potrzebuję agonalnych jęków moich oponentów i zapachu ich strachu. To jest prawdziwa esencja walki, dominacja. Taka, która pozostawia trwałe ślady w psychice, ta przez którą słabi chłopcy muszą chodzić do psychologa i jeść prozak. Dominacja psychiczna i fizyczna. Tylko to się liczy w ringu. Pełen podbój. Każdy kto chce, może w tym momencie przyjść tutaj i stać się kolejną ofiarą, która za życia trafi do Helheimu, podczas gdy ja zasiądę do kolejnej uczty w Valhalli. Tu jest ring i tu jest miejsce na walkę i show.
Wraz z ostatnim wypowiedzianym przez Haraldssona słowem rozbrzmiewa ten theme song, a na titantronie wyświetla się to. Po chwili na arenę wychodzi Fenrir pewnym krokiem, w ręku ma mikrofon, ubrany jest w swój gear. Staje on na chwilę na rampie i napawa się widokiem, ale i jakby zapachem areny i atmosferą, która na niej panuje. Po chwili, po kilkunastu sekundach kiedy theme song przycicha, Fenrir podnosi mikrofon do "ust"..
Fenrir: *ruszając w stronę ringu* Gratulacje wojowniku! Imponujące to było, ta siła, ta szybkość.. Czy to nie niesamowite, że dwóch wielkich norweskich zawodników debiutuje w tym samym momencie? Mi się wydaje, że to nie był przypadek. Chociaż nie.. nie wydaje mi się. Jestem pewien, że to nie jest przypadek. Widzisz, Thor, sądzę tak dlatego, że.. jesteśmy sobie przeznaczeni. Zwróciłeś moją uwagę nie tylko tym jak walczysz, ale też tym kim obnosisz się, że jesteś. *wchodzi po schodkach* Jest taki jeden szczegół.. uznajesz się za kolejnego boga piorunów, ja zaś jestem personifikacją bestii, która zgładziła w mitologii jego ojca, Odyna - co oznacza, że nie straszny mi jest żaden bóg. *przechodzi przez liny* Roztaczasz aurę wielkości, wchodzisz do tego ringu z pewnością, miażdżysz swego przeciwnika - i chwała Ci. *staje naprzeciw Haraldssona i patrzy mu głęboko w oczy, Fenrirowi oczodoły zapalają się na czerwono* Natomiast nie pomyślałeś o jednym - o tym, że obiorę sobie Ciebie za cel. Będziesz idealny żeby pokazać wszystkim, że nie żartuję.. wikingu..
Status quo utrzymuje się przez chwilę między obydwoma zawodnikami, obaj patrzą na siebie intensywnie, ale po chwili Thor musi opuścić ring. Nie spuszcza on jednak wzroku z Fenrira, i vice versa, bo ten się odwraca i też śledzi wzrokiem swojego prawdopodobnego przyszłego przeciwnika. Kamera pokazuje nam raz idącego po rampie Haraldssona, a raz Fenrira, który powoli się rozgrzewa i czeka na swojego oponenta.
Singles Match
Fenrir vs Preston Steele
Po kilku minutach walki... Kamera pokazuje nam teraz ring, w którym to Fenrir znęca się nad Prestonem Steelem. Zamaskowany zawodnik ściska z całej siły za kaptury siedzącego na środku ringu Prestona. Widać na jego twarz wielki grymas bólu, a sędzie upewnia się, że Amerykanin chce cały czas kontynuować walkę. Ten nie rezygnuje i zaczyna się powoli podnosić. Wypłaca szybki łokieć na korpus przeciwnikowi, ten puszcza uchwyt. Dokłada do tego dwa kolana na brzuch, odbija się od liny… Ale Cold Giant chwyta go za gardło… I mamy Chokeslam Backbreaker! Steele nawet nie ma czasu złapać się za plecy, Fenrir od razu przykrywa go swoim ciałem. Pin. 1… 2… Kickout! Zawodnik z Philadelphi cały czas się nie poddaje! Zawodnik z Jotunheim podnosi rywala na równe nogi i kilkoma punchami na głowę zaprowadza rywala do narożnika. Sam idzie do przeciwnego. Chyba za chwilę zobaczymy mocną akcję. Running Corner Clothesline?! Nie! Legacy Breaker ucieka spod toporu! Chwilę jeszcze dochodzi do siebie i przechodzi do ofensywy. Dropkick, Fenrir pozostaje na nogach, ale się cofa i odbija od liny, a The Rebel One dokłada Spinning Heel Kick. Nordycki wojownik chwieje się na nogach, a Preston dorzuca jeszcze szybki Codebreaker, którym już udało mu się go powalić na ziemię. Amerykanin cały czas nie odpuszcza. Wchodzi szybko na narożnik. 