Legion Pro Wrestling
Legion Pro Wrestling E-Fed Tygodniówki Colosseum #3 - Louisville, Kentucky - 13.06.2026

Colosseum #3 - Louisville, Kentucky - 13.06.2026

Colosseum #3 - Louisville, Kentucky - 13.06.2026

Strony (2): 1 2 Dalej
195
13.06.2026, 10:19
#1
Earlier This Week
Kamera przenosi nas do lasku nieopodal Taylorsville Lake. Z pordzewiałego Renault Kangoo wysiadło dwóch mężczyzn. Wysiada to jednak za dużo powiedziane. Jeden wysiada i asekuruje wyjście tego drugiego. Wstawiony osobnik unosi jednak ręce w górę i stanowczo gestykuluje w stronę kompana na znak, że sam da radę wysiąść. Obaj mężczyźni w rękach trzymają dwa wiklinowe kosze oraz noże typu kozik.

Uszczelka: Widzisz Zygmunt mówiłem, że tu nikt łaził nie będzie. John mi opowiadał, że to jakiś jego "honey hole". Ja tu miodu nie widzę bracie, ale grzybów to tu jest jak mrówków.

Butla o dziwo był dzisiaj ubrany całkiem normalnie - jak na niego, bo część ubrań i tak i tak była poszarpana. Oprócz koszyka miał też ze sobą małą torebkę, w której rzecz jasna trzymał parę flaszek, ale zdecydowanie mniej, niż można było się po nim spodziewać.

Butla: -No… no miał ten John rację. Ale powiem ci, Uszczelka, że ja to na grzybach znam się jak na odwyku od alkoholu… czyli nijak. To może by się jakiś ekspert przydał. Ale liczę na ciebie, Zbychu.

Zygmunt podrapał się po brodzie i rozejrzał po lesie. Po chwili schylił się, podniósł coś z ziemi i wrzucił do koszyka.

Butla: Ale wiesz... ja to też mam metodę. Jak coś wygląda na grzyba, to jest grzybem. Jak nie jest grzybem... to najwyżej się człowiek dowie.

Po chwili zastanowienia spojrzał do koszyka, a następnie do torby z butelkami i powiedział:

Butla: Albo to lekarz się czegoś dowie…

Uszczelka spojrzał na zdobycz kompana i surowo go zganił.

Uszczelka: Popatrz na to! Widzisz te rurki? * Uszczelka nacina kapelusz grzyba * To jest goryczak żółciowy, szatan jebany, a nie borowik! Przez jednego takiego skurwiela cały kocioł bigosu psu w dupe. Tobie to i bez różnicy bo przechlane gardło przyjmie każdą gorycz, ale dla mnie ten bigos to świętość przepis mojej babuni. Szwagier przysłał mi kiełbasę z dzika zza oceanu specjalnie na te okazję, a ty chcesz mi to spieprzyć.

Butla: No dobra, dobra, Uszczelka, spokojnie… bo ty od razu z tym bigosem jak ksiądz z kazaniem. Ja nie wiedziałem, że grzyby mają jakieś przebrania. Patrzę: stoi w lesie, kapelusz ma, nogę ma, nie szczeka, nie ucieka, no to dla mnie grzyb. A tu się okazuje, że jeden udaje borowika, drugi robi za szatana, trzeci pewnie jeszcze alimenty ma niespłacone. Tylko mi powiedz jedną rzecz… jak grzyb jest taki gorzki, to może on nie do bigosu, tylko do ludzi? Dasz takiemu cwaniakowi w federacji do kanapki i od razu mniej gada. Nie mówię, że tak zrobimy… ja tylko mówię, że natura czasem sama podsuwa rozwiązania.

Nagle spojrzał na pewnego grzyba, który był wbity w ziemię przy podstawie dębu. Była to ogromna Żagwica listkowata, czego Zygmunt rzecz jasna nie wiedział.

Butla:Zbychu… a ten tutaj to dobry? Bo wygląda jakby komuś kura w ziemię wrosła.

Uszczelka widząc, że kolega znalazł bardzo rzadkiego grzyba lekko się zagotował, a po chwili doprowadził się do porządku i oznajmił do kompana.

Uszczelka: To jest gówno Zygmunt, weź to zostaw bo następną walkę stoczysz w krzakach, a nie w ringu. Grzyby mój przyjacielu to są jak ludzie. Spójrz na to tak. W turnieju awansowali już McŁowicz, Riddle i Blaze. Taki Rob na ten przykład to jest taka Kurka. Ma pieprzny język, ale tak naprawdę jest to tylko przystawka do dania głównego. Kolejny z kolei Riddle to jest proszę ja ciebie typowy smardz. Niby taki elitarny, pojawi się nagle w sezonie, ale na dłuższą metę zniknie i musi ustąpić miejsca konkurencji. No i ostatni Axel Blaze, whisky i rock'n'roll to nic innego jak Muchomor czerwony. Niby jest taki groźny, ale obgotuj go parę razy i zmięknie.. o cholera Kania!

Uszczelka przerywa i biegnie do zdobyczy. Butla przez chwilę patrzył na miejsce, w którym jeszcze przed sekundą stał Uszczelka. Zamrugał kilka razy, spojrzał na grzyba, którego kazał mu wyrzucić, a potem na koszyk. Ewidentnie połowa wywodu o turnieju przeleciała mu przez głowę, ale coś jednak zostało.

Butla: Czekaj, czekaj… czyli ten McŁowicz to kurka, Riddle to… smarkacz?

Zygmunt zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć właściwe słowo.

Butla: Smar… smardz! No. A ten cały Blaze to muchomor, tak? Czyli wszyscy tu jakieś ładne grzyby, sezonowe grzyby, modne grzyby… A ja co?

Butla podrapał się po brzuchu, po czym podniósł pustą butelkę z dna koszyka, jakby przez przypadek znalazł tam odpowiedź na sens życia.

Butla: Ja to chyba jestem taki grzyb, co rośnie za sklepem, pod płotem, w miejscu, gdzie pies leje i nikt go nie chce dotykać. Ale widzisz, Zbychu… taki grzyb też żyje. Deszcz go bije, ludzie depczą, robaki gryzą, a on dalej stoi. Krzywy, śmierdzący, ale stoi. Może to kwestia szczęścia a… może i czegoś innego.

Butla spojrzał potem na swój koszyk, a następnie na Zbyszka i wziął łyka z jednej z otwartych wcześniej butelek.

Butla: No widzisz, Zbychu… ty masz wiedzę, ja mam szczęście. Osobno to może i gówno warte, ale razem? Razem to już prawie drużyna.

Zygmunt uśmiechnął się krzywo i ruszył za kompanem. Uszczelka wzdycha i czeka na Butle. Ten po drodze wywraca się o własne nogi. Zbyszek podaje mu rękę i podnosi go do góry.

Uszczelka: Zygmunt.. w królestwie grzybów to ty jesteś papierzak.

W trakcie podnoszenia swojego przyjaciela Uszczelka zauważa dwóch mężczyzn ścinających grzyby w niewielkiej odległości. Puszcza rękę kolegi i ten pada z powrotem wprost w mrowisko.

Uszczelka: E co jest kurwa! To nasza miejscówka, wynocha, już was tu nie ma! *Zagraniczni grzybiarze nie rozumieją co krzyczy wymachujący rękami polski hydraulik i odpowiadają tylko "I dont understand"* Jaki stend? To jest nasza miejscówka, nasz glory hole wypierdalać mi stąd bo mi wszystkie grzyby podepczecie! * Osobnicy pukają się po głowie w stronę Uszczelki, a ten rusza na nich wściekły i wywiązuje się bijatyka * Bierz ich Zygmunt, będą nam tu cwaniaki borowiki wycinać!

Między grzybiarzami wywiązuje się starcie fizyczne, a kamera powoli gaśnie.

[Obrazek: 0e916733f1788.png]



Na hali wybrzmiewa dobrze znana muzyka a na titaronie wyświetlają się kolejno zawodnicy rosteru LPW. Po chwili widzimy skromny pokaz pirotechniczny, a następnie kamera przenosi nas do stolika komentatorskiego.

Przy stoliku komentatorskim siedzą już uśmiechnięci (Hajto nawet za bardzo) komentatorzy, wspomniany już Tomasz Hajto oraz Michael Cole...Panowie nie odzywają się, w ogóle jakby na coś czekając, po czym słyszymy...theme Ricoche'ta! Rico pojawia się w LPW zasiadając przy stoliku komentatorskim!

Michael Cole: Niesamowite, gwiazda za gwiazdą przy stoliku, a tutaj również kolejny wielki strzał - Ricochet!

Tomasz Hajto: Właśnie, ja też kiedyś Ricochetem strzeliłem bramkę. Nie wiedziałem, że to w rzeczywistości tak wygląda.

Ricochet: Co? Zresztą nieważne, wiedziałem, co mnie czeka, słysząc twoje nazwisko. Ta gala zapowiada się świetnie i bardzo cieszę się, że mogę być jej częścią. Już walka Jorge Cavazos kontra Zygmunt Butla wywołuje u mnie ciarki. Dwa światy, ale tylko ten Cavazosa może wygrać.

Michael Cole: Ja nie skreślałbym tutaj Butli.

Tomasz Hajto: Ja też nie...

Michael Cole: Mi jednak chodzi na pewno o coś innego. Mianowicie, odkąd Zygmunt dołączył do LPW, nie ma negatywnych komentarzy na jego temat.

Tomasz Hajto: Dokładnie. Zjada, a właściwie wypija tę scenę wrestlingową.

Michael Cole: Salvador kontra Derek Halloway. Walka, która powinna pójść tylko w jedną stronę. Myślę, że Derek jest tutaj zdecydowanym faworytem.

Ricochet: Trudno się nie zgodzić. Tak naprawdę jedyne, co ratowałoby tutaj Salvadora przed porażką, to fakt, gdyby jego rywal się nie pojawił.

Tomasz Hajto: Salvador? Lepiej se stań dali, hehe.

Michael Cole: Ja pier... to znaczy, chciałem zapowiedzieć walkę Edgar Dickinson kontra Derrick Mantel, czyli pojedynek, w którym jest dość wyraźny faworyt. Pytanie, czy jednak wywiąże się on ze swojej roli?

Ricochet: Myślę, że tak. Derrick stara się tutaj jak może, ale chyba jeszcze nie czas na tę postać.

Michael Cole: Więc błyskawicznie ruszamy dalej. Lord Sebastien de Montclair kontra Mateusz MW. Moim zdaniem nie jest tak łatwo wskazać faworyta, jak mogłoby się wydawać.

Tomasz Hajto: Jak dla mnie to Sebastien ma te kocie ruchy. Ruchy Mateusza w ringu są jakieś takie sztywne, robotyczne, nie wiem, jak to nazwać. Wydaje mi się, że faworyt jest jeden.

Ricochet: A ja patrzę na walkę Ryback kontra Preston Steele i wydaje mi się, że Ryback może mieć bardzo duże problemy w tym starciu.

Michael Cole: To prawda. The Big Guy nie ma ostatnio dobrej prasy, natomiast Preston z każdym kolejnym występem rośnie w siłę.

Tomasz Hajto: A ja sobie pozwolę rzucić okiem na ostatnie starcie. Jack Sabre SR kontra Mike RMF'Fn Brutal to gigantyczny Main Event...

Michael Cole: Nie no, jak Rob nic z nim nie zrobi, to ja chyba stąd pójdę. Zack Sabre Jr. kontra Mike F'N Brutal. Pełen szacunek, bo to jest największy Main Event Colosseum, odkąd mamy tę federację!

Ricochet: Dokładnie. I moim zdaniem Brutal udowodni, dlaczego ma taki człon w nazwie.

Na arenie rozbrzmiewa muzyka Roba McŁowicza. Po chwili zawodnik pojawia się na stage’u w kolorowej koszuli, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię i szerokim uśmiechem na twarzy. Rob spokojnym krokiem zmierza do ringu, po drodze wskazując na fanów pokazując na plakaty z jego wizerunkiem. Wchodzi między liny, odbiera mikrofon i przez moment rozgląda się po publiczności w Louisville.

