Opening Segment: Mógłbym napisać zamiast opening segment po prostu ringname'y, ale tyle tego jest, że nie zamierzam xdd. Ależ kurła tasiemiec, ale wierzę że jest w tym jakiś sens, zobaczmy. Od razu mamy tutaj zaznaczenie, że stawka jest wysoka. Sam pomysł Contender Series jako stałego mechanizmu wyłaniania pretendentów też daje DiBiasemu wyraźny ślad jako tego innego GM-a niż RVD, no może nie stałego mechanizmu ogólnie, ale stałego jeśli chodzi o pas Global przed wyłonieniem pierwszego mistrza - jest to jakiś krok do uporządkowania rosteru. To uprzywilejowanie Zamory też ma sens, zważając na to co przeszedł do tej pory. To reszta musi walczyć o walkę z nim, a on po prostu będzie czekał jak taki Final Boss. Nawet jeśli ktoś z nim umoczy (mam nadzieję że Fenrir) to i tak nic nie straci, bo przeszedł swoje, ale po kolei. Teddy nie próbuje tego ukrywać, robi z tego element turnieju. Największą wartością całego segmentu jest chyba jednak to, jak każdy z czterech zawodników ma inny powód, żeby wygrać. Jay jest oburzony nierównym traktowaniem i jednocześnie próbuje udowodnić, że jego dotychczasowa droga coś znaczy. Fenrir jest najbardziej sportowy jak dla mnie, to znaczy uznaje umiejętności Jaya, ale uważa, że jego gadanie nic nie da. Johnny chce udowodnić swoją wartość i jednocześnie ma własne problemy z Walkerem. Ben natomiast nie musi niczego udowadniać bo on już zachowuje się jak człowiek, który uważa, że to jego miejsce i zresztą słusznie, bo ma ku temu określone powody, wiadomo jakie. Jay tutaj naprawdę dotrzymał tempa, ba, on to tempo narzucił. Jest dużo humoru, ale nie zrobiono z niego komediowej maskotki. Wręcz przeciwnie, przyznaje, że droga jest absurdalnie trudna, po czym twierdzi, że i tak se da radę. Fenrir z kolei dobrze pełni rolę przeciwieństwa Jaya w tym segu. Turn nie próbuje kopiować ani Fenrira, ani Jaya - podoba mi się szczególnie przypomnienie co do Walkera i tego, że został oszukany. Dzięki temu Turn nie pojawia się wyłącznie po to, żeby powiedzieć że rozwali wszystkich i wygra turniej (choć kto by mu uwierzył?). Jednocześnie Turn jest tutaj chyba najbardziej lekceważącym przeciwnikiem. Wyśmiewa zarówno Jaya, jak i Fenrira. Zamora? Najciekawszy z całej czwórki, Ted daje mu uprzywilejowaną pozycję, a Ben zachowuje się tak, jakby to było absolutnie naturalne. Nie musi protestować, nie musi narzekać na system, nie musi nawet przekonywać Teda do niczego. To wymaga zbadania xdd. LMS ma dużo sensu, bo Teddy chce gościa który będzie stać - nie można było lepiej tego ogarnąć, to nie jest stypulacja z dupy, ba. Już jest jakaś wizja na ten pas, od samego początku, ale co galę jest ona coraz wyraźniejsza.