450 Splash? Connected! Pin! 1… 2… Fenrir tak silnie odpycha przeciwnika, że aż podbija Seele`a do góry. Amerykanin podbiega i nie chce dać mu szansy na odpoczynek. Zasypuje go serię punchów na głowę, ale Norsk Warewolf nic sobie z tego nie robi. Odpycha Prestona, ten odbija się od lin… I zostaje ścięty z nóg potężnym Thorheim! Pin! 1… 2… To jeszcze nie koniec! Zamaskowany zawodnik zdaje się mieć dość tej walki i sygnalizuje, że będzie chciał ją teraz zakończyć. Steele powoli podnosi się przy pomocy lin, Fenrir wynosi go na barki… Helheim!? Nie! Zawodnik z Philadelphi ogarnął co się święci, wypłaca rywalowi łokcie w głowę, a ten go opuszcza na ziemię. Fenrir przyklęknął na jedno kolano, Preston odbija się od liny… Ale zgarnia Ymir`s Fury! Potężny Spinebuster wbija go w matę. Cold Giant napina się teraz mocno w stronę publiczności, a ci dają mu znać, że podoba im się ta walka. Steele podnosi się już przy pomocy lin. Fenrir odwraca się do niego, wykręca jego rękę. The Calamity! Tak jest, Preston aż przekręcił się przez bark na brzuch z impetu tej akcji! Pin! 1… 2… 3! Fenrir zwycięża w tej walce!
REKLAMA BUTÓW SYCYLIJSKICH Z DOMIESZKĄ BETONU
Przenosimy się do szatni Jaya DiMateo, ten ma chyba mieszany humor, w każdym razie dość głośno i porywczo rozmawia z kimś przez telefon.
Jay DiMateo: Jaka ciotka Eleonora?! Jak siedziałem u niej na kolanach...co? Co mi dawała? Możesz do mnie mówić jaśniej i przestań chociaż przez chwilę skamleć, bo nic nie rozumiem...*dłuższą chwilę słucha swojego rozmówcy/rozmówczyni* Okej, okej. Dobra. Tak, przyjadę.
Jay rozłącza się i wygląda na dziwnie zadowolonego, w tym momencie słychać pukanie do drzwi.
Jay DiMateo: Kogo tam znowu niesie?
Nepo Baby otwiera drzwi, a w nich pojawia się nie kto inny, jak Bret Hart! Przypomnijmy, że Hart trenował przez chwilę Jaya.
Jay DiMateo: O, a to Ci niespodzianka. Pana to się tu nie spodziewałem.
Bret Hart: Pamiętaj mój drogi, że jestem jak hiszpańska inkwizycja. *zadowolony ze swojego żartu*
Jay DiMateo: Jaka znowu hiszpańska inwigilacja?
Bret Hart: *rozczarowany* Nieważne. Chociaż nie, nie. Trzeba edukować młodzież. Monty Python, mówi Ci to coś?
Jay DiMateo: Yyy...zaraz, zaraz. Monte to w sumie jadłem jak byłem mały. Tylko ja nigdy nie mieszałem, kumasz? Swoją drogą wiesz, że ciotka Eleonora umarła i dostanę po niej spadek? *patrzy na Breta z wrogością* Tylko nie mów mi proszę, że po to przyszedłeś.
Bret Hart: Nie, nie po to. Nie interesują mnie twoje pieniądze. Jestem tu, bo ktoś musi z Tobą porozmawiać, a wiem, że jest większa szansa, że posłuchasz się mnie, niż swojego ojca, czy swojej psychiatry. Przed Tobą kluczowe starcie z Shio. Jak przegrasz, to możesz naprawdę szybko polecieć, bo uwierz mi RVD nie będzie tu trzymał kogoś tylko dlatego, że jego tatulek ma jakieś wpływ. DiBiase tym bardziej. Natomiast jeśli wygrasz...
Jay DiMateo: Oczy...
Bret Hart: Nie przerywaj mi, chłopcze. Jeśli wygrasz, to masz szansę na naprawdę dobry start. Wiem, że na Colosseum jest sporo utalentowanych wrestlerów, ale większość z nich walczy dopiero o ugruntowanie swojej pozycji. To twoja szansa, więc proszę Cię - pokaż im to, co pokazywałeś u mnie na treningach. Pokaż im, że jesteś nie do zdarcia. Pamiętasz, jak walczyłeś z tym łysolem?
Jay DiMateo: W sensie z tym, co miał udawać Goldberga i całą walkę próbował mnie załatwić superkickiem? Trudno o tym zapomnieć.