Rob McŁowicz: Witam państwa bardzo serdecznie. Proszę spojrzeć, jaka odmiana. Nie widzicie mnie zza blatu, nie stoję nad patelnią, nikt obok mnie nie próbuje sprzedać tequili, a żadna kanapka nie walczy o życie. <Rob uśmiecha się lekko, poprawiając ręcznik na ramieniu.> Dzisiaj stoję przed wami w ringu, tutaj w Louisville, czyli w miejscu, gdzie o kurczaku, bourbonie i ogniu ludzie wiedzą całkiem sporo, więc skoro już mówimy o ogniu, pozwólcie, że przypomnę jedną rzecz. Rob McŁowicz przeszedł przez pierwsze dwie rundy turnieju i, jak państwo widzą, nadal nie został przypalony. <Rob unosi dwa palce w górę.> Dwa pojedynki, dwa zwycięstwa, bilans 2–0, a to oznacza, że dzisiaj mogę stać tutaj spokojnie, oddychać pełną piersią i oglądać, jak inni walczą z presją, gotując się w wielkim kotle, który z każdą minutą robi się coraz bardziej gorący. Jedni będą walczyć o przetrwanie, inni o nadzieję, a ja mogę obserwować, wyciągać wnioski, sprawdzać temperaturę i patrzeć, komu ręce zaczynają drżeć, kiedy nagle okazuje się, że turniej to nie elegancka kolacja przy świecach, tylko kuchnia w godzinach szczytu, gdzie jeden błąd potrafi zrujnować cały wieczór. Bo w tej federacji wielu potrafi wejść do ringu z wielką zapowiedzią czy piękną historią, ale dopiero pod presją widać, kto jest daniem głównym, a kto tylko ładnym opisem w karcie. Niektórzy tylko ładnie pachnieli przed podaniem na stół, inni natomiast okażą się zwykłymi zamiennikami produktów premium, na które próbowali się kreować, bo kiedy przychodzi prawdziwy ogień, etykieta przestaje mieć znaczenie. A ja? Ja nie muszę dzisiaj nikogo kroić, smażyć ani doprawiać, ponieważ swoją robotę wykonałem wcześniej, ale to nie znaczy, że kucharz przestał patrzeć na składniki. Mogę stać z boku i czekać, aż turniej pokaże mi, który składnik jako następny trafi do mojej kuchni. <Rob przechadza się powoli po ringu.> Nie pomylcie jednak spokoju z lenistwem, bo kucharz, który nie stoi przy ogniu, nadal myśli o następnym daniu, o konkretnej temperaturze, o tym jednym ruchu, który zdecyduje, czy wszystko wyjdzie idealnie, czy ktoś skończy jako przypalony eksperyment. A ja cały czas myślę o LPW World Championship. <Rob zatrzymuje się na środku ringu i patrzy prosto w kamerę.> Kuchnia dzisiaj odpoczywa. Pobite Gary mają wolne. Ale apetyt? Mój apetyt dopiero rośnie.

Axel Blaze: Czy ktoś tutaj wspominał o ogniu beze mnie?!

Na hali zaczyna grać "I Gotsta Get Paid" i dziarskim krokiem na rampę wchodzi Axel Blaze. Ma na sobie wysokie buty, niebieski jeansy, czarną skórę i swoje okulary przeciwsłoneczne. Mr. Forever rozpoczyna swoją przemową nie zatrzymując się i cały czas zmierzając do ringu.

Axel Blaze: Rob, Rob, Rob... <macha do kucharza> mamy kontakt z bazą? Już 3 galę z rzędu słucham jak to grillujesz, smażysz, doprawiasz, a cały świat jest daniem, które przygotowujesz i chyba po prostu już mi się to, o ironio, przejadło. Ale co do jednego na pewno masz rację - tutaj ludzie znają się na Bourbonie. <cheer>

Mr. Forever wchodzi po schodach, staje przy narożniku i wyciąga z wewnętrznej kieszeni kurtki piersiówkę.

Axel Blaze: Old Forester, wasze zdrowie! <cheer, solidny łyk z piersiówki, Blaze wchodzi do ringu> Wybitny trunek, aby uczcić okazję, nieprawdaż? 2 walki. 2 wygrane. Ćwierćfinał. Nie każdy może to powiedzieć. Zdecydowanie zasłużyłeś sobie na ten spokój, o którym mówisz. Daliśmy z siebie wszystko i odebraliśmy za to bardzo cenną nagrodę. Ale jedno nas różni, Rob. Powiedziałeś, że możesz teraz stać i obserwować. Ja tak nie potrafię. Widzisz, nie przyszedłem tutaj po prostu przejść przez życie. Zamierzam przez nie przejechać z piskiem opon. Dlatego nie będę patrzeć, kalkulować, ani analizować. Bez względu na to, kogo przyjdzie mi spotkać w kolejnej rundzie, po prostu dam kolejne show. Niektórzy mówią, że w ringu zostawia się krew, pot i łzy - nie w moim przypadku. Ja pocę się krwią, aby zrobić kolejny krok ku wieczności, zostawić po sobie ślad, trwale wypalić swoje nazwisko. I nic nie pozwoli zrobić tego lepiej, niż zostanie pierwszym mistrzem LPW w historii! <cheer> Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie będzie łatwe, ale ja na łatwiznę nie chodzę. Turniej trwa, widziałem kilku naprawdę twardych skurczybyków, którzy tanio skóry nie sprzedadzą. Swoją drogą, <Axel patrzy prosto w kamerę> powodzenia Panowie. "Tym, którzy zaraz dadzą czadu, salutujemy!"* <krótki salut> Wiem, że każdy z nich, z którym przyjdzie mi się zmierzyć, będzie próbował urwać mi głowę, aby tylko przejść dalej. Ale nie ze mną te numery, przygotowywałem się do tego przez całe życie. <Axel unosi w górę zaciśniętą pięść z wyprostowanym palcem wskazującym i małym, jednocześnie dając pokaz ostrego headbangingu> Nie ma przypadków, Rob. Znalazłem się w tym miejscu, dokładnie w tym czasie z jakiegoś powodu. I ja wierzę, że tym powodem jest wygrana w turnieju - sięgnięcie gwiazd. Nie obraź się, Rob, ale nie chcę być daniem głównym. Chcę być powodem, dla którego Ci ludzie kupili bilety. <cheer>

*"For those about to rock, we salute you" - ACDC

Na arenie rozbrzmiewa nowy theme song Zbyszka Uszczelki i na rampie ukazuje się postać Fachowca. W ręce trzyma pismo święte. Unosi on je w górę i obserwuje zgromadzoną publiczność. Na końcu jego wzrok kieruje się na środek ringu, w którym znajdują się Axel Blaze i Rob McŁowicz. Hydraulik się uśmiecha, a następnie przykłada mikrofon do ust

Zbyszek Uszczelka: Szanowni państwo, kochani moi słyszycie to co ja? Tych dwóch tutaj opowiada bajki, który z nich zostanie mistrzem, a ja się pytam! Jaki wy dajecie przykład tym ludziom? Ja może i święty nie jestem, ale jako prawdziwy Polak, a przede wszystkim katolik muszę uderzyć pięścią w stół, jak ludziom przekazujecie takie złe wartości. <Uszczelka kieruje się w stronę ringu, a następnie staje przed nim dalej kontynuując> Pan, panie Robie to by się za jaką uczciwą robotę wziął. Robisz pan te wykwintne dania, a prawda jest taka, że ci wszyscy ludzie tak jak i ja nie mamy kasy na te pana rarytasy. W piątki pan mięso sprzedajesz, zamiast podawać rybkę. Wiesz pan ile taka ryba ma witamin? Grzech obżarstwa panie Robie przez pana przemawia. No i drugi z kolei satanista. Rockowa muzyka, alkohol, seks i nie wiadomo co jeszcze. Mówię ci człowieku obłudny zejdź z tej drogi. Pijesz te świństwa pędzone na myszach zamiast normalnej, polskiej dajmy na to śliwowicy. Same witaminy jakbyś pan kompot pił i wszystkie diabły panu z głowy wyjdą. Ja może i jestem człowiek skromny, ale jestem też człowiek ludu. Jako przodownik mógłbym iść z tym pasem i prowadzić ludzi właściwą ścieżką. Robicie wszystko pod publikę, a ja jestem mentorem. Patrzcie jak postawiłem kolegę Butlę do pionu. To jest znak, że to mnie należy się tytuł. Czeka mnie jeszcze dalsza część turnieju, ale ja jestem człowiek pracowity, a z dobrym zamiarem na sercu wygrana jest moja.

Kolejny theme song rozbrzmiewa na arenie, ratując fanów zgromadzonych na arenie od dalszego indoktrynowania przez Zbyszka. Skoro w ringu mamy już trzech zawodników z bilansem 2-0, to wypadałoby, aby dołączył do nich czwarty! Na arenie słychać już Evil Ways, a po chwili na stage wychodzi Kenneth Riddle. Sacramento Saint pewnym krokiem zmierza do ringu i staje pośrodku kwadratowego pierścienia, niejako otaczając się rywalami, którzy skupiają na nim swój wzrok, co chwilę zerkając także na pozostałych. Napięcie rosło z nadejściem każdego kolejnego zawodnika, aż do teraz.

Kenneth Riddle: Gratulacje, Panowie. Znajdujemy się w elitarnym gronie tych, którzy nic dziś nie muszą. To jednak dopiero połowa drogi od 2-0 do 4-0. Fakt, zasady turnieju sprzyjają dawaniu drugich szans, ale chyba wszyscy chcieliby, aby pierwszy LPW World Champion szczycił się rekordem bez skazy. Jeżeli ktoś śledzi mnie nie tylko w LPW, to będzie doskonale wiedział, skąd wypływa następna metafora... <Riddle obraca się stopniowo, patrząc na każdego z rywali po kolei, wypowiadając następne zdania> W play-offowej koszykówce pokonanie kogoś 4-0 oznacza sweep. Trzeba być jednym z najlepszych, aby tego dokonać, półkę wyżej od swojego rywala. Póki co każdemu z nas idzie doskonale, ale nadciąga moment, kiedy ktoś będzie musiał zaakceptować pierwszą porażkę... i wiem, że nie będę to ja. <Kenneth zatrzymuje swój wzrok na McŁowiczu> Rob, znasz się na kuchni jak nikt inny. Z pewnością potrafiłbyś przyrządzić Cheese Skirt Burger lepiej niż moja matka i z taką samą celnością wyczułbyś smak wina z regionu Napa Valley. Całe szczęście, że dziś rezygnujesz z Pobitych Garów! Może tym razem włodarze nie będą musieli płacić kary za przekroczenie czasu antenowego. <Teraz osobą, na której Kenneth skupia wzrok, jest Axel Blaze> Twój image, Axel, jest dla wielu pociągający. Zresztą nie trzeba daleko szukać, tydzień temu kilkoma zdaniami poderwałeś naszą kochaną Marię! Poznałem już jednak wielu rock'n'rollowców i łączy ich jedna wspólna cecha... zawsze przedwcześnie wysiada im serducho. Ciesz się każdym dniem, mój drogi. <Teraz The Icon zbliża się do Zbyszka Uszczelki> Zbyszku... <długa pauza> jestem przekonany... że nie ma lepszego hydraulika w tym ringu od Ciebie! Niestety wszyscy wiemy, że kłamiesz. Widzieliśmy, jak tydzień temu kolega Butla zdecydowanie nie znajdował się w pozycji pionowej, kiedy wpadał do jeziora <Publika reaguje śmiechem, tak jak i sam Riddle>. Żaden z Was nie przeszedł trudniejszej drogi do bilansu 2-0 niż ja. Mimo tego, to właśnie Wy <Riddle wskazuje na Blaze'a i McŁowicza> znajdujecie się nade mną w Power Rankingu LPW?! Ktoś powie, że to mało znacząca bzdura, ale nie... to pokazuje pewien wzorzec. Wiecie, jaki jest najsłabszy punkt Kennetha Riddle'a? Że nazywa się Kenneth Riddle. Osiągnięcia, które u innych zostałyby uznane za wybitne, w moim przypadku są zaledwie poprawne. "Stać go na więcej", "Czekamy aż się rozkręci", "Spodziewam się lepszych rzeczy", "Jego sufit jest wyżej"... Przyjmuję to na klatę, bo taka jest rola lidera, ale jeżeli dla kogoś pokonanie Mike'a F'N Brutala i Rybacka w dwóch pierwszych walkach od wielu lat, to kaszka z mleczkiem, to ja spodziewałem się lepszego zachowania od Was. <Kenneth, po wypowiedzeniu słowa "Ryback", wyraźnie zmienił wyraz twarzy i zacisnął szczękę. Teraz zwraca się bezpośrednio do kamery> No właśnie... Ryback... ewidentnie popełniłem jeden z największych błędów w życiu, pozwalając Ci odejść cało z naszego starcia. Jak przyznałem od razu, ruszyło mnie sumienie i czułem wręcz obowiązek dania Ci uczciwej walki, przez wzgląd na dawne czasy. Mogłem się jednak spodziewać, że okażesz się zwykłą szmatą! <Riddle systematycznie podnosi ton głosu, zbliżając się już do krzyku> Jeżeli myślałeś, że to na mnie wystarczy, to byłeś w olbrzymim błędzie! Przyjąłem Twoje najmocniejsze ciosy i nadal stoję! Baw się w rzeźnika, jeśli tak teraz zarabiasz na życie, bo na pewno nie robisz tego wygrywaniem pojedynków... tylko trzymaj się z dala ode mnie! Przysięgam na swoją rodzinę, że jeśli choć raz spróbujesz mi przeszkodzić w mojej drodze po LPW World Championship, to tym razem nie wypuszczę Twojej ręki z Wonderment, gdy będziesz żałośnie klepał!