Fenrir vs. DiMateo: Cel był prosty. Fenrir ma przejść dalej i zostać przedstawiony jako realna przeszkoda dla kolejnych przeciwników. I to zostało zrobione całkiem konsekwentnie. Przy takim ustawieniu przed turniejem ma to sens - Fenrir miał wyglądać jak ktoś, kto faktycznie może przejść przez całą ścieżkę do samego Zamory, a może nawet i wyżej? Jay przegrywa przede wszystkim dlatego, że Fenrir jest dla niego zbyt dużym problemem fizycznym, a nie dlatego, że nagle zapomniał, jak się walczy. Po tym, co powiedział przed walką o swojej ambicji i gotowości do przejścia przez całą serię, jego porażka jest wręcz logicznym pierwszym krokiem w dalszym rozwoju postaci, który na pewno go czeka. Sama wygrana jest w pełni uzasadniona, ale jeśli plan jest taki, że Norweg ma jeszcze pokonać Turna (no z pewnością), a potem wejść do ME z Zamorą, trzeba uważać, żeby nie zrobić z niego zbyt niezniszczalnego potwora, który przechodzi przez wszystkich bez większego problemu. Wtedy ewentualna wygrana Zamory może być przewidywalna (zbyt przewidywalna), a Turn i Jay zaczną wyglądać jak przeszkody do odhaczenia. Na tym etapie jednak jedna mocna wygrana zrobiła to co miała zrobić. Jeśli jednak Jay był planowany jako ktoś naprawdę ważny w tej serii, można było dać mu jeszcze jeden konkretny moment, w którym niemal doprowadza Fenrira do porażki, no tego mi tu brakło.
Borges/Diallo/Kannonball: Bardzo ładnie nam tu przedstawiono przed milionami słuchaczy Borgesa. W końcu mamy coś innego niż pusta przemowa i promo, tylko od razu wejście do powalonych realiów Diallo i Kannonballa xdd. Borges w tym wszystkim jest poważny, konkretny i zależy mu na dobrym przygotowaniu się do walki. Przepowiednie Diallo jak zwykle - absurdalnie komediowe, ale zawsze działają. Samo to bardzo mocno sugeruje nieuchronne zwycięstwo Borgesa, niech zacznie jeszcze z łapek wróżyć jak wytrawna cyganka, aż prosi się o jakieś wydarzenia po walce po takich przepowiedniach. Kannonball mimo że nie wnosi za wiele do story, to pasuje do tego segmentu. Jego vibe z Diallo jest zabawny i pomaga jakby... nie zrobić z całej wizji Diallo czegoś przesadnie poważnego.
Walker: No i działania Walkera wobec Shio nie były przypadkowe. Najważniejsze jest właśnie to, że Walker sam przyznaje, że to była podpucha i że wykorzystał słabość konkretnego człowieka, zamiast zostawiać wszystko w sferze domysłów. Dobrze działa też fakt, że Wallace przypadkiem to słyszy. Nie jest to typek, który przychodzi i Walker wygłasza mu ekspozycyjną przemowę prosto w twarz. James zdobywa informację, której Walker nie chciał ujawnić. Najciekawzszy w tym wszystkim jednak jest wątek Martina i Ralfa. Coś większego się tu szykuje, ewidentnie. James musi coś z tą wiedzą zrobić. Jeśli po tym segmencie nic się z tym za bardzo nie wydarzy (w co wątpię), będzie to trochę zmarnowany potencjał. Ale jeśli Wallace skonfrontuje Walkera, przekaże komuś informacje albo zacznie po cichu rozpracowywać jego działania, to wyjdzie na pewno z tego coś mocnego.
Turn: Ja nie wiem czy ktokolwiek mi w to uwierzy, ale autentycznie kiedy czytałem moment o upadnięciu reflektora - ktoś jebnął w płot na skrzyżowaniu koło mojej lubej autentycznie w tym momencie. Nie wiem czy to qrwa jakieś fatum, ale odwaliło się grubo. A tak wracając tutaj - to autentycznie jest jakiś spisek i myślę że Halloway mógłby coś tutaj powiedzieć w tym temacie.
Wallace & Martin vs. Diallo & Kannonball: Młody Walec zyskuje tu najwięcej. Nie tylko reaguje na atak na Nathana, ale sam przejmuje inicjatywę, proponuje zmianę walki i doprowadza do zwycięstwa. Można powiedzieć, że Junior już ma zbudowaną jakąś tam pozycję na Colosseum. Ekipa Walkera nie ogranicza się już do gadania i manipulacji, tylko fizycznie eliminuje przeciwników. Problem w tym, że ostatecznie przegrywają walkę. Po tak efektownym ataku można było oczekiwać, że przynajmniej Kannonball i Diallo wyjdą z tego starcia wzmocnieni. Oczywiście nie każda porażka szkodzi, ale jeśli Walker ma być poważnym zagrożeniem, jego ludzie potrzebują również zwycięstw. Dobrze wypada Nathan. Mimo ataku nie zostaje sprowadzony do roli ofiary. W sumie ciekaw jestem jak dalej z ekipą Walkera to będzie wyglądać, tu mogło to wyjść lepiej.