Bret Hart: *ma chyba fleshbacki* Oj, tak. Nie da się o tym zapomnieć! Ktoś taki nie powinien wychodzić w ogóle do ringu, był zagrożeniem nie tylko dla siebie, ale też dla każdego swojego przeciwnika. Zresztą to był tylko twór. Coś co miało się sprzedać, a głupi lud niestety to kupił.
Jay DiMateo: Ty teraz mówisz o prawdziwym Goldbergu, czy o tym udawanym?
Bret Hart: *robi się czerwony i krzyczy* GOLDBERG NIGDY NIE BYŁ PRAWDZIWY. TO BYŁ KOMERCYJNY WYMYSŁ. *próbuje ochłonąć* Zaraz, zaraz...ja tu przyszedłem w zupełnie innej sprawie. Tak, tak...twoja walka z Shio, tak? Skup się proszę na tym w czym jesteś dobry. Męcz go, dręcz, spraw żeby każdy kolejny cios musiał przeanalizować. Uwierz mi, że zobaczyłem w Tobie potencjał nie bez powodu. Naprawdę masz umiejętności, masz szanse być niczym kolejny...
Jay DiMateo: Shawn Michaels?
Bret Hart: Może nie do końca o niego mi chodziło, aczkolwiek...nie można sukinsynowi odmówić, w ringu był wybitny. Może nie tak dobry, jak chociażby...
Jay DiMateo: *udaje, że jego telefon dzwoni* Oj, wybacz mi, ale muszę odebrać. Wiesz, pogrzeb ciotki i te sprawy.
Jay udaje, że zaczyna z kimś rozmawiać przez swojego SAMSUNGA, Bret Hart kręci głową z niedowierzania, a następnie obraz z kamery urywa się.
Earlier This Week
Kamera przenosi nas do jednego z lokali, znajdujących się w Houston. Przy jednym ze stolików zauważyć możemy elegancko ubranego mężczyznę o długich, ciemnych włosach. Na stoliku stoi szklanka, w której dostrzec możemy jeszcze blisko połowę zawartości. On wygląda natomiast na dość mocno zamyślonego. W pewnym momencie lekko się odwraca, kątem oka dostrzegając obserwujący go obiektyw kamery. Okazuje się być nim debiutującym już na najbliższym Colosseum - Luis Borges.
Luis Borges: Moja droga była niezwykle długa, kręta oraz pełna ślepych zaułków. Długie oczekiwania zaprowadziły mnie ostatecznie do miejsca, które może zapewnić mi spełnienie wszelkich marzeń. Jest nim Legion Pro Wrestling, które nie jest dla mnie wyłącznie kolejną szansą. To miejsce, w którym z dumą będę mógł reprezentować moją ukochaną ojczyznę. Portugalia to miejsce, które wykreowało wiele wielkich osobowości. Są to ludzie, którzy na przestrzeni lat udowadniali swoją wartość, zapisując się w historii oraz godnie reprezentując nasze rodzinne strony.
Luis zerka kątem oka na stojącą przed nim szklankę.
Luis Borges: W przeciwieństwie do wielu osób, nie zamierzam walczyć wyłącznie dla blasku fleszy. chcę każdym kolejnym występem udowadniać, że nie stoję w miejscu. Nie zatrzymuję się i stale się rozwijam. Uczę się, wyciągam wnioski z każdego występu, który zapewnia mi bardzo cenne doświadczenie. Żyję z wiarą, że człowiek uczy się przez całe życie i zamierzam z tego przywileju korzystać, ile tylko mogę. Dlatego nie chcę zatrzymywać się na tym, czego udało mi się nauczyć. Z każdym kolejnym dniem chcę stawać się coraz lepszą wersją siebie. Chcę z każdym mijającym dniem stawać się bardziej kompletnym wojownikiem, którego duch stanie się znany całemu światu. Każdy, kto stanie ze mną w ringu, nie będzie wyłącznie kolejnym rywalem. Będzie testem mojego charakteru, siły oraz tego, jak wiele jestem w stanie znieść. Jak wiele jestem w stanie przyjąć, aby powstać i walczyć dalej. *spogląda prosto w obiektyw kamery* Możecie być pewni jednego. Nie odpuszczam i jest to coś, co nie jest hasłem, którym zamierzam rzucać na lewo i prawo. Jest to coś, co cechuje mnie nie tylko jako człowieka, ale także jako wojownika, który może skonać, ale będzie walczyć do końca. I to zamierzam udowodnić wszystkim na Colosseum w walce z Mario Paterdą, który zapewne przebył równie długą i krętą drogę co ja, ale niestety trafił on na kogoś, kogo pokonanie może być dla niego zadaniem niewykonalnym.
Obraz z kamery gaśnie.