Publiczność reaguje głośnym cheerem, gdy rozpoczyna grać muzyka, a na rampie pojawia się Rob Van Dam. RVD ubrany w elegancki garnitur wchodzi do ringu i prosi o mikrofon.

Rob Van Dam: Panowie, panowie... spokojnie. Widzę, że zrobiło się tutaj małe spotkanie klubu 2-0. <RVD rozgląda się po zawodnikach stojących w ringu i z lekkim uśmiechem kiwa głową.> Rob, Axel, Zbyszek, Kenneth... gratulacje. Każdy z was zrobił dokładnie to, co miał zrobić. Weszliście do turnieju, wygraliście dwie walki i zasłużyliście na miejsce w kolejnej fazie. To nie był przypadek ani prezent, tylko robota wykonana w tym ringu. Ale skoro już wszyscy tutaj stoicie, wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Dzisiaj odbędą się kolejne walki turniejowe i chcę, żeby rozstrzygnęły się uczciwie. Bez ataków z boku, bez odwracania uwagi sędziego i bez zabawy w kreatorów cudzej kariery. <RVD robi krótką pauzę, a jego ton staje się wyraźnie bardziej stanowczy.> Jeśli którykolwiek z was spróbuje dzisiaj zaingerować w pozostałe starcia turniejowe, zostanie natychmiast zdyskwalifikowany z turnieju. Każdy może dostać szansę, ale nikt nie będzie niszczył turnieju, który ma wyłonić pierwszego mistrza. <RVD uśmiecha się lekko i wskazuje ręką w stronę jednej z części areny.> Dlatego, żeby zminimalizować ryzyko, przygotowałem dla was coś specjalnego. Dzisiejszy wieczór spędzicie w loży VIP. Wygodne miejsca, dobry widok, coś do picia, może coś do jedzenia. Będziecie mogli spokojnie oglądać galę i analizować potencjalnych rywali. <RVD opuszcza na moment mikrofon, po czym dodaje chłodniejszym tonem.> Ale jeśli komuś przyjdzie do głowy opuścić tę lożę i popsuć zabawę innym, jego droga do LPW World Championship skończy się szybciej, niż zdąży powiedzieć „2-0”. Panowie, gratuluję raz jeszcze. A teraz zapraszam do loży.

RVD opuszcza mikrofon, a kamera pokazuje czterech zawodników z bilansem 2-0. Napięcie nadal wisi w powietrzu, ale stanowiska GM’a jest jasne. Zawodnicy powoli opuszczają ring, kierując się w stronę przygotowanej dla nich loży VIP.

Video Promo
Obraz staje się kompletnie czarny, kompletna ciemność, w której nie widać żywej duszy. Coraz bardziej słyszalne dźwięki miauczących kotów, najpierw cicho, lecz po chwili stają się głośne i wyraźne. Z mroku wyłania się zamaskowana postać trzymająca kota na rękach. Im bliżej kamery podchodzi, miejsce, w którym się znajduje, zaczyna się rozjaśniać, a w tle dostrzec można znacznie większą ilość kotów. Zamaskowany kociarz podchodzi blisko i zmienia swój punkt zainteresowania z kota na obiektyw kamery.

El Garra De Gato: Niech was nie zmyli to jak wyglądam.

Luchador delikatnie głaszcze kota, którego trzyma na rękach.

El Garra De Gato: No soy un gatito pequeño. Moje futrrro nie jest miękkie, a pazurrry nie są pozbawione śladów moich ofiarrr.

Koci wojownik wypuszcza zwierzę, które z gracją zeskakuje z rąk swojego właściciela. El Garra zakłada ręce, z pokerową twarzą patrzy wprost w obiektyw tak, jakby chciał wymienić spojrzenia z każdym odbiorcą.

El Garra De Gato: Nie przybyłem tutaj by mrrruczeć i beztrosko się bawić. Nie interesują mnie trrrofea, czy błyskotki na skórzanych pasach.

Gdy El Garra wspomina o trofeach, na ekranie pojawią się ujęcia legendarnych luchadorów dzierżących pasy mistrzowskie wielkich meksykańskich federacji. Obraz przechodzi ponownie do zamaskowanego kociarza, jednakże ten już nie ma założonych rąk, tym razem stoi w pozycji otwartej z delikatnym uśmiechem na twarzy.

El Garra De Gato: Moim jedynym celem jest by zadbać o tych, którzy głosu nie mają. Pobres animales... Jestem tutaj, bo najwyższy czas zmienić ten świat na lepszy, życzliwszy, pozbawiony niepotrzebnego cierrrhpienia. Wszyscy możemy to zrobić, razem, jako jedność, jak jedno kocie brrractwo. Hermandad de gatos!

Kamera delikatnie się oddala, ukazując dziesiątki kotów w towarzystwie gospodarza nagrania.

El Garra De Gato: Nie jestem waszym fałszywym prorokiem. Nie będę zasiadał na złotym trrronie. Nie będę kultywował tradycji, które nigdy nie były mi przekazane.

Wideo ponownie zmienia swój obraz, tym razem są to szybkie slajdy z fotografiami luchadorów, masek oraz legendarnych walki, ale i tradycyjnych latynoskich obrzędów, czy symboli kultury. Po tym na chwilę pojawia się zdjęcie młodego El Garra, które płynnie przechodzi z powrotem do kociego luchadora.

El Garra De Gato: No soy heredero de luchadores. Nie będę bronił wartości, które są mi obce. Ale będę walczył, w imię większego dobrrra, naszych braci mniejszych.

Koci Pazur podchodzi powolnym, ale pewnym krokiem do kamery, delikatny uśmiech zmienia się w grymas, El Garra przyjmuje potężną pozę, wyciąga rękę, którą wskazuje prosto w obiektyw.

El Garra De Gato: El Garra De Gato zawsze spada na cztery łapy, bo choć jest to tylko jedna maska, to kryje w sobie dziewięć żyć. Una máscara, nueve vidas!

Po tych słowach El Garra ponownie się uśmiecha. Na ramiona wskakuje mu czarny kot, który natychmiastowo przykuwa jego uwagę, natychmiastowo zapominając o kamerze. Przenosi kota na ręce i odwracając się na pięcie, wycofuje się za siebie. Obraz powoli ciemnieje, pozostawiając ciche miauczenie kotów.

Third Round of the LPW World Championship Tournament
Singles Match: Jorge Cavazos vs Zygmunt butla
[Obrazek: 51DYGRW.png]

Wracamy do pojedynku po reklamach i widzimy, że kontrolę przejął Zygmunt Butla, który trzyma swojego przeciwnika w Headlocku. Próba wyniesienia Cavazosa na barki...nieudana. Po chwili druga...również bez powodzenia. Operator w tym momencie robi przebitkę na obserwującego starcie z uwagą Zbyszka Uszczelkę, który przebywa w loży VIP. Dopinguje on swojego kolegę. Zygmunt jakby zdawał się czuć to wsparcie. W końcu podejmuje trzecią próbę podniesienia rywala, wydając z siebie głośne westchnięcie (niczym stary podnoszący się z kanapy) i w końcu udaje mu się podnieść Cavazosa! Utrzymuje go przez kilka sekund na swoim barku, chwiejąc się nieco, po czym aplikuje Body Slam! Zbychu klaszcze z podziwem, zaś fanatyk taniego alkoholu idzie za ciosem, częstując Meksykanina serią stompów. Zaraz potem dokłada Leg Drop...no i wylądował na dupsku, bo Cavazos w porę uniknął. Jorge natychmiast korzysta ze zdobytej przewagi, dopadając do podnoszącego się oponenta, po czym wykonuje Gutwrench Suplex. Próba przypięcia kończy się jednak niepowodzeniem. Fiesta Master nie odpuszcza jednak. Przechwytuje stałego bywalca bydgoskich pubów, zanim ten zdążył jeszcze się pozbierać. Podnosi go i wykonuje Overhead Belly-to-belly Suplex! Zygmunt po wylądowaniu na macie stara się przeczołgać w kierunku lin w celu opuszczenia ringu, jednak zawodnik z Meksyku w porę zauważa jego zamiary, kolejny raz podnosząc go, a następnie wynosi go wysoko w górę chwytem Gorilla Press! Bone Breaker demonstruje swoją siłę, utrzymując rywala w górze przez kilka sekund i powoli obracając się we wszystkich kierunkach areny. Zygmunt wygląda, jakby za chwilę miał zwymiotować, ale na szczęście nic takiego się nie dzieje - rzecz jasna o szczęściu w tej sytuacji może mówić jedynie Cavazos, który po kilku sekundach wbija Polaka w matę potężnym Gorilla Press Slamem! Próba przypięcia. 1...2...kickout! Kilka uderzeń o matę to zbyt mało, by pokonać Zygmunta. Przewagę nadal ma jednak ten lepiej prowadzący się wrestler, który ponownie postanawia podnieść samozwańczego króla butelek i Irish Whipem skierować w stronę lin. Po chwili bydgoski wojownik odbija się od nich, a Cavazos chce wykonać Big Boot. Zygmunt jednak robi unik, odbija się po raz kolejny i uderza Jorge Clotheslinem! Cavazos jednak nie padł! Ba, nie zrobiło to na nim zbyt wielkiego wrażenia. Kolega Zbyszka Uszczelki patrzy zaskoczony, bo miało wyjść inaczej. Postanawia wykonać Backhand Chop! Znowu nic! Cavazos jedynie lekko się zirytował. Zygmunt decyduje się znów odbić od lin....CLOTHESLINE FROM TIJUANA!!! Zygmunt padł! Ależ brutalne sprowadzenie na ziemię! Siedzący w loży Zbyszek ukrył twarz w dłoniach, nie mogąc na to patrzeć! Cavazos mógłby teraz odliczyć rywala, jednak nie decyduje się na to. Postanawia podnieść ledwo żywego Zygmunta, a następnie, z pewnymi trudnościami spowodowanymi zmęczeniem, wynosi na swoje barki. Kilka kroków, po których Jorge prostuje ręce....C-Factor! Czy to koniec? 1...2...3! Tak jest, Jorge Cavazos awansuje do finału!



Na arenie rozlega się Hollywood Undead "Undead", co oznacza, że w drodze na ring Dan Dowson! Ten wychodzi ubrany w jeansy, luźną koszulę. Powoli ściąga okulary z nosa, po czym odbiera mikrofon od annoucera.

Dan Dowson: Minęło zbyt wiele czasu, kiedy stanąłem w ringu poważnej federacji czy może miejsca, które do tego miana aspiruje. Każdy może stwierdzić, że to nowa organizacja, świeży start, a czyjeś ciągłe porażki odejdą w zapomnienie. W momencie, kiedy zdecydowałem się ponownie ubrać swój strój, wrócić do reżimu i etyki treningu zastanawiałem się - czy warto. Pytanie, które kłębiło się w głowie w każdym momencie, przy każdej chwili zwątpienia. Przecież według paru pseudo kanapowych znawców, zasiadających na widowni czy przed monitorem jestem "dziadem", "emerytem"... Kurwa, to dość zabawne, prawda?

Dowson zaczyna bawić się nieco mikrofonem, po czym usiadł na narożniku i ponownie spojrzał na widownię.