Butla: Przeszłości Butli ciąg dalszy, wraz z nutką komedii, spoko. Początkowe żarty o wątrobie dobrze pasują do postaci, a informacja, że Zygmunt ma w rzeczywistości około 55 lat, nagle nadaje całej scenie poważniejszy ton. Przejście od humoru do niepewności wypada naturalnie. Zygmunt Szewczyk, huh? Czy to jakaś ewolucja postaci? Butla może nie znać nawet swojego prawdziwego pochodzenia. Tak przepity łeb ma prawo nie pamiętać wielu rzeczy. Emil pełni tu rolę rozsądnego partnera, który pomaga Zygmuntowi potraktować sprawę poważnie, ale nie odbiera mu miejsca w segmencie. Jedyna rzecz, na którą bym uważał, to tempo odkrywania tajemnicy. Już teraz dostajemy wiek, podejrzenie fałszywej przeszłości i inne nazwisko, więc kolejne ujawnienia powinny wynikać z badania DNA i mieć odpowiednią wagę, zamiast szybko dokładać następne sensacje. Teraz kluczowe będzie to, kim okaże się Zygmunt Szewczyk i co właściwie łączy go z osobą, za którą dotąd się uważał.
Fenrir vs. Turn: Zwycięstwo Fenrirowej wcale nie przyszło tak łatwo, jakby można było się spodziewać. Turn ma sporo efektownych akcji i momentami naprawdę wygląda na zdolnego przerwać marsz Norwega. Z kolei jego nerwowość po wybuchu pirotechniki jest ciekawym detalem, zwłaszcza że później w trakcie walki nadal rozgląda się za potencjalnym zagrożeniem. Jeśli to część większego wątku, dobrze, że nie dominuje całego pojedynku, tylko wpływa na zachowanie Johnny’ego. Samo zwycięstwo Fenrira jest logiczne. To jego drugie starcie w Contender Series, więc zmęczenie powinno mieć znaczenie, a Turn dostaje wystarczająco dużo ofensywy, żeby porażka nie wyglądała jak deklasacja. Fenrir wychodzi na mocnego zawodnika, ale nie na kogoś, kto bez problemu przechodzi przez kolejnych rywali. Atak Thoralda ma sens, bo Fenrir jest zmęczony i właśnie zakończył pojedynek, ale Thor nie wykorzystuje tego do zwykłego zniszczenia przeciwnika. Przeciwnie, bo sam mówi, że chce, by Fenrir dokończył turniej. To odróżnia tę scenę od standardowego ataku mającego wyeliminować rywala i pokazuje, że Thorowi zależy na czymś więcej niż na szybkim zwycięstwie. Pomysł z Hólmgangiem i Nordic War pasuje do obu postaci, szczególnie do ich nordyckiej symboliki. Thor nie chce zwykłej walki na gali, tylko starcia, które ma być osobistym rozstrzygnięciem ich konfliktu. Podoba mi się też, że nie wymusza odpowiedzi od Fenrira i pozwala mu najpierw dokończyć własne zadanie. Dzięki temu nie wygląda, jakby próbował ukraść mu moment po awansie do Main Eventu. Jedyna rzecz, którą warto dopilnować, to zasady samego Nordic War. Hólmgang powinien mieć konkretną formę i stawkę, żeby nie był jedynie klimatyczną nazwą dla walki poza areną. Jeśli następne Colosseum pokaże, jak wygląda to starcie i dlaczego Thor tak mocno nalega na jego tradycyjną formę, może to być jeden z ciekawszych pojedynków na np. Danse Macabre, mimo odejścia Harisowej.