Dan Dowson: Jak szybko ktoś potrafi wyrobić sobie opinię o drugiej osobie? Jak łatwo ludzie, którzy płacą niezłą kasę za oglądanie, jak dwóch alkoholików naparza się w walce, którą można porównać do starcia pod barem o flaszkę? Dobra, może z tym spasuję, krążyły kiedyś fotki mnie zalanego w trupa - cóż, warto było pod wieloma względami. *Dowson uśmiecha się kącikiem ust* Patrząc przez pryzmat widowni wątpię, że ktoś by chciał usłyszeć o tym, co wtedy się działo, więc może przejdę do meritum.

Dowson chwilowo przerywa, spoglądając na sufit, aby przejść dalej do monologu.

Dan Dowson: Po moim ostatnim pojawieniu się na konferencji pewnie krążyło wiele pytań, na jaką cholerę taki "dziad" wrócił do aktywnej kariery. Przecież kończył, mówił ckliwe historyjki, co chce robić, blah, blah, blah. Okazało się, że ten sam "dziad" jakoś nie za specjalnie się wykazał, pewnie według typów na zapleczu i przed telewizorami się wypaliłem i nie przedstawię wartości dodanej, czyż nie? To powiedzcie mi w tym momencie, kto ma być tą nową gwiazdą, twarzą tej federacji? Powiem szczerze... Mam to głęboko w dupie. *heat* Nie przyszedłem do tej federacji, aby po raz kolejny uczestniczyć w wyścigu szczurów po pas, widzieć podobne twarze w walkach. Moja misja jest inna, ale aby ją zrozumieć, trzeba dokładnie posłuchać.

Dowson ponownie przerywa, po czym dopowiada.

Dan Dowson: Zabawię się w pana marudę, niszczyciela dobrej zabawy dla wszelkich kretynów, których podnieca oglądanie, jak ktoś się przekrzykuje, myli ring z partaczeniem roboty, czy uprawia jakieś kulinarne show w ringu. *heat* Przeżyłem gościa robiącego pseudo koncert country, organizowanie horroru klasy C w ringu, widziałem wiele dziwnego gówna, wychodząc do ringu, więc powiem krótko. *heat* Jako dawny widz jestem tym cholernie zmęczony - dlatego takie coś znajdzie się niemal od razu na mojej liście. A jeśli jakiś typ znajdzie jaja w gaciach... Zapraszam.

Dowson bezceremonialnie rzuca mikrofonem o matę, po czym z uśmiechem na twarzy schodzi z ringu.

Earlier Tonight
Obraz z kamery przenosi nas... na parking! Możemy zobaczyć TAKI SAMOCHÓD, który właśnie wjechał. Przybliżenie na okno przy drzwiach auta wskazuje nam na Jose Lopeza. Hiszpan ubrany jest w dżinsową kurtkę, proste czarne spodnie i martensy. Na szyi ma zsunięte słuchawki. Lopezzo wysiada z auta i idzie w kierunku bagażnika. Stamtąd wyjmuje torbę, zakłada ją na ramię i zamyka furę oraz ją zabezpiecza. Chico Malo wyciaga telefon z kieszeni i najwidoczniej włącza sobię muzykę, bo zakłada słuchawki na uszy po czym wkłada komórkę do kieszeni. Mało sympatyczny zawodnik rodem z Hiszpanii idzie sobie przez parking, mija trochę pracowników, ale nie jest zbytnio nimi zainteresowany. Co innego swoim smartfonem.. bo chyba dostał jakieś powiadomienie i wyciąga go. Wgapia się w niego jak typowy człowiek 21 wieku, a wiecie, jak to może się skończyć, prawda? Zwłaszcza że przechodzi obok bufetu, z którego z sążną ilością jadła wychodzi... Jean-Pierre Dolnick! To się może źle skończyć, Grubas wychodzi wgapiony w swoje jedzonko, ślinka cieknie i nie widzi nic, Lopez zapatrzony w telefon, więc... Kongijczyk wpada w niego z żarciem i upierdziela go masakrycznie! Co tu się właśnie wydarzyło?! Jean-Pierre jest zirytowany, widzi swoje jedzenia na podłodze i nawet nie wie, kogo właśnie tym żarciem uwalił, więc rzuca tekstem, przy okazji podnosząc resztki na tacę.

Jean-Pierre Dolnick: Kurwa! Co to ma być, moje maleństwa... Balasie ty.. uważaj jak cho...

Jose Lopez: Już nie żyjesz.

Big Jean spogląda do góry na swoją ofiarę, która patrzy martwym wzrokiem na niego. No to ma porządnie przesrane... Dolnick przełyka ślinę, wstaje i zaczyna wycofywać się niczym w jakiejś komedii. Jose nawet się jeszcze nie ruszył, nadal spogląda na Grubego, daleko on i tak nie ucieknie. Przyjaciel Maxwella Ransoma cofa się dalej i próbuje przyspieszyć, odwracając się, co skutkuje... wpadnięciem na General Managera Roba Van Dama! No to mamy kabaret. Legendarny zawodnik również zostaje uwalony jedzeniem i widać poirytowanie na jego twarzy. Kongijczyk chowa się za jego plecami, ponieważ Lopezzo rusza w ich kierunku. Wygląda to groteskowo, rodem ze słynnego obrazka, gdzie słoń stoi za drzewem i widać go bardzo dobrze.

Rob Van Dam: No nie wierzę... przedszkole. Po prostu przedszkole. *kiwa głową z zażenowaniem, patrząc najpierw na ubrudzone ubranie, potem na Lopeza i Dolnicka.* Próbowałem dać wam więcej wolnej ręki, ale najwyraźniej niektórzy pomylili backstage z placem zabaw. Jose, wiem, że lubisz wybierać, kto jest godny twojej uwagi, ale mam dla ciebie złą wiadomość. W LPW to nie ty układasz kartę walk. Tylko ja. A skoro tak bardzo chcesz wszystkim przypominać, że jesteś ponad resztą, to dzisiaj dostaniesz okazję, żeby udowodnić to w ringu.*RVD spogląda z lekkim zażenowaniem na Dolnicka, który próbuje schować się za jego plecami.* Tutaj jest twój rywal. Jose Lopez kontra Jean-Pierre Dolnick. Już podczas dzisiejszej gali. Tam sobie wyjaśnicie, co macie do wyjaśnienia. Nie na parkingu, czy przy bufecie tylko w ringu. *RVD zerka na plamy po jedzeniu na swoim ubraniu.* A ty, Jean... za pranie potrącę ci z pensji.

Jose Lopez: No pewnie... SZEFIE. Twoja wola jest naszym rozkazem, no, chyba że nazywam się Allan Hill, nikt mnie nie zna i mogę tobą pomiatać. *Lopez ironicznie się uśmiecha* Wiesz... cały ten czas wykazywałem gest dobroci, ale jesteście ślepi, może Butla jakiś lewy alkohol wam podaje? *parsknięcie* Pozwoliłem budować wam fundamenty, dałem wam czas, by wasze ''gwiazdki'' rosły... Chociaż idzie to średnio, skoro zainteresowanie galą spada, a w Power Rankingach jestem ja ponad twoich ''gladiatorów'', a nie zrobiłem jeszcze nic. *ironiczny uśmiech* Nie doceniasz jednak mojej dobroci. Szkoda, wielka szkoda. Może być tak, że skażesz kogoś bardziej obiecującego niż ten żenujący prymityw na walkę ze mną. *Lopez spogląda z ogromną pogardą na Dolnicka* I co wtedy? Szybka weryfikacja i pokazanie, jaka BYŁA, JEST i BĘDZIE różnica między kimś takim jak Jose Lopez, a innymi członkami rosteru. Jako wieczny B+ wrestler powinieneś to bardzo dobrze zrozumieć...*wredny uśmiech* A co do mojego braku zainteresowania turniejem... Rzygać mi się chce od słuchania tego, nigdy nie powiedziałem, że ten turniej mnie nie interesuje, jest odwrotnie. Muszę śledzić tego, kto będzie moją przyszłą ofiarą, a reszta... Przyjemnie się ogląda, jak upokarzają siebie oraz przy okazji federację.

Rob Van Dam: Jose, zdecydowanie masz gadane. Problem w tym, że gadanie nadal nie jest zwycięstwem. Możesz mówić o Power Rankingach, możesz obrażać roster, możesz udawać, że jesteś ponad turniejem, ponad tą federacją i ponad wszystkimi wokół. Ale dopóki nie wejdziesz do ringu i nie zaczniesz wygrywać, to wszystko jest tylko hałasem. *RVD robi krok bliżej, ale nadal zachowuje spokojny ton.* Nie pozwolę, żeby ta federacja zamieniła się w Real Madryt, który tak bardzo lubisz. Tutaj nazwisko, ego i ładne wejście nie dają nikomu specjalnego traktowania. Mogę być w twoich oczach B+ zawodnikiem, nic mi to nie zmienia, ale wiedz, że będę S tier General Managerem *RVD wskazuje na Dolnicka* Decyzja zapadła. Dostosuj się albo dalej testuj moją cierpliwość. Wybór należy do Ciebie, ale pamiętaj kto tutaj rządzi.

RVD wymija Dolnicka, który nadal jest z letsza obsrany, Jose spogląda na swojego dzisiejszego rywala z diabelskim uśmiechem, a Big Jean zaczyna szybko jak na siebie próbę ulotnienia się z tego miejsca. Obraz z kamery znika...

Singles Match: Salvador vs Derek Halloway
[Obrazek: Kl0S95U.png]

Gong rozpoczyna walkę, a Salvador od razu unosi ręce, jakby chciał pokazać, że przybył w pokojowych zamiarach. Derek Holloway stoi po drugiej stronie ringu i patrzy na niego z absolutnym niedowierzaniem. The Truth Seeker wskazuje palcem na miotłę zostawioną przy stalowych schodkach, po czym zaczyna tłumaczyć sędziemu, że to na pewno element większego planu kontroli nad społeczeństwem. Broom Guy w tym czasie zauważa jakiś paproszek na macie i odruchowo schyla się, próbując zgarnąć go dłonią do narożnika. Derek nie czeka dłużej. Rusza do przodu, łapie Salvadora za kark i bez żadnego problemu rzuca go do narożnika. Janitor odbija się plecami od poduszek, po czym próbuje wyślizgnąć się bokiem, ale The Red Pill One odcina mu drogę i wbija go w narożnik samym ciężarem ciała. Salvador nie próbuje walczyć. Zasłania się rękami i pokazuje na matę, jakby chciał powiedzieć, że najpierw trzeba tu posprzątać. Holloway łapie go za rękę i Irish Whipem posyła na liny. Sweeping Man wraca kompletnie bez kontroli nad własnym biegiem, a Derek ścina go potężnym Big Bootem. Salvador pada na matę, po czym natychmiast turla się w stronę lin, ale The Enlightened podnosi go z powrotem. Belly-to-belly Overhead Suplex! Argentyńczyk przelatuje przez ring i ląduje tak nieszczęśliwie, że aż siada zdezorientowany, poprawiając niewidzialną fałdkę na macie. Derek patrzy na niego jak na dowód spisku, po czym podnosi go jeszcze raz. Gutwrench Suplex! Salvador zostaje wbity w matę, a publiczność zaczyna śmiać się, kiedy próbuje instynktownie otrzepać ring dłonią. Holloway ma dość. Podnosi rywala wysoko i wykonuje Awakeing! Broom Guy leży bez ruchu, ale The Awakened nie przypina klasycznie. Siada na nim całym ciężarem, przygniatając go brzuchem i klatką piersiową. Sędzia liczy. 1... 2... 3! Derek Holloway wygrywa, a Salvador no cóż…. nie zdążył nawet wyprowadzić jednego ciosu.



Kamera przenosi nas na zaplecze, gdzie Maria Kanellis stoi z mikrofonem LPW. Obok niej znajduje się Derrick Mantel, zawodnik stoi spokojnie i patrzy przed siebie.

Maria Kanellis: Panie i panowie, moim gościem jest Derrick Mantel. Derrick, ostatnio wiele osób zaczęło zadawać sobie pytanie, kim tak naprawdę jesteś w LPW. Jedni mówią, że jesteś nieprzewidywalny, inni, wręcz przeciwnie, że jesteś zbyt normalny, zbyt spokojny, zbyt trudny do rozczytania. Dlatego zapytam najprościej jak się da: czy ten „Normal Guy” to naprawdę ty… czy tylko maska, za którą ukrywa się coś znacznie mniej zwyczajnego?