Uszczelka/Otunga/Cavazos: Dla mnie wygranym tego całego przedsięwzięcia na razie jest Uszczezla. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Jego wybuch, porównania do papugi i agresywne próby zniechęcenia rywali pasują do takiego aroganckiego mistrza jakiego sobie po Zbyszku życzyłem. Jednocześnie jego reakcje mogą sugerować, że coraz bardziej przeszkadza mu liczba pretendentów. O Otundze nic nie będę pisał, bo każdy i tak swoje wniosku wysuwa. Cavazos ma z kolei jasny cel, to znaczy on chce rewanżu, a skoro Uszczelka go unika, zamierza wywierać na niego presję przy każdej okazji. Zapowiedź obecności podczas kolejnych walk mistrza daje możliwość rozwijania tego konfliktu bez konieczności natychmiastowego organizowania pojedynku. Jego zapewnienie, że nie zagrozi Zbyszkowi poza ringiem, również stanowi ciekawy kontrast wobec ciągłego nazywania go kryminalistą. Zbyszek chce kontrolować kolejkę, Otunga patrzy na sprawę strategicznie, a Cavazos zamierza wywierać presję. Każdy ma własny sposób działania, więc konflikt nie sprowadza się do trzech osób powtarzających, że chcą pasa. A trzeba pamiętać, że na trzech osobach to się tutaj nie kończy.
Uszczelka vs. Steele: Trzeba przyznać, że Raptor z Ryśkiem wzięli się prężnie za sytuację przy pasie Valor - i dobrze. Trzeba dorównać tempa przy pasie Eternal chociażby. I to jest to co pisałem wyżej, dołącza do układanki DiMateo i dobrze, wygrał z Srakazakim serię i musi pójść za ciosem. Zbyszek wygrywa czysto, a chwilę nieuwagi poświęconą Cavazosowi wykorzystuje przeciwnik, dzięki czemu mistrz nie jest przedstawiony jako całkowicie nietykalny. Jednocześnie końcówka pokazuje, że potrafi odzyskać kontrolę i zdecydowanie zamknąć pojedynek. To potrzebne zwycięstwo dla mistrza, który w poprzednim segmencie sprawiał wrażenie coraz bardziej zirytowanego liczbą pretendentów. Każdy ma własny powód, żeby znaleźć się w tym starciu, więc nie jest to przypadkowa bijatyka czterech osób. Cavazos wypada szczególnie mocno, bo po przyjęciu ciosu poniżej pasa wraca do walki i niszczy barykadę razem z Otungą. Z kolei Jay pokazuje, że nie zamierza czekać grzecznie na swoją kolej. Reakcja Teda pasuje do biznesmena, który toleruje konflikty, dopóki nie zaczynają generować kosztów. Żart o premii dla ekipy technicznej wprowadza trochę luzu, ale jednocześnie Ted nie wychodzi na GM-a, który musi natychmiast wszystkich ukarać. Zamiast tego zbiera czterech zainteresowanych w jednym miejscu i zapowiada rozmowę o pasie. Ted nie odbiera na razie zawodnikom sprawczości, o ile w ogóle ją odbierze.
Wallace/Martin: Obaj są kompletnie inni, a ich dialog nie sprawia wrażenia wymuszonego. James jest sarkastyczny, przyziemny i potrafi szybko sprowadzić rozmówcę na ziemię, podczas gdy Nathan traktuje wszystko jak własny, fascynujący eksperyment. Żart z piwem dobrze podsumowuje tę różnicę. Najważniejsze fabularnie jest to, że James przekazuje Nathanowi prawdę o ataku na Shio Sakazakiego. Reakcja Martina pasuje do jego pokręconej osobowości: zamiast skupić się na poczuciu winy, szybko zaczyna ekscytować się tym, że ktoś zdołał go przechytrzyć. Dzięki temu nie zostaje nagle złagodzony ani odmieniony, nadal jest niepokojący, tylko jego ciekawość okazuje się silniejsza niż wyrzuty sumienia. Ciekawie wypada też wyjaśnienie, że świat jest snem Nathana, ale nie ma on pełnej kontroli nad tym, co się w nim wydarza. To istotne ograniczenie, bo pozwala zachować jego niemal boską perspektywę, a jednocześnie tłumaczy, dlaczego inni zawodnicy mogą go zaskakiwać. Wątek „usuwania” Dowsona i Sakazakiego brzmi jednak bardzo poważnie, więc dobrze byłoby pilnować, by nie stał się wyłącznie kolejnym żartem w rozmowie. Natomiast widzę jeden, jedyny tutaj minus. Segment trochę odsuwa na bok główny wątek Walkera i jego ludzi. James przekazuje informację, ale rozmowa szybko przechodzi w fascynację Nathanem i jego światem. Nie jest to złe, bo rozwija relację między postaciami, jednak przydałoby się, żeby wiedza o prawdziwych napastnikach miała później konkretne konsekwencje. Koniec końców James zyskuje własny charakter i potrafi błyszczeć bez odwoływania się do ojca, a Nathan pozostaje ekscentryczny, nieprzewidywalny i niepokojący. Ich relacja ma potencjał na coś więcej niż jednorazową komediową rozmowę.