Derrick Mantel: Nie jestem typem osoby, preferującej udawanie kogoś, kim właściwie nie jest. Przy każdej możliwej okazji ukazuje pewną pogardę w stosunku do osób, które udają na siłę kogoś, by przypodobać się innym. Może dlatego dla ludzi jestem zbyt normalny, czy też zbyt spokojny. Nie próbuję na siłę robić niczego, aby stać się gwiazdą. Więc jeśli ktoś mnie pyta, czy to naprawdę ja, to odpowiedź jest prosta… tak. Ludzie mają to do siebie, że na siłę starają się wszędzie szukać drugiego dna, nawet jeśli go w danej sytuacji nie ma. Jeśli ktoś oczekuje, że zrobię coś szalonego, będącego częścią marnej kreacji pokazywanej na pokaz to niestety, ale… to nie jest część tego, co mam do zaprezentowania.

Maria Kanellis: Rozumiem, ale LPW to miejsce dużych osobowości. Ludzie chcą zapamiętać gest, hasło, coś charakterystycznego. Ty mówisz, że nie zamierzasz niczego udawać, ale czy nie boisz się, że sama normalność sprawi, że publiczność po prostu przejdzie obok ciebie obojętnie?

Derrick Mantel: Gest? Hasło? Czy to część jakiejś kampanii reklamowej? To wrestling a nie jakiś cyrk. Jeśli definiować mnie mają takie drobiazgi, to jaki właściwie jest sens stawania się częścią tego biznesu? <wzdycha> Autentyczność! < wypowiedziane lekko podniesionym głosem> To się liczy. Nie jakieś gesty, które mogą uczynić kogoś wyjątkowym. To pasuje do tych marnych ludzików, które muszą usilnie zakładać te paskudne maski. Bez nich boją się spojrzeć we własne odbicie w lustrze. Wbrew pozorom publiczność nie jest taka głupia. Nawet moja pozornie nudna normalność nie sprawi, że przejdą obok mnie obojętnie. Jestem czymś, czego potrzebują najbardziej. Nawet dla nich te marne pokazy z czasem stają się nudne i szukają czegoś, co jest im najbliższe. Tym czymś jestem ja.

Maria Kanellis: Mówisz o autentyczności, ale jednocześnie nazywasz innych „marnymi ludzikami” i sugerujesz, że publiczność potrzebuje właśnie ciebie. To już nie brzmi jak zwykła normalność, Derrick. To brzmi jak przekonanie, że jesteś ponad tym wszystkim. Czy właśnie taki jesteś naprawdę?

Derrick Mantel: Mylę się? Czy farbowane lisy są lepsze od kogoś, kto nie potrzebuje kreacji, by zaprezentować się przed tłumami. Jeśli ktoś uważa, że stawiam się ponad wszystkimi to ma rację. Nie zamierzam nikogo jakoś specjalnie oszukiwać. Ciężko abym nie stawiał siebie ponad bandę przebierańców, których kreacje pozornie są różne a gdy się im przyjrzysz, to różnice z czasem się zacierają. Dlatego wolę być sobą niż stawać się kimś, kogo odbicia w lustrze wstydziłbym się najmocniej. To są te detale, które nas definiują nie tylko jako wrestlerów, ale także i ludzi na co dzień.

Maria Kanellis: Derrick, tylko czy w tym wszystkim nie zaczynasz robić dokładnie tego, czym tak bardzo gardzisz? Mówisz, że nie potrzebujesz maski, nie potrzebujesz kreacji i nie chcesz niczego udawać, ale coraz mocniej budujesz obraz człowieka, który jako jedyny jest prawdziwy, a cała reszta jest tylko bandą przebierańców. Więc zapytam wprost: gdzie kończy się twoja autentyczność, a zaczyna kolejna rola, w którą sam zaczynasz wierzyć?

Derrick Mantel: Nie buduję żadnego obrazu. Skoro mam okazję, by przedstawić swoje spojrzenie na pewne tematy… To czemu miałbym z tego nie skorzystać? Zresztą co jest złego w tym, że mówię to, co boli najbardziej. Trzeba mieć klapki na oczach, by serio wierzyć, że te kreacje hydraulików, alkoholików, foliarzy i innych cyrkowców są prawdziwe. Rozumiem desperację pewnych osób, ale… są pewne granice. Jeśli serio uważasz, że to są oni, w całej okazałości nie tylko w ringu a poza nim, to muszę cię zmartwić. Oni was oszukują. Skoro ludzie chcą prawdy, to ją mówię i nie jest to część żadnej roli. Jeśli ktoś we mnie wątpi, to jego indywidualny problem i skoro dalej to ma tak wyglądać, to uważam naszą rozmowę za zakończoną.

Mantel oddaje mikrofon Marii i lekko rozdrażniony opuszcza miejsce, w którym odbywał się wywiad

Video

Początkowo obraz jest czarny, za wyjątkiem notki w prawym dolnym rogu, o treści “Earlier Today”. Po chwili zmienia się on jednak w relację z wnętrza garderoby. Ta mimo surowych ścian, wzbogacona jest o mnóstwo rekwizytów, sprawiających, że przypomina teatralną.
Kilka wieszaków z strojami, w których dominuje czerń i czerwień.  Manekin krawiecki, na którym upstrzony mnóstwem szpilek, wisi niedokończony płaszcz.W rogu, na stoliku ustawiony jest gramofon, grający cichą melodię. Centralna i kluczowa jest jednak staroświecka toaletka, z lustrem oświetlonym mnóstwem żarówek, biegnących wzdłuż całej jego długości. To właśnie przy nim zasiada Edgar Dickinson, powoli i starannie nanoszący charakteryzację na swoją twarz. Kamera zbliża się do poety, a ten zaczyna mówić, nie przerywając malowania.


Edgar Dickinson: Dotarło do mnie wiele głosów, że nie udzielam się w trakcie gal, że nie konfrontuję się słownie z moimi rywalami, oraz że nikt nie wie o mi tak naprawdę chodzi. W pełni to rozumiem, i proszę was drodzy fani Legion Pro Wrestling o wybaczenie. Obiecuję wam też uroczyście, że już niebawem nie zabraknie wam mojego głosu.

Po tych słowa artysta nieco odchylił się w krześle, oceniając w lustrze charakteryzację. Najwyraźniej zadowolony z efektu, odłożył pędzelek na toaletkę i zwrócił się bezpośrednio do kamery.

Edgar Dickinson: Jestem wam jednak winny coś więcej, niż tylko obietnice, a konkretnie wyjaśnienia. Moi drodzy, na przestrzeni ostatnich lat, świat nieco mnie przytłoczył. Musiałem się zamknąć w mojej samotni i próbowałem go napisać na nowo, raz po raz. Ciągle przegrywając z ogromem tego zadania. Z tej syzyfowej pracy, wyrwało mnie jednak Legion Pro Wrestling właśnie. Samozapisująca się kartka, płótno samo pokrywające się farbami. W końcu samospełniająca  się przepowiednia, która potrzebuje tylko strażnika i redaktora. Mały wycinek świata, który mogę przepisać. Nie zapewniam was, że lada dzień sięgnę po najwyższe tytuły i zaszczyty, lub że rozniosę w ringu każdego rywala. Gwarantuję wam tylko, że zawsze pojawię się tam, gdzie moja interwencja będzie niezbędna i że zawsze, nawet ukryty poza okiem kamer będę czuwał. Nie musicie moi drodzy w zasadzie tego rozumieć, wystarczy, że mi zaufacie i będziecie cieszyć się opowieścią.

Artysta jeszcze raz zerknął w lustro, jakby upewniając się czy przez te kilka chwil jego charakteryzacja się nie rozmazała. Po czym wstał i wyszedł z pomieszczenia. Pozostawiając nas na chwilę samych w garderobie zanim video się zakończyło.

Third Round of the LPW World Championship Tournament
Singles Match: Edgar Dickinson vs Derrick Mantel
[Obrazek: LIwrJ7m.png]

Derrick wykonuje rywalowi Back Suplex, jednak Edgar dzięki saltu do tyłu staje za nim na nogi. Normal Guy od razu to zauważa i próbuje wyprowadzić Clothesline, ale The Poet robi unik pod jego ręką i wykonuje Enzuigiri w tył głowy. Mantel chwieje się na nogach, a Irlandczyk wskazuje z szalonym wzrokiem na publiczność sugerując, że ta akcja będzie specjalnie dla nich. Crow Prince odbija się od lin, rywal się odwraca i mamy Powieść, po której od razu przypina…1…2…break. Dickinson przez moment patrzy na sędziego wzrokiem pozbawionym emocji, ale w końcu wraca do walki. Pomaga wstać przeciwnikowi, ale Amerykanin wykorzystuje chwilę odpoczynku i mamy Dropkick, po którym rywal ledwo stoi na nogach, a Derrick dokłada mu jeszcze Spin-Out Powerbomb, po którym od razu pinuje…1…2…Edgar kładzie nogę na linach. Normal Guy nie jest z tego zadowolony, ale kontynuuje walkę wchodząc na narożnik i szykując się do 450 Splash, lecz oponent wytacza się z ringu. Amerykanin to dostrzega i wychodzi za nim i wykonuje mu Death Valley Driver. Mantel przez moment patrzy na publiczność, która wykazuje się mieszaną reakcją na niego, ale on się tym nie przejmuje i wrzuca rywala do ringu i czeka aż wróci na nogi. Lyrical Assasin wraca do pionu, więc Derrick chce mu wyprowadzić Discus Lariat, ale The Dreamer w ostatniej chwili robi unik pod jego ręką i wykonuje mu Russian Leg Sweep, po którym natychmiast dokłada Epilog i pinuje…1…2…w ostatniej chwili break. Edgar wykorzystuje swoją przewagę, wchodzi na narożnik i mamy 450 Splash, lecz wprost na kolana przeciwnika. Normal Guy nie czeka tylko od razu podnosi rywala i wynosi go pod Vertical Suplex. Amerykanin z uśmiechem na twarzy robi przysiady z przeciwnikiem w górze ku mieszanej reakcji fanów, a następnie z dużym impetem wbija go w matę. Mantel nie zamierza dłużej czekać i chce wykonać rywalowi Head Crusher, jednak Dickinson w ostatniej chwili to zauważa i wykonuje Spinning Heel Kick z zaskoczenia! Walka ewidentnie zbliża się do końca. Derrick powoli wraca na nogi, a The Poet chce wykorzystać moment z zaskoczenia i wykonać Last Word, ale przeciwnik daje radę go obrócić i mamy potężny Sit-Out Powerbomb z przypięciem…1…2…kickout. Fani coraz bardziej żyją poczynaniami zawodników w ringu, a Normal Guy pokazuje publiczności, że będzie kończył już ten pojedynek. Wisdom Keeper powoli wraca na nogi, a Amerykanin chce mu wykonać Fatal Blow, jednak Irlandczyk jakimś cudem daje radę wyrwać się z uchwytu przerzucić go Back Body Dropem za siebie. Mantel od razu wraca na nogi, lecz Edgar od razu gasi go za pomocą Plot Twist, po którym pada zmęczony na rywala…1…2…break. Panowie leżą zmęczeni na macie, a fani nagradzają ich owacją za walkę jaką jak na razie im zgotowali. Oboje powoli wracają na nogi i to Dickinson pierwszy na nich jest co próbuje wykorzystać za pomocą Powieści, jednak Derrick jakimś cudem przechwycił go w locie i mamy Uranage, po którym wchodzi na narożnik i dokłada 450 Splash, przed którym przeciwnik zdążył uciec, a Derrick wbił się w matę. Lyrical Assasin nie zamierza dłużej czekać i teraz to on wchodzi na narożnik, aby wykonać The End. Udane! Mamy przypięcie…1…2…3! Edgar Dickinson zwycięzcą tego pojedynku.