Borges vs. Eckhart: Chciałem pójścia do przodu z ekipą Walkera, to go dostałem. Ale po kolei - Turn przestaje jedynie reagować na kolejne ataki i sam stawia sprawę jasno, to znaczy chce walki na własnych warunkach. Lumberjack Match pasuje do jego frustracji, bo ma ograniczyć możliwość uciekania i kombinowania za plecami. Sam pojedynek Borgesa z Eckhartem wypada nieco w cieniu tego, co dzieje się później. Luis dobrze wygląda w ofensywie, a praca nad jego plecami daje Erwinowi konkretny sposób na osłabienie go przed końcówką. Interwencja Diallo pozbawia Borgesa szansy na czyste zwycięstwo, ale jednocześnie rozwija wątek ekipy Walkera. Warto jednak pamiętać, że po raz kolejny ważniejsze od wyniku walki staje się zamieszanie po jej zakończeniu, któryś już raz na tym Colosseum. Johnny nie zostaje sam przeciwko całej grupie, a pomoc Wallace'a i Martina ma ciągłość z ich wcześniejszymi historiami. Co ważne, James nie jest już tylko gościem, który przypadkiem poznał plany Walkera, aktywnie angażuje się w konflikt. Nathan również pokazuje, że potrafi być groźny, kiedy przestaje zajmować się własnymi teoriami. Mam natomiast zastrzeżenie do samego układu sił. Walker i jego ludzie wielokrotnie atakują przeciwników, ale tym razem ich dominacja zostaje odwrócona przez dwóch kolejnych zawodników. To daje publiczności satysfakcję, lecz jeśli grupa Walkera ma być poważnym zagrożeniem, nie powinna za każdym razem kończyć segmentu w odwrocie. Przydałoby się pokazać, że potrafią również osiągać swoje cele, a nie tylko inicjować ataki. Końcówka z Ralfem przyjmującym wyzwanie jest bardzo ciekawa. Walker chciałby prawdopodobnie sam kontrolować sytuację, tymczasem jego człowiek podejmuje decyzję za niego. To może być zwykła oznaka pewności siebie Ralfa, ale równie dobrze początek napięcia wewnątrz grupy. Warto ten moment wykorzystać, bo może nadać Lumberjack Matchowi dodatkowy kontekst. Borges i Eckhart schodzą na drugi plan, ale ich pojedynek daje pretekst do rozwoju większej historii, a przyjęcie wyzwania przez Ralfa otwiera nowy rozdział konfliktu.
Valor: To chyba najważniejszy segment na ten moment w kontekście tego pasa bo wreszcie porządkuje sytuację i prowadzi do konkretnego rozstrzygnięcia. Triple Threat Match o status pretendenta to sensowna decyzja Teda, bo zamiast wybierać jednego z trzech zawodników na podstawie tego, kto głośniej krzyczy, daje im możliwość rozstrzygnięcia sprawy w ringu. Zwycięzca będzie miał mocny argument, a Uszczelka straci możliwość samodzielnego decydowania, kto może stanąć naprzeciwko niego. Uszczelka jest arogancki i traktuje pas jak własną prywatną własność, Jay próbuje ugrać coś dla siebie, a Cavazos pozostaje skupiony na rewanżu. Humor również działa, szczególnie w pierwszej części, gdzie obelgi i docinki szybko przeradzają się w absurdalną próbę przekrzyczenia wszystkich. Jednocześnie segment nie zamienia się wyłącznie w komedię, bo pod spodem każdy ma konkretny interes. Szeptanie po ogłoszeniu walki sugeruje, że obaj mogą mieć wspólny interes, mimo wcześniejszych kłótni. O jezu ile było walki z tym segiem - ale widzę że ludzie ogólnie zadowoleni - więc było warto. Triple Threat ma sens fabularny, każdy z pretendentów zachowuje własną motywację, a Uszczelka zostaje postawiony w sytuacji, której chciał uniknąć: ktoś na pewno dostanie szansę na jego tytuł.
Zamora vs. Fenrir: Mam taki finał jaki chciałem, dziękuję pan Ryszard i Raptor. Zamora wygrywa turniej, ale nie dostaje chwili na spokojne świętowanie. Fenrir wchodzi do walki po dwóch pojedynkach i ataku Thora, więc jego porażka nie osłabia go przesadnie. Wręcz przeciwnie, mimo wyraźnego zmęczenia jest w stanie poważnie zagrozić Zamorze. Ben musi przetrwać mocną końcówkę i wykorzystać słabość rywala, co daje mu wiarygodne zwycięstwo. Ważne też, że Fenrir nie przegrywa przez brak umiejętności, tylko dlatego, że jego wcześniejsze walki mają realne konsekwencje - przynajmniej na to wygląda. Ben osiąga cel, do którego prowadził go cały turniej, a zamiast kolejnej celebracji dostaje komunikat, że jego dotychczasowe sukcesy mogą nie znaczyć tyle, ile wszyscy sądzą. Dzięki temu walka o Global Championship zyskuje dodatkową stawkę: nie chodzi już tylko o pas, ale też o to, czy Zamora rzeczywiście jest tak dominujący, jak przedstawia go otoczenie - Riddle od razu to wszystko podważa i dobrze. Najmocniejszym elementem wystąpienia Riddle'a jest wykorzystanie psychologii jako narzędzia ataku. Konformizm normatywny pasuje do jego argumentacji o reputacji Zamory, a wyuczona bezradność daje mu pomysł na osobistą zemstę. Kenneth chce najpierw zniszczyć przekonanie Bena o własnej niepowstrzymanej pozycji. Dobrze współgra to z jego wizerunkiem inteligentnego, metodycznego zawodnika, który potrafi zamienić wiedzę w broń (taki Kenny w sumie istnieje od początku LPW i mega konsekwentnie Fociak się tego trzyma). Mam jednak dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, wyjaśnienie eksperymentów jest dość długie i momentami przypomina wykład. Można je skrócić, zostawiając najważniejsze elementy i mocniej wiążąc je bezpośrednio z Zamorą. Po drugie, argument Riddle'a, że Ben walczył wyłącznie z poturbowanymi przeciwnikami, jest logiczny, ale trzeba uważać, żeby nie odebrać Zamorze wiarygodności po zwycięstwie nad Fenrirem. Najlepiej, jeśli przyszłość pokaże, że Kenneth ma częściowo rację, ale jednocześnie nie docenia tego, jak niebezpieczny naprawdę jest Ben. Sam obraz z rezydencji, starymi fotografiami i zakurzoną piwnicą dodaje segmentowi klimatu. Książki nie są przypadkowymi rekwizytami, budują charakter Riddle'a i zapowiadają metodę, którą chce zastosować. To bardziej niepokojący, osobisty rodzaj konfrontacji niż standardowa groźba wygłoszona na środku ringu. Zamora osiąga najważniejszy dotąd sukces, Fenrir pozostaje groźny mimo porażki, a Riddle wraca do roli człowieka, który chce kontrolować nie tylko przebieg rywalizacji, ale również sposób, w jaki postrzegają ją inni. Najważniejsze będzie teraz to, czy jego zapowiedź wyuczonej bezradności przełoży się na konkretne działania, czy pozostanie jedynie efektowną metaforą.