Earlier This Week
Znajdujemy się w miejscu, które ostatnio już widzieliśmy. Jest to jeden z najbardziej wartościowych budynków w historii wrestlingu. Oczywiście nie mówimy o żadnej siedzibie federacji czy mieszkaniu, któregoś z włodarzy. To miejsce to willa rodziny Escobar. Miejsce szczególne dla Miguela Escobara. To tutaj może on odciąć się od całego świata…a jednak dzisiaj postanowił, że nie będzie tu sam. Wśród licznych dzieł sztuki, a także antycznych mebli widzimy dwie postaci - gospodarza domu oraz Prestona Steele'a. Jak widać historia z ostatniego Colosseum nie została nagle ucięta i dzisiaj panowie ponownie mogą ze sobą porozmawiać. W scenerii, która idealnie pasuje do korzeni obu dżentelmenów, Preston siada w fotelu “Smoki” (a raczej w jego wiernej replice, zamówionej przez ojca Miguela tuż po ślubie z jego matką). Miguel podchodzi do barku wzorowanego na The Timothy Oulton Bar (z dodatkowymi antycznymi okuciami z brązu). Spogląda on na Prestona, a następnie na zawartość barku i szeroko się uśmiecha. Po chwili wyciąga butelkę Macallan 1926. Steele spogląda na trunek i kiwa głową z aprobatą. Divine polewa whisky do tradycyjnych tumblerów old fashioned i podaję jedną ze szklanek Prestonowi. Hiszpan jeszcze zanim sam zasiadł w fotelu już zaczął mówić.

Miguel Escobar: Dziękuję ci, że skorzystałeś z mojego zaproszenia. Od razu wiedziałem, że nie mylę się co do twojej osoby. Tutaj będziemy mogli porozmawiać na osobności, w komfortowych warunkach.

Preston Steele: Sam nie jestem do końca przekonany czy to mi się opłaci, ale zawsze warto rozważyć wszystkie opcje. W końcu kto nie ryzykuje ten nie pije szampana.

Escobar te słowa kwituje skinieniem głowy i wzniesieniem toastu.

Miguel Escobar: A w tym przypadku, nie pije whisky. Wiesz Prestonie, może ty tego do końca nie widzisz, ale moim zdaniem jesteśmy do siebie bardzo podobni. Jest jednak jedna znacząca różnica między nami. Ja nie próbuję udawać kogoś kim nie jestem.

W tym momencie na twarzy Prestona pojawiło się zdenerwowanie, chciał on wstać z fotela, ale Hiszpan szybko ostudził jego zapędy i wyciągnął przed siebie rękę.

Miguel Escobar: Spokojnie przyjacielu. Nie mam zamiaru cię urazić. Po prostu spoglądam na to wszystko obiektywnie. Wiem, że nie jest to dla ciebie łatwa sytuacja i próbujesz się pozbyć pewnej łatki, ale chyba ten sposób nie jest najlepszy i nie do końca ci to wychodzi. Chcesz się odciąć od ojca, a jednocześnie ciągle o nim wspominasz.

Preston próbuje przerwać wypowiedź Miguela, ale Escobar nie ma zamiaru ustępować.

Miguel Escobar: Daj mi dokończyć…to nie jest atak na ciebie, chcę żebyś przejrzał na oczy. Drogie samochody, zegarki, ubrania. To wszystko nadal prowadzi do jednego, jesteś bogaty i tego nie zmienisz, a to wszystko dzięki twojemu ojcu. Nie musisz tego ukrywać, ale też nie musisz się z tym obnosić. Po prostu jesteś sobą, nikim innym. Nikomu nie robisz krzywdy tym, że masz od kogoś lepszego warunki do życia. Nie musisz za to pokutować. Po co ta cała szopka? Ostatnio dałeś się ośmieszyć dwóm facetom wyglądającym jak żebraki. Jesteś ponad to i dobrze to wiesz. Ja też to wiem, dlatego tu teraz siedzimy. Nasza współpraca byłaby czymś wielkim.

Preston Steele: Nie jestem do końca przekonany czy jesteś najlepszym doradcą w tej kwestii. Mi co prawda nie udało się ostatnio osiągnąć zwycięstwa w turnieju, ale o ile się nie mylę to ty przegrałeś swoje obydwie walki.

Preston bierze do ręki szklankę, przez chwilę obracając ją w dłoni, po czym spogląda prosto na Miguela.

Preston Steele: Widzisz, właśnie dlatego trudno mi traktować twoje słowa jak objawienie. Mówisz o tym, że dałem się ośmieszyć, że powinienem przestać przejmować się opiniami innych, a jednocześnie sam próbujesz wmówić wszystkim, że jesteś ponad innymi zawodnikami. Problem w tym, że każdą wielką deklarację prędzej czy później trzeba zweryfikować w ringu. A tam, przynajmniej na razie, nie widzę człowieka tak nieomylnego, za jakiego próbujesz uchodzić.

Miguel najpierw marszczy czoło, a później delikatnie się uśmiecha, po czym odpowiada Prestonowi.

Miguel Escobar: Wiem, że nie znasz mnie ani trochę, więc wyjaśnię ci to o czym wspomniałeś. Wynik walki nie jest czymś, co może określać mnie jako osobę. Te fartowne wygrane moich rywali nic dla mnie nie znaczą. To, że jestem ponad innymi to jest niezaprzeczalny fakt. Prędzej czy później każdy się o tym przekona…ale ja nie o tym. Widzisz Prestonie, chodzi o to, że ja nie chcę nikomu niczego udowadniać. Jestem tu po to żeby być największą gwiazdą i rozpływać się w blasku fleszy, a do tego żaden tytuł nie jest mi potrzebny. Myślisz, że byłem święcie przekonany, że będę nowym mistrzem? Oczywiście, że nie. Nie jestem głupi, po prostu dbam o swoje interesy. Jedno zdanie i już było o mnie głośno. Niektórzy tutaj zachowują się jak wykastrowani, ja taki nie jestem i nigdy nie będę. Tak samo wiem, że ty też taki nie jesteś. Widzę to w tobie. Chcesz czegoś więcej, ale z jakiegoś powodu blokujesz tę myśl.

Preston przez kilka sekund milczy. Odstawia szklankę na stolik i opiera się wygodniej w fotelu. Po raz pierwszy od początku rozmowy nie wygląda na człowieka, który szuka kolejnego argumentu do sprzeczki.

Preston Steele: Może właśnie w tym tkwi problem. Może za bardzo skupiam się na tym, co było, zamiast na tym, co może być. Nie zamierzam udawać, że kupuję wszystko, co właśnie powiedziałeś. Nadal uważam, że momentami za bardzo wierzysz we własną legendę. Powiem ci, że Ty przynajmniej wydajesz się być szczery w swoich ambicjach. I chyba faktycznie dostrzegłeś coś, czego ja sam nie chciałem zauważyć. Jeżeli mam naprawdę odciąć się od przeszłości, to nie zrobię tego ciągle oglądając się za siebie. Nieważne czy chodzi o mojego ojca, czy o ludzi, którzy próbują mnie przez niego oceniać.

Preston wyciąga rękę w stronę Escobara.

Preston Steele: Nie obiecuję ci przyjaźni. Nie obiecuję też, że nagle zaczniemy się ze sobą zgadzać. Ale jeśli rzeczywiście uważasz, że możemy na tym obaj zyskać... jestem gotów spróbować.

Escobar wydaje się być zadowolony tą odpowiedzią i szybko odpowiada.

Miguel Escobar: I o to właśnie chodzi. Nie mamy nagle się zaprzyjaźnić, nic z tych rzeczy. Różnice między nami są spore, ale obaj chcemy odcisnąć swoje piętno na LPW, a razem może to nam przyjść znacznie łatwiej. Tylko błagam, niech to będzie ostatni raz kiedy wspomniałeś o swoim ojcu.

W tym momencie panowie lekko się zaśmiali, a Miguel wyciągnął rękę w kierunku Prestona. Ten spojrzał na Hiszpana i z lekką dozą niepewności uścisnął jego dłoń.

[Obrazek: a4578aa15d55c.png]
Rob McŁowicz

Streak: 2-0-2
Last Match: Axel Blaze def. Rob McŁowicz
Achievements:

[Obrazek: cEjDAaW.png]
Silas Crowe

Streak: 2-0-0
Last Match: Silas Crowe def. Jeff Brown
Achievements:
Odpowiedz
Cytuj
Ryse
Head Admin
13.06.2026, 10:19 #1
Earlier This Week
Kamera przenosi nas do lasku nieopodal Taylorsville Lake. Z pordzewiałego Renault Kangoo wysiadło dwóch mężczyzn. Wysiada to jednak za dużo powiedziane. Jeden wysiada i asekuruje wyjście tego drugiego. Wstawiony osobnik unosi jednak ręce w górę i stanowczo gestykuluje w stronę kompana na znak, że sam da radę wysiąść. Obaj mężczyźni w rękach trzymają dwa wiklinowe kosze oraz noże typu kozik.

Uszczelka: Widzisz Zygmunt mówiłem, że tu nikt łaził nie będzie. John mi opowiadał, że to jakiś jego "honey hole". Ja tu miodu nie widzę bracie, ale grzybów to tu jest jak mrówków.

Butla o dziwo był dzisiaj ubrany całkiem normalnie - jak na niego, bo część ubrań i tak i tak była poszarpana. Oprócz koszyka miał też ze sobą małą torebkę, w której rzecz jasna trzymał parę flaszek, ale zdecydowanie mniej, niż można było się po nim spodziewać.

Butla: -No… no miał ten John rację. Ale powiem ci, Uszczelka, że ja to na grzybach znam się jak na odwyku od alkoholu… czyli nijak. To może by się jakiś ekspert przydał. Ale liczę na ciebie, Zbychu.

Zygmunt podrapał się po brodzie i rozejrzał po lesie. Po chwili schylił się, podniósł coś z ziemi i wrzucił do koszyka.

Butla: Ale wiesz... ja to też mam metodę. Jak coś wygląda na grzyba, to jest grzybem. Jak nie jest grzybem... to najwyżej się człowiek dowie.

Po chwili zastanowienia spojrzał do koszyka, a następnie do torby z butelkami i powiedział:

Butla: Albo to lekarz się czegoś dowie…

Uszczelka spojrzał na zdobycz kompana i surowo go zganił.

Uszczelka: Popatrz na to! Widzisz te rurki? * Uszczelka nacina kapelusz grzyba * To jest goryczak żółciowy, szatan jebany, a nie borowik! Przez jednego takiego skurwiela cały kocioł bigosu psu w dupe. Tobie to i bez różnicy bo przechlane gardło przyjmie każdą gorycz, ale dla mnie ten bigos to świętość przepis mojej babuni. Szwagier przysłał mi kiełbasę z dzika zza oceanu specjalnie na te okazję, a ty chcesz mi to spieprzyć.

Butla: No dobra, dobra, Uszczelka, spokojnie… bo ty od razu z tym bigosem jak ksiądz z kazaniem. Ja nie wiedziałem, że grzyby mają jakieś przebrania. Patrzę: stoi w lesie, kapelusz ma, nogę ma, nie szczeka, nie ucieka, no to dla mnie grzyb. A tu się okazuje, że jeden udaje borowika, drugi robi za szatana, trzeci pewnie jeszcze alimenty ma niespłacone. Tylko mi powiedz jedną rzecz… jak grzyb jest taki gorzki, to może on nie do bigosu, tylko do ludzi? Dasz takiemu cwaniakowi w federacji do kanapki i od razu mniej gada. Nie mówię, że tak zrobimy… ja tylko mówię, że natura czasem sama podsuwa rozwiązania.

Nagle spojrzał na pewnego grzyba, który był wbity w ziemię przy podstawie dębu. Była to ogromna Żagwica listkowata, czego Zygmunt rzecz jasna nie wiedział.

Butla:Zbychu… a ten tutaj to dobry? Bo wygląda jakby komuś kura w ziemię wrosła.

Uszczelka widząc, że kolega znalazł bardzo rzadkiego grzyba lekko się zagotował, a po chwili doprowadził się do porządku i oznajmił do kompana.

Uszczelka: To jest gówno Zygmunt, weź to zostaw bo następną walkę stoczysz w krzakach, a nie w ringu. Grzyby mój przyjacielu to są jak ludzie. Spójrz na to tak. W turnieju awansowali już McŁowicz, Riddle i Blaze. Taki Rob na ten przykład to jest taka Kurka. Ma pieprzny język, ale tak naprawdę jest to tylko przystawka do dania głównego. Kolejny z kolei Riddle to jest proszę ja ciebie typowy smardz. Niby taki elitarny, pojawi się nagle w sezonie, ale na dłuższą metę zniknie i musi ustąpić miejsca konkurencji. No i ostatni Axel Blaze, whisky i rock'n'roll to nic innego jak Muchomor czerwony. Niby jest taki groźny, ale obgotuj go parę razy i zmięknie.. o cholera Kania!

Uszczelka przerywa i biegnie do zdobyczy. Butla przez chwilę patrzył na miejsce, w którym jeszcze przed sekundą stał Uszczelka. Zamrugał kilka razy, spojrzał na grzyba, którego kazał mu wyrzucić, a potem na koszyk. Ewidentnie połowa wywodu o turnieju przeleciała mu przez głowę, ale coś jednak zostało.

Butla: Czekaj, czekaj… czyli ten McŁowicz to kurka, Riddle to… smarkacz?

Zygmunt zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć właściwe słowo.

Butla: Smar… smardz! No. A ten cały Blaze to muchomor, tak? Czyli wszyscy tu jakieś ładne grzyby, sezonowe grzyby, modne grzyby… A ja co?

Butla podrapał się po brzuchu, po czym podniósł pustą butelkę z dna koszyka, jakby przez przypadek znalazł tam odpowiedź na sens życia.

Butla: Ja to chyba jestem taki grzyb, co rośnie za sklepem, pod płotem, w miejscu, gdzie pies leje i nikt go nie chce dotykać. Ale widzisz, Zbychu… taki grzyb też żyje. Deszcz go bije, ludzie depczą, robaki gryzą, a on dalej stoi. Krzywy, śmierdzący, ale stoi. Może to kwestia szczęścia a… może i czegoś innego.

Butla spojrzał potem na swój koszyk, a następnie na Zbyszka i wziął łyka z jednej z otwartych wcześniej butelek.

Butla: No widzisz, Zbychu… ty masz wiedzę, ja mam szczęście. Osobno to może i gówno warte, ale razem? Razem to już prawie drużyna.

Zygmunt uśmiechnął się krzywo i ruszył za kompanem. Uszczelka wzdycha i czeka na Butle. Ten po drodze wywraca się o własne nogi. Zbyszek podaje mu rękę i podnosi go do góry.

Uszczelka: Zygmunt.. w królestwie grzybów to ty jesteś papierzak.

W trakcie podnoszenia swojego przyjaciela Uszczelka zauważa dwóch mężczyzn ścinających grzyby w niewielkiej odległości. Puszcza rękę kolegi i ten pada z powrotem wprost w mrowisko.

Uszczelka: E co jest kurwa! To nasza miejscówka, wynocha, już was tu nie ma! *Zagraniczni grzybiarze nie rozumieją co krzyczy wymachujący rękami polski hydraulik i odpowiadają tylko "I dont understand"* Jaki stend? To jest nasza miejscówka, nasz glory hole wypierdalać mi stąd bo mi wszystkie grzyby podepczecie! * Osobnicy pukają się po głowie w stronę Uszczelki, a ten rusza na nich wściekły i wywiązuje się bijatyka * Bierz ich Zygmunt, będą nam tu cwaniaki borowiki wycinać!

Między grzybiarzami wywiązuje się starcie fizyczne, a kamera powoli gaśnie.

[Obrazek: 0e916733f1788.png]



Na hali wybrzmiewa dobrze znana muzyka a na titaronie wyświetlają się kolejno zawodnicy rosteru LPW. Po chwili widzimy skromny pokaz pirotechniczny, a następnie kamera przenosi nas do stolika komentatorskiego.

Przy stoliku komentatorskim siedzą już uśmiechnięci (Hajto nawet za bardzo) komentatorzy, wspomniany już Tomasz Hajto oraz Michael Cole...Panowie nie odzywają się, w ogóle jakby na coś czekając, po czym słyszymy...theme Ricoche'ta! Rico pojawia się w LPW zasiadając przy stoliku komentatorskim!

Michael Cole: Niesamowite, gwiazda za gwiazdą przy stoliku, a tutaj również kolejny wielki strzał - Ricochet!

Tomasz Hajto: Właśnie, ja też kiedyś Ricochetem strzeliłem bramkę. Nie wiedziałem, że to w rzeczywistości tak wygląda.

Ricochet: Co? Zresztą nieważne, wiedziałem, co mnie czeka, słysząc twoje nazwisko. Ta gala zapowiada się świetnie i bardzo cieszę się, że mogę być jej częścią. Już walka Jorge Cavazos kontra Zygmunt Butla wywołuje u mnie ciarki. Dwa światy, ale tylko ten Cavazosa może wygrać.

Michael Cole: Ja nie skreślałbym tutaj Butli.

Tomasz Hajto: Ja też nie...

Michael Cole: Mi jednak chodzi na pewno o coś innego. Mianowicie, odkąd Zygmunt dołączył do LPW, nie ma negatywnych komentarzy na jego temat.

Tomasz Hajto: Dokładnie. Zjada, a właściwie wypija tę scenę wrestlingową.

Michael Cole: Salvador kontra Derek Halloway. Walka, która powinna pójść tylko w jedną stronę. Myślę, że Derek jest tutaj zdecydowanym faworytem.

Ricochet: Trudno się nie zgodzić. Tak naprawdę jedyne, co ratowałoby tutaj Salvadora przed porażką, to fakt, gdyby jego rywal się nie pojawił.

Tomasz Hajto: Salvador? Lepiej se stań dali, hehe.

Michael Cole: Ja pier... to znaczy, chciałem zapowiedzieć walkę Edgar Dickinson kontra Derrick Mantel, czyli pojedynek, w którym jest dość wyraźny faworyt. Pytanie, czy jednak wywiąże się on ze swojej roli?

Ricochet: Myślę, że tak. Derrick stara się tutaj jak może, ale chyba jeszcze nie czas na tę postać.

Michael Cole: Więc błyskawicznie ruszamy dalej. Lord Sebastien de Montclair kontra Mateusz MW. Moim zdaniem nie jest tak łatwo wskazać faworyta, jak mogłoby się wydawać.

Tomasz Hajto: Jak dla mnie to Sebastien ma te kocie ruchy. Ruchy Mateusza w ringu są jakieś takie sztywne, robotyczne, nie wiem, jak to nazwać. Wydaje mi się, że faworyt jest jeden.

Ricochet: A ja patrzę na walkę Ryback kontra Preston Steele i wydaje mi się, że Ryback może mieć bardzo duże problemy w tym starciu.

Michael Cole: To prawda. The Big Guy nie ma ostatnio dobrej prasy, natomiast Preston z każdym kolejnym występem rośnie w siłę.

Tomasz Hajto: A ja sobie pozwolę rzucić okiem na ostatnie starcie. Jack Sabre SR kontra Mike RMF'Fn Brutal to gigantyczny Main Event...

Michael Cole: Nie no, jak Rob nic z nim nie zrobi, to ja chyba stąd pójdę. Zack Sabre Jr. kontra Mike F'N Brutal. Pełen szacunek, bo to jest największy Main Event Colosseum, odkąd mamy tę federację!

Ricochet: Dokładnie. I moim zdaniem Brutal udowodni, dlaczego ma taki człon w nazwie.

Na arenie rozbrzmiewa muzyka Roba McŁowicza. Po chwili zawodnik pojawia się na stage’u w kolorowej koszuli, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię i szerokim uśmiechem na twarzy. Rob spokojnym krokiem zmierza do ringu, po drodze wskazując na fanów pokazując na plakaty z jego wizerunkiem. Wchodzi między liny, odbiera mikrofon i przez moment rozgląda się po publiczności w Louisville.

Rob McŁowicz: Witam państwa bardzo serdecznie. Proszę spojrzeć, jaka odmiana. Nie widzicie mnie zza blatu, nie stoję nad patelnią, nikt obok mnie nie próbuje sprzedać tequili, a żadna kanapka nie walczy o życie. <Rob uśmiecha się lekko, poprawiając ręcznik na ramieniu.> Dzisiaj stoję przed wami w ringu, tutaj w Louisville, czyli w miejscu, gdzie o kurczaku, bourbonie i ogniu ludzie wiedzą całkiem sporo, więc skoro już mówimy o ogniu, pozwólcie, że przypomnę jedną rzecz. Rob McŁowicz przeszedł przez pierwsze dwie rundy turnieju i, jak państwo widzą, nadal nie został przypalony. <Rob unosi dwa palce w górę.> Dwa pojedynki, dwa zwycięstwa, bilans 2–0, a to oznacza, że dzisiaj mogę stać tutaj spokojnie, oddychać pełną piersią i oglądać, jak inni walczą z presją, gotując się w wielkim kotle, który z każdą minutą robi się coraz bardziej gorący. Jedni będą walczyć o przetrwanie, inni o nadzieję, a ja mogę obserwować, wyciągać wnioski, sprawdzać temperaturę i patrzeć, komu ręce zaczynają drżeć, kiedy nagle okazuje się, że turniej to nie elegancka kolacja przy świecach, tylko kuchnia w godzinach szczytu, gdzie jeden błąd potrafi zrujnować cały wieczór. Bo w tej federacji wielu potrafi wejść do ringu z wielką zapowiedzią czy piękną historią, ale dopiero pod presją widać, kto jest daniem głównym, a kto tylko ładnym opisem w karcie. Niektórzy tylko ładnie pachnieli przed podaniem na stół, inni natomiast okażą się zwykłymi zamiennikami produktów premium, na które próbowali się kreować, bo kiedy przychodzi prawdziwy ogień, etykieta przestaje mieć znaczenie. A ja? Ja nie muszę dzisiaj nikogo kroić, smażyć ani doprawiać, ponieważ swoją robotę wykonałem wcześniej, ale to nie znaczy, że kucharz przestał patrzeć na składniki. Mogę stać z boku i czekać, aż turniej pokaże mi, który składnik jako następny trafi do mojej kuchni. <Rob przechadza się powoli po ringu.> Nie pomylcie jednak spokoju z lenistwem, bo kucharz, który nie stoi przy ogniu, nadal myśli o następnym daniu, o konkretnej temperaturze, o tym jednym ruchu, który zdecyduje, czy wszystko wyjdzie idealnie, czy ktoś skończy jako przypalony eksperyment. A ja cały czas myślę o LPW World Championship. <Rob zatrzymuje się na środku ringu i patrzy prosto w kamerę.> Kuchnia dzisiaj odpoczywa. Pobite Gary mają wolne. Ale apetyt? Mój apetyt dopiero rośnie.

Axel Blaze: Czy ktoś tutaj wspominał o ogniu beze mnie?!

Na hali zaczyna grać "I Gotsta Get Paid" i dziarskim krokiem na rampę wchodzi Axel Blaze. Ma na sobie wysokie buty, niebieski jeansy, czarną skórę i swoje okulary przeciwsłoneczne. Mr. Forever rozpoczyna swoją przemową nie zatrzymując się i cały czas zmierzając do ringu.

Axel Blaze: Rob, Rob, Rob... <macha do kucharza> mamy kontakt z bazą? Już 3 galę z rzędu słucham jak to grillujesz, smażysz, doprawiasz, a cały świat jest daniem, które przygotowujesz i chyba po prostu już mi się to, o ironio, przejadło. Ale co do jednego na pewno masz rację - tutaj ludzie znają się na Bourbonie. <cheer>

Mr. Forever wchodzi po schodach, staje przy narożniku i wyciąga z wewnętrznej kieszeni kurtki piersiówkę.

Axel Blaze: Old Forester, wasze zdrowie! <cheer, solidny łyk z piersiówki, Blaze wchodzi do ringu> Wybitny trunek, aby uczcić okazję, nieprawdaż? 2 walki. 2 wygrane. Ćwierćfinał. Nie każdy może to powiedzieć. Zdecydowanie zasłużyłeś sobie na ten spokój, o którym mówisz. Daliśmy z siebie wszystko i odebraliśmy za to bardzo cenną nagrodę. Ale jedno nas różni, Rob. Powiedziałeś, że możesz teraz stać i obserwować. Ja tak nie potrafię. Widzisz, nie przyszedłem tutaj po prostu przejść przez życie. Zamierzam przez nie przejechać z piskiem opon. Dlatego nie będę patrzeć, kalkulować, ani analizować. Bez względu na to, kogo przyjdzie mi spotkać w kolejnej rundzie, po prostu dam kolejne show. Niektórzy mówią, że w ringu zostawia się krew, pot i łzy - nie w moim przypadku. Ja pocę się krwią, aby zrobić kolejny krok ku wieczności, zostawić po sobie ślad, trwale wypalić swoje nazwisko. I nic nie pozwoli zrobić tego lepiej, niż zostanie pierwszym mistrzem LPW w historii! <cheer> Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie będzie łatwe, ale ja na łatwiznę nie chodzę. Turniej trwa, widziałem kilku naprawdę twardych skurczybyków, którzy tanio skóry nie sprzedadzą. Swoją drogą, <Axel patrzy prosto w kamerę> powodzenia Panowie. "Tym, którzy zaraz dadzą czadu, salutujemy!"* <krótki salut> Wiem, że każdy z nich, z którym przyjdzie mi się zmierzyć, będzie próbował urwać mi głowę, aby tylko przejść dalej. Ale nie ze mną te numery, przygotowywałem się do tego przez całe życie. <Axel unosi w górę zaciśniętą pięść z wyprostowanym palcem wskazującym i małym, jednocześnie dając pokaz ostrego headbangingu> Nie ma przypadków, Rob. Znalazłem się w tym miejscu, dokładnie w tym czasie z jakiegoś powodu. I ja wierzę, że tym powodem jest wygrana w turnieju - sięgnięcie gwiazd. Nie obraź się, Rob, ale nie chcę być daniem głównym. Chcę być powodem, dla którego Ci ludzie kupili bilety. <cheer>

*"For those about to rock, we salute you" - ACDC

Na arenie rozbrzmiewa nowy theme song Zbyszka Uszczelki i na rampie ukazuje się postać Fachowca. W ręce trzyma pismo święte. Unosi on je w górę i obserwuje zgromadzoną publiczność. Na końcu jego wzrok kieruje się na środek ringu, w którym znajdują się Axel Blaze i Rob McŁowicz. Hydraulik się uśmiecha, a następnie przykłada mikrofon do ust

Zbyszek Uszczelka: Szanowni państwo, kochani moi słyszycie to co ja? Tych dwóch tutaj opowiada bajki, który z nich zostanie mistrzem, a ja się pytam! Jaki wy dajecie przykład tym ludziom? Ja może i święty nie jestem, ale jako prawdziwy Polak, a przede wszystkim katolik muszę uderzyć pięścią w stół, jak ludziom przekazujecie takie złe wartości. <Uszczelka kieruje się w stronę ringu, a następnie staje przed nim dalej kontynuując> Pan, panie Robie to by się za jaką uczciwą robotę wziął. Robisz pan te wykwintne dania, a prawda jest taka, że ci wszyscy ludzie tak jak i ja nie mamy kasy na te pana rarytasy. W piątki pan mięso sprzedajesz, zamiast podawać rybkę. Wiesz pan ile taka ryba ma witamin? Grzech obżarstwa panie Robie przez pana przemawia. No i drugi z kolei satanista. Rockowa muzyka, alkohol, seks i nie wiadomo co jeszcze. Mówię ci człowieku obłudny zejdź z tej drogi. Pijesz te świństwa pędzone na myszach zamiast normalnej, polskiej dajmy na to śliwowicy. Same witaminy jakbyś pan kompot pił i wszystkie diabły panu z głowy wyjdą. Ja może i jestem człowiek skromny, ale jestem też człowiek ludu. Jako przodownik mógłbym iść z tym pasem i prowadzić ludzi właściwą ścieżką. Robicie wszystko pod publikę, a ja jestem mentorem. Patrzcie jak postawiłem kolegę Butlę do pionu. To jest znak, że to mnie należy się tytuł. Czeka mnie jeszcze dalsza część turnieju, ale ja jestem człowiek pracowity, a z dobrym zamiarem na sercu wygrana jest moja.

Kolejny theme song rozbrzmiewa na arenie, ratując fanów zgromadzonych na arenie od dalszego indoktrynowania przez Zbyszka. Skoro w ringu mamy już trzech zawodników z bilansem 2-0, to wypadałoby, aby dołączył do nich czwarty! Na arenie słychać już Evil Ways, a po chwili na stage wychodzi Kenneth Riddle. Sacramento Saint pewnym krokiem zmierza do ringu i staje pośrodku kwadratowego pierścienia, niejako otaczając się rywalami, którzy skupiają na nim swój wzrok, co chwilę zerkając także na pozostałych. Napięcie rosło z nadejściem każdego kolejnego zawodnika, aż do teraz.

Kenneth Riddle: Gratulacje, Panowie. Znajdujemy się w elitarnym gronie tych, którzy nic dziś nie muszą. To jednak dopiero połowa drogi od 2-0 do 4-0. Fakt, zasady turnieju sprzyjają dawaniu drugich szans, ale chyba wszyscy chcieliby, aby pierwszy LPW World Champion szczycił się rekordem bez skazy. Jeżeli ktoś śledzi mnie nie tylko w LPW, to będzie doskonale wiedział, skąd wypływa następna metafora... <Riddle obraca się stopniowo, patrząc na każdego z rywali po kolei, wypowiadając następne zdania> W play-offowej koszykówce pokonanie kogoś 4-0 oznacza sweep. Trzeba być jednym z najlepszych, aby tego dokonać, półkę wyżej od swojego rywala. Póki co każdemu z nas idzie doskonale, ale nadciąga moment, kiedy ktoś będzie musiał zaakceptować pierwszą porażkę... i wiem, że nie będę to ja. <Kenneth zatrzymuje swój wzrok na McŁowiczu> Rob, znasz się na kuchni jak nikt inny. Z pewnością potrafiłbyś przyrządzić Cheese Skirt Burger lepiej niż moja matka i z taką samą celnością wyczułbyś smak wina z regionu Napa Valley. Całe szczęście, że dziś rezygnujesz z Pobitych Garów! Może tym razem włodarze nie będą musieli płacić kary za przekroczenie czasu antenowego. <Teraz osobą, na której Kenneth skupia wzrok, jest Axel Blaze> Twój image, Axel, jest dla wielu pociągający. Zresztą nie trzeba daleko szukać, tydzień temu kilkoma zdaniami poderwałeś naszą kochaną Marię! Poznałem już jednak wielu rock'n'rollowców i łączy ich jedna wspólna cecha... zawsze przedwcześnie wysiada im serducho. Ciesz się każdym dniem, mój drogi. <Teraz The Icon zbliża się do Zbyszka Uszczelki> Zbyszku... <długa pauza> jestem przekonany... że nie ma lepszego hydraulika w tym ringu od Ciebie! Niestety wszyscy wiemy, że kłamiesz. Widzieliśmy, jak tydzień temu kolega Butla zdecydowanie nie znajdował się w pozycji pionowej, kiedy wpadał do jeziora <Publika reaguje śmiechem, tak jak i sam Riddle>. Żaden z Was nie przeszedł trudniejszej drogi do bilansu 2-0 niż ja. Mimo tego, to właśnie Wy <Riddle wskazuje na Blaze'a i McŁowicza> znajdujecie się nade mną w Power Rankingu LPW?! Ktoś powie, że to mało znacząca bzdura, ale nie... to pokazuje pewien wzorzec. Wiecie, jaki jest najsłabszy punkt Kennetha Riddle'a? Że nazywa się Kenneth Riddle. Osiągnięcia, które u innych zostałyby uznane za wybitne, w moim przypadku są zaledwie poprawne. "Stać go na więcej", "Czekamy aż się rozkręci", "Spodziewam się lepszych rzeczy", "Jego sufit jest wyżej"... Przyjmuję to na klatę, bo taka jest rola lidera, ale jeżeli dla kogoś pokonanie Mike'a F'N Brutala i Rybacka w dwóch pierwszych walkach od wielu lat, to kaszka z mleczkiem, to ja spodziewałem się lepszego zachowania od Was. <Kenneth, po wypowiedzeniu słowa "Ryback", wyraźnie zmienił wyraz twarzy i zacisnął szczękę. Teraz zwraca się bezpośrednio do kamery> No właśnie... Ryback... ewidentnie popełniłem jeden z największych błędów w życiu, pozwalając Ci odejść cało z naszego starcia. Jak przyznałem od razu, ruszyło mnie sumienie i czułem wręcz obowiązek dania Ci uczciwej walki, przez wzgląd na dawne czasy. Mogłem się jednak spodziewać, że okażesz się zwykłą szmatą! <Riddle systematycznie podnosi ton głosu, zbliżając się już do krzyku> Jeżeli myślałeś, że to na mnie wystarczy, to byłeś w olbrzymim błędzie! Przyjąłem Twoje najmocniejsze ciosy i nadal stoję! Baw się w rzeźnika, jeśli tak teraz zarabiasz na życie, bo na pewno nie robisz tego wygrywaniem pojedynków... tylko trzymaj się z dala ode mnie! Przysięgam na swoją rodzinę, że jeśli choć raz spróbujesz mi przeszkodzić w mojej drodze po LPW World Championship, to tym razem nie wypuszczę Twojej ręki z Wonderment, gdy będziesz żałośnie klepał!

Publiczność reaguje głośnym cheerem, gdy rozpoczyna grać muzyka, a na rampie pojawia się Rob Van Dam. RVD ubrany w elegancki garnitur wchodzi do ringu i prosi o mikrofon.

Rob Van Dam: Panowie, panowie... spokojnie. Widzę, że zrobiło się tutaj małe spotkanie klubu 2-0. <RVD rozgląda się po zawodnikach stojących w ringu i z lekkim uśmiechem kiwa głową.> Rob, Axel, Zbyszek, Kenneth... gratulacje. Każdy z was zrobił dokładnie to, co miał zrobić. Weszliście do turnieju, wygraliście dwie walki i zasłużyliście na miejsce w kolejnej fazie. To nie był przypadek ani prezent, tylko robota wykonana w tym ringu. Ale skoro już wszyscy tutaj stoicie, wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Dzisiaj odbędą się kolejne walki turniejowe i chcę, żeby rozstrzygnęły się uczciwie. Bez ataków z boku, bez odwracania uwagi sędziego i bez zabawy w kreatorów cudzej kariery. <RVD robi krótką pauzę, a jego ton staje się wyraźnie bardziej stanowczy.> Jeśli którykolwiek z was spróbuje dzisiaj zaingerować w pozostałe starcia turniejowe, zostanie natychmiast zdyskwalifikowany z turnieju. Każdy może dostać szansę, ale nikt nie będzie niszczył turnieju, który ma wyłonić pierwszego mistrza. <RVD uśmiecha się lekko i wskazuje ręką w stronę jednej z części areny.> Dlatego, żeby zminimalizować ryzyko, przygotowałem dla was coś specjalnego. Dzisiejszy wieczór spędzicie w loży VIP. Wygodne miejsca, dobry widok, coś do picia, może coś do jedzenia. Będziecie mogli spokojnie oglądać galę i analizować potencjalnych rywali. <RVD opuszcza na moment mikrofon, po czym dodaje chłodniejszym tonem.> Ale jeśli komuś przyjdzie do głowy opuścić tę lożę i popsuć zabawę innym, jego droga do LPW World Championship skończy się szybciej, niż zdąży powiedzieć „2-0”. Panowie, gratuluję raz jeszcze. A teraz zapraszam do loży.

RVD opuszcza mikrofon, a kamera pokazuje czterech zawodników z bilansem 2-0. Napięcie nadal wisi w powietrzu, ale stanowiska GM’a jest jasne. Zawodnicy powoli opuszczają ring, kierując się w stronę przygotowanej dla nich loży VIP.

Video Promo
Obraz staje się kompletnie czarny, kompletna ciemność, w której nie widać żywej duszy. Coraz bardziej słyszalne dźwięki miauczących kotów, najpierw cicho, lecz po chwili stają się głośne i wyraźne. Z mroku wyłania się zamaskowana postać trzymająca kota na rękach. Im bliżej kamery podchodzi, miejsce, w którym się znajduje, zaczyna się rozjaśniać, a w tle dostrzec można znacznie większą ilość kotów. Zamaskowany kociarz podchodzi blisko i zmienia swój punkt zainteresowania z kota na obiektyw kamery.

El Garra De Gato: Niech was nie zmyli to jak wyglądam.

Luchador delikatnie głaszcze kota, którego trzyma na rękach.

El Garra De Gato: No soy un gatito pequeño. Moje futrrro nie jest miękkie, a pazurrry nie są pozbawione śladów moich ofiarrr.

Koci wojownik wypuszcza zwierzę, które z gracją zeskakuje z rąk swojego właściciela. El Garra zakłada ręce, z pokerową twarzą patrzy wprost w obi